wtorek, 26 lutego 2013, 19:15
(Data pierwotnej publikacji: 9 października 2010).






Użeraliśmy się ze sobą od paru miesięcy — od jakichś sześciu, aż trudno mi w to uwierzyć. Ciekawie się z nim pracuje, ale nieprzyjemnie. Zrzucam z siebie pierwszy rozdział z takim uczuciem, jakbym zrzucała wielki ciężar, by następnie dźwignąć jeszcze większy — bo z drugim rozdziałem, wstępnie skończonym, zaczynam się użerać jak z pierwszym, a trzeci w ogóle przede mną.
Po tych pięćdziesięciu stronach czuję się rozwałkowana psychicznie, przez co jestem niemal pewna, że następny zamieszczony tu tekst będzie jakimś tekstem ciepłym, wesołym i odprężającym. Naprawdę uważam, że z tym facetem poniżej nie da się zbyt długo wytrzymać.
Sam rozdział — z taką małą dedykacją dla Vil, za to, jak mocno mnie ostatnimi czasy motywuje. Dziękuję!


Ich liebe dich. No sentence pronounced by a judge could be more threatening. It means that you are about to receive a gift you may not want”.
William Howard Gass, „Reading Rilke. Reflections on the Problems of Translation”


Pisarstwo wymusza wydobycie siebie w tekście, obnażenie całkowite, wywrócenie własne i całego świata, swojego i nie swojego, na lewą stronę, odarcie z wszelkich zasłon i wyciągnięcie z jakichkolwiek kryjówek. Pisarstwo wymaga wypchnięcia siebie na sam środek i wypychania się tak bez końca, pokazywania siebie, na siebie, w sobie.
Tłumaczenie wymaga schowania się — za język, za treść, za autora. Tłumacz musi się ukryć, musi być niewidoczny, tak by zobaczono jedynie pisarza. Tłumacz, tłumacząc, tłumi — siebie.
Dlatego Wiktor tłumaczył, dlatego tłumaczył tak zawzięcie, dlatego tłumaczył tak dużo — dlatego tłumaczył tak skutecznie, dlatego tłumaczył z tak wielu języków, dlatego tłumaczył tak, że czytelnik go nie dostrzegał. Tłumacząc, tłumił, taił samego siebie.
To było dobre — bo był, a zarazem nie był; realizował się całkowicie, nie ponosząc z tego powodu żadnych konsekwencji, nieistotne, czy okazałyby się one nieprzyjemne, czy przyjemne; nie ponosił konsekwencji, więc nie musiał się angażować dalej niż poza sam akt tłumaczenia, nie wiązał się przez to z nikim, nie wchodził w żadne relacje.
To było dobre, bo nie bolało, nie trwożyło, nie poruszało; tłumaczenie stanowiło niezbyt długi, ale niezmiernie przyjemny proces, dający olbrzymią satysfakcję — na określony czas. Od pierwszej strony do ostatniej, nie dłużej, nie więcej, nie intensywniej; a tekst nie jego, niesygnowany jego nazwiskiem, niepochodzący z jego głowy — on jest tylko gdzieś poniżej tytułu, mniejszą czcionką i niedostrzegany przez większość osób, bo kto zwykle sprawdza tłumacza? Szczególnie gdy tłumacz tłumaczy dobrze, gdy rozmywa się za stylem autora, gdy chowa się za tekstem, gdy niknie za słowami. Profesjonalizm gwarantuje brak nadmiernych emocji, to odwrotna proporcjonalność, zasada paradoksu.
Oczywiście, że zdarzają się wyjątki — pewien krąg czytelników, bardziej uświadomionych, fachowców czy poliglotów, a niekiedy wielkich wielbicieli autora, sprawdzi nazwisko tłumacza, może je i zapamięta, może i czasem o nim pomyśli; w gruncie rzeczy jednak kto podczas zachwycania się książką będzie co chwila przywoływał w głowie godność przekładającego?
A nawet jeśli przywoła — co z tego? On jest poza, w momencie gdy tłumaczenie zostanie skończone i książka złożona do druku, on jest już całkowicie poza tekstem — porzuca go, znajduje nowy, przeżywa tę samą rozkosz, ale znów w ściśle określonych warunkach, w konkretnym czasie, na własnych zasadach. I — bez względu na czas, jaki musi poświęcić tekstowi — jest to czas krótki; krótki, bo porównywany z czasem autorskim — a czas autorski jest bezgraniczny, jest ciągły, jest permanentny, autor nigdy się od swego napisanego i oddanego publiczności tekstu nie uwolni, nawet jeśli go zniszczy, bo i wtedy tekst pozostaje w jakiejś mierze w pamięci odbiorcy — a i niepamięć jest formą pamięci, bo to, co czytelnik zapomni, również mówi o tekście i autorze. Wiktor zatem był wolny — związany tylko okresowo, zaangażowany jedynie na jakiś czas, bliski wyłącznie od strony pierwszej do ostatniej. Potem — potem znów był sam, bez żadnego obciążenia emocjonalnego.
Dlatego porzucił pod koniec liceum własne próby literackie? Może — może, w końcu były tylko miernym naśladownictwem, a raczej staraniem naśladowania Lema. Geniusza się nie powtórzy.
Za to geniusza można przetłumaczyć — i, samemu nie mając potrzeby być pełnym, trwałym geniuszem ani geniuszu ciągle udowadniać, można stać się geniuszem na chwilę, w konkretnym wymiarze, zakresie czy dziedzinie — a potem znów być sobą, bez zniewolenia, jakie geniusz nakłada na człowieka.
I łatwiej przyjąć porażki jako tłumacz. Wtedy zresztą to nie są porażki, to są błędy, uchybienia, pomyłki — takie rzeczy daje się naprawić. Porażek się nie naprawia, z porażkami się walczy. A Wiktor nie chciał walczyć.
I łatwiej się rozstać jako tłumacz. Łatwiej pożegnać tekst, oddać go w publiczne ręce i przed publiczne oczy, słuchać uwag na jego temat — niejako tylko częściowo przynależąc do danej książki.
I łatwiej się ukryć jako tłumacz. Żaden pseudonim pisarski nie gwarantuje takiej anonimowości jak stanowisko tłumacza.
Jesteśmy ludźmi półprzezroczystymi, tłumaczył kiedyś Oldze. Nie widzą nas, choć na nas patrzą; nie słyszą nas, choć nas słuchają; nie czują nas, choć podają nam ręce, umowy, pieniądze. Nikt nie podważa naszej wartości, gdy jesteśmy potrzebni, nikt nie pamięta o nas, gdy zrobimy, co trzeba.
Nie dodał wtedy tylko jednego: że to jest właśnie to, czego szukał przez ostatnie kilka — kilkanaście? — lat swojego życia. Tej półprzezroczystości. Przezroczystość nie jest dobra, bo unicestwia — Wiktor unicestwienia nie chciał. Półprzezroczystość jest dobra, bo ukrywa — Wiktor chciał ukrycia. To, co półprzezroczyste, jest wymijane, ale nie deptane; obchodzone, ale nie negowane; zapominane, ale nie zabijane w świadomości.
Jestem taki jak moja praca, pomyślał wtedy, patrząc na żywą, wyrazistą, całkowicie widoczną Olgę. Jestem półprzezroczysty, ale ty tego nie zrozumiesz, nie ty, która jesteś tak w pełni, tak widzialna, tak intensywna. Nie ty i nie tacy jak ty, bo chociaż jesteś ogromnie sympatyczna i dobrze się z tobą przebywa, rozmawia oraz myśli, to w pewnej chwili stajesz się nazbyt obecna i zaczynasz męczyć; to nic złego ani negatywnego, po prostu mnie męczysz, zupełnie niezamierzenie, niewinnie i niezłośliwie, ale męczysz.
I dlatego lubię z tobą często przebywać, i dlatego jest pewna granica, do której mogę z tobą przebywać.
Szalona teoria, stwierdziła wtedy Olga z rozbawieniem, ale coś w tym niewątpliwie jest.
Nie zrozumiała — zresztą nie oczekiwał tego. Kiedy ona tłumaczyła, to tłumaczyła po to, by badać, była ze swoim tekstem na równi, istniała jako jego kolejny element — osoba przekładająca z łaciny na polski, osoba analizująca, interpretująca, podważająca, potwierdzająca, weryfikująca od pojedynczych liter po całościowy sens. Wiktor by tak nie umiał — Wiktor by tak nie chciał. On tłumaczył, by przeżyć te kilka chwil satysfakcji, jaką daje walka z dwoma językami, z dwoma kodami, z dwoma odbiciami jednego dzieła — nie szedł dalej. On tłumaczył, inni mogli badać, analizować, interpretować, angażując się przez to tak głęboko, jak on nie zamierzał.
Jakim szczęściem było wykonywać pracę, która pozwalała tak mocno się schować, tak bardzo się odgraniczyć, tak zdecydowanie się uchronić przed nadmiernym związkiem.
Tłumacz tłumaczy książkę u siebie, nie wśród tłumów ludzi. Tłumacz tłumaczy w ciszy i spokoju, najwyżej przy swojej muzyce, nie przy rozmowach. Tłumacz tłumaczy, patrząc jedynie na oryginalny tekst, na słowniki i na ekran monitora, nie na ludzi, nie na relacje, nie na nastroje w biurze.
Tłumacz jest przy tłumaczeniu samotny tą samotnością, której Wiktor mocno pragnął i którą niezmiernie sobie cenił. Nic w tę samotność nie mogło wkroczyć — i nikt.

I nikt. Tym bardziej nie powinien wkroczyć akurat ten — tylko dlatego, że był wysoki, świetnie zbudowany i miał niemal czarne oczy, których spojrzenie wywoływało dreszcz? Tylko dlatego, że tak interesująco mówił, że wręcz porywał, zarówno tym, o czym opowiadał, jak i tym, jak opowiadał, że potrafił wspaniale dyskutować o literaturze, o muzyce, o sztuce, o językach, o tłumaczeniach, o kulturze, o filozofii, a nawet umiał milczeć w taki inteligentny i spokojny sposób? Tylko dlatego, że tak świetnie całował, że miał tak czułe, delikatne i zarazem silne dłonie, że obejmował tak zdecydowanie i dotykał tak podniecająco?
Tylko dlatego, że powiedział, że się w nim, Wiktorze, zakochał? I powiedział to, nim jeszcze te słowa zostały zwerbalizowane?

Olek naruszył ten spokój, tę samotność, tę półprzezroczystość; spokój — bo wywoływał zbyt mocną reakcję i w ciele, i myślach; samotność — bo coraz częściej chciało się go mieć przy sobie; półprzezroczystość — bo zaczynało się wychodzić ze swego ukrycia, robić pierwsze kroki, przejmować na moment inicjatywę.
Olek nie był dobrym towarzystwem.
Olek był za dobrym towarzystwem.
Olek był jak słoń w składzie porcelany — a co gorsza, za każdym razem, gdy wykonywał ruch rozbijający porcelanę, Wiktor przez chwilę czuł przerażające pragnienie, by zrobił to jeszcze raz; gorzej nawet, chwilami sam mu pomagał tę porcelanę rozbijać; jeszcze gorzej — niekiedy rozbijał pierwszy.

Najgorzej, że czasami nieruchomiał przed monitorem, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w otwarty plik Worda — i dopiero po kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu sekundach przywoływał się do porządku, spychając jednocześnie gdzieś na bok świadomość, że zaledwie przed chwilą miał myśli wypełnione jakimś słowem, jakiś spojrzeniem, jakimś dotknięciem.
Olka, oczywiście. Bo cholerny Aleksander okazał się, jak ci jego przeklęci Grecy — być wszędzie, zawsze i stale. Jeżeli Juliana denerwowało stwierdzenie filologów klasycznych: „To było już w Grecji”, to Wiktora denerwowało własne stwierdzenie: „Tu jest Olek”. Nawet jeżeli — nie, prawidłowa forma brzmi: zwłaszcza jeżeli — owo „tu” odnosiło się nie do miejsca i czasu, a do myśli i emocji Wiktora.
Cholerny Aleksander. Był bardziej wyrazisty, widoczny i intensywny niż Olga — chyba dlatego, że przy wszystkim, co miała Olga, on miał jeszcze tę samą orientację, atrakcyjny wygląd i doprowadzające do szału — każdego rodzaju szału, jak Wiktor parę razy ponuro pomyślał — zainteresowanie jego, Wiktora, osobą. A, i jeszcze jedno — jakiś przeklęty męski magnetyzm, koszmarną charyzmę czy... czy po prostu diabelny seksapil. A najprawdopodobniej wszystko naraz, żeby Wiktorowi los jeszcze mocniej dołożył.
Cholerny Aleksander, kto by temu zaprzeczył?

Brak sympatii dla swojego ciała nie oznaczał braku potrzeb fizycznych — niestety. Wiktor wiedział o tym doskonale od dawna, od pierwszej chwili, gdy mieszaninę niepokoju, marzenia i rozpierającego ciało gorąca dało się uspokoić zsuwającymi się niepewnie pod spodnie piżamy dłońmi, palcami zaciskającymi się wraz z zagryzaniem warg i zamykaniem oczu, kilkoma wolniejszymi i szybszymi ruchami rąk, połączonymi z gwałtowniejszym oddechem i krótkim, zduszonym, wręcz połkniętym jękiem.
Po wszystkim — po krótkim momencie silnej przyjemności przebiegającej całe ciało — najpierw pozostawał wstyd. Wstyd, niechęć, niesmak i spychane gdzieś na dno świadomości obrazy, które zaledwie chwilę wcześniej były przywoływane lub same wypełniały myśli. Obrazy ciał męskich, obrazy kolegi, aktora, piosenkarza, jakichś własnych fantazmatów łączących najatrakcyjniejsze elementy; obrazy tego, co by mogło, gdyby mogło, ale co nie może i nigdy móc nie będzie. Później pozostawała rezygnacja, zrezygnowana zgoda na to, co się zdarzało i zdarza, ale nie dzieje się na zasadach równych innym sprawom. Obecnie pozostawało odprężenie, ulga, wyciszenie, wynikające z możliwości jakiegoś wygodnego rozwiązywania, kontrolowania i układania tego wszystkiego.
Wiktor nie lubił pewnych słów, pewnych określeń, pewnych zwrotów. Nie lubił myśleć o swoim ciele — ani tym bardziej uszczegóławiać jego części i myśleć o nich konkretnymi wyrazami; nie lubił zbytnio słowa, którym musiał nazywać swoją orientację, zresztą słowa „orientacja” z początku też za bardzo nie lubił, z czasem jednak okazało się ono wygodne. Określenie „orientacja” załatwiało całą sprawę; heteroseksualiści nie musieli go używać, nie musieli w ogóle mówić o swoich preferencjach, bo one były zrozumiałe, „naturalne” i z góry zakładane; o „orientacji” mówili ci, którzy... którzy byli jak Wiktor. Proste. Dzięki temu „orientacja” wypełniła lukę, jaka przez pewien czas panowała w słowniku Wiktora na określenie samego siebie.
Nie lubił też słów, jakie opisywały sposób radzenia sobie z własnymi potrzebami fizycznymi. Przeczytany parę czy paręnaście razy zwrot „samogwałt” budził obrzydzenie; tu nikt nikogo nie gwałcił, on chciał tego, a własne dłonie były najmniej obciążającym i wywołującym konsekwencje sposobem. Określenie „onanizm” miało w sobie coś obłego i oślizgłego, było niczym trzy samogłoski potykające się o spółgłoski nosowe, z jednym „z” pod koniec, wyglądającym jak stojące na sztorc „n”. Słowo „masturbacja” zawierało w sobie coś żałosnego, swoiste przyznawanie się do porażki, więcej nawet — dowód bezradności. Nie radzę sobie ze światem, więc zamykam tę najbardziej wrażliwą i najbardziej intymną część ciała we własnych dłoniach, i we własnych dłoniach zachowuję dowód chwilowego uniesienia.

Codzienność wymagała wymijania tych i innych niewygodnych słów, obchodzenia ich, przeskakiwania lub odpychania. Radził sobie z tym całkiem nieźle — teraz, gdy miał prawie dwadzieścia siedem lat, gdy mieszkał w innym mieście, w innym województwie, zupełnie sam, odcięty od rodziny i dawnych znajomych, wyćwiczył się w tym odpowiednio.
Radził sobie naprawdę dobrze — w końcu był lingwistą, tłumaczem, skoro więc umiał przełożyć tekst rosyjski, angielski, niemiecki czy francuski na polski, tym bardziej umiał przełożyć tekst polski na swój polski, tworząc w ten sposób swoisty język osobniczy, własny dialekt, specyficzny idiolekt, przydatny, zrozumiały i piękny dla niego.
I tylko jego.
Radził sobie wręcz świetnie — jego język był jak jego praca: efektem odcięcia, samotności i unikania zaangażowania; jego język był jak on, półprzezroczysty: nie pomijał danych faktów, lecz w odpowiednich miejscach pozwalał im być widocznymi, w odpowiednich zaś je zakrywał, zasłaniał, zacierał; jego język był wygodny, bezpieczny i ochraniający, zupełnie jak jego ręce — i tak samo wyrozumiały. I tak samo, jak w ciągu dnia można było wykonywać poważną i godną szacunku pracę tymi dłońmi, którymi w nocy wykonywało się wstydliwe i krępujące ruchy, tak samo można było w razie konieczności porozumiewać się z innymi tym językiem, którym myślało się o sobie i o swoich czynnościach, potrzebach, cechach.
Ułożył sobie życie. Było mu wygodnie, bezpiecznie i spokojnie.

Do wczoraj, nie, do przedwczoraj, nie — do tamtego dnia w połowie lutego, gdy stanęli naprzeciwko siebie. Ale prawdziwe rozbicie, prawdziwe zniszczenie spokoju, prawdziwe wzburzenie i zburzenie całego porządku nastąpiło w przeciągu ostatnich dwóch minionych dni — tak (sugestywnie) szybko — i (namiętnie) nagle — i (męsko) mocno.
W to piątkowe majowe przedpołudnie myśli o Olku skupiały się na dwóch poprzednich dniach, po kolei, na zmianę i pod prąd, obrazy następowały po sobie, naraz, wypierały się wzajemnie — i coś w głowie pulsowało, zmuszając do przymknięcia oczu, zsunięcia palców z klawiatury, przygryzienia na moment ust. Głębszy oddech, krótki dreszcz gdzieś w okolicach krzyża, na pół świadome przesunięcie językiem po trochę suchych wargach. I obrazy, i słowa, i dotyk, i wrażenia.
Za dużo obrazów, za dużo słów, za dużo dotyku, za dużo wrażeń.
Nie powinien był pić. Nie powinien był zapraszać go do swojego boksu. Nie powinien był go przytrzymywać.

Nie powinien był pić. Chociaż to nieprawda, wypił z pół kieliszka wina w ciągu całego nocnego spotkania w większej sali konferencyjnej, to wszystko. Z kieliszkiem w dłoni, siedząc na jednym z głębokich, ciemnobrązowych, miękkich foteli, w które człowiek niemal się zapadał, obserwował w milczeniu pozostałych, wylegujących się równie leniwie w swoich „zapadankach”, jak je określiła chyba Olga, „zapadankach” ustawionych dookoła niedużego, prostokątnego, drewnianego stołu, na którym znajdowało się kilka talerzy z resztkami ciastek, butelka czerwonego oraz dwie butelki białego wina. W sali panował półmrok, słabe światło dochodziło jedynie z lewego kąta zajmującego niemal całą ścianę okna. Wiktor siedział do tego okna bokiem, więc chwilami, gdy odwracał głowę w prawą stronę, widział za niezasłoniętą szybą granatowo-czarne niebo z zaledwie paroma złocistymi punktami, które zdawały się przetykać swoimi błyskami głęboką noc.
Odwracał się tam jednak bardzo rzadko; patrzył głównie w drugą stronę, bo trzy fotele na lewo, oddzielony od Wiktora swoim promotorem i Olgą — siedział Olek. Olek, wysoki, barczysty, z ciemnobrązową czupryną i śniadą cerą, w czarnych spodniach od garnituru i białej koszuli — marynarkę zarzucił na oparcie fotela, więc przy zachowaniu odrobiny ostrożności można było śledzić rysującą się pod tą koszulą grę mięśni — oraz z mocno poluzowanym krawatem, chyba też czarnym. Olek, wygodnie rozparty, zdawał się wręcz obejmować mebel sobą — cała jego postawa wyrażała coś w rodzaju zapewnienia, że skoro on, Olek, siedzi na tym fotelu, to fotelowi nic nie grozi. Wrażenie było dziwaczne, Wiktor zdawał sobie z tego sprawę, ale nie umiał się pozbyć tej myśli, odnajdywał w niej zresztą coś kojącego i przyjaznego.
Siedząca obok Olga, w kremowym garniturze w ciemne paski i w czerwonej bluzce, z jasnoblond włosami oraz bardzo jasną karnacją, wyraźnie się od tego ciemnego tonu pokoju i Olka odcinała. Tworzyli interesującą parę, uzupełniali się tak wyraźnie i na tak różnych płaszczyznach, że Wiktor chwilami miał wrażenie, jakby patrzył na jedną i tę samą osobę, tylko w rewersie: płci, koloru, nawet dziedziny badawczej. Kobieta i mężczyzna, blondynka i brunet, latynistka i grecysta.
Rozmowa toczyła się dość żywo, choć wszyscy byli już wyraźnie zmęczeni po dwóch dniach konferencji; następnego przedpołudnia miały się odbyć jeszcze dwie sesje, ale nikomu się nie spieszyło iść spać. Jedli resztki ciastek z ostatniej przerwy kawowej, sączyli wino, dyskutowali, chwilami w całym gronie, chwilami w mniejszych grupach; literatura, polityka, plotki uczelniane, filmy, muzyka, wszystko to mieszało się ze sobą i czasami nie sposób było wychwycić poszczególnych wątków.
Wiktor zresztą przesadnie się nie starał nadążać za padającymi słowami. Wino trochę go rozluźniło, więc z nieco większą śmiałością — i chyba z nieco mniejszą ostrożnością — spoglądał na Olka, który po odstawieniu swojego kieliszka z resztką czerwonego osadu na dnie pochylił się do przodu, oparł łokcie o uda — splecione między kolanami dłonie wydawały się sugerować skupienie oraz przekonanie co do tezy, którą właśnie zamierzał przedstawić — i przez chwilę mówił coś, chyba o komedii staroattyckiej, a siedząca po drugiej stronie stołu doktor, do której skierowane były te słowa, kiwała intensywnie głową; najwyraźniej oboje mieli to samo zdanie co do Arystofanesa. Potem zamienili jeszcze kilka krótkich uwag, a potem Olek spojrzał w bok, najpierw na Olgę rozmawiającą z ich promotorem o powieści akademickiej, następnie zaś — na Wiktora. Uśmiechnął się do niego, tak po swojemu, trochę przyjaźnie, trochę łobuzersko, jakby ponad tymi wszystkimi rozmowami istniało jakieś dodatkowe porozumienie między nimi dwoma. Wiktor odpowiedział słabym uśmiechem; był już zmęczony, minęła północ, a on zwykle o tej porze dawno spał; wino, mimo niewielkiej ilości, trochę usypiało, poza tym, jak na jego wytrzymałość, te dwa dni to było zbyt dużo ludzi, zbyt dużo rozmów, zbyt dużo wszystkiego i wszystkich. Miał ochotę zamknąć się w swoim pokoju i położyć się w chłodnej pościeli, ze słuchawkami empetrójki w uszach, bo bez muzyki nie potrafił zasnąć.
Odpocząć. Od wszystkich wrażeń, bardziej od tych psychicznych niż fizycznych.

Nie powinien był zapraszać go do swojego boksu. Ale to wyszło tak naturalnie, tak mimochodem, tak bez żadnego podtekstu, nie dało się tego opanować, nie dało się nad tym zapanować, nie dało się przed tym ustrzec.
Gdy odstawił pusty kieliszek na stół, Olek zapytał, czy mu dolać; oddzielony od Wiktora zajętymi rozmową Olgą i profesorem, wydawał się bezpiecznie bliski, a Wiktor czuł się rozluźniony po ostatnim łyku białego wina, więc odpowiedziawszy, że nie i on się zaraz idzie położyć, bo już jest zmęczony — dodał, że ma u siebie coś dla Olka. Zapomniał dać mu wcześniej, jutro też może mu umknąć, bo sesje są bardzo absorbujące, więc może Olek teraz z nim podejdzie...
Gdyby to było tamto lutowe sympozjum, Wiktor pewnie za nic w świecie nie wyszedłby z taką propozycją — ale to nie było sympozjum o płci i seksualności, to była konferencja o staropolskich tłumaczeniach, to nie było towarzystwo, w którym homoseksualizm należał do jednego z głównych tematów dyskusji i rozważań, homoseksualiści stanowili element, który za pomocą teorii i praktyki starało się włączyć w naturalną codzienność, a kwestia orientacji, także własnej, okazywała się często zupełnie zwyczajnym wątkiem rozmowy; tutaj w założeniu, jakie pewnie czyniła starsza część uczestników, wszyscy byli „normalni”, cokolwiek to nienormalne słowo miałoby znaczyć, więc nikt nikogo o nic nie podejrzewał, nikt nie podejrzewał, że jeśli pan Arendt zaprasza pana Kamienieckiego do swojego pokoju, to może się to skończyć inaczej niż zwykłą rozmową.
Wiktor wiedział, że był przeczulony, zrozumiał to właśnie na sympozjum, na którym z początku mniej lub bardziej świadomie spodziewał się, że wszyscy okażą się ze wszystkimi... i tak dalej. Michał z Sebastianem byli pierwszym, niezwykle mocnym, choć nie ostatnim zaskoczeniem — tak silnie, tak blisko i tak głęboko ze sobą, a jednak nie ze sobą.
Niemniej, mimo uświadomienia sobie własnego przeczulenia — nadal nie mógł się od niego całkowicie odpędzić. Gdyby to było sympozjum, naprawdę miałby wrażenie, że przynajmniej jedna z obecnych w sali osób, patrząc na dwóch wychodzących razem mężczyzn, pomyśli...
Zresztą nie miało znaczenia, co by ktoś pomyślał. Ważne, że razem wyszli — Olek uśmiechnął się lekko i powiedział, że jasne, poza tym sam też już jest zmęczony, trochę się późno zrobiło — i wyszli, po pożegnaniu się z pozostałymi sześcioma czy siedmioma osobami, które dalej rozmawiały oraz po podchwyceniu wesołego „Dobranoc, mięczaki” Olgi, która najwyraźniej była gotowa dyskutować jeszcze parę godzin — wyszli, ramię w ramię.
Z półmroku sali przeszli do nieco lepiej oświetlonego korytarza; Olek skomentował coś na temat oszczędności ośrodka, staropolanom ograniczają światło, żeby było go więcej, gdy do Pobierowa zjeżdżają się ci z ekonomii i politologii, Wiktor uśmiechnął się lekko i mruknął, że przemawia przez niego humanistyczna zazdrość, na co Olek wybuchnął śmiechem — miał miły dla ucha śmiech, ani natrętny, ani sztuczny, ani zbyt głośny — i oświadczył, że jasne, każdy humanista zazdrości ekonomii, bo wydział ekonomiczny nawet wycieraczki i mydło ma luksusowe, a filolodzy mają obtłuczone schody w budynkach.
Przeszli kawałek w milczeniu; Wiktor trzymał ręce w kieszeniach marynarki, Olek natomiast swoją przerzucił przez prawe ramię i przytrzymywał dwoma palcami; wyglądał trochę łobuzersko, z tą marynarką na ramieniu, z poluzowanym krawatem i jedną ręką w kieszeni spodni. Triumfujący egzaminator po rzezi niewinnych studentów, skomentował Wiktor wreszcie, na co Olek pokręcił głową z rozbawieniem i poprawił „niewinnych” na „niedouczonych”.
Potem głównie Olek mówił; Wiktorowi to odpowiadało — lubił słuchać jego głosu, jego słów, jego uwag, więc gdy szli korytarzem, gdy weszli po schodach na pierwsze piętro i gdy przeszli jeszcze kawałek do drzwi właściwego boksu, odezwał się zaledwie parę razy. Olek, którego przez pół dnia męczył jeden z referatów, snuł właśnie dalej rozpoczętą jeszcze przy obiedzie refleksję na temat imitatio; Wiktor wsłuchiwał się w te rozważania z przyjemnością, bo nawet jeżeli pewnych rzeczy musiał się bardziej domyślić, niż je rozumiał, a Olek po winie zaczynał robić zbyt wielkie skróty myślowe i sobie tylko wiadomym sposobem w jednej chwili przeskoczył ze Scaligera na Focjusza, to jednak mówił ciekawie, mówił inteligentnie, mówił z przekonaniem wyraźnym, ale nie nachalnym, i po prostu miło się słuchało tej wypowiedzi.
Wiktor wyciągnął klucz z kieszeni, otworzył drzwi boksu, wszedł, zapalił światło — a Olek, kończąc myśl, wszedł za nim, zamknął drzwi i powiedział z przepraszającym uśmiechem, że pewnie strasznie nudził.
— Nie — odparł Wiktor krótko.
Bo i co miał mu powiedzieć? Że można by go słuchać godzinami, że człowiek się przy jego opowiadaniu odpręża, że poziom rozmów z nim daje niesamowitą przyjemność, że nawet teraz, gdy tak stoją naprzeciwko siebie i milczą, jest dobrze?
— Sam tu jesteś? — zagadnął Olek po chwili, gdy milczenie się przedłużyło.
— Tak. — Popatrzył na dwie pary drzwi prowadzące do pokojów; klucz od tego przy łazience nadal znajdował się w recepcji. — Ten z Jagiellonki nie przyjechał.
Na szczęście, dodał w myślach; nie cierpiał dzielenia z kimś pokoju ani nawet boksu.
— Ale przynajmniej referat przysłał mailem — przypomniał Olek, podchodząc nieco bliżej. — Można było przeczytać i nie było luk w programie.
— Tak — mruknął Wiktor i obejrzał się przez ramię. Na stoliku we wnęce kuchennej leżała książka.
Ośrodek w Pobierowie miał boksy, w których skład wchodziły dwa pokoje — były też jedynki, ale tylko dla profesorów, wyjaśniła kiedyś Olga, dlatego warto się habilitować: żeby na konferencji nikt ci się nie pętał pod nogami, gdy jesteś w piżamie — łazienka, a naprzeciwko mała kuchnia, włączona do przedpokoju. W tej niewielkiej wnęce między drzwiami do pokoju i drzwiami wyjściowymi mieściła się kuchenka, zlew i blat, na którym stał średniej wielkości czajnik elektryczny, biały z niebieskim włącznikiem. Nad nimi wisiała szafka z paroma talerzami, obok stała mikroskopijna lodówka, na środku zaś nieduży, kwadratowy stół z białą ceratą w niebieskie kropki oraz dwa krzesła. Ściany przedpokoju też były białe, Wiktorowi przypominało to bardziej poczekalnię u dentysty niż przedpokój boksu w ośrodku naukowym, dobrze chociaż, że podłogę wyłożono czymś, czego nie rozpoznawał, ale co było jasnobrązowe. W tamtym momencie, gdy podszedł do stołu i wziął do ręki książkę, przypomniał sobie, jak rano, przed wyjściem na pierwszą sesję, przez dobry kwadrans zastanawiał się, czy zabrać powieść, czy nie. Stał z tym tomem w ręku, przyglądając się po kolei każdemu szczegółowi przedpokoju, wypatrzył nawet drobny odprysk lakieru na klamce u drzwi swojego pokoju, i w końcu uznał, że później, później...
No i miał swoje „później”.
Odwrócił się i podał Olkowi książkę, wyjaśniając krótko, że skoro tak mu się dobrze czytało poprzednią powieść Aksjanowa i tak go interesowały przedstawione na sympozjum fragmenty nowej, to Wiktor ma dla niego jeden z egzemplarzy przeznaczonych dla tłumacza.
Podziękowanie Olka było szczere, uśmiech też, tak samo jak wyraz głębokiego zainteresowania na twarzy, gdy wertował tom, gdy czytał spis treści, gdy przerzucał kartki, zatrzymując się niekiedy na jakichś słowach. No tak, pomyślał Wiktor z rozbawieniem, daj filologowi książkę w prezencie, a straci kontakt ze światem w ciągu kilku sekund.
Olkowi jednak kontakt ze światem powrócił szybko. W pewnym momencie zamknął książkę, spojrzał na Wiktora i podziękował jeszcze raz — a potem podszedł parę kroków, mówiąc coś o tytule, odłożył prezent wraz z marynarką na stół, znów spojrzał na Wiktora, który oparł się o wąski pas ściany między wnęką a drzwiami do pokoju, znów podszedł krok czy dwa — wymienili jeszcze parę uwag, coś o stylu i o typach, jakie w poprzedniej powieści prezentowali bohaterowie — i na moment, na bardzo krótki, ale niepokojący moment zapadła cisza.
A potem Olek pochylił się nieco, oparł prawą dłoń o ścianę, tuż przy głowie Wiktora — i go pocałował.

Nie powinien był go przytrzymywać. Trudno było jednak odepchnąć człowieka, który całował w taki sposób — i trudno było, po pierwszej chwili znieruchomienia, nie odpowiedzieć na to — i trudno było, gdy się poczuło jedną rękę na swoim karku, a drugą obejmującą w pasie, nie zacisnąć dłoni na ramionach tego mężczyzny, nie pozwolić objąć się mocniej, nie zareagować na coraz intensywniejszy kontakt.
Miał jeszcze na tyle zdrowego rozsądku czy trzeźwości, by nie dać się odciągnąć od ściany; tu mógł w jakiś sposób kontrolować sytuację, a przynajmniej mógł mieć takie wrażenie.
Olek po pierwszej próbie pociągnięcia go w stronę pokoju nie podejmował kolejnej; to było — do tego wniosku Wiktor doszedł znacznie później, już leżąc w łóżku — to było jak najbardziej w stylu Olka, bo to nie był facet, który forsował pewne rzeczy wbrew drugiej stronie. Pozostali więc przy ścianie; złudzenie kontrolowania sytuacji rozwiało się bardzo szybko, gdy tylko Wiktor poczuł, że Olek rozpina mu koszulę i przesuwa palcami po nagiej skórze; być może gdyby w tym momencie albo trochę później, gdy rozpiął też spodnie, Olek znów pociągnął go w stronę drzwi, Wiktor by się nie opierał — ale to był Olek, oczywiście, Olek, uważający, biorący pod uwagę drugą stronę i delikatny, więc pozostali przy tej ścianie, mocno objęci, całując się coraz zachłanniej, obaj podnieceni — i, rzecz jasna, przy całym własnym podnieceniu Olek skupiał się na Wiktorze, to też było w jego stylu, własne potrzeby odsunąć trochę na bok i zająć się najpierw drugą osobą.
A w jego stylu było nie dać nic w zamian, pomyślał Wiktor pod własnym adresem, gdy — po tej krótkiej chwili, kiedy całkowicie się zapomniał i po paru minutach dochodzenia do siebie, z czołem opartym o ramię Olka oraz uspokajającym się powoli oddechem — wreszcie się odsunął. Z dala od obejmujących go rąk, z dala od całujących właśnie jego szyję ust, z dala od zapachu tej wody kolońskiej, z dala od nadal przyspieszonego oddechu wyraźnie starającego się nad sobą zapanować mężczyzny, z dala od tego ciepła, które wyczuwało się nie tylko na fizycznym poziomie.
Poczuł się trochę pewniej, gdy zapiął spodnie i koszulę; nienawidził zacierania się tej granicy czy bariery między sobą a drugą osobą, zacierania albo raczej załamywania, do którego dochodziło, gdy zabrakło ubrania. Poprawił nerwowo okulary i — nie patrząc na Olka, bo nie umiałby w tym momencie na niego spojrzeć — powiedział, chyba niezbyt głośno, bo gardło, po poprzednich jękach, teraz trochę odmawiało posłuszeństwa, a może po prostu coś go gdzieś zduszało — powiedział, że jest późno, że jest zmęczony, więc jeśli Olek się nie obrazi, chciałby się już pożegnać. I niech nie zapomni książki.
„Jasne” rozległo się dopiero po chwili męczącej ciszy, ale w tonie Olka brzmiało coś na kształt wyrozumiałości i cierpliwości. Wziął książkę oraz marynarkę ze stolika, stał jeszcze przez moment, jakby chciał coś dodać — w końcu powiedział tylko „Dobranoc” i cicho wyszedł.
Potem, pod prysznicem, stojąc w strumieniu bardzo ciepłej wody, z opuszczoną głową i zamkniętymi oczami, Wiktor próbował zapanować nad powracającymi obrazami sprzed kilku — kilkunastu — kilkudziesięciu minut. Nie wychodziło mu to, ani wtedy, ani w łóżku, i w efekcie usnął gdzieś między czwartą a piątą nad ranem, co stanowiło kompletne wywrócenie jego rytmu. Z trudem wstał o siódmej, prawie zasnął w łazience, na pół śpiąc wyszedł z ośrodka, a do oddalonej o jakieś czterysta metrów małej restauracji, w której wykupiono posiłki dla uczestników konferencji, dotarł bez problemów tylko dlatego, że po drodze spotkał idącą powoli grupę nocnych dyskutantów, którzy najwyraźniej też się nie wyspali.
Stał przy znajdującym się w niedużej bocznej salce szwedzkim bufecie — swoją drogą, dobre rozwiązanie, bo nie lubił, gdy narzucano mu restauracyjne menu — starając się obudzić na tyle, by odróżnić polędwicę od kiełbasy — gdy podszedł do niego Olek, trzymający w ręku talerz. Podszedł, przywitał się, wyjaśnił, że właśnie przyszli z Olgą, a w ogóle to rano wpadli po Wiktora, ale już go nie było, a Olga teraz wykańcza przy wieszaku w pierwszej sali jakąś rozmowę z tą doktor od Górnickiego — i czy Wiktor się wyspał?
Wiktor zrezygnował z mięsa, dołożył sobie jeszcze trzy plastry żółtego sera, odwrócił się twarzą do Olka — no, ten też nie zasnął chyba zbyt prędko, ale oczy mu podejrzanie błyszczały, zupełnie jakby był w dobrym humorze — i korzystając z okazji, bo byli zupełnie sami, wyjaśnił ściszonym, ale twardym głosem, że jeśli chodzi o to, co się wydarzyło wczoraj, a w zasadzie dzisiaj, to był to z jego strony nieplanowany i niekontrolowany incydent.
— Za dużo wypiłem — ciągnął Wiktor, patrząc, jak twarz stojącego przed nim mężczyzny pochmurnieje. — Obaj za dużo wypiliśmy, ja w każdym razie byłem trochę wstawiony, mam słabą głowę — dodał szybko, by zapobiec ewentualnym pytaniom, jak można się wstawić połową kieliszka białego wina. — Poza tym od dłuższego czasu nie jestem z nikim, widać... atmosfera mnie poniosła i czysto fizyczna potrzeba wzięła górę. — Nie wiedział za bardzo, jak to ująć; wyszło dość głupio, ale nic lepszego nie przychodziło mu do głowy. Zacisnął palce na trzymanym w obu rękach talerzu ze śniadaniem. — Byłem wstawiony, zdrowy rozsądek się wyłączył i tyle — powtórzył, bo mina słuchacza mówiła, że ten nadal nie wierzy. — Nie zamierzałem do czegoś takiego doprowadzić ani nie mam zamiaru tego powtarzać, to nie miało dla mnie żadnego znaczenia.
— Dla mnie miało — odezwał się w tym momencie Olek tak lodowato, że Wiktora przeszedł dreszcz.
— Przykro mi, jeśli odebrałeś to w ten sposób — powiedział wreszcie, starając się przybrać podobny ton; przez moment miał wrażenie, że znajduje się w jakimś kiepskim amerykańskim filmie, „przykro mi, że tak to odebrałeś”, „to nie jest najlepszy pomysł”, „zostańmy przyjaciółmi”, „porozmawiajmy o tym”, te wszystkie idiotyczne, bezsensowne klisze słowne przypomniały mu się naraz i wyparły z głowy pomysł na jakieś zakończenie rozmowy. — Dla mnie nie miało. — To z kolei zabrzmiało jak dziecięca licytacja, „dla mnie nie”, „a dla mnie tak”, „a dla mnie nie”, długo jeszcze tak? — To był nieplanowany incydent, którego nie mam zamiaru ponawiać — powtórzył dobitnie; tym razem chyba dobrze utrafił, bo Olek przygryzł na moment dolną wargę, po czym odstawił nadal pusty talerz na szwedzki stół, nie odrywając wzroku od rozmówcy, i najwyraźniej chciał coś powiedzieć, tylko sam nie wiedział, co i jak to ubrać w słowa. Korzystając zarówno z tej chwili wahania, jak też faktu, że do pomieszczenia weszły kolejne osoby, Wiktor szybko przeszedł do głównej sali i usiadł przy stoliku, który wcześniej zajął przezornie z trzema innymi uczestnikami.
Przez resztę dnia czuł na sobie spojrzenie Olka — spojrzenie, w którym żal i zawód mieszały się ze złością i wyrzutem. Wiedział, że nie był w porządku — ale i być w porządku nie zamierzał, zresztą nie byłoby całej sytuacji, gdyby cholerny Aleksander nie pchał się z rękami w cudze spodnie.
Nie byłoby jej też, gdyby on, Wiktor, wziął jednak poprzedniego dnia książkę ze sobą i wręczył Olkowi w czasie którejś przerwy kawowej albo przy posiłku. W porządku, obaj doprowadzili do tej sytuacji. Ale to nie znaczy, że mają ją ciągnąć.
Brak pożegnania podczas wyjazdu nie był zbyt miły — ale w gruncie rzeczy zupełnie zrozumiały. Olek dostał odprawę w takiej formie, że musiałby być wyjątkowo zadufanym w sobie megalomanem albo skończonym idiotą, by się teraz pchać do bliższych kontaktów; a Wiktor przecież nie mógłby po uraczeniu takimi słowami ściskać mu ręki niczym dobremu koledze, zresztą te ręce chwilowo za mocno kojarzyły się z nocą w przedpokoju boksu.

Na tym powinno się było skończyć — zachował się przecież mało uprzejmie, odwrócił całą sytuację w taki sposób, że każdy normalny facet w najlepszym wypadku by o nim zapomniał. Wiktor był pewien, że tak jest, że to koniec pewnej fazy ich znajomości, być może znajomości w ogóle, choć to trochę bezsensowne założenie, skoro w każdej chwili mogli się spotkać u wspólnych znajomych.

Do domu wrócił po południu i przez resztę środy starał się odpychać od siebie pewne obrazy, pewne wspomnienia, pewne wrażenia; działało, póki był dzień, ale w nocy wszystko powróciło zbyt mocno, zbyt intensywnie i zbyt plastycznie, by zdołał nad sobą zapanować.
Robienie tego w nocy, w całkowitej ciemności i zupełnej ciszy, jeśli nie liczyć jakiejś tandetnej radiowej muzyczki, miało olbrzymią zaletę: w ciągu dnia, przy świetle i dźwiękach muzyki lubianej, można było nie pamiętać — albo przynajmniej udawać, że się nie pamięta — o ruchach własnych dłoni, o przygryzanych wargach, o przywoływanych wyobrażeniach. W ciągu dnia nic nie naruszało spokoju, pewne granice, których nie chciało się przekraczać, przekraczane nie zostawały.
Do czasu, rzecz jasna, do czasu. Bo Olek, jak zwykle idący pod prąd założeń Wiktora, musiał w czwartek wczesnym popołudniem przyjść i znów powywracać wszystko do góry nogami.
Tłumaczenie dwudziestej czwartej strony „Towards the pages” przerwał krótki dzwonek do drzwi. Po spojrzeniu przez wizjer Wiktor miał przez chwilę ochotę udawać, że go nie ma — jednak otworzył, przywitał się w sposób, który powinien z miejsca odstraszyć gościa, ale w końcu, po pytaniu Olka, czy mogą nie rozmawiać w progu, wpuścił go do mieszkania. Mówiąc szczerze, spodziewał się ostrej odpowiedzi na swoje wyjaśnienia z ubiegłego dnia; spodziewał się wymówek albo jakiejś dosadnej uwagi na temat swojego zachowania; spodziewałby się nawet prędzej tego, że dostanie w zęby, niż tego, co nastąpiło.
Bo Olek, znów wbrew wszelkim oczekiwaniom i założeniom — przeprosił.
Wiktor, słuchając spokojnego głosu, obserwował mówiącego uważnie. Olek nadal wyglądał na niewyspanego, w czwartek rano, jak wynikało z tego, o czym wspominał na konferencji, miał ćwiczenia z dwiema grupami, a potem konsultacje, co oznaczało bycie od ósmej do trzynastej na nogach, a w połowie maja studenci powoli zaczynali sobie przypominać o istnieniu czegoś takiego jak właśnie konsultacje; poza tym w jego twarzy rysowało się coś smutnego, w tonie zresztą też, ale wyczuwało się w tym rezygnację, nie złość. Zresztą w całej postawie Olka nie dało się dostrzec gniewu.
Chciał przeprosić za sytuację z zeszłej nocy, powiedział, stojąc przed Wiktorem i patrząc mu w oczy, co było dosyć peszące, więc w końcu musiało się uciec wzrokiem w bok; Olek odebrał to chyba jako wyraz niezadowolenia, bo powtórzył słowo „przepraszam”, przyznał, że rzeczywiście wypili, on chyba nawet trochę więcej, i widocznie rzeczywiście źle zrozumiał pewne rzeczy... w każdym razie czuje się nie w porządku, w gruncie rzeczy tak, jakby się siłą do Wiktora dobierał.
— Rozumiem, że dla ciebie to był tylko niezamierzony incydent — podjął po krótkiej chwili milczenia, wyraźnie się starając, by nie brzmiało to jak wymówka; Wiktor mimowolnie lekko się skrzywił, słysząc powtórzenie własnego określenia. Kretyńskiego określenia. Widać obaj nie potrafili mówić o jakiejś części tych spraw. — Ale stało się i nie ma sensu udawać, że nie, a tym bardziej nie ma sensu na siłę się wymijać. — Olek przesunął palcami prawej dłoni po czole, opuścił ją i wyprostował się nieco. — Nie chciałbym, żebyśmy teraz zaczęli udawać, że się nie znamy albo sprawdzali, czy u znajomych, do których idziemy, nie będzie drugiego z nas. Chodzi mi szczególnie o Olę — dodał, a w jego głosie dało się wyczuć jakiś miększy ton, który pojawiał się zawsze, gdy o niej mówił. — Obaj ją lubimy, ona obu nas lubi. Nie chciałbym stawiać jej w głupiej sytuacji, gdy musiałaby wybierać, czy zaprosić mnie, czy ciebie, albo gdy czułaby się nie w porządku, że umawia się gdzieś akurat nie ze mną, a z tobą. A wiem, że Olkę stać na różne dziwne pomysły, gdy ja wchodzę w grę — dorzucił, uśmiechając się lekko. — Osiem lat przyjaźni i kucia z jednego podręcznika do gramatyki łacińskiej robi swoje. — Wyraźnie starał się rozładować atmosferę, bo Wiktor się nie odzywał i prawie na niego nie patrzył, pewnie miał dość odpychającą minę. — W każdym razie... naprawdę cię przepraszam i daję słowo, że nie będę się więcej narzucał — powiedział po chwili trochę ciszej. — W gruncie rzeczy może nie powinienem był przychodzić, przynajmniej nie dziś, ale pomyślałem, że im prędzej to wyjaśnimy, tym lepiej... a poza tym nie umiem po czymś takim po prostu wzruszyć ramionami, powiedzieć sobie, że bywa, stało się i co się mam przejmować — wykonał ręką jakiś nieokreślony ruch, jakby to miało ułatwić przedstawienie swojego stanowiska — i nie potrafię przejść nad tym do porządku dziennego bez choćby słowa wyjaśnienia.
To było tak bardzo w jego stylu — przeprosić, przyjąć odpowiedzialność, powstrzymać wszelkie wymówki — że Wiktorowi zrobiło się nieprzyjemnie. Czuł się nie w porządku znacznie mocniej niż poprzedniego dnia i tym bardziej nie potrafił spojrzeć mówiącemu prosto w oczy — ale podał mu rękę, bo i trudno było odmówić, gdy słyszało się takie spokojne pytanie: „Podasz mi rękę na zgodę?”.
Podał mu rękę. A potem, pod wpływem jakiegoś nagłego impulsu, który został wyzwolony przez ten uścisk — i przez nakładające się nań wspomnienie poprzedniego uścisku, dotyku, ciepła — przyciągnął Olka do siebie.
Z tego, co zrobił, zdał sobie w pełni sprawę dopiero chwilę później, gdy zrozumiał, że właśnie powtarza sytuację z konferencyjnej nocy. To obezwładniające uczucie w całym ciele powróciło, podobnie jak powrócił zapach Olka, mięśnie napinające się pod koszulą, dłonie przesuwające się po skórze — i w zasadzie powróciło wszystko, tak podobnie, zupełnie tak samo, że przez moment miało się wrażenie, jakby się cofnęło o jeden dzień.
Bliskość Olka była wyraźna — za wyraźna, chociaż ta myśl pojawiła się dopiero później; była jednak wyraźna, Olek trzymał mocno, zdecydowanie, po męsku, i to, co męskie, przeniknięte było czymś czułym, a to, co czułe, czymś męskim, w efekcie zaś tworzyło mieszankę piorunującą (podniecającą) i niemal (natychmiast) ujmującą (uwodzącą). Może gdyby wówczas wykonał jakiś bardziej wymagający opowiedzenia się ruch, Wiktor by spasował, przynajmniej w tamtym momencie — ale Olek najwyraźniej nie chciał go speszyć, nie chciał nadmiernie szarżować, nie chciał tak za wszelką cenę postawić na swoim, więc ograniczył się do tego, przed czym druga strona nie miała oporów, i w efekcie wszystko skończyło się tak samo.
No, nie tak samo. Po wszystkim Olek znów musiał pójść pod prąd.
To „Kocham cię”, szepnięte do ucha i niemal połączone z delikatnym pocałunkiem w policzek, uderzyło Wiktora gwałtownie i w jednej chwili przywołało do porządku. Odsunął Olka od siebie, zapiął ubranie — czuł się naprawdę bezbronny z rozpiętą koszulą i spodniami, więc szybkimi, nerwowymi ruchami przywrócił swoją barierę na miejsce — i poprawił okulary.
— Znasz drogę do drzwi, prawda? — powiedział tak zimnym tonem i dołączył do tego tak zimne spojrzenie, na jakie tylko było go stać. Wbrew obawom podziałało — Olek, najwyraźniej oszołomiony tymi słowami, posłusznie wyszedł, nic już nie mówiąc. Wiktor zamknął drzwi chyba trochę za mocno — ale miał wrażenie, że dzięki temu zdecydowanie i stanowczo odcina się od zajścia sprzed kilku minut. Wrażenie prysło niemal natychmiast, można było jednak przynajmniej udawać, że się je nadal ma.
Nie zdołał potem wrócić do tłumaczenia. Siedział przez część dnia przed komputerem, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w ekran — tylko chwilami udawało mu się otrząsnąć, zerknąć do tekstu, napisać dwa lub trzy słowa, przewertować słownik, po czym znów nachodziło go jakieś wspomnienie, w wyniku którego patrzył na świecący na niebiesko klawisz włącznika, umieszczony w prawym dolnym rogu monitora, i dopiero po dłuższym czasie przypominał sobie o oczekującej na przekład książce.
Nie ruszył wczoraj poza dwudziestą czwartą stronę.
Te dwa nieszczęsne słowa, które się Olkowi wyrwały, powracały co jakiś czas, niczym niechciana melodia nielubianej, ale wwiercającej się w pamięć piosenki. Wiktor próbował je zagłuszyć czytanymi na głos fragmentami Tovip, głośną muzyką, mocnymi uderzeniami palców w klawisze klawiatury — ale to nic nie dawało, bo te słowa wbiły się brutalnie w jakiś zakątek pamięci i cały czas rozchodziły się wyraźnym echem.
W końcu spasował, wyłączył plik z tłumaczeniem drugiego rozdziału, odłożył książkę i słowniki, przez chwilę usiłował czytać „Gracza” Dostojewskiego, ale litery składały się w niedające sensu ciągi, więc wreszcie uciekł się do ostatecznego sposobu radzenia sobie w sytuacjach, gdy własny umysł go zawodził. Włączył Mozillę, wybrał z zakładek parę regularnie czytanych blogów z analizami i do wieczora przeglądał stare posty.
Internet stanowił od ładnych kilku lat najlepszy środek na wszelkie męczące sytuacje; Wiktor poruszał się po blogach, forach oraz stronach sprawnie i był w nich tak zorientowany, że pewnie Michał by się tego nie powstydził. Poruszał się — ale nie uczestniczył; rejestrował się i logował się — ale nie pisał; czytał — ale nie komentował. Jedynie na forach, które po jakimś czasie usuwały użytkowników nieaktywnych, zamieszczał post lub dwa w tematach typu „co czytamy” lub „czego słuchamy”; to były zagadnienia, które nie wymuszały zbyt wielkiego zaangażowania, nie zmuszały do zbyt wielkiego odkrycia siebie i nie powodowały zbyt wielkiego zwrócenia na dany nick uwagi. Nicki miał zresztą różne, na każdym forum inne, zawsze proste i banalne, takie, o których się zapomina zaraz po ich zobaczeniu. Internet był doskonałym środowiskiem; Wiktor, oddzielony od wszystkiego anonimowością imienia, marginesowością obecności i beztwarzowością łączy, czuł się bezpiecznie, w żaden sposób nieprzymuszany do nadmiernego kontaktu, ba — do jakiegokolwiek kontaktu intensywniejszego niż zalogowanie się; w ustawieniach na forach miał zresztą zwykle włączoną opcję „ukryj obecność”. Blogi były jeszcze lepsze, bo w ogóle nie musiał zdradzać, że jest, że czyta, że reaguje.
Przeglądał zatem stare analizy — przeglądał, bo nadal nie mógł się skupić na uważnym czytaniu, ale ponieważ znał już te teksty, nie stanowiło to wielkiego problemu; poza tym czuł się dość swojsko wśród postów, z którymi miał wcześniej do czynienia, to było trochę tak, jakby się zaszył ze starymi książkami w najgłębszym kącie strychu. Nie do domyślenia się, nie do znalezienia, nie do naruszenia spokoju.
Przeglądał te analizy, przeglądając jednocześnie w pamięci środowe i czwartkowe wydarzenia; czasami górę brało wspomnienie, czasami tekst, dzięki temu nie czuł już tak olbrzymiego napięcia psychicznego i obciążenia. Około szóstej zrobił sobie herbatę oraz kanapki z polędwicą i kiszonym ogórkiem — jakoś nie miał ochoty na nic gorącego — zjadł przed komputerem, dalej przeglądając kolejne strony, i tak mu zeszło do ósmej. Zmarnowany dzień, uznał później w łazience, ale czasami zdarzały się takie dni, które trzeba było zmarnować, żeby jakoś sobie poradzić z tym wszystkim, co człowieka męczyło i nie pozwalało się skupić.
Potem, przy zgaszonym świetle, uchylił drzwi na balkon i stojąc w dość wąskiej szparze, zapalił papierosa. Mentolowy smak Marlboro przypomniał Wiktorowi kilka innych mało przyjemnych sytuacji, gdy palił — właśnie tak, jakby mimochodem, w ukryciu przed samym sobą, przy uchylonych drzwiach balkonu, aby dym nie pozostawał w mieszkaniu — gdy palił dla opanowania nerwów, uspokojenia wewnętrznego, odepchnięcia od siebie dręczących myśli. Papieros pomagał — chociaż odrobinę, ale pomagał: zajmował ręce, usta, gardło, sympatycznie gryzł w podniebienie, uderzał w nozdrza znajomym, bezpiecznym, kojącym zapachem. Wiktor zatem stał przy drzwiach balkonu, paląc wolno; wspierał się o framugę lewym ramieniem i przytrzymywał papierosa wszystkimi palcami prawej dłoni, trochę tak, jakby chciał go ukryć w jej wnętrzu. Co jakiś czas strzepywał popiół do trzymanej w drugiej ręce szklanej popielniczki, małej, kwadratowej, z zaokrąglonymi bokami. Popielniczka przypominała spodeczek do cytryny i to stanowiło jej zaletę: na co dzień mogła stać przy talerzach, nie zwracając na siebie zbyt mocno uwagi, dzięki czemu samo palenie stawało się jeszcze bardziej dyskretne i nieistniejące, można było udawać, że nie ma zarówno popielniczki, tak podobnej do spodka, jak też zielono-białej paczki mentolowych i wiśniowej, plastikowej zapalniczki, leżących zwykle za szeregiem książek ustawionych na najniższej półce regału przy balkonie.
Palenie było czymś bardzo intymnym i trochę wstydliwym; Wiktor nie lubił innych palaczy, cudzego palenia, cudzych papierosów, cudzego dymu i cudzej potrzeby sięgnięcia po paczkę, nigdy też nie zapaliłby przy kimś. Palenie było aktem podobnym do masturbacji — przyznaniem się do pewnej słabości, pokazaniem, że potrzebuje się jakiejś formy odprężenia, rozładowania, znalezienia ulgi. Tego się nie robi publicznie, przy wszystkich, w towarzystwie; tego się nie celebruje z innymi, nie wymienia się papierosami, nie przypala się ich sobie wzajemnie zapalniczkami lub zapałkami; tego się nie traktuje jako czynności równie naturalnej, jak picie czy jedzenie. To prywatna, intymna, nieco krępująca rzecz — i dlatego Wiktor spoglądał na innych palaczy w podobny sposób, w jaki patrzył na pokazywanych w telewizji uczestników parad równości.
Pytany, twierdził, że nie palił. W gruncie rzeczy to była prawda — nie palił. Niekiedy tylko, zupełnie sam, sięgał po papierosa, tak ukradkiem, mimochodem, niemal w ukryciu, żeby wyrzucić z siebie to, co go dusiło. Dym tłamsił tłamszącą codzienność, to właśnie było w papierosach tak wspaniałe. Nie trwało długo — ale czasami człowiek szaleńczo potrzebował choćby tych kilku chwil, od pierwszego do ostatniego zaciągnięcia się, od strzepnięcia popiołu do zgniecenia niedopałka w popielniczce, od przytknięcia zapalonej zapałki do czubka papierosa po wyrzucenie popiołu i niedopałka do śmietnika — tych kilku chwil, gdy można było się skupić jedynie na wdychaniu i wydychaniu dymu, na niczym więcej.
Niebo szarzało, zrobiło się dość chłodno i nieprzyjemnie; Wiktor poczuł to, gdy po zgnieceniu niedopałka odstawił popielniczkę na parapet i otworzył szerzej drzwi balkonu, by wywietrzyć mieszkanie. Połowa maja, a pogoda rodem z listopada, co za wariactwo.
Położył się kilka minut po dziewiątej, ale przez dłuższy czas nie mógł zasnąć; w ciemności, nawet wypełnionej muzyką płynącą ze stojących na dwóch krańcach półki głośników, w ciemności zagarniającej głęboko i zaborczo trudno było odpędzić od siebie nową, a zarazem tę samą falę wspomnień, obrazów, wrażeń, trudno było opanować narastające podniecenie, trudno było powstrzymać dłonie zsuwające się wreszcie z rezygnacją pod spodnie piżamy.
Trudno było pozbyć się Olka, nawet gdy się go wręcz wyrzuciło z domu.

Uniósł wzrok znad klawiatury, w którą się dotąd wpatrywał, wcale jej nie widząc; pokręcił głową i przesunął dłonią po twarzy, próbując wreszcie zapanować nad własnymi myślami. Spojrzał na zegar na ekranie monitora — jedenasta siedem, pięknie, właśnie w najlepsze marnuje kolejny dzień, a przynajmniej piątkowe przedpołudnie. Wstał później niż zwykle, dopiero po szóstej, a przecież zwykle o tej porze zaczynał już pracę. Do komputera usiadł po ósmej, do tłumaczenia natomiast zabrał się koło dziewiątej — oto skutki tej nieszczęsnej konferencji, tego nieszczęsnego zaproszenia Olka do boksu i tej nieszczęsnej wizyty z poprzedniego dnia.
Wiktor był zirytowany — nienawidził tracenia kontroli nad sobą, nad swoimi myślami i nad własnymi planami. Rozkład dnia miał z reguły konkretny i lubił go skrupulatnie wypełniać, choć nie zawsze się to udawało; niemal w każdym tygodniu zdarzało się coś, co psuło układ, co wpychało się w punkty planu i przewracało je choćby częściowo. Jakiś miesiąc temu było to wyłączenie na całym osiedlu prądu na pół dnia — przejście na laptopa nie dało zbyt wiele, skoro bateria wyczerpała się po dwóch czy trzech godzinach — dwa tygodnie temu problemy z kranem w łazience, a tym razem Olek ze swoimi rewelacjami.
Westchnął z niezadowoleniem i spojrzał na plik Worda, a potem na tłumaczony tekst — wspaniale, nadal tkwił na tej dwudziestej czwartej stronie i jakoś nie zapowiadało się na to, że poza nią dziś wyjdzie. Zdjął okulary, podparł się łokciami o blat biurka i ścisnął skronie palcami obu rąk. Chyba po trzech dniach z dala od komputera — chociaż laptopa wziął ze sobą, ale na dobrą sprawę nie znalazł czasu, by z niego korzystać — miał problemy z przyzwyczajeniem się na nowo do siedzenia kilka godzin z rzędu przed monitorem.
W końcu zrezygnował — zdecydowanie nie znajdował dziś sił do pracy. Trudno, wykorzysta później jeden z zapasowych dni, choć niespecjalnie za tym przepadał, czuł się wtedy trochę jak nieudacznik. W przypadku każdego tłumaczenia rozkładał pracę tak, by mieć minimum tydzień zapasu, w razie gdyby coś się wydarzyło — coś ważnego i sensownego, jak awaria komputera, jakaś usterka w mieszkaniu czy choroba. Olek nie był kwestią ważną i sensowną, a jednak rozbijał dzień gorzej niż wyłączony prąd i cieknący kran razem wzięte.
Po wyłączeniu pliku Wiktor założył okulary, wziął książkę ze stołu i przewertował ją. Szkoda, dobrze się bawił zarówno przy czytaniu, jak i przy tłumaczeniu. „Towards the pages” — tytuł roboczy łamany: „W kierunku stron” lub „Ku stronom”, nie zdecydował jeszcze, która wersja będzie lepiej pasować do treści — należało do tego gatunku, w którym się od niedawna rozczytywał z olbrzymią przyjemnością: książka o książkach, o czytaniu, o gromadzeniu tomów, o tworzeniu prywatnych bibliotek, o pożyczaniu i podkradaniu cudzych zbiorów. Olga, której zamierzał sprezentować jeden z egzemplarzy, jakie miał otrzymać po wydaniu, z pewnością będzie zachwycona. Olek...
Do diabła z Olkiem.
Wracając do książki, chciał dojść dzisiaj do strony czterdziestej, a potem resztę dnia zrobić sobie całkowicie wolną — koniec końców, coś mu się należało we własne imieniny.
Uśmiechnął się słabo na tę myśl; imieniny, rzeczywiście, wielkie święto, dobre sobie. Nie obchodził imienin od początku studiów — zapowiedział wtedy matce i ojcu, że nie chce żadnych prezentów, na urodziny zresztą też nie. Wyegzekwowanie zasady było łatwe, chyba zapomnieli o tej dacie szybciej niż on. Chociaż nie, on nie zapomniał i w gruncie rzeczy imieniny obchodził, ale na własny koszt. Czternasty maja był doskonałym pretekstem do kupienia jakichś książek — więc Wiktor zaparzył gorącą herbatę, zalogował się w czterech ulubionych księgarniach internetowych i spędził blisko dwie godziny na przeglądaniu ofert. Przez te dwie godziny zdołał jakoś odepchnąć wspomnienia konferencyjno-pokonferencyjne; w ramach pocieszenia po niedawnych wydarzeniach zrobił sobie naprawdę porządny prezent, liczący w sumie dwanaście pozycji — ale gdy tylko potwierdził ostatnie zamówienie, wszystkie obrazy powróciły z całą siłą.
Na szczęście nie trwało to długo. Wiktor umiał już pewne rzeczy ucinać, racjonalizować, odrzucać — może nie doskonale i całkowicie, ale przynajmniej w części, po kawałku, aż dana kwestia zatracała znaczenie, zacierała się, zamierała. Teraz będzie tak samo, wiedział o tym dobrze, potrzebował po prostu czasu, zajęcia i spokoju.
Czas miał. Miał bardzo dużo czasu, nic go przecież z Olkiem nie łączyło na gruncie codziennych spraw — poza paroma wspólnymi znajomymi, ale to się da jakoś obejść. Zajęcie też miał — ogrom zajęć, ogrom pracy, ogrom obowiązków, które zmuszały do wzięcia się w miarę szybko w garść. Spokój również miał — wspaniały, kojący, uwielbiany spokój swojego mieszkania.
Obrócił się na krześle, by spojrzeć na pokój, w którym spędzał większość czasu, by w tym oglądaniu odnaleźć ponownie zapewnienie bezpiecznego odcięcia od świata, jakie dotąd zawsze odczuwał. Jego własna kawalerka — ta myśl pojawiała się czasem niczym czułe wspomnienie bliskiej osoby.
Pokój był duży, przestronny i kwadratowy, co stanowiło olbrzymią zaletę, Wiktor bowiem nie znosił zaburzenia w przestrzeni w postaci prostokątnych pomieszczeń. Wystarczająco już się namieszkał w długim i wąskim pokoju na stancji. Tapeta została pomalowana na ciemnoniebiesko — lubił ten kolor, było w nim coś niemęczącego i wyciszającego; w gruncie rzeczy nie miałby nic przeciwko, by także sufit zamalować w ten sposób, ale przekonano go, że całość dałaby przytłaczający efekt, więc zgodził się na biały. Mebli posiadał niewiele — nie cierpiał natłoku przedmiotów ani bibelotów; niewielka liczba rzeczy wypełniających pokój ani nie dusiła, ani nie wywoływała wrażenia pustki. Szafa i komoda z ciemnego drewna stały w prawym kącie, naprzeciwko, także w kącie, łóżko i nocny stolik z tego samego kompletu, natomiast przy przeciwległej ścianie znajdowało się biurko — wspaniały, dwumetrowy drewniany blat, przy którym świetnie się pracowało. Między komodą a przedpokojem, między szafą a łóżkiem oraz nad biurkiem wisiały po cztery długie półki na książki, wykonane tak jak blat z ciemnych, drewnianych desek. Na pierwszej grupie półek trzymał literaturę angielską, niemiecką i trochę amerykańskiej, na drugiej — rosyjską i francuską, do tego na środku najniższej ustawił wieżę, w ten sposób, leżąc w łóżku, mógł z łatwością zmieniać muzykę; natomiast stojące na obu krańcach półki głośniki pozwalały na równomierne rozchodzenie się dźwięku. Nad biurkiem umieścił słowniki i inne książki potrzebne do pracy, dzięki czemu w każdej chwili miał możiwość, niemal nie ruszając się z miejsca, sięgnąć po potrzebną pozycję.
Był jeszcze jeden zestaw półek, niedługich, raptem na jakieś siedemdziesiąt centymetrów, za to od podłogi po sufit — tak wykorzystał niewielką przestrzeń między stolikiem nocnym a drzwiami na balkon. Tam właśnie postawił uwielbianego Lema i trochę polskiej beletrystyki, głównie z dziewiętnastego wieku, oraz własne wydane tłumaczenia. To było miłe uczucie, od czasu do czasu spojrzeć na szereg grzbietów książek, które sam przełożył.
Ten swoisty regał miał dodatkową zaletę poza przechowywaniem księgozbioru: z perspektywy łóżka zasłaniał drzwi na balkon. Co prawda cały efekt pryskał, gdy się wstało, zwłaszcza gdy się stanęło na środku pokoju, wtedy bowiem doskonale było widać ponurą rzeczywistość: ściana naprzeciwko szafy i komody w zasadzie nie istniała. Wielkie okno nad łóżkiem, następnie wąski pasek tapety, następnie drzwi na balkon — szeroki, ciągnący się przez całą ścianę i spory balkon — a potem jeszcze węższy pasek tapety i koniec, oto ogromna — zdaniem byłego właściciela zaleta, zdaniem Wiktora — wada tego mieszkania.
Na diabła mu taki wielki balkon? Na diabła mu w ogóle balkon?
Ten nieszczęsny balkon był trochę jak atak ze strony tego, co na zewnątrz, jak próba uprzykrzenia człowiekowi życia. Wiktor nie lubił balkonów; na swój niemal nie wychodził i w zasadzie z niego nie korzystał, jedynie zaraz po przeprowadzce trzymał tam kartony, obecnie zaś rozwieszał czasami pościel po praniu, by szybciej wyschła. W gruncie rzeczy w takich momentach czuł się najlepiej — poszwy, prześcieradła, kołdra czy poduszki zasłaniały balkon i dawały o nim zapomnieć.
Inna rzecz, że otwarte drzwi balkonu pozwalały ukradkiem zapalić i świetnie wywietrzyć mieszkanie; przydawały się szczególnie w lecie, gdy było gorąco i duszno, a przez uchylone okno oraz drzwi do pokoju dostawało się świeże powietrze, niekiedy nawet lekki powiew wiatru. Były to momenty, gdy Wiktor doceniał swoją „otwartą ścianę”; w innych porach roku lub przy innej pogodzie ignorował ją, spuszczając żaluzje i odcinając się od wszystkiego, co na zewnątrz.
Tego dnia także ignorował — na dworze było chłodno i trochę mżyło, o czym przekonał się rano, gdy poszedł po chleb; obecnie, przy zasłoniętych żaluzjami szybach i włączonym górnym świetle, stworzył sobie w pokoju dobrą atmosferę do pracy, od której nie mogły go rozpraszać żadne zewnętrzne bodźce.
Niestety, nie miał równie doskonałych sposobów na bodźce wewnętrzne.
Westchnął z irytacją — ciągłe powracanie pewnych myśli drażniło — i odwrócił się z powrotem do biurka. Obrotowy fotel na kółkach, czarny z brązowym obiciem siedzenia i oparcia, dobrze się sprawdzał przy pracy: mocnym odepchnięciem nogi można było przemieścić się od jednego końca blatu do drugiego, od monitora do drukarki, od słowników używanych najczęściej do tych wykorzystywanych sporadycznie. Na podłodze, na szczęście, leżał dywan, inaczej pewnie Wiktor w ciągu pierwszych kilku miesięcy wyżłobiłby w niej wgłębienia od swoich regularnych jazd; zresztą nie lubił paneli, a gładki, jasnoniebieski materiał wyściełający pokój pozwalał chodzić na boso. W kapciach Wiktor zawsze czuł się trochę głupio. Po wolnej przestrzeni pokoju przechadzał się zatem bez nich; spacery takie urządzał dość często, dla rozprostowania kości, dla odcięcia się na moment od tłumaczenia i odświeżenia umysłu, dla zastanowienia się nad jakimś fragmentem, który właśnie przełożył albo zamierzał przełożyć. Czasami też odganiał w ten sposób niechciane myśli; spokojny, miarowy krok od ściany do ściany potrafił niekiedy wyrzucić z głowy jakieś męczące wspomnienie czy dręczące wyobrażenie.
Wstał zatem i teraz; ze stojącego między biurkiem a drzwiami do przedpokoju wysokiego stojaka na płyty wziął „Dark side of the Moon”, podszedł do wieży i włączył płytę, po czym — przy pierwszych dźwiękach „Echoes”, które go zwykle uspokajały — przeszedł się parę razy po pokoju.
Nie zadziałało.
Nic dziwnego, pomyślał z irytacją, stając wreszcie przed drzwiami balkonu. Olek był podobny właśnie do tego balkonu — niby niegroźny i w zasadzie nieobecny, ale jednak działał na nerwy.
Pokręcił głową i spojrzał w prawo, w stronę kuchni. Gdy urządzające mu mieszkanie małżeństwo zjawiło się tu po raz pierwszy, z miejsca stwierdziło, że najlepiej pozbyć się drzwi między pokojem a kuchnią i pokojem a przedpokojem, w ten sposób optycznie powiększy się przestrzeń. Wiktor zdecydowanie zaprotestował — lubił drzwi, dawały poczucie kontroli i wrażenie, że zamyka się na wszystko, co mogłoby rozpraszać lub męczyć. Mimo że Agnieszka, która z zawodu była dekoratorką wnętrz, uparcie tłumaczyła zalety ich usunięcia, Wiktor okazał się jeszcze bardziej uparty — i w efekcie drzwi, zresztą w trzech czwartych przeszklone, więc wizualnie bardzo lekkie, pozostały, zarówno w kuchni, jak i w przedpokoju.
Na co dzień te drugie zamykał, pierwsze natomiast pozostawiał otwarte; kuchnia stanowiła dość przyjazne miejsce, choć była mała, prostokątna — i kremowa, to akurat zwycięstwo Agnieszki, którą przeraził pomysł pomalowania tego pomieszczenia na ciemno.
— Ona jest mała, ciasnawa i po wstawieniu wszystkich kuchennych rzeczy plus dwie osoby to tam będzie wszystko wypełnione — tłumaczyła któregoś dnia, gdy już skończyła z mężem pokój. — Na ciemno to tam będzie jak w bunkrze. — Skrzywiła się, przeszła przez pokój, klasnęła w dłonie i rzuciła przez ramię: — Zrobimy ci ją na kremowo, to nie będzie takie szpitalne jak biały, a optycznie się powiększy. Dobrze zresztą, że masz w niej takie duże okno — dodała, patrząc z uśmiechem na rzeczywiście dość spore okno, które zajmowało niemal całą krótszą ścianę.
Wiktor nie podejmował tematu „dwóch osób” — przyzwyczaił się już do tego, że część ludzi chyba wręcz odruchowo dopisuje do samotnych osób jakąś potencjalną towarzyszkę lub towarzysza — i w końcu zgodził się na ten kremowy. Na dalszą metę, jak później stwierdził, Agnieszka chyba miała rację, bo jasna kuchnia zdawała się rozświetlać pokój. Poza tym wówczas najbardziej zależało mu na tym, by ktoś wytapetował i pomalował mieszkanie oraz zrobił blat i półki, bo on się na tym nie znał, i by w końcu mógł zamieszkać sam, bez żadnych ludzi na głowie, w całkowitym spokoju i ciszy.
Zamieszkał wreszcie w całkowitym spokoju i ciszy — w swoich trzydziestu czterech metrach kwadratowych, w obrębie których stworzył sobie spokojne, ustabilizowane, możliwe do kontrolowania życie. Przywiązał się do tego mieszkania tak mocno, że obecnie nie potrafił zrozumieć, jak zdołał tyle czasu wytrzymać najpierw w domu rodziców, a potem na stancji w Szczecinie.
Mieszkanie było dużą i jak na gust Wiktora dość zabawnie urządzoną bryłą: pokój z lewej strony łączył się z wąską kuchnią, z prawej — z wąskim przedpokojem, a pomiędzy nimi znajdowała się niewiele większa łazienka.
— Czyli twój blat — stwierdził Sylwester, gdy wraz z Agnieszką projektowali sposób przytwierdzenia desek do ścian — będzie w dwóch trzecich na łazience, w jednej trzeciej na przedpokoju.
— I co? — mruknął Wiktor, czekając na wniosek z tych wyliczeń, chwilę wcześniej bowiem dowiedział się, że półki między oknem a drzwiami balkonu będą zajmować czternaście procent szerokości balkonu, a gdyby przerobić odpowiednio przedpokój, zyskałoby się dodatkowe dwa metry kwadratowe pokoju.
— I nic — odparł beztrosko inżynier budownictwa. — Fajnie, nie?
Wiktor z trudem zapanował nad zniecierpliwieniem, jakie pewnie można było wyczytać z jego twarzy. Powstrzymał się od uwag głównie dlatego, że Agnieszka i Sylwester robili mu to wszystko po znajomości, więc odrobinę taniej, a poza tym we dwójkę, bez sprowadzania dodatkowych ludzi, dzięki czemu Wiktor nie musiał zgrzytać zębami z powodu tłumu obcych kręcących się w jego nowo zakupionym mieszkaniu ani znosić zbyt licznego towarzystwa, gdy codziennie przychodził choć na chwilę, by zobaczyć, jak posuwają się prace. Agnieszka co prawda wydawała się trochę rozżalona, bo jej dekoratorskie umiejętności zostały ograniczone do wyboru koloru kuchni, przeforsowania białych sufitów i rozplanowania półek, wszelkie inne sugestie związane z meblami, dywanem, kafelkami czy tapetami Wiktor ucinał krótkim „nie”, starając się nie zabrzmieć zbyt ostro, chociaż fakt, że ktoś mu próbuje narzucić cokolwiek w jego mieszkaniu, był denerwujący — niemniej jednak po skończeniu całego remontu wszyscy byli zadowoleni: oni, bo dobrze zarobili, nawet przy rabacie, Wiktor, bo wreszcie miał gotowe mieszkanie i był w nim zupełnie sam.
Agnieszka i Sylwester stanowili sympatyczną parę, to prawda, ale od tamtego czasu spotkał się z nimi raptem ze dwa razy w ciągu roku, przy czym tylko pierwsze spotkanie było zwyczajną, ustaloną wizytą u nich w domu; drugie to już natknięcie się na siebie w Realu i zjedzenie z grzeczności czegoś w jednej ze znajdujących się w hipermarkecie kawiarenek. Mimo obietnicy, jaką wymogli, więcej się nie odezwał; nie dlatego, że nie miał ochoty spotykać się akurat z nimi — dlatego, że z reguły nie miał ochoty spotykać się w ogóle, nieważne, z kim. Owszem, bywały okresy, gdy trochę bardziej wychodził do ludzi — ale te wyjścia przynosiły więcej kłopotów niż korzyści, wystarczy choćby spojrzeć na to z Olkiem...
I znowu wraca do tego samego, stwierdził z irytacją, wchodząc do kuchni. Jakby się nie odwrócić, wszystko się w końcu zawsze sprowadza do Olka...
Nastawił wodę, po czym rozejrzał się po kuchni; była ona nie tylko mała oraz wąska, ale też nieregularna, bo ściana naprzeciwko okna miała niedużą wnękę, w której akurat mieściła się lodówka. Ta wnęka — a raczej ta zabudowana obok niej część — w jakiś sposób wiązała się z łazienką czy rurami z łazienki, Wiktor nie wiedział dokładnie, bo podczas tłumaczeń Sylwestra zwyczajnie się wyłączył. Co go obchodzi, dlaczego to jest, skoro jest, no to trudno. Najważniejsze, że można to jakoś sensownie wykorzystać.
Od okna do zabudowanej części ściany ciągnął się „kuchenny szereg”, jak go nazwała Agnieszka, główkująca przez pewien czas nad takim sposobem ustawienia wszystkiego, by ciasnota pomieszczenia nie była zbyt męcząca: dwie jasnobrązowe szafki połączone z kuchennym blatem w tym samym odcieniu, zlew oraz kuchenka elektryczna jakoś się zmieściły, natomiast obok lodówki udało się ustawić mały stolik oraz krzesło. To pojedyncze krzesło i fakt, że poza dwiema stojącymi szafkami nie było żadnych wiszących, nie dawały Agnieszce i Sylwestrowi spokoju — a raczej to oni nie dawali spokoju Wiktorowi. Szczególnie musiało ich dziwić owo samotne krzesło, upierali się bowiem, że trzeba dokupić przynajmniej jeszcze jedno, bo „jak Wiktor będzie przyjmował gości?”.
Dla świętego spokoju oraz uniemożliwienia im nadmiernego wtrącania się w jego życie powiedział, że później dokupi, co trzeba, zachowując dla siebie uwagę, że żadnych gości przyjmować nie zamierza. Nie po to się przecież przeprowadzał z Gdańska do Szczecina, żeby znów mieć jakichś ludzi na karku.
Dla jednej osoby jedno krzesło przy stole, niewielka lodówka oraz dwie szafki, w których mieściło się parę garnków, talerzy, szklanek, sztućców, trochę herbaty, kawy, przypraw i tym podobnych — dla jednej osoby wystarczało to doskonale. Wystarczało, tak samo jak szafa i komoda, w których zmieściły się wszystkie ubrania, jak jedna para kapci, i tak nieużywana, jak jedna szczoteczka do zębów w łazience. Czego oni od niego chcieli z tymi gośćmi, ludźmi i dodatkowymi przedmiotami do cudzego użytku w jego mieszkaniu? Szaleństwo.
Wyciągnął z szafki przy zlewie szklankę oraz spodek, z szafki pod oknem, po krótkim wahaniu, herbatę zamiast kawy i po chwili, gdy czajnik zaczął gwizdać, zalał saszetkę Liptona, myśląc jednocześnie, że imieniny imieninami, ale przez głupoty marnuje czas. Skoro już z tłumaczenia tego dnia nici, to mógłby zrobić coś innego, sensownego — sensowniejszego niż na przykład przesuwanie wzrokiem po starych, znanych postach, których w dodatku nie czyta, a tylko ogląda, czy siedzenie przed monitorem i zatapianie się w głupich myślach.
Gdy wrócił do pokoju, spojrzał na stojący na stoliku przy łóżku budzik — mały, kwadratowy, stalowoszary przedmiot, który niemal nigdy rano nie dzwonił, Wiktor bowiem z reguły budził się na kilka minut przed godziną, na jaką nastawiał alarm, i wyłączał go.
Za osiem trzecia. Wspaniale, nie ma to jak pozwalać, by czas przeciekał człowiekowi przez palce.
Postawił herbatę na biurku, usiadł i uśmiechnął się lekko. Olga stwierdziła kiedyś, że po stanie miejsca pracy można się zwykle domyślić stanu czyjegoś pokoju albo mieszkania, i pewnie odwrotnie też. Chyba miała rację — podobnie jak w pokoju, tak też na tym blacie Wiktor potrzebował przestrzeni i starał się mieć wszystko ułożone na skrajach: mały modem od bezprzewodowej myszy, mały, czarny dysk zewnętrzny z niebieskim światełkiem u dołu, zapasowe baterie oraz komórkę po lewej stronie, drukarkę, papier oraz zapasowe tusze po prawej — z najważniejszym punktem, czyli monitorem, oraz ustawioną przy nim czarną, aluminiową lampką o długim, zginającym się w trzech miejscach ramieniu, w centralnym miejscu. Druga część tego najważniejszego punktu, czyli jednostka komputera, stała na podłodze, za lewą nogą blatu, dzięki czemu nie można było przez nieuwagę jej potrącić i uszkodzić twardego dysku. Przed monitorem zwykle leżał tłumaczony tekst, a po bokach słowniki — w tej chwili jednak zamiast materiałów do pracy stała tam szklanka z herbatą, którą Wiktor machinalnie mieszał łyżką, patrząc bez większego zainteresowania na włączoną właśnie stronę jednego z forów. W końcu wypił herbatę, wyłączył przeglądarkę, po chwili zastanowienia wyłączył komputer, położył mysz obok klawiatury i wepchnął wysuwaną półkę, na której się znajdowały, pod blat. Wystarczy tego grzebania w Internecie.
Przez resztę dnia czytał — udało mu się wreszcie skupić myśli na tyle, by z przyjemnością powtórzyć sobie „Zamianę” Trifonowa, a potem krótkie opowiadanie z „Cyberiady” Lema. To pozwoliło odpocząć — i jeszcze w łazience, gdy się mył, czuł się znacznie spokojniejszy.
Kabina prysznicowa miała matowe szyby, co dawało trochę większe wrażenie prywatności. Po zakręceniu kranu Wiktor przetarł dłonią twarz i na moment odsunął drzwiczki, by z haczyka obok wziąć jeden z ręczników. Powietrze, które wdarło się do środka, zdawało się lodowate i w nieprzyjemny sposób chłodziło wygrzaną przed chwilą ciepłą wodą skórę, więc należało szybko zasunąć drzwi z powrotem, a potem, po przetarciu twarzy, równie szybko sięgnąć po drugi ręcznik.
Stanąwszy, już piżamie, przed lustrem nad umywalką, Wiktor wytarł porządniej włosy, przerzucił ręcznik przez ramię i, sięgając po szczoteczkę do zębów, zerknął na swoje odbicie. Za wiele nie zauważył — świat pozbawiony wyostrzającego wsparcia szkieł stawał się trochę rozmazany, rysy, kontury i barwy rozmywały się, rozjeżdżały i blakły, zupełnie jak farba, na którą spadło kilka kropel wody. Własne ciało wydawało się oddalone i zamglone, dało się wychwycić przede wszystkim jego ogólny zarys; na tle beżowej plamy, jaką tworzyły kafelki, malowała się plama jasna połączona z plamą granatową, bo bladoniebieskich pasków piżamy nie sposób było dostrzec. Dopiero gdy Wiktor przybliżył twarz do lustra, by usunąć z oka drażniącą rzęsę, obraz stał się wyraźniejszy: jasnozielone plamy tęczówek, jasne brwi, nieco uniesione przy usuwaniu rzęsy, prosta linia nosa, cień palców na prawym policzku, niebieski mankiet rękawa.
Po wytarciu rąk mógł wreszcie wyjąć okulary z leżącego na szklanej półce nad umywalką brązowego etui; dopiero teraz, gdy je założył, gdy poczuł za uszami i u nasady nosa chłód oprawek, gdy wszystko naokoło wykrzywiło się w chwili nakładania się na siebie obrazu dostrzeganego przez oczy i obrazu wychwytywanego przez szkła — dopiero teraz poczuł się pewnie i stabilnie. Dobre widzenie usuwało uczucie zagubienia, zachwiania równowagi i pewnego ogłuszenia na świat. Wiktor zdawał sobie sprawę z faktu, że był wzrokowcem, i to bardzo silnym wzrokowcem: jeżeli nie widział, nie czuł w pełni, nie słyszał w pełni, nie rozumiał w pełni. Gdzieś tam w głowie coś odmawiało pełnego rejestrowania wydarzeń, jeśli nie można było uzyskać ich, choćby podstawowego, obrazu. Bez okularów, z tą zamazaną, osłabioną i rozmytą widocznością, czuł się bezbronny, zagrożony, pozbawiony oparcia.
Może dlatego lubił wiele razy oglądać znane miejsca — żeby tym mocniej je sobie uświadomić, tym mocniej się w nich odnaleźć, tym mocniej się do nich przywiązać?
Do swojej łazienki był przywiązany; tkwiąca w kremowym kubku do płukania ust samotna, biało-żółta szczoteczka do zębów przypominała, że to była jego łazienka, należąca tylko do niego i używana jedynie przez niego. Ta szczoteczka była sygnałem podobnym do pojedynczego krzesła w kuchni — sygnałem uwolnienia się od ciągłej, natrętnej i niepożądanej obecności ludzi.
Po wyjściu z łazienki sprawdził jeszcze, czy drzwi do mieszkania są zamknięte — taki cowieczorny odruch, upewnienie się, że granice są stabilne — i wyłączył światło w przedpokoju, pozwalając, by jasnoniebieskie ściany, wieszak oraz wykonana z ciemnego drewna szafka na buty zatonęły w ciemności. Zamknął drzwi do pokoju i drzwi do kuchni — tylko tak mógł zasnąć — sprawdził jeszcze balkon, włożył płytę Колизей do kieszeni odtwarzacza, ściszył trochę, bo choć miękki, był to zawsze metal, i po wsunięciu pilota pod poduszkę oraz wyłączeniu lampki na biurku położył się. Chłód pościeli dawał uczucie pewnej świeżości i koił zmęczone ciało.
Przez jakiś czas Wiktor leżał na plecach, ze zsuniętą do pasa kołdrą, z prawą ręką pod głową, a lewą na prześcieradle, wpatrując się w sufit. Niemal nie słyszał muzyki; chwilami jedynie unosił się na łokciu i zerkał na zegar — siedem po dziewiątej, dwadzieścia trzy po dziewiątej, za czternaście dziesiąta, dziesiąta szesnaście, to zaczynało go denerwować; zwykle usypiał szybko, dwudziesta druga stanowiła dla niego naprawdę późną porę — ale tym razem leżał bezsennie, starając się odsunąć od siebie niektóre obrazy, wspomnienia i wrażenia, próbując bezskutecznie skierować myśli w inną stronę.
Łóżko było za duże, ta refleksja naszła go, gdy znów opadł na materac. Dziesiąta trzydzieści osiem. Łóżko było za duże jak na jedną osobę, w zasadzie nadawało się na dwie; sam był sobie winien, bo skusił go akurat ten komplet mebli, z akurat takim łóżkiem, którego wielkość wydawała się podczas zakupu zaletą — przyjemnie się myślało o spaniu w równie komfortowych warunkach. Teraz jednak, gdy nie mógł zasnąć, a gdzieś w tyle głowy kołatały się wspomnienia Olka, był przekonany, że łóżko okazało się za duże. Przecież nawet miał dwie poduszki; leżały obok siebie, pozwalając na swobodne zmienianie pozycji, choć Wiktor z reguły spał po jednej stronie, z brzegu, bo przy ścianie nie lubił, i z tego, co zauważył, nie miał zwyczaju zbyt mocno wiercić się przez sen. A jednak poduszki posiadał dwie; górne rogi ich poszewek, białych w drobne, liczne, jasnozielone listki, wystawały spod takiej samej kołdry, gdy w ciągu dnia łóżko było zasłane. Wiktor nie używał żadnej narzuty, denerwowałaby go; lubił się położyć z książką bezpośrednio na kołdrze, z poduszką pod głową i tak przez jakiś czas czytać.
Łóżko jest za duże, powtórzył w myślach. Miękkie, wygodne, przyjemne, to fakt, doskonale się w nim śpi, ale jest za duże.
Uczepił się tej myśli, by odciąć się od pozostałych — od wspomnień Olka, jego twarzy, jego głosu, jego spojrzenia — jego ust, jego rąk, jego zapachu — i tego, do czego doszło w przedpokoju boksu, i tego, do czego doszło w przedpokoju mieszkania — co za szczęście, że nie wpuścił go do pokoju — i tych słów. Tych słów... zabawna sprawa, ale jeśli się zastanowić, to tego wyznania można się było domyślić, jeszcze zanim zostało ono wypowiedziane. Te dwa słowa były gdzieś w Olku czy wokół Olka — w jego tonie, w jego wzroku, w jego uśmiechu, w jego gestach, w okazywanej uwadze, w wyczuwanej życzliwości. Można się było ich domyślić i może nawet jakoś przed nimi ustrzec, ale w tym momencie było już za późno.
W ogóle było późno, za późno, dochodziła jedenasta, jak stwierdził, spoglądając na budzik ponownie.
Te słowa dalej powracały, niczym echo, które nie może zamilknąć — powracały wraz ze wspomnieniem dotyku, bliskości, zaciskających się palców.
Wiktor sięgnął lewą ręką w bok, wyciągnął spod poduszki pilota i przełączył płytę na którąś ze stacji radiowych. Było mu obojętne, co włączył — potrzebował po prostu nieistotnej muzyki, dźwięków, które nie były bliskie i cenione. Jakaś popowa mieszanka — właśnie taki, zupełnie nieważny element, pasował.
Naciągnął na siebie kołdrę aż po szyję, zamknął oczy — i pozwalając już, by wszystkie wcześniejsze obrazy stłoczyły się obok siebie, by wspomnienia dwóch dni znowu zajęły umysł i ciało, by powróciły pewne odczucia — wsunął powoli dłonie pod spodnie piżamy.
Pierwszy moment przesuwania własnymi palcami po skórze był zawsze dość kłopotliwy; Wiktor wsunął się trochę mocniej pod kołdrę, tak że materiał poszewki dotykał nosa — i w tym dusznym cieple, jakie go ogarnęło, w tym wrażeniu ukrycia przed wszystkim z zewnątrz, przy tych byle jakich dźwiękach, które nie należały do jego codzienności, więc nie były w stanie przypomnieć później jakiegoś elementu tej sytuacji — w tych warunkach odcięcia mógł pozwolić sobie na silniejsze i gwałtowniejsze ruchy dłoni, na krótkie spowalnianie, by przedłużyć przyjemność, na wyobrażenie, że to znów dłoń Olka, na ciche westchnienie pod sam koniec.
Po wszystkim wytarł dłonie w spodnie piżamy, wstał, bez zakładania okularów i bez włączania światła, wyjął z szafy inną piżamę, umył ręce i przebrał się w łazience — po ciemku, znał przecież swoje mieszkanie na pamięć, a po takich rzeczach nie miał ochoty patrzeć w lustro — po czym wrócił do pokoju, do łóżka, do normalności. Przy dźwiękach znów włączonej płyty, z kołdrą zsuniętą do żeber i w świeżej, chłodnej piżamie było zupełnie tak, jakby nic się nie wydarzyło, nic się nie stało, nic nie zaszło. Zupełnie nic, ukryte pod naciągniętą kołdrą, pod wyłączonym światłem, pod tandetną muzyczką.
Gdy zasypiał, miał wrażenie, że jakoś sobie z tym wszystkim poradził.

Dzień Matki znowu wypadł w dzień roboczy, tym razem w środę; fakt ten stanowił ogromną zaletę, bo gdy Wiktor dzwonił w takim dniu, najlepiej koło południa, mógł mieć pewność, że matka będzie zabiegana, zarobiona i spóźniona wszędzie pięć minut, więc ograniczą się do wymiany życzeń i podziękowań — i spokój. Całe szczęście, że to środa, tym bardziej że urodziny matki wypadały tym razem w sobotę, a w sobotę byłby czas na rozmowę — i mimo że do piątego czerwca pozostawało jeszcze trochę czasu, Wiktor już się krzywił na myśl o perspektywie pogawędki telefonicznej. A tak złoży życzenia, hurtem — w środowe południe, gdy matka będzie nerwowo spoglądać na zegarek, i z głowy.
Sama konieczność zadzwonienia psuła mu humor od trzech dni. W środę rano usiadł do tłumaczenia, ale do południa przełożył tylko jedną stronę; miał ogromną ochotę nie zadzwonić, udać, że zapomniał — tylko że to wymusiłoby telefon w urodziny. Nie, lepiej już było załatwić to dziś i mieć spokój do Bożego Narodzenia.
Kilka minut przed dwunastą wyłączył plik — sto jeden przetłumaczonych stron, minął połowę, nieźle — i z telefonem komórkowym w dłoni podszedł do balkonu, by przymknąć drzwi. Komórka ciążyła nieprzyjemnie, widok numeru matki również; chciał mieć już to za sobą, najchętniej w ogóle by nie telefonował, i to nie tylko dziś. Wreszcie zadzwonił; gdy słyszał regularny, długi sygnał, powtarzał w myślach prośbę, by nie odebrała — ale wtedy musiałby zadzwonić jeszcze raz lub ona by zadzwoniła, choć na mocy niepisanej umowy od dawna ograniczali się do telefonów od niego, nie od niej lub ojca.
— Wiktor? — usłyszał naraz jej głos, dość wysoki, trochę zaskoczony. Głupie pytanie, zupełnie jakby nie widziała na wyświetlaczu, kto dzwoni albo jakby z jego telefonu wydzwaniali do niej obcy ludzie, pomyślał z irytacją, ale postarał się odpowiedzieć uprzejmym głosem.
— Tak. — Na kilka sekund zgubił wątek; te rozmowy zawsze go rozbijały. — Cześć. Chciałem ci złożyć życzenia — podjął wreszcie. — Z okazji Dnia Matki. I od razu z okazji urodzin, bo mogę nie być w stanie zadzwonić wtedy...
— Już teraz wiesz, że w czerwcu nie zadzwonisz? — zapytała z jakąś nutą urazy czy zawodu, która też była irytująca.
— Mam dużo pracy — odpowiedział i powrócił do podstawowego wątku: — Więc chciałem ci złożyć życzenia... — I tu własna inwencja go zawiodła, bo nie miał pomysłu, co dodać do tego stwierdzenia. — Wszystkiego najlepszego. — To brzmiało trochę ubogo, wobec czego dorzucił: — Z okazji Dnia Matki. — Chyba niewiele pomogło.
— Dziękuję — powiedziała dość sztywno. — To naprawdę miło, że pamiętałeś i zadzwoniłeś. Rzadko dzwonisz — dodała tym samym tonem. — I nie przyjeżdżasz. Kiedy w końcu przyjedziesz? — W jej głosie było chyba więcej uprzejmego zainteresowania niż matczynej niecierpliwości.
— Mam dużo pracy — powtórzył obronnie, bo na uwagę o odwiedzinach ogarnęła go lekka panika. — Nie mam kiedy...
— Nie pracujesz cały czas — przerwała matka. Nie lubił tego jej przerywania, nie da człowiekowi dopowiedzieć wymówki do końca, tylko już wskazuje palcem, że to wymówka. — Od trzech lat cię nie było. Powinieneś się w końcu pokazać, strasznie długo cię nie widzieliśmy. Przyjedziesz przed wakacjami?
— Raczej nie dam rady — wymruczał, szarpiąc lekko jeden z pasków żaluzji na drzwiach od balkonu. — Naprawdę mam dużo pracy...
— Szkoda — powiedziała i na moment z obu stron zapadła cisza. — To może jak będziesz miał mniej pracy?...
— Tak, może wtedy — zgodził się dla świętego spokoju; matka zresztą nie naciskała więcej, widocznie uznając, że już odrobiła obowiązek wyrażenia matczynej tęsknoty.
— A co u ciebie? — spytała po chwili.
— W porządku — mruknął, pociągnął pasek mocniej i puścił, aż żaluzja uderzyła w szybę. — Wszystko w porządku — dodał głośniej. — W pracy... i w ogóle. A u was?
— Też w porządku. — Po tej wymianie zapewnień znów zapanowało milczenie. Wiktor na gwałt próbował wymyślić coś, co niezbyt obcesowo pozwoliłoby mu zakończyć rozmowę.
— Pewnie masz teraz urwanie głowy... — powiedział wreszcie z nadzieją i przez nieuwagę uderzył wierzchem lewej dłoni w klamkę. Z trudem powstrzymał syknięcie, wywołane tak bólem, jak i głupią formą swojego pytania, którą właśnie sobie uświadomił. Cofnął się o dwa kroki, wsadził rękę do kieszeni spodni i spojrzał na dywan. Może zaraz się skończy?
— Tak, straszne... — odparła matka powoli. — W zasadzie... w trochę pechowym momencie zadzwoniłeś, właśnie szukam w plikach ważnego dokumentu i nie za bardzo mam czas...
— Przepraszam — podchwycił szybko, starając się, by w jego głosie nie było słuchać ulgi. — Nie będę ci zabierał teraz czasu, chciałem tylko złożyć życzenia i też muszę wracać do pracy.
— Dziękuję jeszcze raz — powiedziała; zabrzmiało to jak uprzejme podziękowanie skierowane do osoby, której nazwiska nie można sobie przypomnieć.
— Nie ma za co. — Świadomość, że już kończy, poprawiła Wiktorowi humor, więc wyjął rękę z kieszeni, dodał: — Jeszcze raz wszystkiego najlepszego — i po obustronnym „cześć” rozłączył się z uczuciem, że zrzucił z siebie ogromny ciężar. Do świąt ma spokój, a w święta od razu złoży ojcu spóźnione życzenia urodzinowe. Na szczęście w jego urodziny rodzice nie dzwonili, tylko wysyłali okolicznościowy SMS.
Dopiero teraz, gdy miał to już za sobą, był w stanie zrobić coś konkretnego — a tym czymś okazało się drugie śniadanie, bo wcześniej perspektywa telefonu zepsuła Wiktorowi apetyt. Zawsze tak było — zawsze konieczność zadzwonienia do nich sprawiała, że chodził jak struty. Z matką przynajmniej dało się wymienić kilka grzecznościowych słów i ona sama potrafiła jakoś pociągnąć tę wymianę ku uprzejmemu końcowi; z ojcem sytuacja przedstawiała się o wiele gorzej, ojciec nigdy nie miał jakichś większych talentów towarzyskich i rozmowa z nim była męczącym monologiem własnym, a raczej próbą monologu, bo Wiktor nie umiał mówić w próżnię. O ile przy matce zmierzało się od początku do końca i realizowało się jakiś plan rozmowy, o tyle przy ojcu miało się wrażenie utraty kontroli nad sytuacją i braku jakiegokolwiek celu telefonowania. Dlatego Wiktor z reguły dzwonił do matki, a ojciec, nawet jeśli odebrał czasem jej telefon, jak ostatnio w Wielkanoc, po krótkim złożeniu życzeń natychmiast oddawał komórkę żonie. Widocznie też go męczyła ta parodia rozmów.
Mam z głowy — pomyślał Wiktor, smarując cztery kromki czarnego chleba masłem. Ta myśl wprawiła go w dobry humor, więc powtórzył, sięgając po kiełbasę i ostry nóż: — Mam spokój, do świąt mam spokój — a potem, gdy kroił dwa małe pomidory, przeformował to nieco, by lepiej poczuć smak długiego spokoju: — Do końcówki grudnia nie muszę nigdzie dzwonić, żadnych telefonów, do końca grudnia mam spokój.
Upajająca świadomość. Gdy zalewał herbatę, miał wrażenie, że uwolnił się z wyjątkowo męczącej sytuacji.
Podczas jedzenia przy stole w kuchni siedział twarzą do ściany; pomalowana kremową farbą tapeta zdawała się nieco wyblakła — to koszmarnie irytujące, pomyślał Wiktor ponuro, ale chyba niedługo będzie trzeba odmalować mieszkanie, co oznacza zadzwonienie do Agnieszki i Sylwestra, co oznacza ich wścibskie pytania, czemu krzesło nadal jest jedno, ludzie są potwornie upierdliwi.
W domu zawsze siedział przy ścianie, ojciec po prawej stronie, matka naprzeciwko (później Wojtek po lewej). W domu, w tym dwupokojowym mieszkaniu na pierwszym piętrze, znajdującym się w szarym, czteropiętrowym budynku — w domu, w tej kwadratowej kuchni pomalowanej na jakiś nieprzyjemny, jasny kolor, to chyba był morelowy, ze starymi, jasnobrązowymi szafkami i stołem, chyba od rodziców ojca, przy ceratowym obrusie i na twardym krześle — w domu zawsze siedział przy ścianie, osaczony rodzicami. Matka nosiła na prawej dłoni obrączkę, na lewej jakiś stary pierścionek po swojej babci, a w uszach klipsy, które w chwilach zdenerwowania ściągała gwałtownym, agresywnym gestem, zupełnie jakby odbierała w ten sposób możliwość mówienia przeciwnikowi.
Była średniego wzrostu, miała jasne włosy, które gdzieś pod koniec podstawówki Wiktora ufarbowała na ciemną śliwkę — nawet nie wyglądała z tym źle, choć przy jej pociągłej twarzy taki ciemny kolor zdawał się podkreślać wysokie czoło, którego jakoś nigdy nie zakrywała grzywką. Trochę pulchna, w ostatnich latach jeszcze trochę przybrała na wadze, nad czym specjalnie nie bolała; z daleka wyglądała na młodszą, niż była, z bliska — na starszą. Wyraźne zmarszczki wokół ust i lekka bruzda między brwiami dodawały jej lat.
Poruszała się bardzo nerwowo, to pamiętał doskonale, tak jak pamiętał gwałtowną gestykulację, ostre, wyraziste, nawet drapieżne ruchy jej rąk, jej dłoni, na których pod skórą wyraźnie rysowały się niebieskie linie żył. Miała wysoki głos, który go z upływem czasu coraz mocniej drażnił — i zielone oczy, takie jak on, a raczej on miał takie jak ona i gdy niekiedy patrzył na siebie w lustrze, przypominał sobie matkę. Może dlatego nie przepadał za lustrami.
Ojciec stanowił przeciwieństwo, niemal całkowite — wysoki, szczupły, miał w sobie coś rozlazłego, rozleniwionego, spowolnionego. O ile gesty matki były kanciaste i szybkie, o tyle ojca — okrągłe, wręcz obłe, i powolne, i mówiąc szczerze, ojciec denerwował Wiktora jeszcze mocniej niż matka. Denerwowała go także świadomość, że nos i usta ma jak ojciec, i głos podobny, i wzrost, i tak samo krzyżuje ręce na piersi, lewą dłonią pod zgięcie prawego łokcia, a prawą nad lewe, próbował to wiele razy odwrócić, ale nie wychodziło, czuł się źle i zmieniał ułożenie rąk na dawne, na ojcowskie.
Mdły szatyn z bladoniebieskimi oczami siedzący obok blondynki o jasnozielonych oczach — tak ich zapamiętał. Nie, nie tak, to tylko powierzchnia — zapamiętał ich inaczej, zapamiętał ich jako będących zawsze za jakąś szybą, sztywnych i obojętnych, gdzieś poza nim samym. Zapamiętał ich jako ludzi, z którymi musiał przeżyć dwadzieścia cztery lata — i, dzięki wszystkiemu, ani roku więcej.
Nie, nie lubił ich, bardzo ich nie lubił — jednak przy całym braku sympatii matkę z czasem zaczął rozumieć i może nie współczuć, ale — no właśnie, rozumieć. Sprawy, które do końcówki drugiej klasy liceum nie istniały, były niejasne lub niepełne — bo jednak pewne rzeczy gdzieś wyłapywał, pojedyncze słowa, gesty, spojrzenia, choć dopiero z czasem próbował je rozważać i interpretować — sprawy te w połowie roku dwutysięcznego zaczęły się układać w całość, którą mógł przemyśleć i zrozumieć. Gdy oglądał się niekiedy za siebie, widział już wszystko jasno, przynajmniej dość jasno — i jakkolwiek matki nie lubił, to jednak — rozumiał.
Rozumiał, naprawdę rozumiał, że dziewczyna, która zaszła w ciążę w klasie maturalnej, ciążę zupełnie nieplanowaną, ciążę będącą wynikiem braku zabezpieczenia, o którym nie pomyślała przekonana o swej dorosłości para osiemnastolatków-maturzystów — że taka dziewczyna mogła być wściekła. Nawet jeśli zaszła w ciążę ze swoim chłopakiem, z którym chodziła od pewnego czasu, mogła być wściekła. Jeszcze bardziej wściekła i jeszcze bardziej osaczona, uwięziona we własnym ciele, musiała się czuć, gdy najpierw doszło do rozmowy z chłopakiem, równie wściekłym, a potem konserwatywnymi rodzicami, dla których seks przedślubny oznaczał „dziwkowatość”.
Niekiedy Wiktora nachodziła myśl, że może byłoby lepiej, gdyby rodzice się nie pobrali — może z dala od siebie umieliby żyć inaczej, lepiej, mniej... mniej przez szybę. Pobrali się jednak, zaraz po zdaniu matury — pod naciskiem rodziców matki, którzy z trudem się zgodzili na odsunięcie terminu do tego czasu, bo woleliby widzieć córkę wyrzuconą ze szkoły, przeniesioną do wieczorówki czy nawet bez matury niż z nieślubnym brzuchem. Rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty trzeci, szczególnie początek,  musiał być i dla niej, i dla ojca, i dla wszystkich w to uwikłanych okresem wyjątkowo pechowym i przeklinanym. Matka i tak powinna się cieszyć, że do matury udało się utrzymać tajemnicę, choć chodzenie do szkoły w obszernych sukienkach i udawanie, że nic się nie dzieje, musiało męczyć, a dla jej rodziców stanowić kolejny powód do awantur — chociaż nie, dziadkowie się nie awanturowali, dziadkowie cedzili przez zęby nieprzyjemne i bezlitosne uwagi; ale udało się, matura została zdana, a potem...
A potem szybkie, bardzo ciche małżeństwo i wylądowali w mieszkaniu, które wychodził dziadek — w tym dwupokojowym prezencie ślubnym z widokiem na stare podwórko, gdzie znajdował się zardzewiały trzepak, mała piaskownica, zabita deskami studnia i sporo drzew. Wylądowali w mieszkaniu, we dwoje, ojciec poszedł na studia — a matka urodziła. Urodziła i została w domu, bo rodzice zapowiedzieli jej wyraźnie, że to jest jej życie, jej dziecko i jej sprawa, jak to załatwi, oni już swoje odchowali i na stare lata chcą mieć spokój. Rodzice ojca w ogóle się przez pewien czas nie odzywali, obrażeni na los za to, że „jakaś tam” wrobiła brzuchem w małżeństwo ich syna, przed którym się takie wspaniałe perspektywy otwierały. A potem jeszcze miała czelność wpaść w jakąś depresję poporodową, wymysł leniwych i rozhisteryzowanych dziewuch, którym się nie chciało zmieniać dziecku pieluch.
Wiktor wypił łyk herbaty, odstawił powoli szklankę i spojrzał na swoje kanapki. Teraz się matce nie dziwił — nie dziwił się ani tej depresji, ani temu, że odbierała ciążę i dziecko jako zniszczenie swoich planów, przecież na kilka lat jej wymarzone studia legły w gruzach. Z Heleny Korewicz, pełnej nadziei maturzystki i przyszłej studentki ekonomii, stać się Heleną Arendt, świeżo upieczoną maturzystką i świeżo upieczoną matką, zamkniętą w granicach kuchni, pieluch i zazdrosnego spoglądania na wpadające czasem koleżanki-studentki — nie, to kiepska zamiana. Z własnymi, nieżyczliwymi rodzicami i mającymi pretensje do nie wiadomo czego teściami, z mężem, który poszedł na swoją oceanografię i zachowywał się tak, jakby był tylko studentem, a nie przy okazji mężem i ojcem — to musiało być paskudne.
Tak, teraz Wiktor potrafił ją sobie wyobrazić — złą, rozżaloną, zirytowaną, drażliwą, w paskudnym humorze, mającą pretensje, że mąż radośnie korzysta ze studenckiego życia, szczególnie tego zakrapianego, imprezowego i nocnego, że w domu nie chce w czymkolwiek pomóc, bo on się uczy, że traktuje swoje małżeństwo jak hotel, restaurację i pralnię. Potrafił sobie wyobrazić uczucie duszenia się, jakie musiało ją ogarniać — duszenia się we własnym domu, w odcięciu od marzeń, w przymusowym towarzystwie dziecka, którego nie planowała i nie chciała, a które musiała obsługiwać. I żeby to dziecko było jeszcze chociaż bezproblemowe, ale ono miało po kolei wszystko, co można, od kolki dziecięcej i rumienia pieluszkowego po różyczkę, odrę, świnkę i regularną anginę. Ani się ruszyć z domu, ani kogoś zaprosić, a wielki pan student wraca o dowolnych porach i z nieopisanym zdumieniem pyta, czemu to dziecko znowu płacze.
Nie dziwił się matce, że szybko pozrywała kontakty z dawnymi koleżankami. Nie dziwił się, że mocno się oddaliła od ojca, a on od niej. Nie dziwił się, że gdy ojciec zaczynał mieć o wszystko pretensje i wypominał, że on się o to dziecko nie prosił, matka nie pozostawała dłużna i w efekcie potrafili nie odzywać się do siebie przez parę dni. Nie dziwił się temu wrażeniu chłodu i ustawicznego milczenia, nawet gdy się mówiło, które wyczuwał w domu, odkąd pamiętał. Tak samo nie dziwił się już rozdrażnionemu ruchowi ręki i niecierpliwemu „Daj mi spokój”, którymi ojciec odganiał od siebie podchodzące z zabawką dziecko. W matce jednak było coś, co — obecnie — budziło zrozumienie — i może nawet jakąś formę współczucia czy choćby półwspółczucia? — w ojcu natomiast wszystko odpychało. On nic nie stracił, on skończył studia, tak jak chciał, i ze swoim dyplomem z oceanografii i geografii, ze specjalizacją z geografii społeczno-ekonomicznej, z oceną dostateczną plus, wyszedł z Uniwersytetu Gdańskiego z podniesioną głową. Wiktor pamiętał, że podczas uroczystego obiadu w domu matka rzuciła ojcu kilka razy spojrzenie, w którym dopiero teraz, po latach, potrafił wyczytać zazdrość.
Taką zazdrość musiała żywić i do męża, i do swojej młodszej o dwa lata siostry, która była oczkiem w głowie rodziców, powodem do dumy i chluby, która nie wylądowała z brzuchem tuż po maturze, która zdała pięknie na studia i świetnie się tam uczyła. Ta zazdrość musiała potwornie zżerać, zazdrość nie o konkretną rzecz czy wygląd, ale zazdrość o własne, indywidualne i zgodne z marzeniami życie, o wolność, o realizację.
Ojciec wylądował w szkole — jak to sam później określał, w cholernej budzie z cholernymi bachorami. W szkole, jako nauczyciel geografii w podstawówce, i to był powód do kolejnego zestawu pretensji i obwiniania, bo gdyby nie był żonaty, uwiązany żoną i dzieciakiem, to on by dokazał tylu rzeczy... Tak przynajmniej twierdzili jego rodzice.
Między ojcem a matką w najlepszych chwilach panowała wówczas chłodna uprzejmość — i Wiktora, już na studiach, uderzała czasem myśl, jak niedaleko znajdują się miłość i namiętność oraz niechęć i chłód. Między osiemdziesiątym ósmym a dziewięćdziesiątym pierwszym, przez te trzy lata pracy ojca w szkole, niechęć i chłód się wzmogły; Wiktor dopiero później zdał sobie sprawę, że miał okazję oglądać do bólu doskonały i kliniczny przykład nauczyciela z przypadku, który uczył „te cholerne, rozwrzeszczane bachory”, na zebraniach spotykał „tych cholernych, awanturujących się rodziców”, a pracował z „tymi cholernymi, żałosnymi belframi z bożej łaski”. Była to zarazem wczesna lekcja na temat koszmaru, jakim jest wykonywanie nielubianej pracy.
Dopiero po drugim łyku Wiktor zorientował się, że herbata mu wystygła. Odstawił ją, krzywiąc się lekko, i wstał, by zaparzyć świeżą.
Matka też tak kiedyś stała, przypomniał sobie, z czajnikiem pod kranem, aż tym czajnikiem uderzyła ze złością w zlewozmywak i odłupała w ten sposób trochę białej emalii. Pamiętał tę chwilę dość dobrze, chociaż nieco przez mgłę — miał trzy lata, a uderzenie czajnikiem wiązało się z kłótnią o jego przedszkole. Ojciec był przeciwny, bo przecież matka była w domu, a matka uparcie powtarzała, że skoro ani jej, ani jego rodzice nie są łaskawi pomóc, to dziecko pójdzie do przedszkola. I Wiktor poszedł, z miejsca przedszkole znienawidził, ale chodził tam do zerówki. Ojciec był zły, a matka zadowolona, bo dzięki temu mogła zacząć pracę na trzy czwarte etatu w sklepie, co ojca denerwowało podwójnie: raz, że groziło to przestojami w obsługiwaniu jego jaśniepańskiego tyłka, jak ujmowała to matka, dwa, że oboje dobrze wiedzieli, po co pracuje. Pieniądze na studia zaoczne same się na ulicy nie znajdą, a ona też ma prawo studiować, powtarzała co jakiś czas, gdy oboje rano spieszyli się do swoich zajęć.
Wywalczyła to przedszkole, tę pracę i to pójście na studia — wywalczyła z ojcem, z jego i swoimi rodzicami, wywalczyła z innymi, nowymi koleżankami-matkami z bloku, które pukały się w głowę i powtarzały, że zgłupiała albo że ma za dużo wolnego czasu. Wywalczyła, wbrew wszystkiemu i wszystkim, przede wszystkim jednak wbrew mężowi, który wówczas już przyzwyczaił się myśleć o niej jako o kimś niższym od siebie, „kurze domowej ledwo z maturą”, tak obcej, odległej i odmiennej od jego studenckich koleżanek, które co prawda były w jej wieku, ale — były studentkami. Zupełnie inna jakość, zupełnie inny sposób traktowania, zupełnie inny sposób myślenia o nich. Dla niego wszystko powinno zostać po staremu — dla niej to był dopiero początek walki.
Wywalczyła swoje studia; Wiktor zrozumiał sens, wartość i wielkość tej walki dopiero wtedy, gdy sam poszedł na studia — i gdy w tych wszystkich zajęciach, lekturach, kolokwiach, egzaminach, posiedzeniach w czytelni i uczeniu się do sesji znalazł jakąś dotąd nieznaną część samego siebie. Wtedy — może wychodząc z pierwszego egzaminu, może oddając po raz pierwszy indeks w dziekanacie, a może kserując dziesiątki potrzebnych na zajęcia stron — wtedy właśnie poczuł do matki szacunek. Nie lubił jej, ale musiał szanować, właśnie za tę walkę.
Po roku pracy, a rok przed obroną ojca, matka poszła na studia, na swoje finanse i rachunkowość na wydziale zarządzania — i przez pięć lat pracowała, najpierw na trzy czwarte, potem na pół etatu w sklepie spożywczym niedaleko domu, z zaciśniętymi zębami i sztucznym uśmiechem obsługując codziennie tych samych ludzi, w weekendy zjazdowe przeżywała całe studenckie szaleństwo, a w weekendy wolne uczyła się od rana do nocy. Ojciec był obrażony — najpierw pisał magisterkę i spodziewał się, że będzie dalej obsługiwany, bo przecież on się zaraz broni, a potem zaczął pracować i po powrocie do domu chciał mieć obiad na stole, wypraną koszulę i spokój. Obiad co prawda był, ale nie zawsze na czas, koszula wyprana, ale niekiedy sam ją musiał prasować, a co do spokoju — co to za spokój, gdy żona siedzi w pokoju z nosem wbitym w jakiś podręcznik do ekonomii albo chodzi po mieszkaniu i powtarza jakieś regułki? A dziecko zawraca głowę.
Tak, Wiktor zawracał głowę, zawzięcie i bezustannie. Podchodził, pokazywał zabawkę, zamalowaną kartkę papieru, coś mówił, za coś ciągnął. Ten chłód, to milczenie i ta odległość w domu były męczące, więc szukał sposobu, by jakoś je przełamać. Do czasu — w końcu bowiem przyzwyczaił się do tej obojętności i zniecierpliwienia, do tych skąpych gestów, słów i tonów. Uczył się powoli obchodzenia rodziców, tak jak sam był przez nich obchodzony, utrzymywania dystansu, który nie drażnił. Jeżeli ojciec był w pokoju, można się było bawić w kącie samochodem, ale nie za głośno. Jeżeli matka uczyła się w kuchni, można było usiąść obok i przyglądać się jej oraz jej śmiesznemu, zarysowanemu tabelkami czy wykresami podręcznikowi, ale nie można było ciągnąć za rękaw czy zagadywać. Jeżeli przy posiłku oboje byli dla siebie uprzejmi i wyraźnie w dobrych humorach — należało milczeć i jedynie śledzić wymianę słów, starając się rodziców nie zirytować czy nie zamęczyć sobą. Należało na nich po cichu patrzeć i cieszyć się, że jest tak dobrze. I mieć nadzieję, że jakieś z pozoru niewinne słowo nie wywoła u któregoś z nich niezadowolenia.
Nie, nie był zaniedbywany czy coś podobnego — miał zawsze czyste ubrania, gorące posiłki, prezenty na urodziny i święta, sprzątano po nim, pomagano mu w lekcjach, chodzono zawsze na zebrania. Niczego mu nie brakowało — po prostu te ubrania, posiłki i prezenty były takie... chłodnawe, matka sprzątała jego zabawki mechanicznie, pomaganie w lekcjach miało w sobie coś w rodzaju robienia na chybcika, a chodzenie na zebrania stanowiło obowiązek, który musiał być wypełniony, nawet jeśli nie sprawiał przyjemności.
Przypominał mu się niekiedy pierwszy dzień w szkole: rodzice odprowadzający dzieci aż pod drzwi wejściowe, tłumy rówieśników, obce dorosłe panie, które uśmiechały się życzliwie — i przypominał mu się moment, gdy przed drzwiami odwrócił się, wystraszony tą gromadą obcych ludzi. Zobaczył matkę, stojącą wśród innych matek; uniosła rękę i pomachała, ale w porównaniu z innymi matkami jej gest był jakiś sztywny i wymuszony. Ona nie umiała go wykonać, a on nie umiał go przyjąć, bo poczuł wtedy tylko wstyd, że jego matka tak brzydko macha, tak inaczej niż pozostałe matki, i szybko wszedł do szkoły.
Podstawówka — „podstawówka na Skarpie”, jak ją nazywano, bo znajdowała się na ulicy Skarpowej — była wielka, jasnopomarańczowa, z korytarzami i salami pomalowanymi w dolnej połowie na ciemny, w górnej na jasny odcień turkusowego koloru, co wywoływało wrażenie, że jest się nad morzem. Przez pierwsze cztery lata Wiktor miał wspaniałą wychowawczynię — młodą, chyba świeżo po studiach, małą, rudą, chudziutką dziewczynę, za którą niemal cała klasa „b” chodziła na przerwach po korytarzu. Ta ruda chudzina, zwana przez wszystkich „panią Lusią”, potrafiła zapanować nad dwadzieściorgiem trojgiem siedmiolatków — a uczenie się z nią pisania i czytania liter było tak przyjemne, że Wiktor pierwsze wakacje powitał z uczuciem zawodu i niechęci. Dwa miesiące bez pani Lusi stanowiły oszukaństwo.
W pani Lusi było coś ciepłego — i to coś pojawiało się nie tylko wtedy, gdy kładła mu rękę na głowie czy pochylała się nad jego zeszytem, ale nawet wtedy, gdy po prostu się uśmiechała, gdy odczytywała jego imię i nazwisko w dzienniku, gdy przechodziła obok jego ławki. Pewnie dlatego tak wytrwale chodził za nią po korytarzu, w towarzystwie głównie dziewczynek, bo chłopcy raczej się popisywali o parę kroków przed nauczycielką; chodził za nią, ocierał się o jej długie, kolorowe spódnice, pozwalał, by poprawiała mu kołnierzyk bluzy lub kosmyk włosów, choć na ogół czegoś takiego nie lubił, wpatrywał się w jej małe, ozdobione kolorowymi bransoletkami i pierścionkami dłonie. Nosiła buty na niewysokim obcasie i to stukanie obcasów w czasie spacerów na przerwie, stukanie, które Wiktor wychwytywał mimo panującego na korytarzu hałasu, stanowiło dodatkowy urok wychowawczyni, tak samo jak jej przeczesywanie palcami włosów, które w ładnych falach opadały na ramiona, jak jej szukanie w torebce długopisu, jak jej sposób zapisywania „s”, który im kiedyś pokazała — nie typowe dwa półokręgi, odwrócone do siebie plecami, jeden na górze, drugi na dole, tylko niedokończony trójkąt, którego podstawa w połowie skręcała i przebijała środek prawej bocznej krawędzi. W tym śmiesznym „s” było tyle pani Lusi, że Wiktor na pół świadomie, a na pół odruchowo sam zaczął tak zapisywać „s” — i to mu pozostało.
Tylko to, bo po czterech latach pani Lusia się wyprowadziła. Wiktor poczuł się wtedy oszukany gorzej niż przy wakacjach, okradziony i w ogóle obrażony. Po czterech latach chętnego chodzenia na lekcje po raz pierwszy uznał, że szkoła jest głupia.
Klasa piąta była ciężkim okresem; już nie „b”, lecz „a”, nie tylko ze zmienioną wychowawczynią — której Wiktor do końca podstawówki nie polubił — ale też z nowym składem: część uczniów znalazła się w innych klasach równoległych, do „a” natomiast doszły nowe osoby — i zrobiło się obco, dziwnie, nie tak samo. Nieprzyjemnie, Wiktor nie mógł się przez długi czas przyzwyczaić.
W domu też się sporo pozmieniało. W dziewięćdziesiątym pierwszym ojciec odszedł ze szkoły i zaczął pracować w Urzędzie Statystycznym, co może nie było szczytem jego marzeń, ale odpowiadało mu o wiele bardziej niż uczenie cudzych bachorów. Rok później matka skończyła studia jako jedna z najlepszych na roku i ze swoją specjalnością pod zabawną nazwą bankowość i doradztwo finansowe szybko znalazła pracę w banku. Była szczęśliwa — to się rzucało w oczy, jej ruchy trochę straciły na kanciastości i nerwowości; ojciec też był szczęśliwy, bo w urzędzie nawiązał kilka „męskich przyjaźni”, które polegały na wieczorach spędzanych na piwie i plotkach — kto wymyślił tę bzdurę, że tylko kobiety plotkują, zastanawiał się Wiktor w liceum, słysząc, jak ojciec i jego koledzy zawzięcie obgadują szefa, żonę szefa i samochód szefa.
Oboje byli zadowoleni, z życia, z pracy, z siebie samych — i nagle zaczęli być zadowoleni z siebie nawzajem. Wiktorowi trudno było powiedzieć, na czym polegała przyczyna tej zmiany stosunków, ale podejrzewał, że oboje był już zmęczeni ciągłą walką, niechęcią, chłodem — i w chwili gdy w ich osobnych życiach coś zaczęło się układać, zauważyli, że mają życie wspólne; a może nie tyle zauważyli, ile przestali ze złością zamykać na to oczy. Zaczęło się ocieplać, wyczuł to w jakimś momencie; zaczęli częściej się do siebie uśmiechać i odzywać trochę inaczej. Zmieniły się nie tyle słowa, ile sposób ich wypowiadania i to przeszło z ich stosunku do siebie także na Wiktora. Przez jakiś czas czuł się w domu trochę jak w szkole — cieplej, przyjemniej, weselej. Zaczynało być naprawdę dobrze, ale znów musieli to zepsuć.
Gdy się tak teraz nad tym zastanawiał, zalewając herbatę, musiał przyznać, że to było dość logiczne. Przez dziewięć lat żyli, szarpiąc się ze sobą i z życiem, które wcale nie tak planowali — i z dzieckiem, którego wcale nie planowali — więc cóż dziwnego, że gdy wreszcie zaczęli się jakoś docierać, zdecydowali się na drugie? Tym razem w pełni świadomie, z chęcią wyrażoną przez obie strony — po jakimś roku tego docierania się podjęli decyzję.
Wiktor w pierwszej chwili nie za bardzo zrozumiał, co ma oznaczać to, że mama jest w ciąży i będzie miał rodzeństwo, jak mu powiedzieli któregoś dnia. Nie od strony fizycznej, te kwestie wytłumaczyli mu, jeszcze gdy był w przedszkolu — co prawda jakoś sztywno, pobieżnie i z zakłopotaniem, tak że miał opory przed dopytaniem o to, czego nie do końca rozumiał, ogólny sens jednak wychwycił — ale nie potrafił tego pojąć od strony... rodzinnej chyba. On, matka i ojciec — to była rodzina, teraz znacznie milsza niż wcześniej. Nie chciał kogoś dodatkowego — wystarczyło, że dziadkowie zaczęli się trochę inaczej ostatnio zachowywać, częściej odwiedzali i nie krytykowali na każdym kroku. Nie chciał dodatkowej osoby w rodzinie i pomysł z rodzeństwem wcale mu się nie podobał.
Perspektywa pojawienia się rodzeństwa miała tylko jedną zaletę — gdy parę dni później, męczony tą myślą, rozpłakał się w szkole, pani Lusia wyciągnęła z niego powód, przytuliła mocno do siebie i pocieszała. Pachniała w przyjemny sposób, jakimiś kwiatami, jej włosy łaskotały w policzek, a pocałunek w czoło i palce ocierające łzy były delikatne i łagodne, więc Wiktor zamknął wtedy oczy i pozwolił się pocieszać przez całą przerwę, a to była przerwa obiadowa, długa, i pod jej koniec spacerował z wychowawczynią za rękę po korytarzu. Tyle korzyści z rodzeństwa.
A w dziewięćdziesiątym czwartym urodził się brat i ponownie się wszystko popsuło.
I znów — rozumiał, obecnie rozumiał już, że wtedy właśnie, po narodzinach drugiego, oczekiwanego dziecka, w rodzicach mogły się uruchomić te wszystkie instynkty czy jak je tam nazwać, macierzyńskie, ojcowskie, rodzicielskie — i że tym dzieckiem mogli, umieli się tak cieszyć. Gesty były czułe, ruchy delikatne, spojrzenia pełne uwagi — to wszystko skupiło się w tej nowej istocie, poza Wiktorem, wbrew temu, co było dotąd.
Był zazdrosny, po jakimś czasie wyraźnie to zrozumiał; był coraz bardziej zazdrosny, od końcówki czwartej klasy, gdy z jednej strony coś nieznanego odebrało mu wychowawczynię, z drugiej przyniosło brata przejmującego uwagę, której i tak dotąd miało się tak mało — od tego momentu był zazdrosny potwornie. Jedyna pociecha, że gdy brat podrósł, rodzice matki — zawsze surowi, wymagający i starający się w taki sposób wychowywać, czy raczej „tresować”, Wiktora — rodzice matki, którzy po jakimś czasie zaczęli odwiedzać córkę, równie surowo próbowali traktować młodsze dziecko. Tu jednak matka się postawiła, powiedziała, że nikt jej nie będzie dziecka tresował, dziadkowie się obrazili i znów na kilka tygodni stosunki się ochłodziły.
Dziadkowie w ogóle byli dziwni, pomyślał Wiktor, stawiając herbatę na stole. Rodzice matki zachowywali się często jak nadzorcy, a rodzice ojca, choć milsi, mieli o sobie i swoim synu tak wysokie pojęcie, jakby cała trójka była co najmniej przedwojenną arystokracją. Poza tym babcia była schorowana, a dziadek skupiał się na opiece nad nią, więc choć milsi, nie interesowali się zbytnio niczym poza sobą i swoim synem.
Zazdrość się wzmagała — i znów trzeba było poszukać gdzie indziej, i znów w szkole, bo tylko alternatywę dom-szkoła Wiktor wówczas posiadał. Podwórko się nie liczyło, raczej nie lubił bawiących się tam dzieci, a i zabawy z nimi były takie... nijakie. Zwrócił się zatem ponownie ku szkole, a ta, mimo odebranej pani Lusi, nie zawiodła, ponieważ w szóstej klasie doszły nowe przedmioty i pojawili się nowi nauczyciele; co najważniejsze, miejsce starego anglisty zajęła młoda anglistka, która prowadziła lekcje zupełnie inaczej, żywo i interesująco, tak że język angielski zaczął się Wiktorowi kojarzyć z przyjemnymi, ciepłymi godzinami. Niektóre przedmioty uwielbiał — angielski, polski, historię, matematykę, niektóre, jak biologię i fizykę, lubił, resztę tolerował — poza geografią, z powodu wychowawczyni, i poza WF-em, który od początku wydawał mu się głupim, bezsensownym i nieciekawym zajęciem. Gry zespołowe były denerwujące, robienie koziołków żałosne, a rzucanie piłką bezsensowne. Jedyne, co budziło pewną sympatię, to biegi — bo biec mógł zupełnie sam, niezależnie od wszystkich innych, z dala od nich, w swoim tempie i tylko on. Może dlatego z biegania na czas miał tak wysokie oceny.
Uczył się jednak dobrze, bardzo dobrze, bez względu na swoją sympatię czy antypatię do przedmiotu; uczył się bardzo dobrze, bo w ten sposób mógł rodzicom pokazać, że jest lepszy od brata, od brata, który dopiero uczył się chodzić, gdy on, Wiktor, przynosił takie dobre oceny.
W zasadzie doceniali — chwalili, nagradzali, przytulali — a jednak w każdym ich geście, w każdym spojrzeniu, w każdym słowie było coś mówiącego, że wolą tamtego. Im bardziej, im więcej, im lepiej się uczył — tym wyraźniej widział, że i tak nie zmieni hierarchii.
Ale nauka nie była procesem, który mógłby zatrzymać czy odwrócić — bo w pewnym momencie zdał sobie sprawę, że to mu daje przyjemność, że to samo w sobie jest przyjemne. No, może nie tak samo w sobie — bycie najlepszym w klasie z angielskiego łączyło się też z pochwałami nauczycielki, której szeroki uśmiech przypominał trochę dawną wychowawczynię, a pieprzyk po lewej stronie górnej wargi nadawał nietypowy urok. Polonistka była co prawda za stara na to, by kojarzyć się z panią Lusią, ale w swoim obfitym, szerokim ciele i ufarbowanych na czarno włosach spiętych w kok niosła coś stabilnego, ciepłego, coś, co pozwalało polubić gramatykę, rozbiór zdania i ortografię. Matematyczka, wysoka, chuda kobieta o krótko ściętych, burych włosach, o twarzy pooranej głębokimi bruzdami i z lewą ręką pozbawioną środkowego oraz serdecznego palca wydawała się klasie przerażająca i odpychająca — ale jemu nie, bo miała niski, łagodny głos, którym potrafiła wezwać do tablicy zupełnie tak, jakby mówiła coś dobrego. Tym głosem prowadziła jego dłoń z kredą, tym głosem wbijała mu w pamięć wzory matematyczne, tym głosem chwaliła, gdy poprawnie rozwiązał zadanie, a pochwała wygłoszona takim głosem była warta skrupulatnego zrobienia wszystkich ćwiczeń. Historyczka z kolei miała jasnorude włosy oraz długie spódnice, które kołysały się na lewo i prawo podczas jej spacerów po klasie — a poza tym zwykła klepać plecy garbiących się uczniów, klepać lekko, wesoło i ciepło, więc gdy zbliżała się do jego ławki, Wiktor pochylał się na zeszytem w możliwie najgorszy sposób, by po chwili poczuć łagodne klepnięcie i usłyszeć troskliwe: „Prosto, Wiktorku, prosto”.
Tak naprawdę dopiero później, w liceum, zdołał oddzielić przyjemność uczenia się od przyjemności płynącej z pochwał nauczycielek. W podstawówce jeszcze mu się to wszystko zlewało — w miły i zupełnie sensowny sposób, dający jakąś pewność i punkt oparcia.
Zjadł ostatnią kanapkę, dopił herbatę, popatrzył na ścianę i uśmiechnął się kwaśno. Powtórka z rozrywki, zawsze po telefonie do rodziców nachodzą go wspomnienia, o których chętnie by zapomniał i myśli, które tylko zabierają mu czas.
Pozmywał, próbując bez skutku odepchnąć od siebie zarysowujący się słabo obraz nauczycielki niemieckiego, przedmiotu dodatkowego od siódmej klasy. Germanistka miała duże, niebieskie oczy, ścięte na zapałkę włosy, zawsze chodziła w spodniach oraz ciężkich butach — i umiała tak tłumaczyć wymowę czy gramatykę, że rzeczy ukryte za niemieckimi słowami stawały się jasne i zrozumiałe. Niemiecki okazał się doskonałym połączeniem z angielskim i przez pryzmat tych dwóch obcych języków, często tak podobnych leksykalnie, a zawsze tak odmiennych na płaszczyźnie dźwięku oraz melodii, świat zabarwił się inaczej, przyjemniej, ciekawiej.
Rodzice trochę kręcili nosem, gdy powiedział, do jakiego liceum chce iść. Dziewiętnastka — jakiego ona była imienia, coś jak „Moskwa”... Mokwy — dziewiętnastka była szkołą „artystyczną”, cokolwiek to miało znaczyć, i kojarzyła się rodzicom raczej z miejscem gromadzącym zblazowaną młodzież niż z prawdziwym liceum. Uparł się jednak — i postawił na swoim. Dziewiętnastka, profil językowy z angielskim i niemieckim, cztery lata w klasie „e”, dobrze wykorzystane cztery lata, z naprawdę dobrymi nauczycielkami języków, z tym splotem angielsko-polsko-niemieckim, splotem słów i dźwięków, splotem nadającym wszystkiemu smak i wartość.
Rzeczywiście, w pierwszych dniach był gotów zgodzić się rodzicami — gdy zobaczył te kolorowe stroje, dziwaczne fryzury i afektowane zachowania. Dopiero trochę później, gdy ochłonął po tak kompletnej zmianie otoczenia, zauważył, że te stroje, fryzury i zachowania to tylko nieliczni uczniowie, i to raczej próby udawania kogoś innego niż rzeczywiste bycie kimś innym, i że w gruncie rzeczy ani nie są groźni, ani aż tak antypatyczni, jak się z początku wydawali. Możliwe zresztą, że za mocno się sugerował uwagami rodziców, którym czyjaś wielka chusta wokół ramion, czyjeś zielone włosy albo czyjeś podskakiwanie przez całą przerwę wokół wszystkich kolegów kojarzyły się ze zblazowaniem czy złym wychowaniem.
Schował naczynia, starając się skierować myśli na tłumaczoną książkę. Trzeba ruszyć dalej, zmarnował już wystarczająco dużo czasu. Trzeba przypomnieć sobie znów „Towards the pages”, cały ich klimat, styl, rytm opowieści o czytaniu, trzeba dać się wchłonąć w ten puls, puls, jaki ma każda książka, swój własny, indywidualny i niepowtarzalny puls. Puls „Ku stronom” — lub „W kierunku stron”? — ogromnie Wiktorowi odpowiadał: spokojny, stabilny, łagodny; nie było w tym monotonii, ale też nie pojawiały się nadmiernie gwałtowne elementy, punkty czy zwroty. Nie lubił tłumaczyć gwałtownych tekstów — dlatego tyle się kiedyś nacierpiał przy tłumaczeniu na zajęciach jakiegoś opowiadania, które wywoływało zbyt mocny niepokój, za jednoznacznie odnosiło się do sytuacji Wiktora, za dosadnie nazywało wprost to, co on spychał w nawiasy.
Tovip nie była gwałtowna — Tovip przypominała spokojny strumień wody, chłodny, rześki i smakowity. Zachwycił się tym spokojem, tymi myślami o książkach, tą atmosferą starej biblioteki.
Ponowne wciągnięcie się w pracę nie zajęło mu zbyt dużo czasu; wkrótce istniały już tylko oryginał oraz przekład, czarna klawiatura i własne palce, uderzające w klawisze szybko i zdecydowanie — i słowniki obok, i chwilowe przerwy, gdy ważyło się w myśli kształt, dźwięk oraz smak jakiegoś sformułowania, by je potem zapisać albo odrzucić i szukać dalej odpowiedniej frazy.
I właśnie wtedy, właśnie gdy tak się zatracił i stanowił już tylko ogniwo między dwoma tekstami — właśnie wtedy zatrzymał go pewien fragment, pewne wyrazy, pewna grupa fraz.

„... high school...”
„... interesting time...”
„... looking for the riveting authors...”
„... reading the unique books...”

Wiktor patrzył na kartkę, a angielskie słowa układały mu się w głowie w polskie odpowiedniki, odpowiedniki drażniące i przypominające.

„... a szkoła średnia była tak interesującym czasem, czasem poszukiwania porywających autorów, czasem czytania niepowtarzalnych książek, czasem pierwszych świadomych czytelniczych szlifów — czasem, do którego niekiedy chciałabym znów wrócić, by ponownie poczuć zdumienie wywołane przez »Portret damy« Jamesa, zgrozę »Zbrodni i kary« Dostojewskiego, wściekłość kobiecości obrażonej »Sonatą Kreutzerowską« Lwa Tołstoja i oburzenie na niesprawiedliwość życia pokazanego w »Żmii« Aleksego Tołstoja. Przeszukiwać od nowa półki w szkolnej bibliotece, chodzić po lekcjach z najlepszą przyjaciółką do antykwariatu, w którym wydawałyśmy większość naszego kieszonkowego, odkrywać wartościowe pozycje, układać listy książek, które należy przeczytać w tym roku, w szkole średniej, do dwudziestki, do trzydziestki, w całym życiu. Układałyśmy te listy co chwila od nowa; na jeden skreślony tytuł przypadało pięć nowych, przez co ciągle czułyśmy się prostackie, nieoczytane, niekulturalne, pozbawione podstawowego wykształcenia.
Chętnie wróciłabym na moment do tamtego życia, żeby znów, jako nastolatka posiadająca tylko nastoletnio-szkolne problemy, zupełnie swobodna i niczym niezobowiązana, czytać jak szalona. Chętnie poczytałabym jeszcze raz »Klub Pickwicka« pod ławką podczas nudnej lekcji. Chętnie wyniosłabym ponownie z ulubionej biblioteki torbę pełną książek.
Chętnie przeszłabym całą swoją czytelniczą drogę jeszcze raz, bo to była wspaniała droga i gdy niekiedy o niej myślę, czuję pewne wzruszenie — szczególnie gdy biorę do ręki jakąś książkę, którą czytałam wówczas; czuję się wtedy tak, jakbym spotkała dawną przyjaciółkę”.

Wcześniej już kilka razy czytał ten fragment i jakoś nic go nie uderzyło — może właśnie dlatego, że czytał w innych warunkach, z innymi myślami, bez tego nawału wspomnień. Wtedy te zdania potrafiły wywołać uśmiech zrozumienia — teraz wywoływały cztery lata liceum. A to specjalnie przyjemne nie było.
Wiktor westchnął głęboko, zdjął okulary i podparł czoło na lekko zaciśniętej pięści. Wpatrywał się przez chwilę w słoje na ciemnym drewnie blatu; mniej więcej na środku jego krawędzi było małe zagłębienie — efekt niefortunnego uderzenia kiedyś w biurko oparciem krzesła. Parę razy przesunął wskazującym palcem lewej ręki po tym słabo widocznym zniekształceniu, po czym ze zniecierpliwieniem wyprostował się, założył okulary i spojrzał na ekran. Wystarczy tej bezsensownej parady wspomnień, wystarczy marnowania czasu i wystarczy myślenia o rzeczach, o których wcale nie ma się ochoty myśleć. Za to właśnie nie cierpiał dni, gdy musiał dzwonić do rodziców — prowokowały i wywlekały one pewne kwestie, które zwykle dawało się odsunąć od siebie.

„... tak, jakbym spotkała dawną przyjaciółkę.
W wieku piętnastu lat odkryłam geniusz Hardy’ego — najpierw opłakując i piorunując wzrokiem kartki »Tessy d’Urberville«, potem dusząc się w atmosferze »Pewnego miasteczka« i przerażając rozpiętością ludzkiego zakłamania w »Judzie nieznanym«...”

W wieku piętnastu lat zaczął liceum i odkrył — dopiero wtedy w pełni i świadomie — smak nauki innych języków. W podstawówce to jeszcze była zabawa, gra w berka ze słowami znanymi i obcymi — ale w liceum zabawa zamieniła się w sposób na życie. Przy całej uwadze, z jaką zajmował się innymi przedmiotami — choć nie zawsze z oczekiwanym efektem, bo chemia stała się jedną wielką niewiadomą, a biologia coraz bardziej brzydziła — przy całej tej uwadze najwięcej czasu Wiktor poświęcał angielskiemu i niemieckiemu — oraz czytaniu książek na polski, bo licealny zestaw lektur okazał się znacznie bardziej wciągający i inspirujący niż ten podstawówkowy.
W liceum odkrył naprawdę wspaniałość czytania, wielkość literatury; wcześniej lubił czytać, ale było to lubienie zwykłe i dziecięce, lubienie powierzchowne, pozbawione głębi. W liceum zrozumiał, jak mocno można się w czytanych książkach schować, ukryć, zastąpić tekstem wszystko inne. W liceum poznał siłę, z jaką literatura potrafi uchronić przed drażniącym, niepokojącym, męczącym czy raniącym tym, co wokół, na zewnątrz — i w nim samym, wewnątrz.
W liceum zaczął nosić okulary — w zasadzie już pod koniec ósmej klasy podstawówki coś mu przeszkadzało, obraz na tablicy stał się nieostry, mrużenie oczu, by dokładnie wychwycić różne obrazy, stanowiło coraz częstszy sposób postępowania. We wrześniu dostał pierwsze okulary, do których z początku nie mógł się przyzwyczaić; z czasem jednak je polubił — miały w sobie coś z bariery między nim a innymi.
W liceum odkrył na nowo Lema — Lema, którego „Opowieści o pilocie Pirxie”, poznane w szóstej czy siódmej klasie, wydały się nudne, a teraz, przeczytane ponownie, porwały z miejsca. Po „Pirxie” Wiktor wygrzebał ze szkolnej biblioteki „Bajki robotów” — i to, co tam zobaczył, sposób, w jaki Lem grał językiem i przetwarzał go na „staroroboci”, te wszystkie smaczki, które wyłapywał dopiero po jakimś czasie — ileż się zastanawiał nad sensem bojowego okrzyku „Awruk!”, zanim dotarło do niego tak banalne rozwiązanie zagadki — to wszystko sprawiło, że Wiktor pierwszy raz w życiu zakochał się w autorze. Zdecydowanie, zakochał się, tutaj to słowo było jak najbardziej na miejscu, może nawet za słabe; zakochał się w Lemie i ta pierwsza czytelnicza miłość kazała przekopywać dalej biblioteki, by znaleźć kolejne teksty.
Biblioteki, bo w domu jakoś się książek za bardzo nie kupowało. Przez długi czas żył dzięki bibliotekom i wypożyczaniu — własny księgozbiór zaczął tworzyć w zasadzie od tamtego prezentu od Magdy.
Od Magdy, która wynalazła gdzieś piękne wydanie „Solaris”.
W liceum nastąpił potężny kryzys — bo pewne wrażenia, które pojawiły się pod koniec podstawówki, wówczas przybrały wyraźniejszy kształt, ciało zaczęło żyć swoimi własnymi odczuciami i reakcjami, a myśli kierowały się w zupełnie nieoczekiwaną stronę, szczególnie wieczorami. Wiktor leżał w swoim pokoju, tym mniejszym — większy należał do rodziców — w ciemności skrywającej żółte tapety i wiszący po prawej stronie drzwi obraz, przedstawiający ponure jesienne drzewa gdzieś w środku lasu; leżał pod kołdrą, w cieple pościeli i cieple narastającym w ciele — zamykał oczy, a wtedy zjawiały się różne obrazy, wspomnienia jakiegoś kolegi z klasy albo innego chłopaka ze szkoły, jakiegoś aktora czy piosenkarza, jakichś własnych wyobrażeń czy snów — obrazy zjawiały się, wyostrzały, pobudzały aż do bólu, aż własne ciało stawało się zbyt ciasne i ograniczające — i w końcu ręce przesuwały się po ciele, po skórze, po tym pulsującym żarze, by kilka chwil później, kilkoma odpowiednimi ruchami i przy kilku głębszych oddechach, uwolnić od tego męczącego uczucia.
Gdy zrobił to po raz pierwszy, przez dłuższy czas wpatrywał się bezmyślnie przed siebie, w tę gwarantującą dyskrecję ciemność pokoju. Gdy robił to któryś raz z kolei, mechanicznie sięgał po leżącą pod poduszką paczkę chusteczek higienicznych. Gdy robił to pewnej niefortunnej nocy, do pokoju weszła matka.
Wiktor skrzywił się na to wspomnienie. Matka wypełniała wtedy do późna zeznania podatkowe, swoje i ojca, a jej kalkulator akurat się popsuł przed ostatnim sprawdzeniem wyliczeń, więc poszła do Wiktora po drugi. Weszła cicho, żeby go nie obudzić, ale jakieś westchnienie czy ruch musiały ją zaalarmować, więc zapaliła górne światło...
Z całej tej paskudnej sytuacji najlepiej pamiętał zaczerwienioną twarz matki, która powtarzała, że to niezdrowe, wpędzające w nałóg i chorobliwe; siedzieli z ojcem na kanapie w dużym pokoju, a Wiktor próbował się wcisnąć możliwie najgłębiej w fotel, tak by go nie było widać, tak by ukryć to swoje nieszczęsne ciało, któremu się zachciało czegoś niezdrowego, wpędzającego w nałóg i chorobliwego, tak by schować się przed tym karcącym, zniesmaczonym i zawstydzonym wzrokiem rodziców. Patrzył na swoje kapcie i czekał, kiedy matka skończy mówić — ojciec, na szczęście, tylko zgodnie potakiwał, on zresztą nigdy nie przepadał za rozmowami wychowawczymi — i kiedy będzie można wrócić pod odcinającą od wszystkiego kołdrę. Wyjaśnianie i pouczanie wreszcie dobiegło końca, obiecał, że to się więcej nie powtórzy; gdy zamykał za sobą drzwi swojego pokoju, czuł podwójną ulgę: było już po wszystkim, a rodzice nie wiedzieli, że to niezdrowe, wpędzające w nałóg i chorobliwe zostało wywołane wyobrażeniami nagich ciał nie dziewczyn, tylko chłopaków.
W domu w zasadzie nigdy się nie mówiło o homoseksualizmie — samo to słowo Wiktor spotkał pierwszy raz w jakiejś gazecie, jeszcze w podstawówce, więc sprawdził jego sens w słowniku, a potem chciał się pochwalić nową wiedzą ojcu, który znad programu telewizyjnego mruknął, że Wiktor mógłby znaleźć w słowniku potrzebniejsze słowa niż takie głupoty. Jeżeli później temat homoseksualizmu się pojawiał, to w jakichś wspomnieniach o czymś chorym lub w negatywnej ocenie niektórych aktorów bądź piosenkarzy.
Na podwórku istniały słowa „pedał” i „ciota”. To drugie Wiktor znał z domu, od ojca — to pierwsze szybko zrozumiał z kontekstu i znów ze słownika. „IV, wulg. pederasta”. „Pederasta — mężczyzna uprawiający pederastię; homoseksualista”. „Homoseksualista — osoba uprawiająca homoseksualizm”. W liceum zastanawiał się, dlaczego homoseksualizm, według słowników, „uprawia się”, natomiast heteroseksualizmu już się nie uprawia, to, co heteroseksualne, dotyczy „relacji między osobnikami różnej płci”1. Nawet słownik języka polskiego był przeciwko niemu.
W liceum, jeszcze przed tą nieszczęsną wpadką w domu, zapytał matkę, czym jest homoseksualizm, bo chciał usłyszeć coś niesłownikowego, coś z normalnego życia; starał się, by to pytanie brzmiało niewinnie, zupełnie jakby się pojawiło przypadkiem. Matka, widocznie uznając, że jest już na tyle duży, by można mówić wyraźnie, wyjaśniła, że „takie zboczenie, wiesz, chłopak lata za chłopakiem albo dziewczyna za dziewczyną, za małymi dziećmi, w ogóle. Jak ludzie są chorzy psychicznie albo mają jakieś straszne doświadczenia w życiu, to im się tak robi. Ale to się chyba leczy”.
Nie był chory psychicznie. Nie miał strasznych doświadczeń w życiu. Nie interesowały go małe dzieci. Interesował go chłopak siedzący w ławce przed nim, wysoki szatyn, który na matematyce często się odwracał i pytał, patrząc na jego książki, o co chodzi w zadaniu. Wiktor bez słowa podawał zeszyt i wpatrywał się w zgarbione plecy kolegi, który właśnie w najlepsze przepisywał rozwiązanie.
Nie chciał się leczyć, nie chciał być nienormalny, nie chciał, by ktoś w szkole wołał za nim „pedał” lub „ciota”. Próbował niekiedy wyobrażać sobie jakąś dziewczynę w taki sposób, w jaki wyobrażali się, sami z siebie, chłopacy — ale to nie wychodziło.
Mimo obietnicy danej rodzicom, nie przestał. Nie dawało się — były takie wieczory, takie noce, gdy to się samo działo, gdy ręce zsuwały się w odpowiednie miejsce, zanim Wiktor to sobie uświadamiał, gdy nie można było zapanować nad wyobraźnią. To nie była jego wina, nie chciał czuć się winny ani żałosny.
W sumie seks był zawsze czymś, o czym się w domu raczej nie mówiło, pomyślał, ścierając palcami kurz z klawiatury. Ależ to się zbiera. Te pyłki.
To, co robił w nocy pod kołdrą, nie miało wpływu na to, co robił w szkole w ciągu dnia. Poza patrzeniem — patrzeniem dyskretnym i możliwie najrzadszym — w żaden sposób nie zdradzał, że coś jest z nim nie tak. Nie miał też najmniejszego zamiaru zrobienia jakiegoś kroku w kierunku któregokolwiek chłopaka, nawet nie myślał o takiej możliwości. Pierwszy rok liceum minął więc w pewnym oddaleniu od reszty kolegów i koleżanek, we własnym świecie czytanych książek i poznawanych języków. Do tych języków dołączył rosyjski, którym Wiktor zachwycił się w połowie pierwszej klasy podczas oglądania jakiegoś rosyjskiego filmu z angielskimi napisami i którego zaczął się odtąd uczyć na własną rękę przez kilka kolejnych lat.
A potem pojawiła się Magda.
Na myśl o Magdzie Wiktor zawsze się lekko uśmiechał — wspomnienie jej ciepła, spokoju i bliskości wywoływało ten uśmiech odruchowo. Magda pojawiła się w drugiej klasie; przeprowadziła się właśnie z Gdyni do Gdańska i dołączyła do językowców. Pewnie w ogóle by jej nie zauważył, gdyby się do niego nie dosiadła. Z początku był zły — jego własna, ostatnia ławka w rzędzie pod ścianą, ławka, w której siedział sam i nikt mu nie przeszkadzał, właśnie straciła wartość. Niestety, miejsce obok Wiktora było jedynym wolnym.
Magda była średniego wzrostu, przy kości, miała spory biust i szerokie jak na szesnastolatkę biodra. Jasnobrązowe włosy upinała wysoko w koński ogon, grzywką zasłaniała kilka nastoletnich pryszczy na czole, cerę w ogóle miała wtedy nie za dobrą i ten fakt wyraźnie ją peszył. Nosiła proste, ciemne dżinsy i długie bluzy, którymi chyba starała się zasłonić biodra oraz pośladki.
Miała — z czego wówczas z pewnością nie zdawała sobie sprawy — piękne, wielkie, ciemnoniebieskie oczy i bardzo długie rzęsy, wywinięte na końcu niczym u lalki, ładny nos i uroczo wykrojone, pełne usta. Miała też, niestety, obgryzione paznokcie, co Wiktor zauważył, gdy na pytanie, do czego doszli na angielskim, podał jej zeszyt.
Przez pierwsze dwa czy trzy dni odzywał się do niej nie więcej, niż to było konieczne i nie więcej niż do innych. Magda sama próbowała się jakoś odnaleźć wśród koleżanek na przerwach, ale z powodu swojej nieśmiałości głównie stała z boku, słuchając rozmów. Dziewczyny były w większości miłe, temu nie dawało się zaprzeczyć, w ciągu pierwszej klasy zdążyły jednak zżyć się ze sobą na tyle mocno, że nowa uczennica mogła mieć problemy z szybkim wtopieniem się między nie.
Przełom nastąpił na chemii, podczas zastępstwa z wychowawczynią, która tylko do nich zaglądała, bo na swojej lekcji przeprowadzała pracę klasową z części angielskich czasów. Druga „e” zachowywała się na tyle cicho, by nie mieć kłopotów i na tyle głośno, by jej życie towarzyskie na tym nie ucierpiało. Magda, która w sali chemicznej też siedziała obok Wiktora, niszcząc mu w ten sposób przyjemność płynącą z chowania się za plecami kolegów przed groźnym wzrokiem chemicy, wyciągnęła naraz z plecaka spory tom i zaczęła czytać pod ławką. Zrezygnowała już widocznie z prób bliższego poznania się z koleżankami i z prób nawiązania kontaktów z kolegą z ławki, więc tego dnia od rana spędzała przerwy gdzieś w kącie z książką. Wiktor, który miał zwyczaj robić to samo, najpierw odetchnął z ulgą — przynajmniej nie będzie się starała z nim rozmawiać i nie będzie pytała, co on sam czyta — a potem, gdy Magda na moment zamknęła książkę, by poprawić sznurowadło adidasów, kątem oka zauważył okładkę i zanim się zorientował, zapytał:
— Skąd ją masz?
Bo Magda, zupełnie jakby nigdy nic, czytała „Wizję lokalną” Lema. Tę „Wizję lokalną”, której Wiktor nie mógł znaleźć w bibliotece.
To pytanie stało się początkiem — bo resztę lekcji spędzili na rozmowie o Lemie, a potem przerwę na rozmowie o Lemie, a potem odprowadził ją do domu, by skończyć rozmowę o Lemie. A potem Magda pożyczyła mu swoją „Wizję...”, a on jej przekazał wypożyczony z biblioteki „Powrót z gwiazd”. A potem rozmawiali dalej, o innych książkach, o innych pisarzach, o językach — i tak się jakoś porobiło, że Magda stała mu się bardzo bliska. Polubił ją, ogromnie, mocno i szczerze, przywiązał się do tych rozmów z nią, do jej obecności, do jej śmiechu, do jej wielkich, ciemnoniebieskich oczu i firanek z rzęs, do jej kitki kołyszącej się na lewo i prawo, gdy wchodzili po szkolnych schodach lub spacerowali po mieście.
Coraz częściej szli po lekcjach albo do niego, albo do niej. Wiktor wolał iść do niej — matka Magdy była bardzo sympatyczna. Niewysoka kobieta, grubsza pod córki, o takich samych oczach, takim samym uśmiechu i takim samym przyjemnym głosie, swoim zachowaniem sprawiała, że Wiktor nie czuł się w tym domu skrępowany. U niego Magdę przywitano co prawda miło i uprzejmie — ale to nie to samo.
Magda była półsierotą, jak mu wyjaśniła później, gdy się mocniej zaprzyjaźnili. Jej ojciec, znacznie od matki starszy, zmarł na raka płuc, gdy Magda miała osiem lat; matka pracowała w jakiejś firmie, nie pamiętał już, w jakiej, i przeprowadzka do Gdańska nastąpiła z powodu znalezienia lepiej płatnej posady. Magda tęskniła za Gdynią, za swoim osiedlem, za swoimi koleżankami z bloku, które znała od dziecka, za koleżankami z liceum, za paroma przyjaciółkami, z którymi mogła rozmawiać o wszystkim. Tęskniła za tym, co należało do jej normalnej codzienności i w czym się tak dobrze odnajdywała.
Myślał, że rozumiał — bo w nim, mimo upływu czasu, wspomnienie pierwszej wychowawczyni nadal wywoływało pewną melancholię. Znacznie później opowiedział Magdzie o pani Lusi — a Magda się nie śmiała, Magda opowiedziała mu z kolei o swojej ulubionej historyczce z ósmej klasy. Bo też rozumiała.
W tym rozumieniu było coś ciepłego, coś przyciągającego, coś łagodnego — i tak potrzebnego, że gdy Magda chorowała albo z innych powodów zdarzyło jej się nie przyjść do szkoły, Wiktor czuł się w swojej ławce źle, osamotniony i zniechęcony.
Ta myśl, że chyba Magdę kocha, nie przyszła sama — sprowokowały ją czy może wywołały uwagi koleżanek i kolegów, rodziców, wreszcie sama Magda, gdy któregoś dnia siedzieli u niej w pokoju, ramię w ramię, i próbowali zapamiętać szereg zadań z chemii, bo tylko wykuwając na pamięć konkretne zadania, radzili sobie na klasówkach. Magda w pewnym momencie — nie pamiętał, co było tuż przed nim — powiedziała z doskonale wyczuwalnym zakłopotaniem: „Wiesz... ja cię naprawdę bardzo lubię”. Wiktor domyślił się sensu tego zdania — i zrobiło mu się przyjemnie — i pomyślał, że Magda jest jedyna w swoim rodzaju, taka bliska, inteligentna i ciepła, i on chyba również ją naprawdę bardzo lubi, w tym właśnie sensie, w jakim ona jego — bo czegoś takiego nigdy dotąd nie czuł. Objął przyjaciółkę niepewnie i raczej mruknął, niż odpowiedział, że on ją też — a Magda spojrzała na niego, przytuliła się trochę i pocałowała go. Albo on ją. W sumie to chyba wyszło z obu stron — i było niezgrabnym, nieśmiałym muśnięciem warg o wargi, ale to była Magda, której bliskość nie niepokoiła, to była Magda, która ładnie pachniała swoim ulubionym dezodorantem, to była Magda, do której tak dobrze było się przytulić.
To była Magda, która tamtego dnia miała taką szczęśliwą, rozpromienioną minę.
Wiktor wiedział, że to nie do końca jest tak, jak być powinno, bo mimo starań nie potrafił myśleć o Magdzie w sposób choćby zbliżony do tego, w jaki wieczorami myślał o jakimś chłopaku. Pod tym względem nie działało — ale uznał, że może zadziała później, a poza tym jakie to miało w gruncie rzeczy znaczenie, skoro z Magdą było tak dobrze? Reszta znormalnieje. Z resztą jakoś sobie poradzi. Reszta się nie liczy, skoro była Magda.
Wiele ich łączyło: lubili czytać tych samych autorów, słuchać tej samej muzyki, oglądać te same filmy. Dogadywali się i rozumieli pod wieloma względami — również odnośnie języków: tak samo mocno uwielbiali się ich uczyć, tak samo mocno się nimi zachwycali, tak samo mocno zapominali o świecie, gdy otwierali podręczniki. Wiktor pokazał raz Magdzie próbki swoich przekładów piosenek Pink Floydów i Queen, na co ona wygrzebała duży zeszyt w twardej okładce i pozwoliła przeczytać własne tłumaczenie wierszy Emily Dickinson. Od tego momentu w połowie drugiej klasy tłumaczyli razem, przy jednym stole, przy jednym słowniku; czasem osobne teksty, którymi się potem wymieniali do ocenienia, czasem wspólnie jakiś utwór, dyskutując nad każdym kolejnym słowem, tworząc całe dziesiątki wersji, nim wybrali tę, która wydawała się najlepsza. Bawili się tak najpierw angielskim i niemieckim, potem Wiktor zaczął, nieśmiało, ale z wielką przyjemnością, tłumaczyć teksty rosyjskie; były to co prawda czytanki, które wygrzebał z kartonów na pawlaczu, czytanki, z których uczyła się jeszcze matka, zawsze jednak po rosyjsku i przydatne.
Razem też zaczęli czytać książki w oryginale; mierzenie się z powieściową angielszczyzną lub niemczyzną było znacznie łatwiejsze, gdy obok miało się Magdę, śledzącą uważnie słowo po słowie, wertującą słownik, wypisującą jakąś frazę. „Little women”, których Wiktor z pewnością by nie przeczytał w przekładzie, bo były monotonne i trochę ckliwe jak na jego gust, dobrze się sprawdzały jako ćwiczenie; mały zbiór amerykańskich opowiadań fantastycznych stwarzał pewne problemy, bo zatrzymywały ich często dziwaczne nazwy własne, za to „Śmierć w Wenecji” Manna uwiodła, choć Wiktora jednocześnie zaniepokoiła, wolał jednak nie wnikać głębiej w ten niepokój.
Poza tym w miarę możliwości oglądali wspólnie filmy z oryginalną ścieżką dźwiękową; oboje woleli angielski Brytyjczyków niż Amerykanów i niemieckie filmy obyczajowe niż amerykańskie.
Bardzo lubił uczyć się z Magdą, i tak w ogóle, i szczególnie języków. Mieli podobne tempo, podobny system, podobne podejście; pracowali z podobnym zacięciem, więc zawsze czuł, że przy niej wykorzystał czas możliwie najlepiej. W czwartej klasie układali angielsko-niemieckie wierszyki o nauczycielach i uczniach, część niemiecką tłumaczyli na angielską i odwrotnie, Wiktor jeszcze przekładał to na rosyjski, a Magda, po przeczytaniu „Stu lat samotności”, podjęła na własną rękę naukę hiszpańskiego, zachwycona Márquezem.
Poza tym razem czytali książki z „kanonu kulturalnego mola książkowego”, jak określiła to Magda. Pewne rzeczy spoza lektur szkolnych wypadało znać, pewne pozycje ciekawiły, pewne tytuły niesamowicie inspirowały. Trzymając tom między sobą, pochłaniali „Mamade” Libery z podnieceniem, zachwytem i smakiem, oboje podbici — on wyłącznie, ona przede wszystkim — opowieścią o miłości do języka francuskiego. Tak, to do nich przemawiało, to była ich historia romansu z angielskim, z niemieckim, z rosyjskim, z hiszpańskim, z tymi wszystkimi językami, których chcieli się nauczyć później.
To chyba właśnie wtedy Wiktor pomyślał, że gdy tylko będzie miał warunki, weźmie się za francuski.
Jedną z niewielu rzeczy, jakimi się z Magdą nie podzielił, o jakich jej nie powiedział i jakie przed nią skrzętnie chował, były jego próbki pisarskie. Miał swój okres pisania, przez Lema — przez Lema, bo Wiktorowi przychodziły do głowy drobne pomysły, które później starał się przerobić na nowelę lub opowiadanie; przez Lema, bo na początku wykorzystywał Trurla i Klapaucjusza; przez Lema, bo wreszcie spróbował stworzyć własnego Ijona Tichego, który wędrował przez kosmos językowy w poszukiwaniu języka najpierwszego, języka, z którego powstał cały wszechświat, języka, który tak naprawdę okazywał się podstawowym składnikiem wszelkiej materii, tworzącym atom, wypełniającym powietrze, konstruującym wszystko dookoła. Projekt był potężny, ale Wiktorowi udało się ukończyć tylko kilka drobnych utworów i spisać kilkadziesiąt stron krótkich scenek, które później zamierzał porozmieszczać w odpowiednich miejscach. Nie potrafił ująć tego wszystkiego, tak by mieć wreszcie całość, nie potrafił przenieść tego, co widział w głowie, na papier, nie potrafił zaplanować wydarzeń, intryg i wątków w sposób pozwalający stworzyć konkretną, zwartą i sensowną jedność. W końcu, tuż przed maturą, zebrał wszystkie zapisane zeszyty, luźne kartki oraz jeden notatnik — jakoś lepiej mu się pisało ręcznie niż na komputerze, poza tym nosił te materiały przy sobie, dzięki czemu nie musiał się denerwować, czy rodzice czegoś przypadkiem nie znajdą — przeczytał jeszcze raz, doszedł do wniosku, że za taką grafomanię nie powinni go do egzaminów dopuścić i spalił w parku swoje literackie próby, strona po stronie, zapałkami zabranymi z domu. Przygoda z własnym pisaniem została raz na zawsze zakończona — nigdy więcej nie czuł potrzeby podejmowania nowych starań.
W trzeciej klasie zaczął wraz z Magdą myśleć o jakichś studiach związanych z językami. Ona czuła się rozdarta między anglistyką a germanistyką, na którą się ostatecznie zdecydowała pod koniec wakacji przed maturą; on o anglistyce myślał krótko, bo gdy tylko znalazł w informatorze lingwistykę stosowaną, uznał, że to jest jego miejsce. Siedzieli wtedy na balkonie u Magdy, z wielką poduszką za plecami, z nogami wyciągniętymi aż do barierki, i przeglądali ten informator — on trzymał, ona przewracała kartki. Magda powiedziała, że może pod koniec germanistyki zaczęłaby anglistykę, miałaby wtedy obie ukochane literatury w ręku; Wiktor stwierdził, że pomysł jest dobry, na co Magda — opalona, trochę odchudzona, z ładnie ściętymi włosami, które opadały na ramiona, z lepszą cerą i lekko podmalowanymi rzęsami, co dodawało jej oczom uroku — poprawiła ramiączko kolorowej sukienki, oświadczyła wesoło, że ona ma zawsze dobre pomysły, po czym ściągnęła Wiktorowi okulary, szybko go pocałowała — co było przyjemne — i sama je założyła.
Dopiero pod koniec liceum Wiktor zdał sobie sprawę z tego, jak Magda rozkwitła — nie tyle nawet fizycznie, ile psychicznie, ale psychicznie w odniesieniu do własnego ciała. Wyraźnie zaczęła je lubić; ciężkie, proste dżinsy zastąpiła takimi o rozszerzanych nogawkach, przydługie bluzy ładnymi bluzkami, których dekolty podkreślały delikatnie jej walory. Ścięła twarzowo włosy, potem zaczęła leciutko malować rzęsy, niekiedy nawet nosiła sukienki i spódnice, choć kiedyś twierdziła, że ma nogi słonicy i nie zamierza katować ludzi ich widokiem.
Nie miała jednak nóg słonicy — była po prostu pulchna, o dużym biuście i szerokich biodrach, ale nogi miała proste, zgrabne, zwyczajnie ładne, co jej powiedział, gdy pierwszy raz, trochę zakłopotana, przyszła do szkoły w spódnicy do kolan. Powiedział to zupełnie odruchowo, gdy tylko zapytała, czy nie wygląda źle — bo wyglądała dobrze. Dopiero po kilku minutach dotarło do niego, jak ważne musi być takie stwierdzenie dla zakompleksionej dziewczyny, gdy słyszy je od własnego chłopaka.
„Chłopak Magdy” — to określenie miało w sobie coś sympatycznego. Nie przeszkadzało.
Z czasem gdzieś te kompleksy Magdy poznikały — może nie wszystkie, może nie całkiem, ale jednak poznikały. Po części musiała w tym być jego zasługa — po części zasługa jej matki, która umiała rozmawiać z córką jak przyjaciółka od serca — a po części zasługa tego odnajdywania się w świecie książek i języków.
Wiktor zabrał okulary dopiero po dłuższej chwili, gdy już się podroczyli i naśmiali, umieścił je w kieszeni koszuli, po czym położył głowę na kolanach swojej dziewczyny. Jej dłoń, gładząca włosy i przesuwająca się niekiedy delikatnie po czole, niesamowicie odprężała. Potem Magda czytała ofertę innych kierunków i wspólnie zaśmiewali się z wyobrażeń o nich dwojgu na ekonomii, na administracji, na prawie, na ochronie środowiska. Wylecieliby, zanimby tam dobrze weszli.
Czasami próbował. Czasami próbował wciągnąć Magdę w zakres swoich wyobrażeń, wyobrażeń, które coraz silniej i wyraźniej dotyczyły chłopaków. Czasami obejmował Magdę, całował, przesuwał palcami po jej plecach, po jej udzie, po jej piersi — i choć jej to wyraźnie sprawiało przyjemność, w nim nie pojawiało się nic z tego, co znał z nocnych myśli, które spychały jego dłonie niżej i niżej. Taka bliskość z Magdą nie była też nieprzyjemna — po prostu niczego nie pobudzała. Wiktor nie widział jednak powodu do nadmiernego niepokoju — skoro go ta bliskość nie odrzucała i nie pozostawiała po sobie niechęci, a nawet przeciwnie, bo dawała trochę takiego sympatycznego ciepła, to i tak było dobrze. Krok po kroku — sytuacja normalniała. Nocne sprawy się nie liczyły, bo były tylko w nocy, tylko pod kołdrą, tylko na własną rękę.
Któregoś dnia, jakoś pod koniec trzeciej klasy, matka weszła do jego pokoju, gdy Wiktor za wszelką cenę i z trudem panując nad zniecierpliwieniem oraz obrzydzeniem, próbował wbić sobie do głowy sposób powstawania moczu pierwotnego i wtórnego. Głupoty wymagane na biologii nie dawały o sobie zapomnieć przez szereg lat — jeszcze teraz, zbliżając się do trzydziestki, pamiętał o niektórych zagadnieniach. Nie pamiętał ich treści, ale pamiętał samo ich istnienie i bezsensowne zajmowanie mu czasu, który mógł przeznaczyć na czytanie lub języki.
Matka weszła, przysiadła obok niego na łóżku — ciekawe, czy za każdym razem, gdy to robiła, przypominała sobie o tamtej feralnej nocy? — i zapytała, czy Wiktor może odłożyć książkę, bo ona chciała porozmawiać. Odłożył, trochę zaniepokojony; matka nie miała zwyczaju rozmawiać tak sobie, dla rozrywki. Była wyraźnie zakłopotana; zaczęła od tego, że prosiła ojca o przeprowadzenie tej rozmowy, ale ojciec nie wie, jak, więc ona... Wreszcie doszła do sedna sprawy — i Wiktor też poczuł się zakłopotany.
Przysunął do siebie podręcznik do biologii i wymruczał, że im na wychowaniu do życia w rodzinie wszystko o antykoncepcji powiedzieli, i on wie i rozumie, a poza tym matka nie ma sobie czym zawracać głowy — ta uwaga chyba ją uspokoiła — a poza tym... no, nic głupiego nie zrobi.
To dobrze, powiedziała matka wtedy, ale i tak pamiętaj — bo jak się zapomni, to można sobie całe życie zmarnować i całe życie żałować.
Chyba nie chciała tak tego ująć, bo szybko dodała, że ma na myśli jego i Magdę, przecież mają dopiero osiemnaście lat i jeszcze są w liceum, a w dzisiejszym świecie nie ma się co spieszyć z pewnymi sprawami. Wyszła z wyraźną ulgą — Wiktor przez dłuższą chwilę wpatrywał się w drzwi i zastanawiał ponuro, czy tamto stwierdzenie matki odnosi się do niej samej i czy ona nadal pewnych rzeczy żałuje.
Wydawało się jednak, że nie, że matka nie żałuje — że już nie żałuje. W banku kilkakrotnie awansowała, zdobyła grono bliskich koleżanek, z którymi się świetnie dogadywała, odwiedzała je i zapraszała do siebie, potem zapisała się na jakieś roczne studium, by podnieść kwalifikacje, potem zaczęła się uczyć niemieckiego na kursie, który bank opłacał najlepszym pracownikom, i często przychodziła do Wiktora z prośbą o sprawdzenie ćwiczenia albo wyjaśnienie czegoś z gramatyki. Poza tym nagminnie podbierała mu słownik, więc Wiktor, nie tyle dla jej, ile dla własnej wygody, podarował matce na Wielkanoc drugi słownik, zawierający nie tylko słówka, ale też zarys gramatyki i idiomy. Odtąd miał spokój.
W tym wszystkim tylko ojciec nie ruszył się z miejsca. Od lat na tym samym stanowisku, zadowolony ze status quo, rozleniwiony, spędzał dużo czasu przed telewizorem i podśmiewał się niekiedy z matki oraz z jej dokształcania. Podśmiewał się jednak dyskretnie, bo matka reagowała nerwowo na takie uwagi, a poza tym ojciec pewnie się cieszył, że nikt mu nie odbiera pilota. Matka nie miała zwykle czasu na oglądanie telewizji, a jeśli miała czas, to wolała pójść z koleżankami z pracy do kina albo na kawę, Wiktor natomiast nie lubił programów, które oglądał ojciec. Sport, wiadomości, jakiś serial sensacyjny, jakiś thriller — koszmarna nuda. Razem z Magdą oglądali Bergmana, potem Kieślowskiego, Wajdę i jeden film Buñela, przy którym nie zdołali wytrwać do końca. Magda lubiła też filmy z Marilyn Monroe; Wiktorowi Monroe była obojętna, ale skoro Magda ją lubiła, zgadzał się na wspólne powtórzenie co jakiś czas „Pół żartem, pół serio”, „Niagary” albo „Słomianego wdowca”. Obejmował wtedy Magdę lub kładł głowę na jej kolanach, a ona pochłaniała Monroe wzrokiem. Wiktor, który nie rozumiał, czym się w samej Monroe jako kobiecie zachwycać, mruknął kiedyś, wzruszeniem ramion kwitując wywód Magdy o seksapilu aktorki: „I tak jesteś od niej ładniejsza”. To było odruchowe stwierdzenie, bo po prostu taka była prawda, Monroe wydawała się zimna i bez cienia tej inteligencji, która błyszczała w oczach Magdy — ale te słowa musiały się pojawić w odpowiednim momencie, bo to wkrótce po tej rozmowie Magda przyszła do szkoły pierwszy raz w spódnicy.
Znacznie później, pod koniec studiów, Wiktor zastanawiał się, ile takich jego stwierdzeń, zdań, słów musiało paść w ciągu ponad dwóch lat bycia razem — paść zupełnie nieświadomie, niezamierzenie, niecelowo — stwierdzeń, zdań, słów, które najwidoczniej dały Magdzie coś dobrego i radosnego. Nie umiał przecież mówić komplementów i nigdy się tego nie nauczył — mówił jedynie to, co myślał, co widział, co odczuwał, a potem okazywało się, że to dziewczynie sprawia przyjemność. Jego „ładnie wyglądasz” nie było zachwycone, przyciszone ani nastrojowe — było spokojne, czasem zniecierpliwione, bo Magda miała głupie pojęcie o urodzie i myślała, że jej koleżanki są ładniejsze — czasem nawet zdenerwowane — a jednak musiało trafiać w jakąś potrzebę komplementów, którą na pewno odczuwała.
Chyba tylko raz powiedział to z wyraźnym zachwytem — gdy przyszedł po nią w dniu studniówki. Magda miała na sobie ciemnozieloną suknię, gładką, z rozszerzanym dołem i owalnym dekoltem, z krótkimi, postrzępionymi rękawkami i dwiema niemal czarnymi smugami, ciągnącymi się po materiale sukni od piersi po uda, smugami wygiętymi w lekkie, skierowane ku sobie łuki, przez co talia wydawała się węższa. Z czarnymi rękawiczkami za łokieć, w czarnych pantoflach, z wysoko upiętymi włosami wyglądała naprawdę pięknie i najwyraźniej zdawała sobie sprawę z własnej urody, bo patrzyła na Wiktora trochę wyczekująco, jakby sprawdzała wrażenie. A wrażenie było olbrzymie i udało mu się o tym powiedzieć odpowiednim tonem.
Polonez był gehenną, ale wytrzymał i długie ćwiczenia na WF-ie, i sam taniec na rozpoczęciu studniówki, bo wiedział, że Magda ma na to ogromną ochotę. Czuł się co prawda idiotycznie w tym garniturze i krawacie, wykonując przepisowe ruchy i cały czas nerwowo pilnując wzrokiem partnerki, bo bał się, że coś pomyli i ją zgubi, a to by jej sprawiło przykrość — w końcu jednak polonez dobiegł końca, a Magda, zdyszana, zarumieniona i radosna, opadła na krzesło przy stoliku, który zajmowali z kilkoma innymi osobami.
Ta z początku nieśmiała Magda zdołała jednak nawiązać kilka przyjaźni w klasie i poza klasą — siedzieli więc teraz w towarzystwie, które Wiktor tolerował i które go nie drażniło. Dziewczyny miały elegancko upięte włosy, jedna rozpuszczone, bo sięgały do pasa; na ich wyjściowo umalowanych twarzach widać było zadowolenie i zaciekawienie; trzy przyszły same, dwie ze swoimi chłopakami, uwięzionymi w garniturach i krawatach jak Wiktor. Było głośno, wesoło, trochę sentymentalnie, bo zaczęli sobie przypominać różne rzeczy z poprzednich lat w szkole — i trochę nierealnie, bo gdy Wiktor obejrzał się za siebie, w kierunku zalanego kolorowymi światłami parkietu, nie mógł uwierzyć, że za niecałe sto dni matura.
Przetańczył z Magdą wszystkie wolne tańce, poświęcił się nawet na kilka szybszych, choć wtedy czuł się już jak kompletny idiota; dziewczyny na szczęście szybkie tańce wolały tańczyć same, w dużym kółku, wraz z tak dotąd groźnymi nauczycielkami. Wiktor, obserwując chemicę, która mimo swojej potężnej budowy wiła się w rytm muzyki jak serpentyna, i geograficę podskakującą wraz z anglistką, i ponurego fizyka, który teraz okręcał się z matematyczką, zobaczył zupełnie innych nauczycieli. Zabawna sprawa, jak wydawali się nierealni — tacy nieszkolni, niebelferscy, niestraszni.
Ostatni taniec był wolny, Magda obejmowała go mocno, fryzurę miała trochę rozczochraną, uśmiechała się szeroko i tańczyła na boso, jak wiele dziewczyn, które nie zdołały wytrwać do końca na obcasach. Kosmyk jej włosów łaskotał go w policzek, więc Wiktor pochylił się nieco bardziej, pocałował ją delikatnie w szyję i mruknął te dwa słowa, które w tej chwili wydawały mu się prawdą, najprawdziwszą prawdą, szczególnie gdy Magda odpowiedziała to samo, takim czułym głosem, i objęła go jeszcze mocniej.
Powrót do szkolnej rzeczywistości nie był zbyt łatwy, mimo wszystko trochę się jeszcze żyło studniówką — ale jednak trzeba było powrócić. Wspólne uczenie się z Magdą do matury było przyjemne i wartościowe, bo wzajemnie się przepytywali, wzajemnie motywowali, wzajemnie odpoczywali, leżąc obok siebie na podłodze i wpatrując się w milczeniu w sufit. Magda niekiedy znów zakładała suknię ze studniówki i wtedy tańczyli w pokoju przy jakichś wolnych piosenkach, mocno w siebie wtuleni. W pewnym momencie Wiktor zrozumiał, że są w takim punkcie, w którym Magda zaczyna, mniej lub bardziej świadomie, oczekiwać z jego strony kolejnego ruchu.
Odsunął tę myśl od siebie niemal natychmiast i skupił się na nauce. Oboje zdawali angielski i niemiecki, więc razem przerabiali kolejne podręczniki i zbiory gramatyk oraz nieregularne słówka. Do powtórki z polskiego podzielili się lekturami i epokami — Wiktor przygotował antyk, staropolską i oświecenie, Magda materiał od romantyzmu po literaturę wojenną. Teksty powojenne męczyli wspólnie.
Matura minęła — chyba zanim w pełni odczuli, że się rozpoczęła. Było w tym okresie coś szybkiego i nierealnego, co dało się uchwycić dopiero po zakończeniu. Nagle stali przed szkołą ze świadectwami maturalnymi w rękach, porównując oceny: piątkę z angielskiego i dwie piątki z polskiego oraz dwie szóstki z niemieckiego Magdy i dwie szóstki z angielskiego, piątkę z niemieckiego oraz dwie czwórki z polskiego Wiktora. Magda zawsze pisała ładne wypracowania z polskiego, a po wyjściu z pisemnego niemieckiego powiedziała, że nie chce zapeszać, ale chyba jej cholernie dobrze poszło. Wiktor z kolei zdecydowanie lepiej odnajdywał się w językach obcych niż ojczystym, szczególnie podczas egzaminów ustnych, a pytanie o Krasińskiego, którego nie lubił, dobiło go.
Egzamin na studia też po prostu nadszedł, skończył się — i został zdany. Listy polecone, wysłane przez Uniwersytet Gdański pod koniec lipca, informowały, że Magda została przyjęta na germanistykę na wydziale filologicznym, a Wiktor na lingwistykę stosowaną tamże. Siedzieli znów na balkonie u Magdy, czytając te listy po raz setny, i stwierdzili zgodnie, że czują się dziwnie z perspektywą wkroczenia za dwa miesiące w zupełnie inny świat.
— Żadnej chemii, fizyki, biologii, geografii czy matematyki — powiedziała jego dziewczyna z niedowierzaniem. — Człowiek wreszcie będzie żył tylko i wyłącznie swoimi ukochanymi rzeczami.
Wiktor siedział z zamkniętymi oczami, z okularami w dłoni — upalny dzień go rozleniwiał, a balkon stanowił pewną ucieczkę przed codziennością. Gdy jednak Magda oparła się o jego ramię i położyła mu dłoń na kolanie, Wiktor przypomniał sobie wcześniejszą myśl: ona oczekuje jakiegoś ruchu z jego strony.
Oczekiwała, szczególnie odkąd skończyły się egzaminy i nie było już nic do robienia poza czekaniem. Oczekiwała, bo jej gesty i pocałunki stawały się intensywniejsze. Oczekiwała, bo spoglądała na niego coraz częściej trochę zalotnie, uśmiechając się jakby dla ośmielenia.
W końcu ten krok naprzód musiał zostać wykonany, rozumiał to coraz wyraźniej. W końcu ten krok został wykonany — pewnego sierpniowego wieczoru, gdy byli zupełnie sami, bo matka Magdy pojechała na weekend do rodziny w Gdyni. To nie stało się nieoczekiwanie — chyba wszyscy troje podejrzewali, jak ta nieobecność zostanie wykorzystana. Co prawda kupienie prezerwatyw w aptece kosztowało Wiktora sporo zdrowia, ale przecież nie mógł zrzucić tego na swoją dziewczynę. Późnym popołudniem przyszedł z kwiatami — w zasadzie nie wiedział, po co, ale lepiej się czuł, zasłonięty tym bukietem — posiedzieli u niej w pokoju, słuchając muzyki i prawie nic nie mówiąc, coraz mocniej przytuleni, a potem samo się jakoś zaczęło i jakoś poszło.
Poszło kiepsko, to inna rzecz. Czuł się nie fair, bo w najważniejszych momentach nie mógł polegać na jej ciele, musiał się odwoływać do wspomnień i wyobrażeń ciał zupełnie innych; starał się dać jej jak najwięcej czułości i uwagi, podejrzewał jednak, że nie udało mu się tak, jak chciał; męczyła go ponadto nadmierna bliskość, która drastycznie przekraczała poziom, jaki dotąd był przyjemny.
Po wszystkim Magda gładziła go po ramieniu i to był powrót do tamtej przyjemnej bliskości.
Pewnie zakładała, jak i on, że z czasem będzie lepiej — ale nie było, bo każdy kolejny raz był męczący. Nie potrafił odnaleźć w kształtach jej ciała tego czegoś, czego nie musiał szukać, bo odnajdywało się samo, zanim zdążył cokolwiek zrobić, w ciałach męskich. Nie potrafił poczuć się choćby w części tak poruszony, jak czuł się sam, ukryty pod kołdrą, podczas swoich nocnych wyobrażeń. Nie potrafił dotykać Magdy w pełni, z takim zapałem, z jakim powinna być dotykana.
To ona zerwała. On by nie umiał. Nie miał żalu, rozumiał jej decyzję — odczuwał nawet pewną ulgę na myśl, że już nie będzie musiał podejmować kolejnych prób. Żałował jednak ogromnie samej Magdy, przyjaźni z nią, bliskości, której już nie da się powtórzyć.
Przeprowadziła tę rozmowę bardzo delikatnie i taktownie; znów siedzieli u niej na balkonie, pod sam koniec września, obok siebie, ale nie za blisko — to był dystans wyznaczony przez nią, nie przez niego. Mówiła spokojnie, bez pretensji, za to z jakimś smutkiem, że chyba jednak, tak na dalszą metę, nie są do siebie aż tak mocno dopasowani, jak myśleli — że może jednak lepsi z nich przyjaciele niż para — że ona nadal ogromnie go lubi, ceni, on nadal jest dla niej szalenie ważny, tylko że może wielką przyjaźń wzięli za miłość...
Ale nadal chciałaby być jego przyjaciółką — te słowa Wiktora uspokoiły. Tego właśnie chciał i potrzebował, takiej formy bycia razem. Przez moment nawet uwierzył, że zdołają odbudować wszystkie dotychczasowe relacje bez płaszczyzny związkowej.
Gdy wychodził, Magda była z pewnością bardziej zasmucona i przejęta niż on.
To było jednak dość naiwne, ta myśl, że da się po staremu. Było między nimi coś, co krępowało, co uniemożliwiało powrót do dawnych form, co sprawiało, że czasem nie umieli sobie poradzić z jakimś wspomnieniem czy uwagą podczas rozmowy. Kontakty rozluźniły się szybko, niestety — ale nie gwałtownie, nie, to nastąpiło dość naturalnie: Magdę wciągnął wir germanistyki, Wiktora lingwistyki i wkrótce ich spotkania ograniczyły się do powitania na korytarzu, czasem paru zamienionych słów przed czytelnią, w bufecie czy przy ksero. Magda nie wyglądała na obrażoną albo rozżaloną, bo wyraźnie odnalazła się na swoim kierunku: chodziła po wydziale z koleżankami i kolegami, rozgadana, później widywał ją niekiedy z jakimś niewysokim brunetem — i widocznie było jej dobrze.
Brakowało mu tych wspólnych rozmów i wspólnego milczenia — ale musiał przyznać, że tak było wygodniej i mniej męcząco; uczucie skrępowania, pewnego wymuszenia i zawodu, które od końca września towarzyszyło ich rozmowom, nie dawało szans na dalszą głęboką przyjaźń. Był jednak Magdzie wdzięczny za te trzy lata znajomości, za tę ponaddwuletnią prawie-miłość, za bycie blisko w najgorszych chwilach, za to wszystko, co mu dała — i wcale nie chciał niszczyć miłych wspomnień teraźniejszymi kiepskimi kontaktami.
Jego matka bardzo żałowała zerwania; dopiero teraz dała wyraźnie do zrozumienia, jak bardzo Magdę lubiła. Z jej tonu i spojrzenia łatwo było wyczytać, że to Wiktora uważa za winnego rozstania — i Wiktor się z nią zgadzał, bo przecież on nawalił, uważał jednak, że mogłaby trochę spróbować stanąć po jego stronie. Nie przeciwko Magdzie, skądże, ale mogłaby chociaż pomyśleć, że jemu też jest ciężko czy przykro.
Wstał od komputera i podszedł do półek przy balkonie; wśród szeregu tomów Lema nadal stało to wydanie „Solaris”, które otrzymał na urodziny, z dedykacją wpisaną okrągłym pismem. Wyjął książkę, otworzył na pierwszej stronie i uśmiechnął się lekko — jasnoniebieski atrament odcinał się wyraźnie od białej kartki słowami: „Wiktorowi z okazji osiemnastych urodzin — bo jesteś wspaniały. Magda”.
Odstawił Lema na miejsce, spojrzał na budzik i westchnął ze zniecierpliwieniem. Minęła trzecia, ciekawe, czy kiedykolwiek ruszy dalej z tłumaczeniem, czy w sierpniu odda tylko jego część z przepraszającym: „A bo mi się przeszłość ciągle przypominała”. Cholera.
Możliwe jednak, że wspomnienie Magdy było mu potrzebne, by znów zdołał usiąść do pracy, pomyślał pod wieczór — potrzebne, by przypomniał sobie smak poznawanego obcego języka, marzenia o lingwistyce, przyjemności tłumaczonego tekstu. Możliwe, że kolejne trzy przełożone strony były zasługą tych reminiscencji ze wspólnego czytania powieści w oryginale i prób bezpośredniego ich przekładania. Możliwe, że po prostu potrzebował akurat dziś czyjegoś dobrego słowa, a Magda zawsze potrafiła powiedzieć mu to dobre słowo we wspaniały sposób.
Cztery strony w jeden dzień — średnio, z reguły przedkładał siedem lub osiem, wraz z poprawkami i wstępnym wycyzelowaniem — ale zawsze to cztery strony do przodu i zawsze zrobienie czegoś sensownego. Powtarzał to sobie pod prysznicem, by pozbyć się poczucia winy z powodu swego żółwiego tempa; podobne poczucie winy napadało go zawsze, gdy nie zrobił czegoś w zakładanym czasie, gdy okazywało się, że potrzebuje godziny, dnia, tygodnia więcej, niż zakładał, gdy coś mu hamowało pracę. Od jakiegoś roku walczył z tym poczuciem winy właśnie za pomocą stwierdzenia, że liczy się zrobienie choćby jednego kroku naprzód i ważne jest, by zrobić cokolwiek, zamiast pozostawiać wszystko na jutro. Trochę działało — na tyle, by nie miał problemów z zasypianiem, by gdzieś w środku ciała nie pojawiała się panika wywołana myślą, że zawali; nie na tyle jednak, by nie czuł się jak oferma.

We wtorek ósmego czerwca Wiktor obudził się z myślą, że Wojtek miałby teraz szesnaście lat.
Od dziesięciu lat pobudka w tym dniu łączyła się z myślą o Wojtku i o wieku, który by osiągnął. Obecnie nie męczyło to tak jak kiedyś — ale jednak było przykre, tym bardziej że od trzech lat nie mógł się przejść na cmentarz Świętego Franciszka, żeby po prostu postać chwilę przy grobie. Czuł się wtedy trochę lepiej, jakby poświęcał bratu tę uwagę, której odmawiał mu wcześniej.
Wojtek pojawił się w tym nowym życiu rodziców z głośnym płaczem, z atopowym zapaleniem skóry, z wielkimi paczkami pieluch, które stały w łazience niczym dowód niepożądanego nadmiaru domowników. Wiktor miał wtedy jedenaście lat i z ponurą miną kopał stopą paczki, gdy matka przewijała to nadprogramowe, nowe, rozwrzeszczane coś. Bo to było coś, tak myślał o bracie — coś, co zajmowało uwagę rodziców, coś, wokół czego należało się poruszać i zachowywać jak najciszej, coś, co jednym krótkim wrzaskiem mogło przywołać matkę i ojca w ciągu chwili. Coś, co leżało plackiem, wymachując małymi rękami, z czerwoną twarzą i z jasnozielonymi oczami.
Wiktor nie chciał wziąć brata na ręce, gdy matka mu to zaproponowała. Chyba się obraziła. Ojciec siedział na brzegu łóżka i robił do zawiniątka głupie miny, a zawiniątko znów się rozwrzeszczało i Wiktor poczuł mściwą satysfakcję — dobrze tak ojcu. Później to małe rozpoczęło czołganie się po dywanach, więc należało uważać, by na nie nie nadepnąć. Potem stanęło na nogi — i wtedy okazało się, że lubi cudze zabawki, bo dorwało się do tych Wiktora, szarpiąc je, rzucając na podłogę albo pakując sobie do ust.
Było brzydkie, było głośne i było wszędzie. Podczas zapalenia skóry matka smarowała je co chwila, jakby nie mogła się zająć czymś innym; gdy sunęło po podłodze, uderzając mocno w podłogę dłońmi, rodzice wydawali się zachwyceni; gdy zaczęło chodzić, kazali Wiktorowi podziwiać. Nie widział powodów do podziwiania — on też chodził, też tak kiedyś zaczął chodzić, ktoś się zachwycał?
Zazdrościł tej uwagi, jaką przyciągało. Czasami, gdy był z bratem sam na sam, umyślnie zabierał mu smoczek czy zabawkę — bo dlaczego tamten miał być taki szczęśliwy? Kiedy rodzice, zaalarmowani płaczem, przychodzili i pytali, czy coś się stało, Wiktor, który wcześniej przezornie odkładał zabrany przedmiot na kocyk i stawał po drugiej stronie pokoju, wzruszał ramionami ze stwierdzeniem: znowu ryczy, jak zawsze. Ale rodzice nie wydawali się rozzłoszczeni tymi wrzaskami.
Gdy Wiktor poszedł do liceum, brat miał cztery lata i upatrzył sobie nową zabawkę czy nowy cel zadręczania: Wiktora właśnie. Chodził za nim po całym mieszkaniu, szarpał za spodnie, przynosił samochodzik, misia albo klocki, siedział na jego łóżku, bawił się przy jego biurku, powtarzał jego imię. Był strasznie męczący i denerwujący, więc Wiktor odganiał się od niego, wypychał go z pokoju, zamykał przed nim drzwi — ale brat był, jak zawsze, wszechmocny, bo gdy się rozryczał, zjawiała się matka, wprowadzała to wrzeszczące do pokoju Wiktora i mówiła: pobaw się z nim, pozwól mu u siebie posiedzieć, on chce z tobą pobyć. Dobre sobie, myślał Wiktor ze złością i zabierał małemu jakiś swój zeszyt czy kasetę z rąk, ale ja nie chcę.
Matka po urlopie macierzyńskim wróciła do pracy, więc małe wylądowało żłobku, z którego było odbierane z całą rewerencją, a potem wylądowało w przedszkolu, z którego niekiedy musiał je odbierać Wiktor. Stał na korytarzu, zły i naburmuszony, z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię, a przedszkolanka wyprowadzała dzieciaka, który rzucał się na czekającego z radosnym wrzaskiem. Wiktor odsuwał małe od siebie ostrożnie, by nie zaczęło ryczeć, i prowadził do domu, trzymając za rękaw lub kaptur kurtki. Niekiedy patrzył na ich odbicia w szybach sklepów: dwóch blondynów, tak do siebie z twarzy podobnych, że braterstwo mieli wypisane jak rasę. To też było irytujące, świadomość, że każdy widzi: ten mały wrzaskun jest jego bratem. No wielki powód do radości, rzeczywiście.
Magda polubiła dzieciaka. W jej obecności Wiktor starał się być dla brata trochę milszy, a przynajmniej nie okazywać mu tak wprost niechęci, bo nie chciał zrobić złego wrażenia na przyjaciółce. Niekiedy odbierali małego razem i wtedy wrzeszczący pięcio-, sześciolatek nie wiedział, na kogo się najpierw rzucić. Wracali w trójkę, Magda w środku, jedną ręką trzymając dziecko, drugą swojego chłopaka — i jakoś przy niej mały nie starał się ciągle gdzieś zatrzymywać, wyrywać czy coś podnosić z ziemi. Jasne, tylko sam na sam prezentował Wiktorowi atrakcje w rodzaju wskoczenia w środek kałuży, wsadzenia rąk w leżące na chodniku śmieci czy przyklejenia się do szyby cukierni.
Wiktor brata nie lubił i nie zamierzał polubić. Pomysł oddania mu swoich zabawek z dzieciństwa, pomysł podsunięty przez matkę, a raczej uważany przez nią za oczywisty, przecież podzielisz się z młodszym braciszkiem, prawda?, Wiktorowi się nie spodobał. To jego zabawki, burknął wtedy, nie bawi się już nimi od ładnych kilku lat, racja, ale to jego zabawki i ma do nich sentyment. I nie chce, żeby ktoś mu je niszczył. Matka była wyraźnie niezadowolona, nazwała go samolubnym egoistą; w końcu dał małemu kilka rzeczy, które ten najbardziej lubił obśliniać — i matka przez chwilę uśmiechała się do Wiktora tak, jak uśmiechała się do dzieciaka, więc było warto. A dzieciak wsadził śliczny, czerwony samochodzik do ust, czym zasłużył sobie na pełne obrzydzenia i niechęci spojrzenie starszego brata.
Potem Wiktor musiał stoczyć walkę o swój pokój. Gdy dzieciak miał cztery lata, a on piętnaście, rodzice uznali, że bracia powinni mieszkać razem. Wiktor zapierał się z całych sił, chodził, prosił, obrażał się, powtarzał, że pokój jest mały, na jedną osobę, tam nie ma miejsca na drugą, tam nie ma nawet miejsca na komputer, o którym zaczął marzyć, tam w ogóle nie ma miejsca na nic poza Wiktorem, a brat będzie mu przeszkadzał w nauce, i on nie chce, nie chce, nie chce... W końcu udało się postawić na swoim — dzieciak pozostał u rodziców. Wieczorem po ostatecznym zwycięstwie Wiktor położył się do łóżka w swoim ocalonym pokoju — i naraz naszła go myśl, że może ten pomysł matki wiąże się z feralną nocą, bo przecież zaproponowała przeniesienie brata wkrótce potem? Może liczyła, że to będzie jakiś hamulec na to „niezdrowe, wpędzające w nałóg, chorobliwe”?
Może, nie wiedział. Grunt, że jego pokój pozostał jego pokojem i miał spokój. I mógł, kiedy potrzebował, wykonać potrzebne ruchy dłoni bez świadków.
Jednak mimo tej wygranej nie można było uwolnić się od uwagi i zainteresowania, jakimi mały obdarzał Wiktora, choć go nie zachęcano, nawet przeciwnie, w miarę możliwości zniechęcano. Dzieciak, zupełnie nieczuły na okazywaną mu antypatię, dalej przychodził do pokoju, dalej wędrował po mieszkaniu za Wiktorem, dalej rzucał się na niego i mówił do niego w ten dziecięcy sposób, który był okropnie drażniący.
Przez sześć lat wszystko toczyło się w taki sposób — i w ciągu jednego czerwcowego popołudnia się zakończyło.
Czasami Wiktora nachodziło wyobrażenie, jak to się musiało wydarzyć — wyobrażenie brata bawiącego się z innymi dziećmi na podwórku za domem, w pobliżu starej, źle zabitej deskami studni — wszystkie dzieciaki lubiły skakać po tych deskach, Wiktorowi też się kiedyś zdarzało, było w tym coś ekscytującego, zakazanego i dorosłego — więc wyobrażenie brata bawiącego się w pobliżu, a potem bawiącego się właśnie na studni, skaczącego z kolegami na środkową deskę i z niej za studnię — i starej, trochę spróchniałej deski, która w końcu nie wytrzymuje ciężaru gromady sześciolatków i pęka akurat wtedy, gdy stoi na niej Wojtek — i brata, krzyczącego przez krótki moment, nim rozlegnie się głuche i pożerające wszelki dźwięk uderzenie.
Brata wyciąganego potem przez straż pożarną. Przenoszonego do wezwanej natychmiast karetki. Przewożonego po dotarciu do szpitala nie na salę operacyjną, a do kostnicy, bo było już za późno, by zrobić cokolwiek.
Gdy Wiktor wrócił od Magdy, u której siedział po lekcjach, w domu zastał pustkę. Coś było nie tak, ale zrozumiał to, dopiero gdy rodzice wrócili — bladzi, milczący, zapłakani. Wyszedł ze swojego pokoju i zanim się zorientował, jak wyglądają, zapytał z niezadowoleniem: „Gdzieście poszli?”, bo był głodny i chciał zjeść obiad. Spojrzeli na niego jak na upiora — przez moment miał wrażenie, że patrzą z daleka, z zupełnie innego miejsca, którego on nie zna i chyba wcale nie chce poznać — po czym matka z płaczem pobiegła do toalety; słyszał, jak wymiotuje, słyszał jednocześnie słowa ojca wyjaśniające sytuację, krótko, z trudem, z bólem mówiącego coś, co się wydawało niemożliwe — i narastało w nim wrażenie nierealności, koszmarnej nierealności, przed którą nie ma dokąd uciec i gdzie się schować.
Rodzice siedzieli w swoim pokoju — ojciec przynosił matce jakieś tabletki, herbatę, matka zwymiotowała chyba jeszcze ze dwa razy, raz się pokłócili, powiedzieli sobie kilka paskudnych rzeczy, a potem znów płakali i się wzajemnie uspokajali. Wiktor siedział u siebie — zamkniętymi drzwiami pokoju, poduszką przy twarzy, zaciśniętymi powiekami próbował odciąć się od tego, co się działo, od chorego i nienormalnego wydarzenia, w które nie można było uwierzyć.
Nie pamiętał już, zresztą wtedy też słabo zdawał sobie sprawę z tego, jak wyglądało policyjne ustalanie wypadku, co się wokoło działo — nie interesowało go to. Nic go wtedy nie interesowało, nie mógł zebrać myśli; był koniec drugiej klasy, jeszcze trwały lekcje, na które nie chodził; ojciec to załatwił, raz w życiu zdołał stanąć na wysokości zadania i pozałatwiać parę spraw, wziąć na siebie wszystkie rzeczy związane z pogrzebem i domem. Matka leżała w łóżku lub siedziała na fotelu, otępiała, z jakimś misiem Wojtka w rękach, patrząc niewidzącym wzrokiem przed siebie i kiedy Wiktor czasem do niej wchodził, z herbatą albo kanapkami, nie słyszała go, nie widziała, nie wyczuwała. Raz tylko chwyciła jego rękę i patrząc gdzieś na ścianę, zaczęła powtarzać, że to straszne; Wiktor szybko wyrwał się z uścisku i wyszedł, bo nie mógł znieść jej głosu, jej wzroku, jej dotyku. Wolał swój pokój, wolał się schować przed męczącą, duszną atmosferą domu, wolał udawać, że tego nie ma. Kiepsko mu szło, ale niekiedy wychodziło, na parę chwil, które były wytchnieniem.
Z pogrzebu pamiętał tylko małą, jasnobrązową trumnę, zamkniętą, z kilkoma wielkimi wieńcami — oraz ten moment, gdy na krótko stanął przy niej i położył rękę na gładkim drewnie. Wcześniej, przed pogrzebem, pojawiały się myśli, uczucia, do których sam przed sobą nie chciał się przyznać — jakaś obrzydliwa, mściwa radość, że brata, którego nie pragnął, już nie ma, że zniknął rozwrzeszczany dzieciak, który zabierał całą uwagę rodziców — i irytacja, bo tą śmiercią znów skupiał na sobie ich zainteresowanie, znów był tylko Wojtek i Wojtek — i gdzieś pod tym poczucie winy, bo przecież czasami w złości życzył małemu, żeby go diabli wzięli, ale przecież nie życzył mu roztrzaskania głowy w tej przeklętej studni, naprawdę mu tego nie życzył — i poczucie winy, bo był dla brata zwykle niemiły i niekiedy złośliwie doprowadzał go do płaczu, jak wtedy tymi zabieranymi zabawkami, jak wypychaniem go dość brutalnie z pokoju, jak opowiadaniem mu wieczorem strasznych historii, po których mały miał w nocy koszmary.
A teraz, gdy dotknął zimnej powierzchni wieka trumny, poczuł coś jeszcze. Po raz pierwszy poczuł żal, taki dziwny i bolesny — żal i osamotnienie, bo dopiero w tym momencie przyszło mu do głowy, że w domu to właśnie brat był do niego najbardziej przywiązany — że Wojtek biegał za nim, chciał się bawić, chciał być blisko, próbował się przytulić, próbował spędzać z nim czas, próbował dać tę bliskość i to ciepło, których Wiktorowi brakowało. Wojtek był w całym domu najbliższy — Wojtek był w nim taki zakochany, w swoim starszym bracie, z którym ciągle chciał przebywać, Wojtek był...
Wojtek został przegapiony, ta myśl też się pojawiła. Przegapił go, Wiktor go przegapił, tak zwyczajnie i po prostu nie zauważył, nie zrozumiał, zgubił. Przegapił.
I ta myśl bolała tak koszmarnie, że miał ochotę uderzyć pięścią w trumnę.
A potem trzeba było wrócić do codzienności, żyć dalej, bo świat zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło, trwał i wymagał udziału.
W ciągu tych dni, gdy odbywały się lekcje, na które nie chodził, Wiktor siedział w swoim pokoju, słuchał głównie Pink Floydów, przez słuchawki, uczył się słówek z angielskiego i niemieckiego, robił trochę ćwiczeń z rosyjskiego — to mu się udawało. Czasami czytał, ale nie mógł się za bardzo skupić. Matka, na zwolnieniu lekarskim, siedziała w drugim pokoju; coś jej czasem zanosił, czasem słyszał, jak chodzi po mieszkaniu — omijali się nawet wtedy, gdy się spotykali.
Magda była w tamtym czasie ogromnym wsparciem. Siedziała przy nim bez słowa — jakoś wiedziała, że tu nie było sensu czegokolwiek mówić, że słowa tylko zmęczą i zirytują, że milczenie najlepiej koi — więc siedziała obok, obejmowała go, gładziła po głowie lub ramieniu, po prostu siedziała i była blisko. Nie umiał jej powiedzieć o swoim poczuciu winy, bo gdyby zaczął, musiałby wyjaśnić wszystko, żeby było pełne, wszystko aż do tych najwstrętniejszych elementów, których się teraz wstydził; mimo to potrafił odnaleźć w bliskości Magdy uspokojenie i złagodzenie bólu. W wakacje chodzili na długie spacery po mieście, bardziej po jakichś zakątkach niż po Starówce, która w lecie przyciągała tłumy turystów; chodzili za rękę, wolnym krokiem, bez słowa, przystając niekiedy, by się czemuś przyjrzeć. Ze dwa razy poszli na cmentarz — Wiktor czuł się lepiej i pewniej, mając Magdę tuż obok siebie. Pojechali do Gdyni, Magda pokazała mu swoje stare kąty; wybrali się do Sopotu, żeby przez pół dnia chodzić w tę i z powrotem po molo, wymieniając chwilami krótkie uwagi.
Dopiero z czasem uświadomił sobie, ile zawdzięczał Magdzie, tamtej bliskości. Tym bardziej czuł się paskudnie za zawód, jaki jej po liceum sprawił, za to, że nie umiał się odwdzięczyć i dać jej tego, na co zasługiwała — i co przecież chciał jej dać.
Na siedemnaste urodziny dostał komputer. To był pierwszy moment, gdy do Wiktora dotarło, że czas, jeśli nie leczy, to przynajmniej zaciera ból i rany. To było paskudne, to były raptem trzy miesiące później, to był nadal czas żałoby — ale zwyczajnie, prostacko poczuł radość na widok tego wymarzonego komputera; radość krótką i po chwili zepchniętą na bok poczuciem niestosowności, jednak — radość. Rodzice się nie uśmiechali, powiedzieli jedynie, że się cieszą, skoro on się cieszy, ojciec zajął się odpowiednim podłączaniem kabli, a Wiktor przez pół nocy siedział przed komputerem, oglądając, sprawdzając, poznając swój prezent.
Potem jednak upływ czasu podziałał również na rodziców. Mimo wszystko oni też musieli dalej żyć, pracować, utrzymywać kontakty z ludźmi — i powoli powracali do tego życia, choć z piętnem głębokiego smutku, ciągłego bólu, niekończącego się przypominania. Matce było ciężej — przez jakiś okres zasklepiła się w sobie, wykonywała wszystko mechanicznie, znajdowała się gdzieś poza codziennością, w której egzystowała czysto cieleśnie. Wiktor chwilami miał ochotę podejść do niej i ją objąć — ale wtedy pojawiała się męcząca myśl, że matka wolałaby, żeby to on, a nie Wojtek i żeby to Wojtek, a nie on... — i ochota znikała.
Było w tym trochę winy matki — a może jego — a może niczyjej, może to był tylko nieszczęśliwy zbieg okoliczności, że stanął przy uchylonych drzwiach pokoju rodziców akurat wtedy, gdy matka wypłakiwała się i wyżalała siostrze — siostrze, z którą od pewnego czasu utrzymywała lepsze kontakty i która teraz obejmowała ją mocno, poiła uspokajającymi herbatami, słuchała. Matka musiała wyrzucić z siebie całą historię, całe swoje życie od klasy maturalnej, nawet wcześniej, od czasu dzieciństwa — skąd wyłonił się obraz nadmiernie surowych dziadków i zazdrość o młodszą siostrę — a potem przez klasę maturalną i kilka lat straconych planów, i walki o studia, i wywalczonej realizacji, i świadomej decyzji na drugie dziecko, i wreszcie aż do tamtego koszmarnego popołudnia, gdy zaalarmowana krzykiem dzieci podeszła do okna wychodzącego na podwórko z tyłu domu...
Możliwe, że nie powinien był słuchać — ale słuchał, wstrzymując oddech, żeby niczego nie stracić i by nie zdradzić swojej obecności; słuchał i pewne elementy układały się w wyjaśnienie, a inne zaciemniały obraz i dopiero dużo później je zrozumiał, przynajmniej częściowo; słuchał i był pewien, że gdzieś między wierszami w słowach matki tkwi jeszcze stwierdzenie, że jeśli już miała tracić syna, to nie powinien to być akurat ten. Dałby wówczas głowę, że tak myślała albo chociaż mniej czy bardziej podświadomie tak czuła.
Strasznie trudno odnajdywało się później język, za pomocą którego mogli rozmawiać, słowa, które byłyby bezpieczne, tony, którymi się nie męczyło — zaczęli je jednak odnajdywać. Jakoś żyli dalej; Wiktor więcej czasu spędzał z Magdą, matka rzuciła się ponownie w wir pracy, wynalazła sobie dodatkowe zajęcia, jeszcze później znów zaczęła się spotykać z koleżankami, wychodzić gdzieś, nawet uśmiechać; ojciec wolne chwile spędzał najchętniej przed telewizorem. Zabawki, ubrania, książki i zdjęcia Wojtka zostały schowane w kartonowych pudłach i umieszczone na pawlaczu. Tematu brata już nie było — tylko po wspólnym pójściu na cmentarz w Dzień Wszystkich Świętych matka wędrowała w nocy po mieszkaniu, widocznie nie mogąc znaleźć sobie miejsca.
Myślał wtedy, że matka nie potrafi poradzić sobie ze śmiercią, ale on tak; dopiero później naszła go refleksja, że jeżeli radził, to dzięki obecności Magdy. Sam jednak nie potrafił, nawet po latach — najlepszy dowód, że co roku budził się ósmego czerwca z myślą, ile Wojtek miałby teraz lat, a następnie przerabiał w myślach całą historię od nowa i od nowa, nie mogąc tego powstrzymać. To był zresztą jedyny moment, gdy dopuszczał do siebie wspomnienia brata w pełni, świadomie i całościowo, jedyny, gdy nie spychał ich gdzieś poza siebie, jedyny, gdy imienia „Wojtek” nie wyłączał odgórnie z i tak niechcianych retrospekcji.
Przesunął palcami po prześcieradle; leżał na boku, twarzą do ściany, bo tak było lepiej, bo w ten sposób czuł się bezpieczniej, bo ściana sama w sobie nie prowokowała żadnych wspomnień.
Wreszcie ostry, nieprzyjemny dźwięk budzika wwiercił się w uszy; Wiktor usiadł, wyłączył alarm, wstał — i to jakoś kończyło paradę pamięci, przynajmniej w tej najostrzejszej formie. Nawet zdołał się dość sprawnie wziąć do pracy.
Dwa dni wcześniej skończył tłumaczenie „Ku stronom” — był już niemal całkowicie przekonany do tej formy tytułu. Czekała go pierwsza po tamtej wstępnej wielka poprawa — już z wydrukiem, ale jeszcze na świeżo, gdy miał w głowie oryginał, gdy myślał jednocześnie o angielskiej i polskiej wersji, gdy mógł je na siebie nakładać i porównywać. Zaczął czytanie zaraz po śniadaniu, przy szklance świeżo zaparzonej zielonej herbaty. Podobał mu się polski rytm tej książki, nastrój, który udało się utrzymać, klimat zakurzonej biblioteki, ocalony podczas przenoszenia w inny język. Uśmiechał się do siebie chwilami z aprobatą, gdy natrafiał na wyjątkowo zręcznie przetłumaczony fragment albo zgrabnie rozwiązaną zagwozdkę związaną z neologizmami. W takich momentach był z siebie ogromnie dumny — i naprawdę się lubił.
Po sprawdzeniu pierwszych trzech rozdziałów przekładu musiał zrobić przerwę; czuł się już zmęczony, bo choć czytanie było przyjemne, to jednak wymuszało pełne skupienie i śledzenie tekstu na kilku poziomach: sensu, gramatyki, stylistyki, rytmu, nastroju, osobno i naraz, tak by wszystkie poszczególne płaszczyzny pasowały do siebie, tworząc jednocześnie całość, ciągle nakładaną na pamięć oryginału. Jak dotąd szło dobrze — ale w pewnym momencie słowa zaczęły się rozmywać i Wiktor wiedział, że to sygnał do zrobienia przerwy. Przecież był profesjonalistą, więc nie mógł sprawdzać na odwal, byle tylko przelecieć tekst wzrokiem. Może innym wystarczało zachowanie podstawowej poprawności, ale on miał swój honor.
Praca była tym punktem, w którym czuł się pewnie, właściwie i bezpiecznie; tu nie musiał wyszukiwać usprawiedliwień, pretekstów, wytłumaczeń, tu po prostu był i działał, najlepiej jak potrafił, a potrafił świetnie — i chyba dlatego tak ją uwielbiał; poza przyjemnością, jaką sprawiał sam akt przekładania, istniała jeszcze przyjemność znalezienia swojego miejsca, właściwego i wartościowego. Tu dało się zapomnieć o tylu nieprzyjemnych, męczących i przykrych rzeczach, dało się na nie wyłączyć, dało się od nich odciąć. I nie musiał zbyt często kontaktować się z ludźmi, co też stanowiło sporą zaletę.
Nie musiał również zbyt często wychodzić z domu — kolejny plus, szczególnie w taką pogodę. Było bardzo ciepło, za ciepło, jak na jego gust; co prawda wedle zapowiedzi miało się to okazać tylko stanem przejściowym, za dzień lub dwa należało się spodziewać ochłodzenia, ale akurat w tym momencie upał przekraczał granicę, którą Wiktor potrafił znieść bez problemu, więc od rana musiał mieć otwarte okno w kuchni i pokoju oraz balkon, a poza poranną herbatą pił głównie sok z kilkoma kostkami lodu. Teraz, opierając się o framugę drzwi balkonu, z pełną szklanką w ręku, przyglądał się sporym, kłębiastym chmurom, przypominającym trochę śpiące białe niedźwiedzie, i odcinającemu się od nieba dachowi domu naprzeciwko. To była jedna z tych nielicznych chwil, gdy nawet doceniał swój balkon, a lekki, łaskoczący twarz wiatr sprawiał, że przyjemnie się tak stało, bez celu, tylko patrząc przed siebie i słuchając rosyjskiego metalu.
Wypełniona kostkami lodu szklanka była zimna; gdy przyłożył ją na chwilę do czoła, lekko się wzdrygnął, ale to nagłe uderzenie chłodu przyniosło sporą ulgę. Naprawdę nie lubił tak wysokiej temperatury — było mu duszno, ciężko, musiał chodzić po mieszkaniu bez skarpetek i w koszuli z krótkim rękawem, choć to go drażniło. Drażniło, bo przy całej ogólnej niewielkiej sympatii do własnego ciała szczególną niechęć czuł do kilku konkretnych elementów, w tym do ciągnących się na lewej ręce, mniej więcej od połowy przedramienia po połowę ramienia, blizn, jednej blisko łokcia, drugiej przy zgięciu — blizn co prawda jasnych i niezbyt grubych, więc może nie aż tak bardzo widocznych, drażniących jednak samą swoją obecnością. Nie lubił pytań w rodzaju „Co ci się stało?”, nie lubił też patrzenia na te blizny ani dotykania ich, zwłaszcza że czucie było tam nieco stępione i gdy przy myciu przesuwał po nich palcami, miał wrażenie, jakby coś oddzielało go od skóry.
Samo wspomnienie też nie było przyjemne — wspomnienie należącego do jednego z sąsiadów wilczura, wypuszczanego przez właściciela na podwórku za domem, bez kagańca. Wilczur był agresywny i obchodzono go z daleka — ale pewnego lutowego dnia liczący siedem i pół roku Wiktor miał pecha, czymś niechcący zwierzę sprowokował i nim się zorientował w sytuacji, leżał na ziemi, przygnieciony przez to ciężkie bydlę — na swoje szczęście zdążył zasłonić twarz ręką. Z tamtej chwili chyba najlepiej pamiętał porażający ból, gdy zęby psa wbiły się w ciało, to odrażające warczenie i odpychający zapach wilczura. Natomiast pobyt w szpitalu wspominał dość dobrze, mimo serii zastrzyków, bólu lewej ręki i niewygodnego łóżka. Dni były krótkie, często padało, szum deszczu za oknem działał uspokajająco — a rodzice przychodzili codziennie, oboje przejęci, szczególnie matka. Skakali wokół niego i w szpitalu, i gdy wrócił do domu; wtedy odwiedzali go także dziadkowie, przerażeni całą historią. Leżał w łóżku, z książkami i zabawkami na kołdrze, pozwalał przynosić sobie różne rzeczy, pomagać przy myciu, zmieniać opatrunki, zapewniać, że wszystko się dobrze skończy; przez kilka tygodni czuł się wtedy naprawdę ważny, kochany, szczęśliwy — później niekiedy nachodziła go myśl, że chętnie by powtórzył cały tamten ból i strach, byleby znów poczuć się jak podczas rekonwalescencji.
Ale to było tylko takie dziecięce gdybanie, nawet jeśli pojawiało się w licealnych czasach.
W licealnych czasach... Wojtek miałby teraz szesnaście lat i kończyłby pierwszą klasę liceum... nie, ostatnią klasę gimnazjum. Pogubić się można w tej nowej reformie. Kończyłby gimnazjum, wybierałby liceum, można by do niego zadzwonić z pytaniem o wyniki, z gratulacjami... szkoda.
Szkoda, pomyślał, upijając trochę soku. Po prostu cholernie szkoda.
Gdy znów usiadł przy biurku, odpychając od siebie kilka kolejnych obrazów, musiał przyznać sam przed sobą, że jednak nie — jednak sobie ze śmiercią nie radził, i tą konkretną, i taką ogólną. Może to źle ujęta myśl — w końcu kto tak naprawdę sobie z nią „radził”? — ale nie potrafił zostawić tego za sobą, w każdym razie nie w tym wypadku, nie umiał się odciąć, nie był w stanie nie przeżywać tego co roku od nowa i od nowa. Czasami nachodziła go refleksja, że to dosyć normalne, raczej zrozumiałe, wcale nie takie dziwne, w końcu chodziło o jego brata; jednak wspomnienia męczyły i wywracały codzienny spokój do góry nogami, na krótko, lecz skutecznie, i potem trzeba było od nowa zbierać i układać swoją normalność.
Pewnie po części dlatego ze wszystkich sił starał się nie słuchać wiadomości. Za dużo tego było — cudzych problemów, cudzych nieszczęść, cudzych rozpaczy, które mogłyby się nakładać na jego własne sprawy. Zwyczajne, codzienne użeranie się ze światem zewnętrznym wystarczająco już pochłaniało siły, nie zamierzał dorzucać sobie męczących rzeczy. Czasami jednak to zewnętrzne przychodziło samo, wręcz wdzierało się w życie, rozsadzając spokój i normalność. W taki sposób nieopatrznie włączone w kwietniowe sobotnie południe radio rozbiło weekendowy dobry humor.
Wiktor w zasadzie nie umiał sobie logicznie wytłumaczyć, czemu tak go to poruszyło. Od polityki też odcinał się zdecydowanie i na stałe; ograniczał się do niezbędnego minimum — w końcu nie wiedzieć, kto aktualnie jest prezydentem, byłoby kuriozalne, zresztą przed tą wiadomością akurat nie sposób uciec — ale to wszystko. Co go w sumie obchodziło to, co się stało, próbował sobie wtedy zracjonalizować sytuację — co go obchodził człowiek, na którego i tak by nie głosował, gdyby w ogóle głosował, i co go obchodzili ci inni ludzie, całkowicie mu obcy, puste nazwiska, będące jedynie elementami konstruktu zwanego „polityką” — co go to wszystko, do ciężkiej cholery, obchodziło? Jedyne, co rzeczywiście mogło denerwować, to pojawiające się na kilku forach różne głupie sugestie o rosyjskim spisku, zamachu czy ukrywaniu danych. Reszta — była zupełnie poza nim.
Była poza nim, a jednak była wokół niego i gdzieś w nim, bo mimo wszystko nie umiał sobie znaleźć miejsca. Chociaż to było bezsensowne. Chociaż to było głupie. Chociaż radiowe relacje o cudzych emocjach kwitował w myślach pełnym niesmaku stwierdzeniem: „Hipokryzja”. Chociaż...
Chociaż chodził po mieszkaniu, poprawiając książki, i co jakiś czas włączał radio. Jakiś taki głupi odruch.
Chociaż w pewnym momencie uchylił drzwi balkonu i wypalił papierosa, próbując nie przyznać przed samym sobą, jak to go uspokaja.
Chociaż kiedy zadzwonili Aksjanowie — poczuł się jakoś lepiej.
Zmodernizowana melodia z „Dziadka do orzechów” Czajkowskiego rozległa się po południu. Wiktor popatrzył na wyświetlający się na ekranie komórki napis „Jurij Aksjanow” ze zdziwieniem — rzadko do siebie dzwonili, ze względu na rachunki, głównie pisali maile, a jakoś nie skojarzył tego telefonu z rozgrywającymi się wydarzeniami. Kiedy jednak odebrał i usłyszał pierwsze słowa przyjaciela, łagodne, smutne, pięknie przeciągane: „Wiktorze Stiepanowiczu, dzwonimy, bo tak nam ogromnie przykro”, a potem całą resztę po rosyjsku, bo Jurij Pietrowicz w chwilach poruszenia gubił się w polszczyźnie — zrobiło mu się głupio. To wszystko trafiło pod najgorszy z możliwych adresów, on się wcale nie czuł wstrząśnięty... w każdym razie nie tak, jakby to wynikało z tego, co mówił Jurij, nie wiedział więc, co odpowiedzieć. Okazało się jednak, że nie musiał mówić zbyt wiele — został wypytany głównie o to, jak się czuje oraz kiedy się dowiedział, a potem Jurij zaczął relacjonować petersburskie wiadomości, nastroje i teorie. Następnie słuchawkę przejęła Tatiana Iwanowna, która od dawna nie bawiła się z Wiktorem w żadne otczestwa, tylko po swojemu, czule i szczerze, zwracała się doń per „Witia” — a ten zwrot miał w sobie coś bardzo podobnego do samej Tatiany, takiego na poły macierzyńskiego, na poły łobuzerskiego, choć w tamtej chwili był wyłącznie współczujący — na koniec zaś odezwała się Irina Jurjewna, z całej trójki najbardziej rzeczowa, choć równie ciepła jak jej matka.
Na szczęście nie wałkowali w kółko tematu tragedii, za co Wiktor był im wdzięczny, bo wcale nie miał na to ochoty, a ich smutek tylko potęgował wrażenie własnego bycia nie na miejscu — oni sami z kolei być może uznali, że trzeba porozmawiać także o czymś innym, by nie zamęczyć i tak przybitego rozmówcy ani by nie wyjść na zafascynowane cudzym nieszczęściem sępy. Wypytali więc następnie o pracę, o obecne tłumaczenie, o pogodę, o zdrowie, nawet o jakiś drobiazg związany z sympozjum, ponowili zaproszenie do Petersburga i dopiero po jeszcze kilku ciepłych słowach się pożegnali.
Mimo tamtego początkowego zakłopotania Wiktor był zadowolony z ich telefonu — zadowolony i wdzięczny. Przyjaźń z Jurijem i jego rodziną stanowiła jedną z najlepszych rzeczy, jaka mu się w ostatnich latach przydarzyła, doceniał to — i jakoś ze składaniem życzeń tej trójce nigdy nie miał problemów, choć może po części dlatego, że oni byli gadatliwi i brali na siebie ciężar prowadzenia rozmów. Poza tym trochę mu brakowało możliwości porozmawiania z kimś, a raczej posłuchania czyjegoś bliskiego głosu, posłuchania, jak ktoś, kogo szanował, w jakiś sposób porządkuje swoimi słowami całą sytuację, pomagając w ten sposób przywrócić naruszony porządek i rozbitą normalność. Aksjanowie to zrobili; pewnie nie zdawali sobie sprawy, jak uspokajająco potrafili podziałać swoją obecnością, nawet taką przez telefon.
Przez moment miał wtedy ochotę z miejsca wszystko rzucić i złapać pierwszy pociąg do Rosji, żeby posiedzieć znów z nimi w przy stole, posłuchać ich rozmów, do których nigdy nie wciągali go na siłę — potrafili rozmawiać przy nim, nie wykluczając go, a jednocześnie nie zmuszając do zabrania głosu za wszelką cenę i za to też był im ogromnie wdzięczny — popatrzeć na nich, tak po prostu z nimi pobyć. Potem, oczywiście, opanował tę dziką chęć, wrócił mu rozsądek — nie jedzie się bez przygotowania i nie bacząc na zobowiązania w pracy — ale zatęsknił za Petersburgiem na tyle mocno, by uznać, że w wakacje musi się tam ponownie wybrać. Znów poodwiedzają z Iriną antykwariaty, pójdą do Twierdzy Pietropawłowskiej oraz do Pałacu Zimowego, staną przed pomnikiem Puszkina, a potem wrócą do domu Aksjanowów w dzielnicy Newskiej i Tatiana Iwanowna będzie próbowała wepchnąć w nich podwójne porcje obiadu.
Te wyobrażenia splatające się ze wspomnieniami wprawiły Wiktora w dobry humor, aż zdołał na trochę odnaleźć się we własnym mieszkaniu.
No nie — musiał to przyznać sam przed sobą — odnalezieniu się we własnym mieszkaniu i we własnej codzienności dopomogła nie tylko rozmowa z Jurijem i jego rodziną. Pojawił się jeszcze jeden element, o którym obecnie Wiktor wolałby nie myśleć, nie pamiętać, ale nie potrafił; pojawił się jeszcze ten SMS od Olka, taki skromny, prosty — i taki przydatny; zwykłe pytanie, jak się Wiktor miewa, bo oni z Olą czują się... dziwnie, jakby chciał pogadać, to niech da znać. Tylko tyle — żadnego patosu, który tak Wiktora zniesmaczył przy słuchaniu wiadomości ani żadnych wielkich słów, które wprawiły go w zakłopotanie podczas rozmowy z Aksjanowami; tylko taka zwyczajna informacja, że w razie potrzeby Olek jest pod ręką.
Był mu wdzięczny za tę oszczędność słów i emocji. Odpisał krótko, że też się czuje dziwnie i nie za bardzo ma ochotę rozmawiać — ale dziękuje. Po wysłaniu wiadomości trochę żałował, że nie umiał ująć tego inaczej, że nie potrafił lepiej wyrazić wdzięczności za ten SMS, który wywołał lekki, pełen sympatii uśmiech — ale po prostu nie był w stanie wyjść poza pewne sformułowania, które do niego pasowały, a może do których on pasował — nie był w stanie i wiedział, że nie będzie. Podejrzewał jednak, że Olek potrafił prawidłowo odczytywać pewne rzeczy, wychwytywać to, co znajdowało się między wierszami; w końcu jako filolog powinien mieć tę umiejętność wyćwiczoną do perfekcji — i ta myśl Wiktora uspokajała. Czasami.
Czasami, jak wtedy, bo czasami z kolei, zamiast uspokajać — wywoływała obawę lub rozdrażnienie. Bo czasami pojawiało się wrażenie, że Olek rozumie aż za dużo, że aż nazbyt dokładnie czyta między wierszami, że aż za dobrze zdaje sobie sprawę z pewnych kwestii. Bo czasami patrzył tak ciepło, wyrozumiale i cierpliwie, że aż człowieka szlag trafiał.
Bo czasami Olek był obecny aż za bardzo, choć Wiktor za wszelką cenę starał się go usunąć ze swego życia, ze swoich myśli, ze swych wyobrażeń. Udawało się tylko na trochę, na chwilę, na moment — i zawsze wydawało się swoistym oszukiwaniem, grą w chowanego, udawaniem — przed samym sobą. Tak jakby myśli radośnie płatały mu figla, czekając na pojawienie się najniewinniejszego drobiazgu, który można by z zaskoczenia powiązać z osobą Olka.
Wiktor dopił sok i przysunął do siebie niesprawdzoną część tłumaczenia. Mimo wszystko — mimo ciągłego powracania pewnych wspomnień, mimo upartej obecności i mimo wrażenia, że nie sposób się od tego uwolnić — mimo wszystko wiedział, że to tylko kwestia czasu. W końcu to uspokoi, unormuje, uciszy — i będzie mógł dalej zajmować się sprawami, które sprawiały przyjemność, które nie niepokoiły i które nie wywoływały tej dzikiej gonitwy wrażeń, emocji, nerwów.
Niedługo poradzi sobie z tym, co niechciane.
Zaznaczył zielonym długopisem pierwszą dostrzeżoną literówkę — to był cały kod, bardzo wygodny w pracy: na zielono literówki, na żółto interpunkcja, na czerwono błędy językowe i stylistyczne, na fioletowo fragmenty budzące wątpliwości rytmiczne, na pomarańczowo frazy, które należałoby jeszcze raz przemyśleć i porównać z oryginałem, na różowo miejsca, które wymagają objaśnienia w przypisie — uśmiechnął się lekko na wspomnienie sprawdzonych już stron, pstrych od podkreśleń, usiadł wygodniej w fotelu — i z pełną świadomością odcinania się od wszystkiego pozwolił, by Tovip znów go wciągnęła w swój nurt książkowych opowieści, tak spokojnych, tak bezpiecznych, tak nieinwazyjnych.

„Bo kiedy otwieram książkę, przewracam kartki, wczytuję się w słowa — nie ma już świata, nie ma już problemów, nie ma już niczego — poza stronami.
Poza stronami, za które, w które, między które się chowam. Napawam się tym stwierdzeniem: nie ma już nic poza stronami”.

Na szczęście.



PRZYPISY:
1 Wszystkie cytaty pochodzą z „Małego słownika języka polskiego”. Red. E. Soból. Warszawa 1995, kolejno: s. 609, s. 254, s. 251.
Może spodoba Ci się także:

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Ostrzeżenia / zachęcenia

Teksty zawierają treści przeznaczone dla dorosłych, związane z seksualnością, rozgrzebywaniem psychiki postaci oraz obsesyjną bibliopatią.
Tematyka: psychologia; humanistyka od strony naukowej, uczelnianej i codziennej; płeć i seksualność; LGBT; relacje homoseksualne, biseksualne i heteroseksualne; gender, queer i feminizm; Szczecin; eksperymenty z formą; historia i teoria literatury; bibliopatia i księgozbiory; pisanie; książki istniejące i nieistniejące.

Inspiracje

Z postmodernistycznego punktu widzenia celem nie jest już integracja, synteza i całość. Uwaga skoncentrowana jest na drobinach.
Franklin R. Ankersmit, Historiografia i postmodernizm

Przyjemność to dostęp do wszystkich historii, wyznaczenie sobie – narratorce – takich warunków, które nie czekają na zatwierdzenie. Przyjemność pisania nie ma strażników i nie jest stanem raz na zawsze zdefiniowanym.
Inga Iwasiów, Gender dla średnio zaawansowanych

Pisanie o płci i seksualności to także bogaty projekt poznawczy.
Mieczysław Dąbrowski, Komparatystyka dyskursu. Dyskurs komparatystyki

Myślę, że fragment to forma najlepiej oddająca ową rzeczywistość w ruchu, jaką przeżywamy i jaką sami stanowimy. Bardziej niż zarodek fragment to zabłąkana cząstka określająca się tylko wobec innych części: jest niczym, jeśli nie pozostaje z nimi w pewnej relacji.
Octavio Paz (Ryszard Kapuściński, Lapidaria IV–VI

Relacje z życia nie są uporządkowaną opowieścią od narodzin do śmierci. To raczej przypadkowo zebrane fragmenty.
William S. Burroughs (Ryszard Kapuściński, Lapidaria IV–VI)

Porządek, w jakim wiersz został wydrukowany, nie zawsze odpowiada temu, w jakim był pisany; nie ma to jednak znaczenia, bo każda formuła jest jedną z wielu ewentualnych kombinacji tych układów [...] każda jednostka musi być zdolna do odpowiedniego przyjęcia poprzedniej (którą może być, oczywiście, którakolwiek z pozostałych) oraz do przekazania pałeczki następnej (patrz wyżej).
Julio Cortázar, Poezja kombinatoryczna

Moment istotny polega przecież na formie.
Immanuel Kant, Krytyka władzy sądzenia

Prawa autorskie

Wszystkie zamieszczone na „Musivum” teksty są oryginalną twórczością autorki i jako takie objęte są prawami autorskimi.
Nagłówek Zdjęcia.biz. Obsługiwane przez usługę Blogger.
Blogger template made by manvspixel with Paix Graphic logo