środa, 27 lutego 2013, 19:55
(Data pierwotnej publikacji: 11 listopada 2010).





Jest jesień, jest dużo pracy, jest mi często smutno — a gdy myślę o tej dwójce, odzyskuję wiarę w coś bardzo bliskiego, ciepłego, dobrego i wesołego. Pisałam „Dialogi” w kilkunastu podejściach; każde poprawiało mi humor — i na to właśnie całość jest nastawiona, na odrobinę humoru i ciepła, których człowiek niekiedy potrzebuje, szczególnie w ponure, jesienne dni. To nie jest ambitny tekst. To dodatek do gorącej herbaty i miękkiego koca w leniwy, odprężający wieczór, tekst-przytulacz na kiepski nastrój. Mam nadzieję, że się sprawdzi. Z pozdrowieniami dla wszystkich, których dopada jesienny dół.

Dialogi, bo żadna forma narracji tu nie pasuje — chodzi o dialog, o rozmowę, o słowa, które coś budują. Wiem, jak dla nich dwóch ważne są wspólne rozmowy i jak potrafią objąć nimi wszystko, co uważają za istotne.



„Skoro istnienie jakiejś lepszej komunikacji jest utopią — nie przekreślajmy istniejącej”.
Inga Iwasiów, „Gender dla średnio zaawansowanych”


— Bo wiesz, że cię kocham?
— Wiem, pewnie, że wiem.
— Nawet kiedy jestem paskudny, wyżywam się na tobie, bo mam beznadziejny nastrój, i próbuję cię sprowokować do pyskówki. Nawet wtedy, nawet jak jestem tak cholernie nieuczciwy i wytykam ci coś, czego nigdy bym ci normalnie nie wytknął. Nawet kiedy muszę być sam przez kilka dni i nie dzwonię, nie piszę, nie odzywam się w ogóle, albo kiedy wyjeżdżam w marcu i przez prawie cały miesiąc odcinam się od całego świata, nawet od ciebie, albo kiedy jestem wściekły na kogoś innego, a ty mnie musisz ciągnąć za język, wysłuchiwać i przerabiać ze mną ten temat na okrągło. Nawet wtedy, gdy mam ten mój zły okres w roku, te „miesiące ciemne”. Nawet wtedy, gdy jestem tak paskudny, że sam nie mogę się znieść, nawet wtedy i cały czas cię kocham, może wtedy nawet szczególnie mocno, bo ty cały czas to wytrzymujesz, rozumiesz i jesteś obok. Coś tak zamilkł i tylko patrzysz wielkimi oczami?
— To z wrażenia...
— Jakbyś nie wiedział, że ja się rozgaduję.
— Trochę mi to przypominało spowiedź.
— No wiesz, ja ci się od ładnych paru lat regularnie spowiadam, to już kwestia przyzwyczajenia.
— Myhym...
— Nie uśmiechaj się tak, tylko puknij trzy razy w zagłówek łóżka i powiedz, że mi odpuszczasz.
— Nie chce mi się wykręcać ręki. Odpuszczam, przykryj się porządnie i daj mi się zdrzemnąć, to potem pomogę ci pogrzeszyć.
— O, znowu?
— A co, źle?
— Nie, przeciwnie. Tylko tak sobie pomyślałem, że jesteś niestrudzony jak każdy prawdziwy misjonarz...
— Świr...
— Ej, ale misjonarz tak nie całuje!
— Michasiu, ateisto do sześcianu, iluś ty misjonarzy w swoim życiu widział, a tym bardziej całował, co?

***

— W sumie chyba jestem chory. O, kaszlę. Słyszysz?
— Słyszę, kaszlę tak samo, gdy nieudolnie próbuję symulować.
— No bardzo zabawne, bardzo. Chyba mnie w gardle drapie. Głowa mnie boli. I chyba mnie przewiało. O, i mam nadwerężone palce od pisania na klawiaturze.
— Jesteś pewien, że to od pisania?
— Mnie się zdaje, czy ten ton i to spojrzenie coś sugerują?
— No wiesz, nie było mnie w domu przez pięć dni, dopiero trzy godziny temu wróciłem z konferencji... pod moją nieobecność przetrenowałeś sobie paluszki w zastępczej gimnastyce łóżkowej. No, jak na kogoś potwornie przeziębionego czy co tam próbowałeś symulować, to śmiech masz idealnie zdrowy. Swoją drogą, myślałem, że raczej się obrazisz.
— A to by zadziałało?
— Nie. Zaciągnięcie mnie od progu do łóżka było bardzo miłe, odgrywanie potem umierającego na nieistniejący ból gardła dość zabawne, a strzelanie fochów à la Julek okazałoby się pewnie jeszcze zabawniejsze, ale i tak będziesz musiał pozmywać te brudne gary, które udało ci się wyprodukować w czasie mojego wyjazdu. Swoją drogą, jak na faceta trzymającego we własnym mieszkaniu tylko po dwie sztuki poszczególnych talerzy i reszty, masz niesamowite tempo w brudzeniu.
— Bo ty masz za dużo tych talerzy i reszty. Myliło mi się i ciągle myślałem, że to te moje, ostatnie czyste z każdej pary.

***

— Kurde, tu też cię podrapałem?
— Tu też. I jeszcze z drugiej strony, tylko że tam dwa razy.
— Mam niezły rozmach.
— I to przy takich krótkich paznokciach... Gdybyś był dziewczyną i nosił tipsy, to by się podpinało pod paragraf o używaniu niebezpiecznych narzędzi.
— Gdybym był dziewczyną i nosił tipsy, to bym nie mógł drapać twoich pleców.
— Gdybyś był dziewczyną i nosił tipsy, mógłbyś niechcący wbić jeden Julkowi w język.
— Gdybym był dziewczyną i nosił tipsy, wbiłbym wszystkie bardzo niechcący Andrzejowi w gardło. Poza tym te tipsy pewnie zaklinowałyby mi się między klawiszami laptopa. Co się tak uśmiechasz?
— Tak sobie pomyślałem, że gdybyś był dziewczyną i nosił tipsy, to już byś się nie zmieścił do swojego malucha... au!
— I dobrze ci tak.
— W sumie... przynajmniej teraz jest symetrycznie. Ale pożałujesz.
— A widzisz, pedancie, gdybyś ty był dziewczyną i nosił tipsy, mógłbyś mnie też podrapać. Aaau!
— No, i jednak nie muszę zmieniać płci ani robić sobie tipsów. Też chcesz mieć symetrycznie?

***

— A wiesz, czasami nas z Julkiem napadała głupawka i próbowaliśmy parować w wyobraźni znajomych.
— Rany boskie, kto miał nieszczęście dostać Julka?
— To nie do końca tak wyglądało... czekaj, wbijasz mi łokieć w żebro. O, teraz dobrze. Próbowaliśmy ich dopasować do siebie nawzajem, bez względu na płeć i orientację. Ja na przykład zrobiłem z Olka hetero, dałem go Olce i wreszcie na świecie zapanowała harmonia. Julek zrobił z Olgi Olgierda i dał go Olkowi, w sumie też był spokój, chociaż więcej roboty. Z Andrzeja zrobiliśmy eunucha i daliśmy im w prezencie ślubnym jako gosposia domowego. Dobra, wyśmiej się spokojnie.
— Rany boskie... ale to nie ma nic do parowania. To z Andrzejem.
— Ma, ma, w ten sposób ocaliliśmy cały świat przed parowaniem z Andrzejem. Chociaż Julek zamiennie do tego parował Andrzeja z Dominikiem Morsztynem, na zasadzie wepchnięcia do jednej klatki dwóch znienawidzonych osobników.
— A inni?
— Poldka czasem z Sewerynem, czasem z Olką. Seweryna głównie z Kostkiem. Kostka też czasem z Olką. Hankę z Poldkiem, wspólnie by sobie malowali. O, raz Andrzeja z Wiktorem. Dwa antypatyczne typki, w sam raz. Maryśkę z Elizą. Elizę z siostrą Julka, nie wiem, czemu się i do niej przyczepiliśmy. Moją promotorkę z Elizą. Elizy chyba ani razu nie doczepiliśmy do faceta, nie wiem, czemu. O, Ewkę z Martą. Olka raz z Wiktorem, ale najpierw zrobiliśmy Wiktorowi pranie mózgu, tylko jak sobie potem wyobraziliśmy Wiktora ćwierkającego do Olka: „kochanie, misiu-pysiu, słoneczko ty moje najsłodsze”, to Julek powiedział, że musimy oddać Wiktorowi jaja, bo inaczej on zwymiotuje wino i czekoladę. Więc oddaliśmy i wcisnęliśmy Wiktora Andrzejowi. Aha, Adamowi raz zrobiliśmy trójkącik, dorzucając mu Martę i Maryśkę, ale to się nam kiepsko trzymało. Nie wyglądasz na zachwyconego, co masz taką minę?
— Aż się boję zapytać, z kim mnie parowaliście.
— Z nikim. Znaczy, ja wykopałem od ciebie Rafała, ale powiedziałem Julkowi, żeby się trzymał z dala od parowania cię z kimkolwiek, bo ty masz specjalne względy i ciebie się nie tykamy, bo nie wyrobię, patrząc, jak Julek mi paruje najlepszego przyjaciela z kimś, kogo ja nie uznam za odpowiedniego, a ja nikogo dotąd nie uznałem za odpowiedniego.
— Przyznaj się, już wtedy uważałeś, że to ty jesteś dla mnie jedynym odpowiednim.
— Przeczuwałem, nie „wiedziałem”. Przeczuwałem. My, artyści, mamy instynkt.
— I przerost ego. I porąbanych kolegów po klawiaturze.
— A chcesz wiedzieć, z kim parował mnie Julek?
— No, mów, będę miał pretekst, by mu przy najbliższej okazji urwać łeb.
— Non stop z tobą.
— O... serio? No popatrz, takie to upierdliwe, a jednak czasem wymyśli coś mądrego...

***

— Przeczytać ci fragment nowej analizy z mojego ulubionego blogu z analizami? Odłóż na moment to sprawdzanie kolokwiów, odpoczniesz i posłuchasz genialnych komentarzy do takiej jednej skończonej bzdury.
— A przebije ona stwierdzenie, że Hannibal był Rzymianinem?
— O rany, znowu? W tym roku to już trzeci raz. Słuchaj, a może ty im jakieś sprzeczne sygnały wysyłasz na wykładach albo ćwiczeniach?
— Typu?
— No nie wiem, może mówisz „Hannibal”, a pokazujesz im zdjęcie Crowe’a jako gladiatora?
— Nie pokazuję im zdjęć.
— To może powinieneś? Zacznij od prostszych: mówisz „Hannibal” i pokazujesz zdjęcie słonia.
— I co, za rok przeczytam, że Hannibal był rzymskim słoniem bojowym używanym w walce z Kartaginą?

***

— Co tak mruczysz, rudzielcu?
— Bo nie mam siły... ruszać się, mówić, oddychać nawet. Boże, jak mi było dobrze...
— Skromnie mówiąc, starałem się.
— Skromnie mówiąc, właśnie zrozumiałem piękno stwierdzenia, że życie jest do dupy. Moja w tej chwili bardzo sobie to życie chwali.
— Chyba odwrotnie...
— Odwrotnie też. Chociaż odwrotnie to raczej ty ją sobie chwalisz.

***

— Co mi dasz na urodziny?
— Ty masz trzydzieści parę lat i doktorat czy trzy i potrzebę dobranocki przed snem?
— Po prostu jestem ciekaw.
— Ciekaw, ciekaw, jasne... oczy ci błyszczą jak u polującego kocura. Zobaczysz w urodziny, co ci dam.
— To jeszcze ponad dwa miesiące.
— No właśnie, to skąd pomysł, że ja już mam pomysł?
— Bo ty zawsze do moich urodzin podchodzisz z wyprzedzeniem. Tego kompletnego wydania „Tysiąca i jednej nocy” to się tak z dnia na dzień nie wynalazło, prawda?
— No prawda, prawda... ale czasami idę na sponatn.
— Czyli?
— Czyli wchodzę do antykwariatu bez jakiegokolwiek pomysłu, a przede mną na półce stoi To, Czego Szukam, Choć przed Chwilą o Tym Nie Wiedziałem. I rzucam się na To Coś, a antykwariusz patrzy na mnie jak kurczak na kunę, łasicę czy co tam po kurnikach grasuje. A potem wychodzę z antykwariatu, trzymając To Coś jak jastrząb zdobycz i mordując wzrokiem ludzi wokół, żeby przypadkiem mi się nie napalili na moje To Coś. Au, co mnie szarpiesz?
— Mów, co mi dasz na urodziny. Jaka to książka? Autor? Ile tomów? Z którego roku?
— Kurde... skąd ci w ogóle przyszło do głowy, że ja już mam ten prezent? I że to w ogóle książka? Tak tylko ogólnie mówiłem. No co tak patrzysz?
— Wczoraj wróciłeś z antykwariatu. Poszedłeś najpierw do siebie, nie do mnie. Twierdziłeś, że niczego nie znalazłeś i w sumie tylko zajrzałeś. I miałeś taką minę, jakbyś wygrał w totka.
— Może byłem szczęśliwy, bo znów mi się udało uniknąć pokusy zaduszenia swojej przestrzeni osobistej przez gromadzenie książek?
— Nie wyjeżdżaj mi ze swoimi postmodernistyczno-niezależnościowo-włóczykijowatymi teoriami, tylko mów, co mi dasz na urodziny.
— No, panie doktorze... to się będziesz musiał ładnie naprosić, żeby coś ze mnie wyciągnąć. O... o, to jest całkiem niezły początek.
— Więc?
— Ale co ty taki niecierpliwy, prawie solenizancie? Mamy całą długą noc przed sobą. Aha, i ja dziś wskakuję na górę. No, nie rób takiej miny, przecież wiem, że od czasu do czasu lubisz, a poza tym jak nie będziesz marudził, to może później pokażę ci z daleka pierwszy tom.
— A ile ich jest?
— Mmm... mocniej... siedem. A co?
— A chcesz być cały tydzień na górze? Opłata z gó... tfu, od razu, nie śmiej się, bo przestanę. Jak za chwilę skończymy wstępne... ustalenia, pokażesz mi wszystkie siedem. Więc?
— Dziesięć dni i dam ci je przewertować. Rozumiem, że ten pazerny błysk w oku oznacza zgodę?

***

— Nie czytaj mi już tego, błagam cię.
— Ale to jest tym bardziej śmieszne, gdy się czyta na głos. I zasługujesz na odrobinę rozrywki.
— Striptiz mógłbyś mi zrobić w ramach rozrywki, a nie czytać analizy.
— Chodzi mi o taką leniwą rozrywkę, nie aktywną.
— Zwijanie się ze śmiechu, ja na łóżku, ty na podłodze, nazywasz leniwą rozrywką?
— Daj mi dokończyć. Potem możemy pogadać o striptizach i podobnych. Poza tym to taka luźna gimnastyka.
— Wolę inną gimnastykę.
— Ja też, ale teraz chcę doczytać do końca. To co, gotów?
— Nie chcę.
— Ależ chcesz, chcesz.
— Nie wytrzymam.
— Wytrzymasz, wytrzymasz, skoro Julek wytrzymał, chociaż mu ulubiony j-rockowy zespół sprofanowano, bo autorka zrobiła z Dira stado seksualnych maniaków o mentalności pięciolatków, latających z nabijanymi ćwiekami wibratorami po całym mieście i strzelających fochy z przytupem, to i ty wytrzymasz. Zwłaszcza że komentarze analizy są świetne.
— Mógłbyś mnie czymś przekupić, żebym wytrzymał.
— Pozmywam? Nie? No to może odkurzę? Następnym razem sprawdzę koła za ciebie? Błędy pewnie będą te same. Też nie? To czym mam cię przekupić?
— Za każdy przeczytany fragment tekstu plus komentarz zdejmujesz coś z siebie.
— Ale wymyśliłeś, bardzo zabawne. Kolczyki też się liczą?
— Nie.
— Świnia. Przeczytam jeden akapit, odsupłam ten ręcznik i co? I koniec czytania.
— A mówiłem ci, żebyś się najpierw porządnie wytarł i ubrał, zamiast zaraz po kąpieli siadać w ręczniku na dywanie i grzebać w laptopie.
— Wtedy byś tak nie marudził?
— Nie, ale wtedy miałbyś przynajmniej więcej do zdejmowania.

***

— Coście z Julkiem robili, że masz taką wymęczoną minę?
— Posuń się trochę... O rany, jak dobrze. Yhym, tego mi trzeba. Gadaliśmy. Czytaliśmy trochę nowego opowiadania Julka. Trochę popisaliśmy. Posłuchaliśmy starych kawałków Dira, bo Julek marudził. Obejrzeliśmy gejowskiego pornosa. Ej, gdzie zabierasz rękę, kładź mi ją z powrotem na głowie, bo muszę odpocząć!
— Serwujesz mi informację o oglądaniu z Julkiem gejowskiego porno i domagasz się czułego głaskania po głowie?
— Rany, Sebastian... można by pomyśleć, że jesteś zazdrosny.
— Nie, skąd. Po prostu przy najbliższym spotkaniu przerobię Julka na dywanik do łazienki. Gdzie mi ten łeb znowu wpychasz pod rękę?
— Żebyś mi nerwy ukoił. I żebyś się zajął czymś manualnie, tak żeby spokojnie posłuchać.
— No, słucham, słucham, jak mi tego gejowskiego pornosa wyjaśnisz? I nie rób takiej rozbawionej miny.
— Daj spokój, jakbyś nie wiedział, jak to jest z Julianem. Najpierw upierał się, że ściągnął fajny film LGBT, więc obejrzymy, bo fabułę ma super. Zaczynamy oglądać... ej, ale ja nie będę dalej mówił, jak ta ręka będzie się obijać. Mmm... właśnie tak. Więc zaczynamy oglądać i po paru minutach mówię Julkowi: znowu dałeś dupy i ściągnąłeś jakiegoś pornola, czy ty nie czytasz opisów na Chomikach czy innych? Julek upiera się najpierw, że nie pornol, tylko LGBT, po prostu na początku są odważne sceny, jak choćby w „Broken sky”. Więc oglądamy kolejne parę minut i mówię mu: w „Broken sky” to tu już dawno byłby kawałek narracji z nieba, a nie że ten z dredami po swoim i sztucznym penisie wpycha temu z loczkami szczotkę w tyłek. Wreszcie Julek przyznaje, że no dobra, ściągnął pornola, ale nie wiedział. W tym momencie zatrzymujemy, bo ja chcę go zmusić do powiedzenia prawdy, a on nie chce przegapić tego wpychania szczotki. W końcu idziemy na kompromis: on się przyznaje, że ściągnął świadomie pornola, jeszcze sprawdzał, czy to na pewno pornol, a ja się zgadzam obejrzeć jeszcze kwadrans, jeśli w ciągu kwadransa znów będą sobie wpychać jakąś szczotkę, mopa czy odkurzacz, to wyłączamy. Czemu przestałeś?
— Zastanawiam się, czemu Julek tak namiętnie ściąga pornosy. I czemu chce je oglądać z tobą...
— Nie wysilaj się na ten podejrzliwy ton. Julek lubi pornosy, bo go bawią. A ogląda ze mną, bo z reguły oglądamy razem filmy. Poza tym pornol oglądany w towarzystwie przestaje być takim strasznym pornolem, a robi się... z Julkiem to komedią.
— Komedią? Pornol? Ze szczotkami w tyłkach?
— Jak ruszysz znów rękę, to ci wyjaśnię. Myhym...
— Nie mrucz, tylko wyjaśniaj.
— W sumie... sam jesteś sobie winien, że nie wiesz, jak to wygląda, skoro nigdy podczas oglądania we trójkę nie zgodziłeś się, żeby Julek puścił pornosa. A to jest serio bardzo proste. Julek sobie musi pokomentować.
— Co, pornosa?
— No pornosa, pornosa. Inne filmy mają fabułę, akcję, muzykę, tła psychologiczne, bohaterów i tak dalej, więc mają się czym bronić, a pornosy mają tylko stado nagich facetów, więc można bez problemu komentować, bo nie mają się czym bronić. A Julek lubi się czepiać, sam wiesz. I pornol daje mu doskonałą okazję. O, jak oglądaliśmy to dzisiejsze, to Julek najpierw uznał, że główny bohater ma za małego, potem, że nie rozumie, po co ich wszystkich depilują jak lalki, żeby tym bardziej było widać, jak małego ma główny bohater, potem, jak była akcja ze szczotką, to się popłakałem prawie ze śmiechu, bo Julek kibicował szczotce, żeby się nie złamała, potem zaczął obstawiać, co w następnej kolejności ten z dredami wepchnie głównemu bohaterowi, a najgorsze było to, że zgadywał prawie za każdym razem. Potem wybrzydzał na tyłki nowych facetów rżnących tego z loczkami. Potem wybrzydzał na pejcz, którym tego z loczkami bito, bo pejcz wyglądał na zbyt pedalski. Potem wybrzydzał na skórzane stringi, zresztą miał rację, bo to wyglądało, tak jakby sobie ktoś wepchnął kawałek nietoperza w tyłek, cytuję Julka. Nie śmiej się, tylko głaszcz. Jak potem był trójkąt, to Julek stwierdził, że ułożenie ich nóg przypomina mu zadanie z geometrii o bryłach przestrzennych i scenarzystą albo scenografem na bank był jakiś eksnauczyciel matmy. Potem mi udowadniał, że w tym trójkącie jest zawarty jakiś dziesiątej wody po kisielu kod da Vinci, który tam sprytnie umieściły homofobiczne bojówki. Potem, jak była orgia, komentował już wszystko jak leci, łącznie z moim ziewaniem.
— Ziewałeś na pornolu?
— No. Na potęgę. W sumie jakby nie komentarze Julka, to chyba zwichnąłbym sobie szczękę.
— Zaczynam się niepokoić o poziom twojego libido...
— Nie bądź taki Freud, moje libido ma się doskonale, tylko co innego na nie działa. O, jak tak robisz na przykład, to na nie działa. Zrób tak jeszcze raz. Jeszcze raz. Jeszcze raz. Jeszcze raz.
— Nie żebym nie lubił ciągnąć cię za włosy, ale wystawiasz swojemu libido wyjątkowo porąbane świadectwo.
— Jeszcze raz. Mam to gdzieś. Jeszcze raz. Moje libido też ma to gdzieś. Jeszcze raz. Moje libido jest uszczęśliwione. Jeszcze raz. Jeszcze raz.
— Jak zacięta płyta.
— Jeszcze raz. To się nazywa gra wstępna. Jeszcze raz.
— To cię naprawdę nie boli?
— Jeszcze raz. Boli, ale w podniecający sposób, jak ciebie moje rozdrapywanie ci pleców. Jeszcze raz. No jeszcze raz... Au! Ej, ale ściskanie mnie za kark to już chwyt poniżej pasa!
— To się nazywa dalszy, bardzo już zaawansowany etap gry wstępnej. Chyba że wolisz szczotkę, mamy w przedpokoju taką sporą, do butów... Chyba wolisz, masz taką rozmarzoną minę.
— Na kolejne ściskanie karku mam rozmarzoną. Szczotką to wiesz, co sobie możesz... buty wypastować.
— Dobra, zostawmy temat szczotek i reszty, może szczególnie tej reszty. Sięgnij po żel, to cię jeszcze parę razy pociągnę za włosy. Swoją drogą, ty masz jakieś atawistyczne, neandertalskie potrzeby, w epoce jaskiniowców pewnie jakiś jaskiniowy gej ciągnąłby cię za kudły do swojej jaskini, a ty mruczałbyś z zachwytu jak jaskiniowy kocur.
— Trzymaj tę tubkę, ja jej wolę nie odkręcać, bo znowu połowę wyleję. Czyli widzisz, dobraliśmy się dobrze, jako starożytnik lepiej rozumiesz moje potrzeby niż jakiś historyk dziejów współczesnych.
— To może jednak skocz po tę szczotkę, będziemy udawać, że to maczuga? Mogę nawet pójść upolować mamuta.
— Czyli?
— Julka. Jak mi się dzisiaj przyśnią te historie ze szczotkami i innymi, to naszą mu przyłożę. Tylko najpierw nabiorę na nią pasty.
— Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie, ale rozpinam ci koszulę, więc może byś już zostawił temat Julka, szczotek i reszty? Do trzymania żelu wystarczy ci jedna ręka, więc drugą mógłbyś się wreszcie wywiązać z obietnicy. O właśnie. Jeszcze raz. Jeszcze raz. Jeszcze raz...
— Wiesz, Michał, z tego naszego to na pewno byłaby komedia, a nie pornol. Nie, już nic nie mówię!
— Jeszcze raz. Najwyższy czas. Jeszcze raz.

***

— Stasiek mi wczoraj mówił przez telefon, że Zuza w połowie dobranocki nagle ich zapytała: czy wujek Sebastian z Michałem też będą mieć dzieci, jak wy? Mam nadzieję, że to nie jest ten dowcip z Monty Pythona, o mocy śmiercionośnego rażenia na pięćdziesiąt kilometrów, czy ile tam było... Już, wyśmiałeś się?
— Już, już... rany boskie.
— Stasiek z Iną podsumowali to podobno tak samo.
— I co jej powiedzieli?
— Powtórzyli całe wyjaśnienie o tym, skąd się biorą dzieci, to samo, co już jej wytłumaczyli kiedyś, tylko z podkreśleniem, że dzieci ma jedynie pani z panem.
— Pani z panem, jak to brzmi... I co?
— Zuzka powiedziała, że to niesprawiedliwe. Nie, czekaj, nie śmiej się jeszcze, najlepsze dopiero przed nami. Powiedziała że to niesprawiedliwe, zwłaszcza że nawet nie możemy wziąć ślubu i ty nie możesz założyć białej sukienki. Tak, teraz możesz się śmiać, nie uduś się.
— Ale dlaczego ja? Dlaczego ty byś miał nie założyć białej sukienki?
— Ja jestem tatuś, jak Stasiek, tak przynajmniej wykombinowaliśmy wczoraj przez telefon. Wiesz, ojciec, brat ojca, widocznie jest analogia. Więc, idąc tą analogią, ty jesteś mamusia. Jak ci się to podoba? No, widzę, że ci się podoba, skoro tak wyjesz ze śmiechu.
— Taaak... Ale chyba zaraz zadzwonię do Staśka i powiem mu, gdzie może sobie wsadzić takie analogie.
— Nie ciesz się, analogia bierze w łeb, bo i tak z dziecka nici. W każdym razie gdyby Zuza przy najbliższych odwiedzinach kręciła się wokół ciebie z jakąś białą szmatką albo ślubną sukienką swojej lalki, to się nie zdziw. Płaczesz?
— Zaraz poważnie zacznę, ze śmiechu...
— Skoro już zeszliśmy na temat mamusi i tatusia, więc od razu i podziałów, to tak ci przypomnę, że ja zrobiłem obiad. Więc ty zmywasz. Ja zrobiłem po drodze zakupy. Więc ty wyrzucisz śmieci. Ja przyniosłem z łazienki nową tubkę lubrykantu. Więc ty...
— Więc ja ściągam spodnie i daję się całkowicie zdominować, zrozumiałem aluzję. Przy okazji dam ci spróbować z tym dzieckiem, tak?
— Krzyżówka ciebie i mnie... czy tylko dla mnie to brzmi jak zapowiedź horroru?
— Nie tylko, ale ja starałem się być taktowny i nie komentowałem wcześniej.

***

— Skończyłem... aż nie mogę uwierzyć.
— Świetnie! To zapisz i chodź tu, odpoczniesz od tego artykułu.
— W podtekście: i pogłaszczę twój rudy łeb, żeby ci się milej czytało książkę?
— Wiesz, ja zawsze podziwiam twoją niesamowitą bystrość, teraz też. Nie prychaj tak, tylko przerzuć plik na wszystkie zapasowe miejsca i kładź się.
— Moment... Przeczytasz potem i sprawdzisz mi te cholerne przypisy?
— Jasne, jasne... Ale coś za coś, więc mam nadzieję, że nie przeforsowałeś sobie rąk stukaniem w klawiaturę. Mój rudy łeb byłby niepocieszony. I tak nieprzyzwoicie dodam, że nie tylko on.
— Dlaczego mam wrażenie, że próbujesz mnie uwieść?
— Mówiłem, chwytasz w lot.
— Mnie, wykończonego tym artykułem, robieniem przypisów i dodawaniem liczby znaków głównego tekstu do liczby znaków w przypisach, bo nie umiem znaleźć opcji przeliczenia wszystkiego razem, a jak przekroczę dwadzieścia tysięcy, to nie przyjmą mi artykułu — ty, leniący się przez ostatnie trzy godziny, bo już skończyłeś swoją robotę, rozwalony na brzuchu na łóżku, z jedną nogą zwisającą nad podłogą, w przetartych dżinsach i rozczochrany?
— No tak. Czemu stanąłeś na środku pokoju i tak patrzysz?
— W niektórych momentach dociera do mnie z niesamowitą jasnością, jak mocno cię kocham.
— W sensie... Czekaj, przesunę się, przecież ty lecisz z nóg. W sensie, że jestem leniwym, pomiętym, potarganym facetem, a ty i tak jak głupi mnie chcesz? Wygodnie ci?
— Bardzo. Głowa mnie już boli od tego komputera. Nie, Michał, mówię poważnie. Na co dzień wiem, że cię kocham, ale to się wplata w tę całą codzienność i niekiedy trochę traci na jasności, a czasami, jak przed chwilą, patrzę na ciebie i ta świadomość uderza mnie z niesamowitą siłą. Lubię te momenty... Myślałem, że to ja mam głaskać twoją łepetynę?
— Dziś się możemy zamienić, będę miał serce. No, mów dalej.
— Myhym... Lubię te momenty, bo to jest potrzebne. Jak takie odświeżenie obrazu czy dźwięku. Czy coś w tym stylu, sam nie wiem.
— Nadal boli?
— Chyba już mniej. Przyjemnie tak... nie dziwię się, że ciągle mi pchasz swoją głowę pod ręce. W każdym razie przed chwilą tak mnie uderzyło i to było niesamowicie ożywiające — ta świadomość, że poza artykułami, książkami, wszystkimi rzeczami do zrobienia, w tym do zrobienia na wczoraj, w tym zaganianiu i zmęczeniu są jakieś podstawowe i pewne rzeczy. Ty na moim łóżku. Uczelnia i zajęcia. Moje badania. I znów ty na moim łóżku.
— Gdyby ci się tak oczy nie kleiły i głos nie robił taki senny, uznałbym, że teraz to ty mnie uwodzisz.
— Chyba na razie mi to uwodzenie nie wyjdzie.
— Chyba nie. Prześpij się, ja sobie jeszcze poczytam. O, oprę ci na biodrze książkę, to nie będę potrzebował drugiej ręki i dalej będę mógł ci molestować głowę. Co za głupia zakładka... Słuchaj, tak w ogóle... A. Dobra, to że też cię kocham, powiem ci, jak się obudzisz.

***

— Yhym... Yhym... Yhym... No Julek, ale facet mógł po prostu...
— Zwiać, zwiać mógł, to mu powiedz.
— Mógł po prostu czekać po złej stronie, moment, Sebastian coś chce. Nie podpowiadaj mi takich rzeczy, bo odruchowo powtórzę i będzie afera. No, jestem, pardon. Mógł po złej stronie czekać...
— Szczęściarz, w czepku urodzony...
— A ty mogłeś mu wysłać głupiego SMS-a w stylu „jestem już”, a nie czekać, kląć, palić i...
— I gimnazjalistów w Galaxy straszyć.
— I się złościć, że cię olano, poczekaj. Przestań, błagam cię, przecież ja się w ten telefon zaraz poryczę ze śmiechu.
— Jakbyś naprawdę nie chciał tego słuchać, zwiałbyś z telefonem do łazienki.
— Spadaj. No, jestem, przepraszam. Co? Nie, Sebastian tylko o coś pytał. Nie, serio. Julian, Sebastian się nie podśmiewa z ciebie na boku, słowo honoru.
— Michał, pamiętasz sens tego „honoru” z komiksu „Oglaf”? Boże, nie uduś się...
— Zamorduję cię... Julek? Jestem, sorry, zakrztusiłem się... herbatą. Czekaj, tylko ją odstawię.
— Gdzie sobie idziesz? Chcę posłuchać. Siadaj, siadaj.
— Więc mówię ci, że niepotrzebnie cyrki odstawiasz, jak się umówiliście... Zabieraj łapę z mojego tyłka, i tak podpadłeś. Jak się umówiliście, to on równie dobrze mógł uznać, że to ty go olałeś... Siedzę tu, bo nie chce mi się zmieniać miejsca, ale masz się nie odzywać, bo sobie jednak pójdę. Że go olałeś, bo ciebie nie było po tej stronie, po której według niego miałeś być. Julek, tak w ogóle... Widzę, że chcesz się odezwać, lepiej połknij tę uwagę, jakakolwiek by nie była. Julek, tak w ogóle to jesteś pewien, że ty byłeś po właściwej stronie Galaxy?
— To samo chciałem ci podpowiedzieć... au!
— Nie, nic, zdawało ci się. Dobrze ci tak. Może po prostu to ty pomyliłeś strony... kurde, nie krzycz tak! Nie, nie uważam, że jesteś idiotą bez cienia orientacji w terenie...
— Pamiętasz, jak on się zachowuje za kierownicą na skrzyżowaniu?
— Chcesz dostać w kolejne żebro? Nie, serio, mówię tylko, że mogły ci się zwyczajnie strony popieprzyć, jak... jak...
— Jak Olkowi się zawsze pieprzą.
— Jak Olkowi się zawsze pie... Cholera! Sebastian, przegiąłeś, zemszczę się. Julek, przestań zionąć ogniem przez ten telefon. Sebastian, jak skończę z nim rozmawiać, to cię zamorduję. Julek, jak nie przestaniesz kląć, to się rozłączę. Sebastian, spadniesz z tego łóżka, jak się będziesz tak zwijał ze śmiechu. Julek, do cholery, od godziny jak napalony gimnazjalista trujesz mi o facecie, który cię wystawił do wiatru po trzech rozmowach na gadu i na mnie się wściekasz? Do niego zadzwoń i mu tak pobluzgaj pięć minut, już nigdy nie ośmieli się nie przyjść. Julek... Julek, zamkniesz się na chwilę? Słuchaj, to serio nie jest rozmowa na telefon. Wpadnij jak najszybciej, jesteśmy u Sebastiana, napijesz się kawy, zjesz kanapkę i opowiesz wszystko od początku, dokładnie, ze szczegółami i uważnie to przeanalizujemy krok po kroku. We trzech. Tak, tak, Juleczku, Sebastian też cię grzecznie wysłucha i udzieli ci rad... jako doświadczony trzydziestoparolatek. No, to widzimy się za kilkanaście minut. Cześć. I co, kochanie, mina ci zrzedła?
— Zawyżyłeś tę karę nieproporcjonalnie do winy. Ruda świnia.
— Ostrzegałem cię.
— Gdzie się na mnie ładujesz? Władowałeś mi właśnie Julka na cały wieczór na głowę, a teraz ładujesz mi łapy pod koszulę?
— Ostatni posiłek skazańca, Sebastian. Jak znam szybkie tempo Julka, będzie za pół godziny najwcześniej. Więc teraz możesz dobrać mi się do tyłka, tak jak zaczynałeś, zanim Julek zadzwonił, zdążymy, zanim przyjedzie. Nie rób takiej obrażonej miny, należy ci się wieczór z Julkiem za to przeszkadzanie w rozmowie.
— A teraz to co, dodatkowa męka w postaci pokazania, co mogłoby być cały wieczór, gdyby całego wieczoru nam Julek nie zawracał głowy?
— Po prostu nie jestem aż tak bez serca. Poza tym napalony i zniecierpliwiony mógłbyś być niebezpieczny, rozniósłbyś na strzępy Julka, a potem mój tyłek. Albo, gorzej, pominąłbyś fazę Julka i przy nim rzucił się na mnie. Albo... mmm... byś mu po... mmm... powiedział... ooo... pociągnij mnie jeszcze za włosy, co?
— Zapomnij.
— Czemu?
— Pociągnę cię, jak już Julek sobie pójdzie. No co, kochanie, mina ci zrzedła? Nie zamierzam sam cierpieć. Ty też będziesz miał powód, by się skręcać ze zniecierpliwienia, spoglądać co chwila na zegar i wyczekiwać pożegnania z Julkiem jak daru niebios. Bo widzisz, jak on już sobie pójdzie, to tak poszarpię twój rudy łeb, że zedrzesz sobie gardło z zachwytu. Będziesz w siódmym niebie, uwierz. Co się wyrywasz?
— Muszę dosięgnąć telefonu.
— Po co?
— Zamknij się na mo... Cześć, Julek, wyszedłeś już? Nie, to właśnie bardzo dobrze, że nie. Słuchaj, ja cię strasznie przepraszam, ale właśnie się zorientowałem, że popieprzyły mi się terminy oddania artykułu i muszę go na gwałt wykańczać, jakby mi Sebastian nie przypomniał, to miałbym jutro chryję w redakcji. Serio. Serio, naprawdę. Przepraszam, jutro po południu do ciebie wpadnę i obgadamy jeszcze raz tego dupka, który cię tak po chamsku wystawił, głupi złamas. No, to cześć. Tak, naprawdę muszę to skończyć pisać. No, to cześć. No. To co mówiłeś o siódmym niebie?
— Za odwołanie Julka należy ci się naprawdę ekskluzywne ciągnięcie za włosy, rudzielcu...

***

— Jakoś nie mogę się przyzwyczaić do ciebie w garniturze. I do widoku ciebie, i do samego ciebie w garniturze.
— A to jakaś różnica?
— Mam wrażenie, że tak. Ale jeśli nawet nie, to efekt jest ten sam: dziwnie wyglądasz w garniturze. To trochę tak, jakby muminkowego Włóczykija wcisnąć w idealnie nowe ciuchy.
— Myhym... Zostaw na moment te analogie i zawiąż mi ten cholerny krawat, dobra? Czekaj, muszę wyplątać palce z tego supła. O, dzięki. Czemu zdejmujesz?
— Na kimś nie umiem wiązać. Chcesz jakiś konkretny rodzaj wiązania?
— Bardzo dowcipne. Taki, który przy poprawianiu nie zamieni się w supeł i mnie nie udusi.
— Ten nie powinien cię zaatakować.
— No, tobie w krawacie jest bardzo do twarzy. Chcesz iść za mnie na ten cholernie uroczysty obiad?
— Nieszczególnie. Pochyl głowę.
— Nie mogę uwierzyć, że dałem się w to wrobić. I że własne czasopismo mnie tak wkopało. Po cholerę właściwie oni mnie tam potrzebują, ja sobie prowadzę jeden maleńki dział na końcowych stronach, inni mają większe działy, większy staż pracy i większe znajomości, więc rozumiem, że oni idą, za ciasno!
— Spokojnie, już poprawiam.
— Czuję się, jakby mieli mnie powiesić. Więc rozumiem, że oni idą, ale dlaczego ja też mam iść? W czym moja obecność pomoże uświęcić dziesięciolecie? Zwłaszcza że ja tam nie pracuję od dziesięciu lat. I nie mogę uwierzyć, że wymagają cholernych garniturów. Pytałem jeszcze przedwczoraj naczelną, czy kiedykolwiek mnie w garniturze widziała i czy naprawdę wierzy, że wszyscy ludzie muszą mieć garnitur, żeby czuć się odświętnie.
— No, teraz dobrze.
— I wiesz, co ona na to? Znaczy wiem, że wiesz, ale nieważne, ona na to, że chętnie mnie wszyscy obejrzą w garniturze raz na dziesięć lat. Żartów jej się zachciało w ramach świętowania.
— Marudzisz, Michał.
— Bo dziwacznie się w tym czuję. Sztucznie, o. Sam zresztą mówisz, że dziwnie wyglądam, i ja się zgadzam, sam się nie poznaję w lustrze. No popatrz. Kurde, jak pajac. Jak pajac z pętlą na szyi. Ale tę pętlę zawiązałeś fachowo, przyznaję.
— Marudzisz. Po trzech godzinach będzie po wszystkim i schowasz garnitur do szafy na kolejne dziesięć lat.
— Nie pognieciesz mi koszuli, którą mi tak perfekcyjnie wyprasowałeś, tak się do mnie przytulając?
— Tylko plecy się pogniotą, a na plecach masz marynarkę. Gorzej może być, jeśli ją zdejmiesz, ale raczej nie powinieneś zdejmować. I zostaw ten krawat, do cholery, bo zepsujesz. Nie gmeraj przy krawacie.
— To odruchowe.
— To sobie powiedz, że gmeranie przy krawacie jest niestosowne jak gmeranie przy rozporku. Publiczne, rzecz jasna.
— Dobrze, że to zaznaczyłeś, bo wizja twojego gmerania przy moim rozporku po moim powrocie to jedyne, co mi pozwoli wytrwać ten uroczysty obiad. O ile chcesz się założyć, że połowa pracowników wybuchnie śmiechem na mój widok, a druga połowa mnie nie pozna?
— Nie przejmuj się.
— Czyli też podejrzewasz taką reakcję. Sebastian... Nie całuj mnie tak w kark, bo zaraz będę musiał zmieniać spodnie, a to jedyne garniturowe, jakie mam. W ogóle to nie chce mi się iść, zedrzyj ze mnie ten durny garnitur i... gdzie się odsuwasz?
— Przed pokusą. Nie rób takiej naburmuszonej miny. Mam pomysł, jak wrócisz.
— No?
— Też założę garnitur, do wzajemnego zdzierania. Będzie perwersyjnie.
— Drań. Pozdzierajmy teraz.
— Teraz to musisz zdecydować, czy wolisz taksówkę, czy mój samochód.
— A mój?
— Michał, błagam cię... Maluch do uroczystej kolacji, garnituru i elegancko zawiązanego krawata? Wtedy to naprawdę będziesz wyglądał dziwacznie. Weź mój, przecież nie pijesz, to spokojnie sam wrócisz.
— To daj kluczyki. Dzięki. Co prawda jesteś wredną świnią, mówiąc tak o moim samochodzie, ale dzięki za pożyczenie swojego. Dobra, zaraz wrócę i je wezmę, tylko buty założę.
— Rany boskie... Michał...
— Chwila! No, już idę i biorę. Co masz taką minę?
— Powiedz mi, że mi się przywidziało i że wcale nie masz na nogach tego, co masz.
— No co, że glany? No glany, a co miałem założyć?
— Glany do garnituru? Michał, to pasuje jak pięść do nosa. Nie masz innych butów?
— Mam. Stare trampki na rower. Stare glany na wyjazdy. Nowe trampki i adidasy na lato. To na które wymienić te glany?
— Może pożyczę ci moje buty?...
— Jasne, o dwa numery większe będą idealne, na pewno nie będę dziwacznie wyglądał. Daj spokój, to mi pozwoli pozostać przy zdrowych zmysłach, inaczej naprawdę czułbym się, jakby mnie podmienili. No dobra, chyba mam wszystko. Czuję się kretyńsko. Oby ten obiad był dobry, bo inaczej to będzie męka bez wynagrodzenia.
— Baw się dobrze.
— Wypchaj się.
— Mówię poważnie, baw się dobrze. Zobaczysz, że będzie przyjemnie.
— I mówisz mi to, tak mnie obejmując, przyciskając i z tą wcześniejszą wizją wzajemnego zdzierania garniturów. Powiedziałem, wypchaj się. Chciałbym już wrócić.
— Też bym chciał. Postaraj się jak najszybciej usiąść przy stole, żeby te glany tak się nie rzucały w oczy. I nie zdejmij po drodze krawata.
— Zdejmę, jak tylko stamtąd wyjdę.
— Zadzwoń, jak się skończy, żebym wiedział, kiedy się przebrać.
— Wiesz, co zrobić, żebym zupełnie stracił ochotę do wychodzenia z domu. Masz ostatnią szansę na zmianę decyzji. Zdzierasz już teraz?
— Jak wrócisz, Michał, jak wrócisz.
— Czemu? No czemu?
— Bo musisz tam iść, to raz. Dwa, jak wrócisz, będziesz bardziej pobudzony, zniecierpliwiony i napalony. Trzy, jeśli wytrwasz w krawacie aż do powrotu do domu, to pokażę ci, jakie ciekawe rzeczy można tym krawatem robić poza wiązaniem go na szyi.
— Pocałuj mnie przynajmniej porządnie przed wyjściem, bo szlag mnie zaraz trafi. Specjalnie tak mnie drażnisz, prawda?
— Specjalnie. Lubię cię prowokować.
— Zdajesz sobie sprawę z tego, że jak wrócę, z twojego garnituru zostaną strzępki?
— Mówiąc szczerze, Michał... Może już się lepiej odsunę, sam mówiłeś, że nie masz innych spodni od garnituru. Mówiąc szczerze, na to właśnie liczę.

***

— Ten twój materac jest tak diabelnie niewygodny...
— Marudzisz.
— Najzwyczajniej w świecie czuję podłogę. Cholera.
— On jest grubszy niż poprzedni.
— Wiem, to mnie tym bardziej dobija. Nie mam pojęcia, jak wytrzymałem na początku tamten cienki.
— Jakby to ująć... byłeś zajęty czym innym. Kim innym.
— Teraz też byłem.
— Wtedy widocznie bardziej cię to absorbowało.
— Michał, ty nie bądź taki strasznie dowcipny, dobrze? Teraz też mnie absorbowało. Wypraszam sobie jakieś głupie aluzje.
— Rany, coś taki drażliwy, nie można ci podogryzać?
— Twoja podłoga już mi dogryzła, prosto w kręgosłup.
— Maruda. Mało zaabsorbowana mną maruda.
— Michał, grabisz sobie... Brakowało ci przed chwilą czegoś?
— Nie.
— Nie rób takiej miny chodzącej niewinności, i tak ci się nie udaje. Nie brakowało. Więc czego się czepiasz?
— Próbuję się doprosić o powtórkę. Albo, jeśli jeszcze chcesz odpocząć, chociaż o porządne pociągnięcie za włosy na dobranoc.
— Michał...
— O właśnie tak...
— Ty i te twoje atawistyczne upodobania...
— Au... mmm, tak jest dobrze... bardzo dobrze...
— Wiesz, że dzięki temu przedwcześnie wyłysiejesz?
— Zamknij się i zajmij swoją robotą. Myhym... W mojej rodzinie późno się łysieje. Więc możesz jeszcze raz. Myhym...
— Świr.
— Ale nie dobieraj mi się do karku, jeśli nie zamierzasz tego porządnie skończyć. O, mocniej...
— Kocham cię, świrze.
— Jeszcze raz. Ja ciebie też... ej, gdzie się ładujesz? Sebastian, poważnie, wgniatasz mnie w materac!
— Właśnie sobie przypomniałem, jak dotąd wytrzymywałem ten twój durny materac. Musiałem mieć coś pomiędzy nim a sobą.
— Czyli mnie?
— Czyli ciebie. Nie udawaj, że nie lubisz. I nie udawaj, że ci niewygodnie. I nie wierć się.
— Czuję się jak poduszka. I wcale mi się to nie podoba.
— I wcale cię nie zdradza ten zadowolony ton.
— Phi...
— No, to teraz mogę się wreszcie przespać. W ramach zadośćuczynienia za przygniatanie pociągnąć cię jeszcze parę razy?
— Zgadnij.
— Tylko obiecaj mi jedną rzecz.
— Hm?
— Następny wspólny weekend spędzimy u mnie. W moim łóżku. Dobrze?
— Spróbuj mnie do tego przekonać. O... wybierasz dobre argumenty...
— Ciekaw jestem, kiedy ci niechcący wyrwę parę kosmyków. I ciekaw jestem, jak wtedy będziesz pojękiwał z zachwytem. I...
— Słowo honoru, Sebastian, jeżeli zebrało ci się na gadanie w czasie dobierania się do mnie, to cię zaknbeluję poduszką.
— Lubię do ciebie mówić.
— Ja też to lubię, ale w tej chwili mógłbyś mnie raczej pocałować, niż zabawiać pogawędką. Serio, nie obrażę się. O właśnie, to jest doskonały moment na miażdżenie mi karku... skąd wiedziałeś?
— Może nie uwierzysz, ale sypiam z tobą już od jakiegoś czasu...

***

— Co to był za wściekły syk?
— Oparzyłem się. Tym cholernym czajnikiem.
— Gdzie, pokaż? Jakim cudem?
— W palce. Parą, tak mi buchnęło w rękę z gwizdka.
— Ładuj pod zimną wodę.
— Nie szarp... Zimna!
— A to niespodzianka, co?
— Bardzo zabawne. To twoja wina, tobie się zachciało kawy, a ja się poświęciłem i zrobiłem.
— I się przy tym parą oparzyłem. Nie, Michał, ty w kuchni to kompletna porażka.
— Dzięki za docenienie. Długo tak jeszcze mam trzymać?
— Jeszcze chwilę, niech się wychłodzi.
— Ja już się cały wychłodziłem.
— To wyjmuj, skoro jest lepiej. Czemu się tak uśmiechasz?
— Tak sobie pomyślałem, że w zasadzie zamiast ładowania pod zimną wodę powinieneś pocałować...
— Michał, ile ty masz lat?
— Wiesz, że przy wypominaniu wieku jesteś zawsze na straconej pozycji, panie Rocznik Siedemdziesiąty Dziewiąty?
— Drań.
— Mówię tylko, że gdybyś włożył w moje oparzenie mniej logiki i zasad pierwszej pomocy, a więcej serca, to byś pocałował.
— Dawaj tę rękę, skoro masz tak marudzić. Hurtem czy każdy palec osobno?
— Hurtem i osobno. I potem znów hurtem.
— Jakie wymagania...
— Cierpię, więc możesz się poświęcić. Kurde, fajnie. Mmm, fajnie. Bardzo fajnie. Chyba muszę częściej...
— Co, oparzać się?
— Nie, raczej dopominać się o całowanie po rękach. O, tak też fajnie... Myhym...
— Będziesz miał nowy fetysz obok ciągnięcia za włosy.
— Myhym... eee, Sebastian? Nie żebym się czepiał, ale tu to już raczej nie mam rąk... ani tu... ani... o cholera... tu to już na pewno nie...
— No popatrz, ręce już się skończyły? To mam przestać?
— Jeśli chcesz, żebym cię rozszarpał...
— Wolałbym, żebyś się odwrócił. O właśnie tak. Ręce na blat. Kawa do zlewu, i tak zdążyłaby wystygnąć. Przykro mi, Michał, niepotrzebnie się narobiłeś przy tej kawie, jeszcze kosztem swoich palców... ale spróbuję ci to jakoś wynagrodzić. Powiedziałem, ręce na blat i tam je trzymaj, chyba że wolisz sam sobie wynagradzać. O właśnie. Co tam mruczysz pod nosem?
— Mówię, że za takie pocieszanie mógłbym władować ręce do czajnika po łokcie.
— Wystarczy, że później zrobisz mi drugą kawę.
— W tym momencie... mmm... w tym momencie to nie wiem... czy ty chcesz tę drugą kawę, żeby ją wypić, czy żeby ją znów odstawić do zlewu... ja bym wolał do zlewu.
— Pogadamy o tym, gdy będzie się parzyć.

***

— Czemu tak na mnie patrzysz?
— Próbowałem sobie przez chwilę wyobrazić, jak by wyglądało moje ostatnie kilka lat, gdybym cię nie poznał.
— Bez znajomości przeze mnie z Julkiem, konieczności skakania wokół moich spraw, sprzątania moich rupieci, bezustannego gotowania mi, użerania się z moimi dołami i wyjazdami, czytania moich tekstów i regularnego głaskania mojego łba? Niech pomyślę, wolny, swobodny i szczęśliwy?
— Mówię poważnie.
— Dobra, dobra, już zmieniam ton, bo jeszcze tę rękę zabierzesz. No i co wymyśliłeś?
— Że to byłyby potwornie ubogie lata.
— Masz taką minę, jakby beze mnie słońce miało nagle przestać wschodzić.
— Bo to naprawdę byłyby ubogie lata. Zbyt wieloma rzeczami mi je wypełniłeś. Za zbyt wiele rzeczy cię cenię.
— W stylu?
— Podziwiałem od początku twój nonkonformizm, nawet jeśli się z jakimiś twoimi wyborami nie zgadzałem, wiesz? To twoje szukanie tej naprawdę swojej drogi, bez zgody na jakieś półśrodki, takie samo jak przy pisaniu, to znaczy przy szukaniu swojego sposobu pisania, też bez zgody na pośrednie formy. Albo tak, jak czujesz, że musi być, albo w ogóle. I twoją świadomość oraz umiejętność bronienia własnej przestrzeni życiowej. To, że kiedy ktoś się staje dla ciebie ważny, to już na dobre, i pamiętasz o starych przyjaźniach, gdy zawierasz nowe. I nie szafujesz tymi słowami, ani dotyczącymi przyjaźni, ani miłości. I, chociaż na początku uważałem, że odwracasz hierarchię, to to, że przyjaźń ma dla ciebie pierwszeństwo przed związkiem uczuciowym, szczególnie gdy ma od niego dłuższy staż.
— Ale zdajesz sobie sprawę, że robiłeś tu tak samo? Przecież za to Rafał tyle razy miał ochotę cię zamordować, bo kiedy tylko ja czegoś potrzebowałem, ty się zjawiałeś i w środku nocy. Tak tylko wtrącam, głaszcz i mów dalej.
— Wiem, ale u ciebie to było o wiele bardziej radykalne. Drażnił mnie kiedyś trochę ten twój radykalizm. Z upływem czasu coraz bardziej go doceniam. I lubię twój minimalizm, chociaż sam bym nie umiał z nim żyć, ale w tobie go lubię. Minimalizm w posiadaniu, maksymalizm w wykorzystywaniu życia, w taki sposób, jaki szanuję i rozumiem. I chwilami zazdroszczę. I ludzie, których przez ciebie poznałem. Człowiek w ogóle poznaje przez ciebie masę ludzi, włącza się w sprawy, o których bez ciebie by nie wiedział, chodzi tam, gdzie sam by nie chodził lub chodził rzadko.
— No fakt, za nasze chodzenie do teatrów odpowiadam na całej linii ja...
— I lubię ogromnie tę twoją energię, pasję, chęć działania, którymi zarażasz. I to, że mogę się z tobą śmiać, możemy nawet wydurniać się jak dzieci, a zaraz potem mogę przy tobie pomilczeć, bez zgrzytania zębami od ciągłych pytań w stylu: „a czemu nic nie mówisz, a czemu tak milczysz, a o czym myślisz?”, pomilczeć, spoważnieć, posiedzieć w ciszy i samemu się wyciszyć. Albo iść gdzieś bez celu, żeby po prostu się przejść. I mogę mieć przy tobie słabsze chwile. Nie rób takiej niedowierzającej miny, przecież ja też mam gorsze humory, spadek sił i chęci, momenty, gdy najchętniej bym się na wszystko wypiął i wywiesił na drzwiach gabinetu tabliczkę z napisem w rodzaju: „Szanowni wszyscy, zwłaszcza obecny panie dziekanie, pocałujcie mnie w cztery litery”. Nie śmiej się, taka jest prawda, że przyznać się do tego bez uczucia dyskomfortu umiem tylko przed tobą.
— I chorować nie umiesz.
— No właśnie, chorować nie umiem, przy tobie jest mi łatwiej. Może przez to, że jesteś tak bezpretensjonalny w swoim poświęcaniu komuś uwagi. I zawsze byłeś wobec mnie lojalny i szczery, pod każdym względem. I wkładasz w to, co robisz, całego siebie, tak samo jak ja, więc jednocześnie rozumiesz moje wkładanie całego siebie w pracę. I twoja hierarchia wartości jest mi bardzo bliska, bardzo dla mnie zrozumiała, bardzo moja po prostu. I twoja obecność nigdy mi nie ciąży, bo potrafisz być, ale bez jakiegokolwiek narzucania tego, że jesteś. I... za dużo jest tego wszystkiego, takich drobiazgów, które trudno jest sformułować wyraźnie, ale które po prostu są, mniej czy bardziej widoczne, za dużo tego jest, żebym umiał je wszystkie wyliczyć, ale wiem, że są i że nie chciałbym, by ich nie było. W każdym razie sam widzisz, moje ostatnie lata bez ciebie byłyby strasznie ubogie.
— Yhym...
— Teraz to chyba ja zapytam, czemu tak się w mnie wpatrujesz. Bez słowa.
— Przetrawiam to wszystko.
— Idziesz gdzieś?
— Nie, tylko muszę usiąść. Żeby to zebrać. Wiesz... chyba mnie to wyliczenie trochę przytłoczyło. Pozytywnie. Tylko próbuję teraz znaleźć jakiś sensowny sposób na powiedzenie ci, dlaczego ja nawet nie chcę próbować wyobrazić sobie ostatnich kilku lat bez ciebie, taki sposób, który nie byłby powtarzaniem do każdego twojego zdania czegoś w rodzaju „ja też, ja też” i ująłby wszystko. Cholera...
— Połóż się z powrotem, bo zmarzniesz. Stopy masz wręcz lodowate.
— Za gorąco mi pod tą kołdrą, nie okrywaj mnie tak szczelnie. Cholera, nie mam pomysłu na równie wyczerpujące wyliczenie, więc będzie banalnie i prostacko, wybacz.
— Przeżyję, mów.
— Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Najlepszym, najbliższym, najważniejszym, najpełniejszym. I mogę, i co więcej, umiem powiedzieć ci wszystko, i to jest naprawdę wszystko, aż do tego, czego wcale nie chcę i nie umiem mówić, ale czasami po prostu muszę, żeby się nie udusić. I nigdy nie żałowałem, że właśnie tobie coś z tych rzeczy powiedziałem. No. Żeby było odpowiednio patetycznie, pompatycznie i górnolotnie, mogę dodać, że pod gilotynę, której sznurek od ostrza ty byś trzymał, położyłbym głowę bez chwili wahania, pewien, że nic mi się nie stanie. Strasznie kiczowato mi to wyszło, prawda? Możemy udać, że ostatniego zdania nie było?
— Możemy.
— No właśnie, i to jest to, o czym mówiłem. Nawet tandetne banały mogą mi się przy tobie wymknąć i nie purpurowieję ze wstydu, że takie patetyczne kwiatki produkuję. Jak mnie kiedyś najdzie na napisanie strasznie ckliwego, strasznie romansidłowego i strasznie patetycznego tekstu, to przeczytasz, nie wyśmiejesz i nigdy mi go złośliwie nie wypomnisz, prawda?
— Przeczytam, nie wyśmieję i nie wypomnę. Proszę cię, przykryj plecy, bo zmarzniesz.
— Niech ci będzie. Zawsze mam wrażenie, że „kocham cię” jest za biedne, za płytkie i za słabe na pełne wyrażenie wszystkiego, co chciałbym w nim umieścić odnośnie ciebie i mnie, ale ty i tak zrozumiesz i się tego wszystkiego domyślisz. Kocham cię i jesteś moim najlepszym przyjacielem. Po twojej minie widzę, że też zamierzasz być potwornie patetyczny...
— Przede wszystkim potwornie nieoryginalny. Kocham cię i jesteś moim najlepszym przyjacielem. Wybaczysz plagiat?
— Kocham ten plagiat.

***

— Mam wizję idealnego urlopu.
— Hm?
— Wyjedziemy gdzieś, gdzie komórka Julka nie jest w stanie złapać naszego zasięgu. Czy nasze jego, wszystko jedno. Gdzie w ogóle Julek nie jest w stanie nas namierzyć. W miejsce, którego Julek nie jest w stanie odnaleźć na mapie, w Wikipedii i w Googlach.
— Demonizujesz Julka, demonizujesz Julka...
— Przestań nucić, jakby to było takie zabawne. Nie demonizuję. Naprawdę uważam, że ta belferska pecąca cholera zainstalowała nam gdzieś w domu pluskwę.
— Demonizujesz Julka, demonizujesz...
— To jak mi wytłumaczysz to, że zaczyna wydzwaniać zawsze wtedy, gdy chcę się z tobą kochać?
— Julka, demonizujesz Julka, demo... Po prostu masz pecha. Znaczy my mamy pecha. Sebastian, obiecuję, że od dziś będę wyłączał dźwięk w obu telefonach, gdy tylko mnie obejmiesz, tylko już przestań w wyobraźni kroić Julka na plasterki i wróć do czynności podstawowych, dobra? Albo ściągasz mi spodnie do końca, albo ja je wciągam z powrotem, bo mi w końcu tyłek zmarznie. To co, chcesz jeszcze ponarzekać na Julka? Gdzie się zabierasz?
— Muszę wygrzebać twoją komórkę spod gazet. Daj mi chwilę, wyciszę twoją i moją i zaraz pogadamy o tym marznięciu. O, patrz, pecąca cholera znowu dzwoni. To sobie podzwonisz, Juleczku, podzwonisz sobie, tylko tak bez dźwięku. O, teraz dzwoni na moją. To jest kleszcz... Michał, zostaw te spodnie w spokoju, dobrze ci radzę.
— Myślałem, że chcesz sobie pogadać bez odbierania z Julkiem.
— Bardzo zabawne. Przestaniesz się śmiać jak wariat?
— Nie mogę... wyobraziłem sobie tę waszą konwersację, ty go wyklinasz po tej stronie, on ciebie i mnie po tamtej, a komórki sobie dzwonią i dzwonią... piękna wizja... au! Sebastian... grasz nieczysto...
— To niesamowite, jak mocnym schwyceniem za kark można cię całkowicie zdominować. Dalej masz ochotę się śmiać?
— Będę miał, jeśli za pięć minut Julek zacznie się dobijać nam do drzwi... aua!
— Co mówiłeś?
— Że już zostawiam spodnie w spokoju... wbijasz mi paznokcie w kark...
— Gdyby nie ten twój zachwycony ton, to nawet bym się przejął.

***

— Jak mnie nazwałeś?
— Chodzący Kompleks Starszego Brata.
— Nie widzę sensu.
— Poważnie?
— Poważnie.
— Daj spokój, przecież to jasne, oczywiste i zrozumiałe. Nie unoś brwi w wyrazie takiego uprzejmego „co ty chrzanisz, rudzielcu?”, zaraz ci wyjaśnię. Kilka pytań, odpowiadaj „tak” lub „nie”. Masz młodszego brata?
— Ile czasu się znamy, co?
— „Tak” lub „nie”, bo ci nie wyjaśnię.
— No tak, tak, mam. I co?
— Dla którego to brata zawsze byłeś wzorem, najlepszym przyjacielem i wsparciem, gdy tylko cię potrzebował?
— Rany, jak byliśmy u nich ostatnio, Staśkowi znowu się zebrało na wspominanie dawnych czasów? To dlatego tyle siedzieliście w pokoju Zuzy, niby to składając stajnię dla kucyków?
— Trochę się jeszcze bawiliśmy jej kolejką elektryczną. Miałeś odpowiadać „tak” lub „nie”. Więc?
— Tak, tak. Przynajmniej Stasiek tak twierdzi. Nie możecie za każdym razem podbierać dziecku zabawek. Jak jej daliśmy tę kolejkę na urodziny, to też się ze Staśkiem na nią rzuciliście, aż Zuzka przyszła się do Iny poskarżyć, że tata z Michałem zakosili wszystkie tory i wagony.
— Nieprawda, składaliśmy te wszystkie elementy, żeby mogła się bawić.
— Jasne, jasne. Widziałem, jak się ścigaliście lokomotywami. Biedna Zuza.
— Stasiek miał lokomotywę, ja miałem wagon restauracyjny. Mniejsza o kolejkę, miałeś odpowiadać.
— Powiedziałem już, tak. Co dalej?
— I zawsze trochę bratu matkowałeś, bo uważałeś, że jako starszy brat powinieneś się nim opiekować i potrafisz to robić jak nikt inny?
— Właściwie to pytałem „Co dalej?” w sensie: czy następnym razem dobierzecie się do domku dla lalek Zuzy i zabierzecie jej wszystkie lalki, żeby się pobawić, ale niech ci będzie. Może. Czasami. Mogło się zdarzyć. Co cię tak śmieszy?
— „Może, czasami, mogło się zdarzyć”. Jasne. Jasne... No dobra, wracając do tematu: a ja jestem młodszy od twojego brata?
— Tak. O całe dwa lata, to tak żeby ci oszczędzić konieczności zadawania kolejnego pytania, na które obaj znamy odpowiedź.
— Doceniam. Dalej: wokół mnie też skaczesz jak skrzyżowanie troskliwej kwoki z bodyguardem?
— Chyba trochę przesadziłeś z tym porównaniem, aż tak cię nie niańczę. Nie szturchaj mnie. Tak, zadowolony?
— Bardzo. I ostatnie: tak jak twój brat, zawsze mogę na ciebie liczyć, zawsze dostaję od ciebie wsparcie, dowody przyjaźni i opieki?
— Powinienem odpowiedzieć „tak”, tak?
— Tak. I właśnie dlatego jesteś Chodzącym Kompleksem Starszego Brata! Co tak patrzysz?
— Nie chcę się czepiać, ale takie trochę z czterech liter to objaśnienie.
— To jest bardzo sensowne objaśnienie, zresztą doszliśmy do niego we dwóch ze Staśkiem. Staśkowi Chodzący Kompleks Starszego Brata ogromnie się spodobał, powiedział, że zapisze cię tak sobie w komórce. Trzeba go poprosić przy okazji, żeby pokazał. W pierwszej chwili też cię tak chciałem zapisać, ale potem pomyślałem, że to by już było trochę za perwersyjne, zajeżdżałoby kazirodztwem. W każdym razie jesteś Chodzącym Kompleksem Starszego Brata. Podejrzewam, że gdybym był od ciebie starszy, w życiu byś nie zwrócił na mnie uwagi. Ty chyba nigdy nie miałeś faceta starszego od siebie, prawda?
— Ciebie chyba nigdy nie rozbolał język, prawda?
— Pomijając twoje dominatorskie pocałunki, które ogromnie lubię, to nie. Z tego, co pamiętam, to nie miałeś starszego od siebie. Nic dziwnego, stłamsiłby twój kompleks i nie miałbyś komu matkować... przepraszam, bratować. Co robisz, myślałem, że jesteś już zmęczony i nie masz sił na powtórkę?
— Jeżeli seks jest jedynym sposobem, żeby ci zamknąć usta i przerwać te dziwaczne dowodzenia, to jestem w stanie zebrać trochę siły. Ostrzegam, że jeśli teraz wyskoczysz z jakimiś psychoanalizami czy innymi tego typu, to zwyczajnie cię zwiążę i zaknebluję.
— Zwiążesz i zakneblujesz, powiadasz... braciszku...
— Specjalnie mnie prowokujesz, prawda?
— Nie chcę, żebyś marnował swoje dominatorskie skłonności. Bo wiesz, Staśkowi zostawiłem ten Chodzący Kompleks Starszego Brata także dlatego, że na swój użytek mam Dominującego Samca Alfa. Z syndromem nadopiekuńczości, ale zawsze dominującego. To co, pokażesz mi, kto tu rządzi? Ej... cholera, miałeś wiązać, a nie śmiać się jak opętany!
— Przepraszam... nie wytrzymałem już tego twojego ładunku erotyzmu...
— Słyszę ten twój ubawiony ton. Poczekaj, będziesz jeszcze miał ochotę na ten ładunek erotyzmu, wtedy ci się odwdzięczę. Spadaj, teraz się pchasz z łapami?
— Teraz, teraz. Póki nie próbujesz znowu odgrywać Sharon Stone z „Nagiego instynktu”. Nie wyrywaj się... no... jakbyś nie zauważył, mam lepszą pozycję do przygniatania cię.
— Spadaj.
— Michał, naprawdę, przepraszam, ale przez moment próbowałeś udawać męską femme fatale, a wyszedł ci Monty Python. Nie rób takiej miny, kocham cię i diabelnie mnie podniecasz, tylko nie umiesz robić z siebie seksualnej modliszki. Na szczęście. To co, mogę jeszcze być twoim Dominującym Samcem Alfa? No, odezwij się. Michał... Słyszę to mruczenie.
— Grasz nieuczciwie.
— Nie nieuczciwie, tylko rozsądnie. Trzeba było zawsze udawać, że ciągnięcie za włosy nie sprawia ci przyjemności, to bym się tym nie posiłkował. To co, pociągnąć cię jeszcze parę razy, a potem porządnie przeprosić?
— Możesz spróbować. Ja niczego nie obiecuję. I wcale nie twierdzę, że w ten sposób do czegokolwiek dojdziesz...
— I wcale nie pomrukujesz przy każdym pociągnięciu jak zachwycony kocur. Jasne. Będę miał sporo roboty z poprawieniem ci humoru. Zwłaszcza że to, co robię drugą ręką, pewnie jeszcze bardziej cię nie przekonuje.
— Yhym...
— Jednym słowem, muszę sięgnąć po ostateczne argumenty. No... Wiedziałem, że jak cię porządnie chwycę za kark, od razu poprawię ci humor. A swoją drogą, mam dla ciebie odpowiedni przydomek.
— Mmm?
— Chodzące Porąbane Sfery Erogenne. Podoba ci się? Nie musisz odpowiadać, wystarczy mi ta twoja zachwycona mina, gdy wbijam ci paznokcie w kark.

***

— Nie rozumiem tej gry. Nie, nie podpowiadaj mi, dobra, koń tutaj, ale co z tego?
— To skoczek.
— Co ty powiesz. Nie no, cholera, czemu mi go strącasz? I jak ty w ogóle jeździsz po tej szachownicy?
— Michał, to jest wieża. Wieża tak się porusza.
— Specjalnie mnie wkopałeś.
— Lepiej, żebyś stracił skoczka, niż żebym ci z miejsca zrobił szach.
— A masz jak zrobić szach?
— Nawet mat już bym mógł.
— To po co gramy, skoro i tak już wygrałeś?
— Bo próbuję cię nauczyć. Po raz... sam już nie wiem, pięćdziesiąty, sześćdziesiąty, setny? Czemu ty masz taki odporny łeb do szachów?
— Nie wiem, może źle tłumaczysz. Nie podoba mi się to, że król jest wyższy od królowej, to seksistowskie.
— Jakbyś powiedział na początku gry, to pozwoliłbym ci zamienić je rolami, ale założę się, że teraz na genderowych stwierdzeniach próbujesz uchronić się przed matem.
— Nie, po prostu to nie fair względem królowej. A z której strony może być mat?
— Nie bądź naiwny, nie powiem ci.
— Drań. Ale dlaczego tego też mi zbijasz?
— Bo mogę. Co mam sobie żałować. No, Michał, nie patrz na tę szachownicę z taką baranią miną, rusz się.
— Czym i gdzie niby?
— Gońca masz. Tak, to ten. Na skos, przecież ci tłumaczyłem!
— Dobra, spokojnie, na skos idzie. O, twój skoczek. To mam przerąbane.
— A skoczek, jak ci też tłumaczyłem, przesuwa się trzy pola po...
— Dobra, dobra, pamiętam! Skoczek sunie po pijaku, racja.
— Co się tak rozglądasz?
— Szukam tej twojej nawiedzonej wieży, która jeździ po szachownicy jak Formuła 1 i co chwila morduje mi pionki. A, tam ją masz. To jestem bezpieczny.
— Jak ja cię nie lubię rozczarowywać...
— Nie no, to był mój ostatni pionek! Czekaj, mam tego gońca, zaraz ci zrobię taki ostatni zajazd na Litwie, że się nie pozbierasz... O. A czemu tu też masz wieżę? Aaa, cholera, bo ty nadal masz dwie wieże...
— A ty już nie masz drugiego gońca.
— Zrób to swoje ukochane szach-mat i skończmy, dobrze?
— Gdzie twój duch walki?
— Twoja wieża go skosiła. No, wreszcie. Wyciąłeś mi prawie wszystkie pionki i figury, jesteś zadowolony?
— Średnio, ale wreszcie się nauczyłeś, że pionki i figury to nie to samo.
— I niczego więcej się nie nauczę. Mówiłem, nie rozumiem tej gry. Nie wiem, czemu ciągle chcesz ze mną grać.
— Bo ciągle mam nadzieję, że jednak się nauczysz. Poza tym z kimś muszę grać, a skoro nie mam stale pod ręką Staśka czy kogoś innego, kto umie, to pada na ciebie.
— Jak miło.
— A poza tym, tak szczerze mówiąc, lubię z tobą grać.
— Dlatego że ja zawsze przegrywam czy dlatego, że ty zawsze wygrywasz?
— Niezłe. I to, i to, ale poza tym lubię twoje komentarze w trakcie gry. I twój sposób przegrywania, nigdy się nie obrażasz.
— Przyzwyczaiłem się. Nie umiem gotować i grać w szachy, w końcu muszę mieć jakieś wady. Udam, że nie słyszę tego śmiechu.
— Udaj, udaj...
— O, umiem w warcaby, zagrajmy w warcaby, dobra?
— Nigdy nie lubiłem warcabów. Zresztą nie mamy warcabów. Co ty robisz?
— Ustawiam. Pionki i figury mogą przez chwilę poudawać warcaby. Nie krzyw się tak, tylko raz. Pamiętaj, że po raz tysiąc któryś przegrałem z tobą w szachy, daj mi raz pograć w warcaby.
— Dobrze, dobrze... ale to profanacja szachów.
— Przeżyją. Zaczynasz.
— Od lat nie grałem w warcaby.
— Ja kiedyś grałem jak maniak.
— Co ty wyprawiasz?
— No tak się, Sebastian, poruszają warcaby.
— Ale ty mi wykosiłeś trzy pionki za jednym zamachem!
— Dobry jestem, prawda? No, ruszaj się. Nie patrz tak podejrzliwie, nie mam żadnych złych zamiarów... poza tymi dwoma.
— Cholera.
— Uwielbiam warcaby.
— Prostacka gra. Nie śmiej się, tylko rusz.
— I kolejny mój. Nie wpatruj się tak w te pionki, w warcabach liczy się błyskawiczne podejmowanie decyzji. To nie szachy, gdzie nad jednym ruchem zastanawiasz się, aż osiwiejesz.
— Osiwieć to ja osiwieję, jak mi znowu w jednej turze zabierzesz kilka pionków.
— Ale kilka, nie marne dwa?
— No nie...
— Twój ruch. Ej, co robisz? Zostaw!
— Naprawdę, Michał, granie w prostackie warcaby intelektualnymi szachami to profanacja.
— Jeżeli zabierzesz szachownicę, to uznam, że jesteś jak Andrzej i nie umiesz przegrywać.
— Musiałeś mi nadepnąć na honor?
— Musiałem, chcę skończyć tę partię i raz w życiu wygrać z tobą w szachy, nawet grając w warcaby.
— Niech ci będzie... Teraz mój ruch, tak? O.
— No. Dwa jednym ruchem, ładnie ci poszło. Też tak umiem, zobacz.
— Świnia.
— Nie martw się, w szachowe szachy nadal będziesz wygrywał. Ja tylko raz... o właśnie... tylko raz ogram cię w szachy warcabowe. Mam króla!
— I teraz możesz jeździć jak świr po całej planszy?
— Myhym. O, to był ostatni czarny pionek? Po twojej minie widzę, że ostatni. Patrz, wreszcie wygrałem! I co ty na to?
— Gratuluję.
— Dziękuję, mam zdolności do szachów. Pokadź mi jeszcze.
— Bardzo gratuluję. Po tysiącu partii wreszcie jeden raz...
— Dobra, wystarczy, wystarczy, żeby mi ego nie pękło. A jak się dzielimy wygraną?
— Pozmywam za ciebie do końca przyszłego tygodnia.
— A...
— Ale o byciu na górze możesz zapomnieć. Muszę sobie nadwerężoną reputację wzmocnić. Jeszcze jakieś pytania?
— Zagramy znów w warcaby w następną niedzielę, prawda?

***

— Masz się natychmiast ubrać.
— Wolę, gdy tym samym tonem mówisz: „Masz się natychmiast rozebrać”.
— Możesz sobie pomarzyć, gdy się będziesz ubierał. Załóż tę piżamę, bo się zdenerwuję.
— Dobra, dobra... nie patrz takim morderczym wzrokiem. Już zakładam. Nieważne, że ta piżama jest dobra na zimowe noce poniżej zera stopni.
— Nieważne, zwłaszcza że ty masz trzydzieści dziewięć stopni.
— Trzydzieści osiem i osiem! Już nie przesadzaj. Za gorąco mi.
— Masz się...
— Wiem, ale nie cierpię tego wypacania się pod kołdrą, ciepłą piżamą, może jeszcze trzy swetry mi założysz?
— Jeden sweter by się przydał. Jeśli nie będziesz się rozkopywał, to ci go daruję, przynajmniej przy tej piżamie. A teraz siadaj, wysuszę ci włosy, skoro sam masz taką awersję do używania suszarki.
— A nie możemy sobie tego odpuścić?
— Nie wkurzaj mnie, Michał. Bo możesz oberwać tą suszarką w ten paskudnie przeziębiony i paskudnie bezmyślny, mokry łeb. Wysuszę ci włosy, dam antybiotyk i zrobię obiad. Pochyl trochę głowę. I dopóki cię nie zawołam do kuchni, lepiej, żebyś nawet nie myślał o wyjściu z łóżka czy skopaniu z siebie kołdry, bo ci za gorąco. Przechyl tak trochę. Bo nie będziesz już więcej miał czym skopywać. Jasne?
— Yhym... Odsuń trochę, ucho mi przypalisz. Nie jestem głodny, nie mam apetytu.
— Przy takiej gorączce nigdy nie masz. Czekaj, zaplątałem się w kabel. Już. Pochyl. Ale musisz zjeść, gdzie łeb podnosisz, nie masz co dyskutować. Wepchnę w ciebie tę zupę, jeśli sam jej nie zjesz. Wiesz, że wepchnę, prawda?
— Prawda, prawda. Parzy. Chcesz mi pół głowy przepalić?
— Przecież trzymam z daleka!
— Ale i tak parzy. Cholera, nienawidzę suszarek. Wiesz co, przeginasz, postawiłeś mi w pokoju grzejnik, władowałeś mnie w zimowe szmaty i jeszcze mi dmuchasz w łeb gorącym powietrzem. Parzy. I jeszcze chcesz we mnie wlać gorącą zupę, żebym się już zupełnie ugotował na twardo, i na zewnątrz, i wewnątrz. I pewnie potem znowu mi wlejesz tę obrzydliwą herbatę malinową. Parzy. Głowa mnie boli i gardło, nie będę go sobie jeszcze przepalał wrzątkiem. Parzy, cholera. I szlag mnie trafia od tego kataru, musiałeś mnie tak obłożyć paczkami chusteczek, żebym się czuł jak w szpitalu? No parzy! Co tak się uśmiechasz?
— Robisz się koszmarnie marudny, gdy jesteś chory.
— Jak ty jesteś chory, to się obrażasz na każdego, kto chce ci tabletkę przynieść. Już skończyłeś?
— Teraz z przodu... nie krzyw się, tylko trochę. Grzeczny choleryk, dobry choleryk...
— To wcale nie jest zabawne.
— To czemu się uśmiechasz? No, i po krzyku. Kładź się. Poprawić ci humor?
— Może lepiej nie.
— Na kolację znowu będą kanapki z czosnkiem. Widzę, jak się cieszysz.
— Nie przełknę, wczorajsze już mi wypaliły w gardle dziurę.
— Ale języka w ogóle nie tknęły.
— Świnia.
— Pokroję na mniejsze cząstki i mniej ich ponakładam. Masz się po szyję przykryć. Z czego się śmiejesz?
— Tak mi przyszło do głowy, że jakbym brał wampiry na poważnie, to musiałbym uznać te twoje kanapki z czosnkiem za podwójny powód do ulgi: raz, że sam jechałbym czosnkiem na kilometr i nic wampirowatego by nie mogło przy mnie wytrzymać, a dwa, że miałbym od razu dowód, że ty wampirem nie jesteś i jak będę szedł w nocy do łazienki, to mnie nie dziabniesz.
— Ciebie, z tą końską dawką antybiotyku we krwi? Mało apetyczny pomysł. Dobra, biorę się za obiad. Nie jęcz, jak zjesz zupę, to potem zrobię ci budyń.
— Nie mów, że też z czosnkiem.
— Nie, mamy tylko czekoladowy i wiśniowy. Który chcesz?
— Wiśniowy. Dzisiaj. Jutro czekoladowy. W sumie mógłbym go zjeść zamiast zupy... żartowałem.
— Tak właśnie myślałem. Włączyć ci coś?
— Wystarczy mi to, co leci z płyty, poczytam sobie. O ile znowu nie zasnę i nie prześpię reszty dnia. Kurde, jak ja nienawidzę być chory.
— Zawołaj, jakbyś czegoś chciał.
— Sebastian!
— Szybki jesteś, jeszcze dobrze nie ruszyłem do drzwi. To co chcesz?
— Tylko ci powiedzieć, że przy tobie to chorowanie nie jest aż takie koszmarne.
— Cieszę się. I przypomnę ci to zdanie przy kanapkach z czosnkiem.

***

— Lubię takie leniwe niedziele.
— O tak, bez żadnych kół do sprawdzania. Bez żadnych artykułów czy referatów do pisania. Bez żadnych odwiedzin, wyjść, spraw do załatwienia czy nawet sprzątania. Uwielbiam cię w tej chwili za to wczorajsze odkurzenie całego mieszkania.
— Wiesz, jak mi możesz ładnie podziękować? I to wcale się nie męcząc.
— Dawaj ten rudy łeb. Zasłużyłeś sobie, naprawdę.
— Myhym...
— I patrz, nawet czytam coś zupełnie spoza uczelnianych rzeczy. Rany boskie, jak mi brakowało takiego niedzielnego południa: łóżko, herbata, coś z Lema w ręku.
— Ekhm...
— No i ty przy mnie i twoja łepetyna pod moją drugą ręką. To się rozumie samo przez się, więc nawet nie musiałem mówić.
— Tłumacz się, tłumacz. Zapamiętam sobie i drugiej herbaty nie dostaniesz. Co tak ciągniesz?
— Chciałbym tę drugą herbatę.
— Zastanowię się. Jeszcze raz... Dobra, jak skończę ten rozdział.
— Michał, a właściwie to który ty raz czytasz tę „Kocią kołyskę”?
— W ogóle czy w tym roku?
— To i to.
— W tym roku drugi raz, w ogóle to chyba coś koło czterdziestego.
— Dziwne, że już jej nie znasz na pamięć.
— Prawie znam. Ale lubię powtórzyć tak normalnie, mając książkę w rękach.
— Jak skończysz, to powiedz, też ją sobie powtórzę.
— Zarażam cię Vonnegutem na dobre?
— To nawet nie to, po prostu chcę mieć na świeżo to, co dla ciebie jest takie ważne. Już skończyłeś rozdział?
— Nie.
— To czemu już wstajesz?
— Nie chciałbym zabrzmieć jak sentymentalny głupek, ale to, co przed chwilą powiedziałeś, tak mnie trochę uczuciowo kopnęło, w pozytywnym sensie, i nie miałbym teraz serca kazać ci czekać na tę herbatę do końca rozdziału.
— Michał...
— Hm? To twoja łyżeczka czy moja?
— Moja, twoja jest w pojemniku po jogurcie. Michał...
— Cytrynę?
— Bez, dzięki, poczekaj moment.
— Na co?
— Wiem, że nie chcesz zabrzmieć jak sentymentalny głupek, ale mógłbyś się czasem trochę poświęcić. Nie uśmiechaj się, tylko powiedz to tak, żeby było trochę sentymentalnie.
— I głupkowato?
— A choćby i głupkowato. To brzmi głupkowato tylko wtedy, gdy ktoś trzeci słucha.
— Nie mam w sobie za grosz sentymentalnego kochanka.
— Poudawaj.
— Tak, jasne, a jak tak dalej pójdzie, to zażądasz miłosnego sonetu na urodziny. Dobra, ale to będzie surowa sentymentalna wersja: cholernie cię kocham, więc idę ci szybciej zrobić herbatę. Może być? No, to ty się wyśmiej, a ja nastawię wodę.
— Jako sentymentalny kochanek jesteś beznadziejny!
— Wiem! Czekaj... OK, woda się gotuje. Wiem, uprzedzałem przecież.
— Naprawdę, ty w wersji sentymentalnej to porażka.
— I dlatego jestem postmodernistą. Ale za to umiem robić jak najbardziej klasyczną herbatę, więc powinieneś jakoś ze mną wytrzymać. O, „Bajki robotów”? Jakoś mi się zdawało, że czytasz „Cyberiadę”.
— Zatęskniłem za „Bajkami”. Kładziesz się?
— Poczekam, aż woda się zagotuje. O... jednak miałeś rację z tym wyciszaniem komórek.
— Bo?
— Bo Julek znów wydzwania. Co mruczysz pod nosem?
— Bitewne zawołanie rodu Selektrytów.
— A. No, Julek pewnie po drugiej stronie też je wymrukuje, tylko od przodu, znaczy od tyłu. Idę zalać.
— Wiesz, że dalej dzwoni? Co robisz?
— Położę komórki tak, żebyś ich nie widział i się nie denerwował, bo jeszcze odbierzesz i uraczysz Julka tym zawołaniem Selektrytów od tyłu. Śmiej się, śmiej, już ja wiem, jak reagujesz na serie telefoniczne Julka.
— Kładziesz się?
— Yhym. Zanim herbata naciągnie, poleżę sobie.
— Kocham cię, rudzielcu.
— O... co cię tak wzięło?
— Naprawiam twoją sentymentalną porażkę.
— Aha, a to „rudzielcu” było takie na wskroś sentymentalne?
— No nie, fakt, to trochę realizmem zaleciało.
— Nawet naturalizmem. Chociaż nie, naturalizm by był, jakbyś powiedział „porąbany”.
— To by była psychoanaliza.
— Możliwe. W każdym razie ja wolę swoją wersję postmodernistyczną.
— Która brzmi?
— Już mówiłem: w pozytywny sposób kopnąłeś mnie uczuciowo, więc zrobiłem ci szybciej herbatę. Nie śmiej się, ja to mówię najzupełniej poważnie.
— A ja co? Kocham cię, więc zrobiłem ci wczoraj obiad?
— Jasne. Pragmatyzm. A ja cię kocham, więc odkurzyłem wczoraj wieczorem całe mieszkanie. Praca u podstaw i „Siłaczka”. Ty mnie kochasz, więc wysłuchujesz moich marudzeń i pocieszasz, konfesjonał i ta psychoanaliza. Ja cię kocham, więc wpycham ci moją głowę do głaskania, hedonizm.
— Wystarczy. Zrozumiałem.
— Że uczucie ma różne prądy, nurty i elementy?
— Przede wszystkim, że cię nie przegadam. Za to też cię kocham. Masochizm?
— Nie, młodopolskie uznanie dla żywiołu. Czemu ty się ciągle ze mnie śmiejesz?
— Z tobą, Michał, z tobą. Tu jest tylko jedna właściwa interpretacja, ja nigdy z ciebie, zawsze z tobą.
— Boże, druga herbata jeszcze do końca nie naciągnęła, a ty musiałeś już z góry zapracować sobie na trzecią?

***

— Tęskniłem za tobą. Wbijasz mi łokieć w brzuch, ale za tym też tęskniłem.
— Przepraszam. Czekaj... teraz lepiej?
— Lepiej. Na następną konferencję chyba zabiorę cię ze sobą. Jako... naturalne dopełnienie bagażu.
— „Naturalne dopełnienie bagażu”, dzięki. Poczułem się jak zapasowy ręcznik.
— Świr.
— Ale w sumie jak powiesz mi odpowiednio wcześnie i konferencja będzie mnie interesować, albo miasto, to możemy pojechać wspólnie. Tym razem już nie jako para najlepszych przyjaciół, tylko para najlepszych przyjaciół i para, i będziemy siać zgorszenie wśród innych uczestników.
— Rozwalając oba łóżka w pokoju?
— Gorzej, trzymając się za rękę w drodze do stołówki i mówiąc sąsiadom przy stole: „Kiedy ostatnio zepsuła nam się pralka...”. Nie śmiej się, mówię poważnie.
— Wierzę. Wiesz co, kiedy tak pomrukujesz z zadowoleniem, naprawdę mam wrażenie, że leży na mnie duży, rudy kocur.
— Lepsze to, niż być zapasowym ręcznikiem. Wracaj z tą ręką.
— Chcę poprawić sobie poduszkę, podnieś się na chwilę, dobra? No, już. Za tym twoim rudym łbem wpychającym mi się pod rękę też tęskniłem. Więc co będziemy jeszcze robić na tej wspólnej konferencji?
— Daj pomyśleć... O, kiedy przeczytasz swój referat, wstanę i pretensjonalnym, piskliwym głosem i z pretensjonalną miną, o ile mi się uda je przybrać, powiem: „Kochanie, to znaczy panie doktorze, chciałbym zapytać...”, co ty na to?
— Zlituj się, skąd ci się biorą takie kretyńskie pomysły?
— Jak cię nie było, siedzieliśmy z Dorotą nad artykułem o przedstawieniu homoseksualistów w polskich telenowelach i tłukliśmy stertę tych tasiemców. Dowiedziałem się z nich, dlaczego nigdy ich nie oglądałem i że jestem złym gejem, chociaż tego dowiedziałem się już wcześniej z yaoiców, ale obiecywałem ci, że tym ostatnim nie będę cię więcej katował, więc nie było tematu. W każdym razie uznaliśmy, że jestem gejowskim wybrykiem natury, bo ani nie piszczę, ani nie mam kiczowato urządzonego mieszkania, ani kiczowatych ciuchów rodem z jakichś trędi sklepów, ani całej masy rzeczy, które wypisaliśmy w artykule. A Dorota nie istnieje w ogóle, bo lesbijkę wśród tych tasiemców znaleźliśmy tylko jedną, i to była ta zła, która zaraz i tak zniknęła po namieszaniu dobrej bohaterce w papierach. Ogólnie dostaliśmy odpałów, Dorota jeszcze wypiła trzy piwa, a ja się nażarłem chipsów, aż mi było niedobrze.
— Ale skończyliście artykuł?
— Skończyliśmy, skończyliśmy. I nawet zdążyliśmy posprzątać syf, zanim Elka wróciła, więc posiedzenie było udane. Wiesz, że nastolatek może bez mrugnięcia okiem połknąć dwadzieścia pinezek?
— Słucham?
— Nie patrz tak, to nie ja tak twierdzę, tylko Elka, to ona kroiła tego gówniarza, żeby powyciągać mu te pinezki z żołądka. Jak wróciła, powiedziała tylko w ramach powitania, że z miesiąca na miesiąc coraz więksi idioci lądują jej pod skalpelem, i poszła spać.
— Boże...
— Wiem. Wracając do konferencji, ale tak na poważnie, moglibyśmy zerwać się z jakichś obrad i udawać, że jesteśmy na wagarach, pozwiedzać miasto, pójść do antykwariatu, ale ja będę tylko patrzył, żeby nie łamać własnych zasad, ty będziesz kupował.
— A ty będziesz dźwigał w drodze powrotnej?
— Mogę się poświęcić, ale wtedy pierwszy wybieram, co chcę z łupu czytać.
— Niech będzie. Czyli jedziemy?
— Jedziemy, jasne. Masz już coś na oku?
— Ze dwie konferencje, ale na razie nie chcę o nich myśleć. Wróciłem do domu, mam spokój, mam własne łóżko, mam ciebie wgniatającego mnie w to łóżko, świat wreszcie wrócił do normy. Muszę się tym nacieszyć.
— Twoja ręka chyba mi podpowiada sens tego cieszenia...
— Przecież trzymam ją na twojej głowie.
— Nie prawa, Sebastian, lewa.
— A... lewa...
— No właśnie, lewa. Nie wyszło ci to udawanie niewinnego tonu.
— Ty się nawet nie wysilasz, by cokolwiek udawać, czy tonem, czy spojrzeniem, czy unoszeniem bioder.
— Bo ze mnie jest szczery, prostolinijny facet. I, widzisz, ja też za tobą tęskniłem.

***

— Doszedłeś już do siebie?
— Nie. Nie! Nie czytaj mi tego więcej, błagam cię.
— Mięczak. Ja to muszę do jutra opracować i przesłać drugiej analizatorce.
— Więc czytaj to sobie po cichu.
— Czytanie na głos wyciąga z tego największe stężenie głupoty. I od razu słyszysz moje komentarze. I czasem sam coś fajnego dorzucasz.
— Michał, litości... czuję, jak mi iloraz inteligencji spada poniżej poziomu morza z każdym kolejnym zdaniem.
— A to tak jak ja, nie przejmuj się, potem wraca do normy. Jadę dalej...
— Miałeś mnie już więcej nie męczyć takimi tekstami. Obiecywałeś, pamiętasz?
— Nie pamiętam. Uwaga, czytam.
— Mówiąc szczerze, to analizowanie kojarzyło mi się zawsze z pracą dwudziestolatków czy dwudziestolatek. A ty się o trzydziestkę ocierasz.
— Podobnie jak połowa analizujących w mojej grupie.
— Poważnie?
— Poważnie, poważnie, dziewczyna, z którą to analizuję, ma trzydzieści dwa lata, trzyletnie dziecko i firmę komputerową. Nie zmieniaj już więcej tematu, dobrze? Czytam dalej, nie przerywaj, i tak się nie wymigasz od słuchania. „Spoglądał na swojego zarumienionego niczym pąsowy pączek świeżo rozkwitającej różyczki, skropiony pierwszymi kryształowymi kroplami przejrzyście szklistej rosy, uke...” Kurde, co ona brała, jak produkowała taką Mniszkównę?
— Nie mogę zrozumieć, dlaczego wziąłeś się akurat za tę tematykę.
— Bo się czuję sprofanowany! To moja zemsta na tych wszystkich autorkach przez „ł”, które piszą yaoice, w których robią z gejów jakieś piskliwe, płaczliwe i niedorobione ćwierćmózgi. Ta tutaj trafiła mi się wcześniej w dyskusji w komentarzach, straszna jest, patrzy na świat przez sztywny, czarno-biały i nienaruszalny schemat uke-seme. W którymś momencie tak się zapaliła, że zaczęła mi tłumaczyć, że jeśli mam faceta starszego i wyższego od siebie, to muszę, rozumiesz, muszę być w łóżku zawsze na dole, a skoro jestem na dole, to muszę, po prostu muszę... czekaj, zacytuję ci to, tylko znajdę, wejdę w archiwum.
— Chyba nie chcę tego cytowania.
— Nie bądź taki, pocierp ze mną. O, mam, słuchaj: „A skoro ty przegadujesz swojego faceta i jesteś dla niego złośliwy, to wy macie jakiś dziwny związek. Przecież ty jesteś tym uległym! Więc jasne, że twoją rolą jest bycie tym cichszym, słabszym i tym, o którego trzeba dbać”. Śmiej się spokojnie, ja poczekam.
— Jasna cholera... nie, nie wierzę, że można coś takiego wymyślić.
— Co ty na to, że moją rolą jest bycie tym cichszym, słabszym i tym, o którego trzeba dbać? I nie powinienem się zbyt często odzywać, i nie powinienem robić jeszcze wielu innych rzeczy. Tu był taki kawałek na temat bohatera... o, jest: „Słuszne jest właśnie, jak uke słucha się seme, bo to seme jest tym dominującym i to on ma decydować o ważnych sprawach w związku. Równouprawnienie, no OK, ale uke dominujący? To jakaś kpina i paranoja, a nie uke, to wybryk natury. Uke nie powinien się obnosić z tym, że chce seksu od seme. On powinien być milczący i się rumienić!”. Co ty na to? Czemu tak patrzysz?
— Przyznaj się, zmyśliłeś ten cytat.
— To podejdź tu i sobie zobacz. O tutaj.
— Nie wierzę, że to widzę.
— Ja też, ale jednak widzę. To teraz wyobraź sobie mnie, milczącego ulegle, słuchającego cię z powodu pozycji w łóżku, zamiana miejscami odpada, bo przecież nie wolno, niepodejmującego żadnych decyzji, bo też mi nie wolno, wstydliwie ukrywającego, że mam ochotę na seks i rumieniącego się jak piwonia, nie, sorry, jak „pąsowy pączek świeżo rozkwitającej różyczki, skropiony pierwszymi kryształowymi kroplami”, chyba zaraz zwymiotuję, „przejrzyście szklistej rosy”, na samą sugestię robienia czegokolwiek w łóżku. Co ty na taką wizję mnie? No, co byś zrobił?
— Wyrzuciłbym cię z domu. Przez okno.
— Wiedziałem, że zrozumiesz moje odczucia. To co, pomożesz mi analizować dalej opowiadanko tej autorki?
— Właśnie tej autorki? Od dominującego, przegiętego macho i rumieniącego się, sflaczałego mazgaja?
— Właśnie tej, tej samej. Więc mi pomożesz?
— Z dziką chęcią. A potem dam ci się uwieść i zdominować na dywanie.
— Żeby przełamać schematy?
— Żeby przełamać. A poza tym ostatnio nie dawałem ci szans na zamianę miejscami.
— Też ci tak mówiłem, ale ignorowałeś moje uwagi. Chyba musimy częściej razem analizować, wyemancypuję się w łóżku.
— Może nie za często i nie za bardzo, ja jednak naprawdę lubię prowadzić.
— Może rzeczywiście nie, bo ja jednak naprawdę lubię te twoje dominatorskie zapędy. Bylebym nie musiał się z tego powodu kastrować mentalnie.

***

— Nienawidzę robienia zakupów na weekend i nowy tydzień, tego tłoczenia się w hipermarketach, tych kolejek do kasy, tego ładowania do wózka, z wózka na taśmę, z taśmy do wózka, z wózka do toreb i do samochodu, z samochodu do mieszkania, w mieszkaniu z toreb do lodówki...
— Nie ty jeden. Nie marudź i wsadź pierogi do zamrażalnika. Uważaj na tę torbę, tu jest piwo i jajka.
— Daj mięso. A tę resztkę sera to chyba wywalić, prawda? Zeschły się już zrobił.
— Wywal, od razu razem z końcówką polędwicy, bo też się już nie nadaje. Gdzie jest majonez?
— Z puszkami. Dużo jeszcze do wypakowywania?
— Cała masa, bierz te groszki. Marzę o herbacie i bułce z tą pastą z łososia... no właśnie, gdzie są pasty rybne?
— Pomidory wygrzeb, to się dogrzebiesz do past.
— Ty pakowałeś tę torbę, prawda?
— Prawda, a co?
— Nie, nic. Po prostu jest zapakowana... bardzo po twojemu.
— Czyli?
— Czyli jak leci i jak się upchnie. Zupełnie jak twój sposób układania papierów na biurku. Bez obrazy.
— Bez, jasne. Ja torby pakowane przez ciebie też poznaję, jest w nich taki porządek i dyscyplina, że te słoiki powinny teraz wymaszerować gęsiego, nucąc „Ordnung muss sein!”.
— Bardzo śmieszne. O, herbata. Boże, najchętniej rzuciłbym już te torby i wypił w łóżku herbatę.
— Rzucamy? Nie wzdychaj tak, wiem, że ty byś nigdy nie rzucił. Ale zobacz, dwie już wypakowane.
— A cztery jeszcze czekają, aleś mnie pocieszył. Masz, zanieś to do łazienki, ja włożę jajka, zanim któryś z nas radośnie na nie nadepnie.
— Biedaku, nadal masz traumę po tamtym rozdeptaniu połowy pudełka?
— Zjeżdżaj z tym mydłem. Naprawdę wtedy myślałem, że tamta torba była pusta. Nie śmiej się, bo kostkami rosołowymi dostaniesz.
— Akurat, żal by ci było kostek. Słuchaj, jeśli ty zrobisz bułki, to ja zrobię herbatę, jak już wypakujemy.
— Wybrałeś łatwiejszą część.
— To jeszcze posmaruję bułki masłem.
— Beznadziejnie smarujesz, tak cienko, jakbyś oszczędzał na maśle.
— Twoje posmaruję grubo, słowo. Ten cukier nie pękł?... Kurde, trochę pękł i wysypuje, daj woreczek.
— Zobacz mąkę, też mogła się rozerwać. Czy ty przypadkiem nie siedzisz na jogurtach?
— Nie, na proszkach do prania. Nawet wygodne. Weź jeszcze makaron. O, cynamonu nie wzięliśmy. Cholera.
— Uciekło mi przy spisywaniu listy, przepraszam.
— Dobra, przeżyję, przy okazji gdzieś kupię. Patrz, dwie trzecie toreb za nami, możemy już wyjąć książki z twojej teczki?
— Jakbyś nie znał siebie i mnie. Postaw koło masła. Jak wyjmiemy teraz książki, olejemy wszystko i będziemy czytać na podłodze w kuchni. Jogurty, uważaj. Wyjmiemy, jak już wszystko będzie w lodówkach, a herbata i bułki na stole. Nie rób takiej miny, przecież chcesz uchodzić za człowieka, który nie kupuje jak nawiedzony książek.
— Bo nie kupuję jak nawiedzony, to ty je kupiłeś. Ja się tylko trochę dołożyłem a conto mojego czytania, a stać i tak będą u ciebie. I ja chcę je po prostu przeczytać.
— Ja też. Nastaw czajnik, upchnę tę resztę. Weź od razu ser.
— Pokroić?
— Michał, nie obraź się... Kroisz odwrotnie, niż smarujesz, wielkie, toporne plastry. Ja pokroję.
— Na równiutkie, idealnie do siebie pasujące plasterki? Chcesz ekierkę i kątomierz?
— Chcę Earl Greya. I cytrynę. Cytrynę możesz pokroić, tu mi te twoje grube plastry nie przeszkadzają.
— Esteta-łaskawca. Bułek też nie będę kroił, bo nie wyjdą mi dwie idealne połówki.
— Nie wyjdą ci. Ale i tak cię kocham. Odsuń się, muszę mieć gdzie pokroić. I nie kopnij płynu do naczyń.
— Nie kopnę. Musiałeś akurat teraz wyskoczyć z tymi czułościami? Miałem na końcu języka całą serię złośliwych uwag o twoim pedantyzmie, a teraz mi zwyczajnie nie wypada ich wykorzystać.
— Musiałem. Bardzo cię kocham, szaleję za tobą, uwielbiam cię, smaruj do cholery porządnie, stać nas na jeszcze jedno masło w razie potrzeby. Tamtej bułki nie, tamtą tylko pastą.
— Jakie ty masz wytyczne do każdej bułki...
— Przynajmniej jest ciekawie. A, co do książek...
— Pierwszy czytam „Wśród tysiąc i jednej historii”!
— Świnia.
— Pierwszy zaklepałem, masz pecha. O, obraziłeś się? Masz taką naburmuszoną minę, jesteś obrażony?
— Urażony.
— A, „urażony”. Dlatego wyglądasz, jakbyś kroił nie ser, tylko Julka. No patrz, a jednak się uśmiechnąłeś, kiepsko u ciebie z konsekwencją. Sebastian?
— Co mnie dźgasz umazanym masłem nożem?
— Rączką cię dźgam, nie samym nożem. Jak weźmiesz na siebie resztę roboty przy bułkach i zalejesz herbatę, to odstąpię ci pierwszeństwo czytania tych pięciuset stron o dziejach „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Co ty na to? Sebastian?
— Zjeżdżaj do pokoju i wybieraj sobie inną książkę, zaraz przyniosę jedzenie i herbatę. Czemu gwiżdżesz?
— Pomyślałem sobie właśnie, jak bibliopatami łatwo manipulować. A potem pomyślałem, że cholera wie, ile już razy ktoś tak mną manipulował. Wezmę spodki i słowo honoru, że nawet nie spojrzę w kierunku twojej pięciusetstronicowej wybranki w twardej okładce.

***

— Wiesz, co mnie najbardziej zachwyca w byciu z tobą?
— To, że gotuję, piorę i przechowuję u siebie twoje książki?
— To też. Ale, już tak poważnie, najbardziej zachwyca mnie zawsze to, że kocham cię tak, że mógłbym stanąć dla ciebie na głowie, a jednocześnie wiem, że przez ciebie mój świat nie musi stawać na głowie. Rozumiesz? Nie próbujesz mnie zmienić i dopasować do jakiejś swojej wizji ani ja nie czuję presji czy twojego oczekiwania, że przemebluję całe swoje życie pod jakieś twoje dyktando.
— Czego byś i tak nie zrobił.
— Nie, bo nigdy tego nie robiłem i nigdy nie chciałem. I zawsze mnie to mierziło w ludziach, to wzajemne stłamszanie się w ramach tak zwanego związku. Gdybyś był taki jak inni, czyli w którymś momencie zaczął mnie urabiać po swojemu, a raczej zaczął próbować, to zwiałbym od ciebie jak najdalej, tak jak od innych. Ale ty nigdy nie wyskakiwałeś z takimi ciągotami — i właśnie dlatego cały czas zachwyca mnie to, że z twojego powodu mój świat nie musi stawać na głowie. Rozumiesz?
— Rozumiem...
— I co? Masz dziwną minę.
— Bo właśnie mnie uderzyło, jak bardzo to działa i w drugą stronę. Ty mnie też nie starasz się ugnieść do swojej wizji.
— Oj, bądźmy szczerzy, wiem, że jesteś idealny i nie śmiałbym w ten ideał ingerować. Nie śmiej się, dobra, nie jesteś idealny, i chwała wszystkiemu, ale blisko ci do ideału i mnie to „blisko” w zupełności wystarcza.
— Tobie za to do ideału bardzo daleko.
— No dzięki.
— Ale ja cię między innymi i za to kocham.
— Bo dzięki temu sam jesteś bardziej idealny?
— Nie, bo dzięki temu sam właśnie nie muszę być idealny.

***

— Lubię tak rozmawiać z tobą środku w nocy, przy zgaszonym świetle, kiedy nic nie widzę, tylko czuję twoje ręce i słyszę twój głos.
— Też masz wrażenie niesamowitej intymności?
— Yhym. I swobody. Jakoś po ciemku łatwiej powiedzieć niektóre rzeczy. Nie wiem, dlaczego, może to się wydaje bardziej nierealne i mniej konkretne, mniej wystawione na widok, gdy nie ma żadnego obrazu? Nie ma takiej... jakby to powiedzieć, kontekstu wokół słów, „narracji widzenia”, tła dialogu. Czemu śmiejesz mi się w kark?
— Bo od razu można poznać, że się jest w łóżku z filologiem i pisarzem.
— No proszę cię...
— Autorem, autorem! Przepraszam, autorem, nie powiedziałem tego słowa na „p”.
— Załóżmy. I kulturoznawcą, nie filologiem.
— Sam mówiłeś, że to wasze kulturoznawstwo to taka kulturoznawcza filologia polska.
— W sumie tak. I w sumie najbardziej mnie zawsze interesowały te zagadnienia, które dotyczyły pogranicza kulturoznawstwa i filologii. Więc na filologa mogę się zgodzić, ale to drugie...
— Wiem, wiem, już się pilnuję. W każdym razie od razu poznać, że się dzieli poduszkę z filologiem, zdradza cię terminologia.
— Ale powiedz szczerze, nie odbierasz tego w ten sposób? Wszystko wyłączone, jest tylko dźwięk, tylko słowa.
— I dotyk.
— Tak, ale z dotykiem jest trochę inaczej.
— Bo?
— Z różnych powodów... ale chyba przede wszystkim dlatego, że łatwiej się intymnie dotknąć, niż intymnie dogadać. Czy ja brzmię jak nawiedzony filozof?
— Nie jak nawiedzony. Mów.
— W zasadzie tu nie ma już za dużo do powiedzenia. Po prostu lubię rozmawiać z tobą tak w środku nocy, gdy cię tylko czuję i tylko słyszę. I mam wrażenie, że ty też to lubisz.
— Bardzo.
— Też ci tak łatwiej?
— Tobie jest łatwiej, i to najbardziej lubię. Masz rację, znika tło, kontekst i widzenie, zostaje tylko mówienie i buduje się nim coś zupełnie innego, nowego, głębszego.
— No tak...
— Co „no tak”?
— Można poznać, że się jest w łóżku z historykiem, który powinien był zrobić dodatkowo fakultet z filozofii albo teologii.
— Mówiąc szczerze, przez pierwszą połowę studiów przymierzałem się do pójścia na teologię jako na drugi kierunek.
— No widzisz, znaczy słyszysz, jakie sekrety wychodzą w środku nocy, po ciemku i bez ciuchów? Puść, odwrócę się do ciebie twarzą i spróbuję powyciągać z ciebie jeszcze jakieś intymne zwierzenia.
— Leż, jak leżysz. Z intymnych zwierzeń mogę ci powiedzieć tyle, że cię kocham i bardzo wygodnie mi z głową na twoich plecach i ręką na twoim udzie, więc się nie wierć. Co ty na to?
— W zasadzie... takie intymne zwierzenia chyba mi w zupełności wystarczą.
Powiązania:
Może spodoba Ci się także:

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Ostrzeżenia / zachęcenia

Teksty zawierają treści przeznaczone dla dorosłych, związane z seksualnością, rozgrzebywaniem psychiki postaci oraz obsesyjną bibliopatią.
Tematyka: psychologia; humanistyka od strony naukowej, uczelnianej i codziennej; płeć i seksualność; LGBT; relacje homoseksualne, biseksualne i heteroseksualne; gender, queer i feminizm; Szczecin; eksperymenty z formą; historia i teoria literatury; bibliopatia i księgozbiory; pisanie; książki istniejące i nieistniejące.

Inspiracje

Z postmodernistycznego punktu widzenia celem nie jest już integracja, synteza i całość. Uwaga skoncentrowana jest na drobinach.
Franklin R. Ankersmit, Historiografia i postmodernizm

Przyjemność to dostęp do wszystkich historii, wyznaczenie sobie – narratorce – takich warunków, które nie czekają na zatwierdzenie. Przyjemność pisania nie ma strażników i nie jest stanem raz na zawsze zdefiniowanym.
Inga Iwasiów, Gender dla średnio zaawansowanych

Pisanie o płci i seksualności to także bogaty projekt poznawczy.
Mieczysław Dąbrowski, Komparatystyka dyskursu. Dyskurs komparatystyki

Myślę, że fragment to forma najlepiej oddająca ową rzeczywistość w ruchu, jaką przeżywamy i jaką sami stanowimy. Bardziej niż zarodek fragment to zabłąkana cząstka określająca się tylko wobec innych części: jest niczym, jeśli nie pozostaje z nimi w pewnej relacji.
Octavio Paz (Ryszard Kapuściński, Lapidaria IV–VI

Relacje z życia nie są uporządkowaną opowieścią od narodzin do śmierci. To raczej przypadkowo zebrane fragmenty.
William S. Burroughs (Ryszard Kapuściński, Lapidaria IV–VI)

Porządek, w jakim wiersz został wydrukowany, nie zawsze odpowiada temu, w jakim był pisany; nie ma to jednak znaczenia, bo każda formuła jest jedną z wielu ewentualnych kombinacji tych układów [...] każda jednostka musi być zdolna do odpowiedniego przyjęcia poprzedniej (którą może być, oczywiście, którakolwiek z pozostałych) oraz do przekazania pałeczki następnej (patrz wyżej).
Julio Cortázar, Poezja kombinatoryczna

Moment istotny polega przecież na formie.
Immanuel Kant, Krytyka władzy sądzenia

Prawa autorskie

Wszystkie zamieszczone na „Musivum” teksty są oryginalną twórczością autorki i jako takie objęte są prawami autorskimi.
Nagłówek Zdjęcia.biz. Obsługiwane przez usługę Blogger.
Blogger template made by manvspixel with Paix Graphic logo