sobota, 23 lutego 2013, 21:27
(Data pierwotnej publikacji: 31 lipca 2010).




Znów ekskurs i znów z okresu studenckiego, może nawet w pierwszej chwili trochę wyrwany z większej historii — ale inny, duży tekst dopiero sprawdzam, ten natomiast wywołuje we mnie zawsze pewne rozczulenie i uśmiech, a tego mi teraz jakoś potrzeba. Poza tym szalenie przyjemnie się go pisało.



„Miłość i zrośnięte z nią cierpienie mają [...] moc różniczkowania przedmiotów”.
Marcel Proust, „W poszukiwaniu straconego czasu 3: Strona Guermantes”


Konrad wie, że prośba o wybaczenie zdrady nie jest prośbą codzienną, taką, którą można wyrazić na każdym miejscu i o każdej porze. Nie jest to rzecz, o którą mógłby poprosić w sposób naturalny, przy użyciu tych wszystkich metod, do jakich zwykle się odwoływał. Nie jest to prośba, którą dałoby się wesprzeć przytuleniem się do Olka, objęciem go, przesunięciem palcami po jego twarzy albo wsunięciem dłoni w jego czuprynę. Nie jest to prośba nadająca się do wymruczenia w łóżku, w środku nocy, gdy przyspieszone oddechy ich obu powoli się uspokajają, gdy Olek przygniata go całym sobą, gdy po mieszaninie dotyków, jęków i obezwładniających orgazmów leniwie całuje jego szyję i ramiona. Nie jest to prośba, którą można by wypowiedzieć głośno i zdecydowanie, z podtekstem „jeśli naprawdę mnie kochasz”, tak jak to miało miejsce zawsze wtedy, gdy domagało się od Olka śniadania do łóżka.
Co więcej, prośba o wybaczenie zdrady nie jest czymś, o co Konrad dotąd prosił ani o co Olek był proszony.
W całej postawie Olka, siedzącego na swoim łóżku, z łokciami wspartymi na udach i dłońmi splecionymi między kolanami, lekko zgarbionego, ze wzrokiem utkwionym w podłodze, jest coś potwornie zrezygnowanego i — dopiero teraz Konrad zdaje sobie z tego sprawę — i zawiedzionego. Ten zawód, który przecież dało się dostrzec podczas tamtej rozmowy „ujawniającej” w połowie marca i który był w Olku przez cały czas, gdy się później gdzieś na siebie natykali — ten zawód staje się dla Konrada wyraźny, silny i — i bolesny — właśnie w tej chwili, gdy kochanek — były kochanek — były kochanek? — były? W końcu dlatego tak tu siedzi, żeby nie był „były” — gdy Olek wpatruje się uparcie w podłogę, w swoje wsunięte w połowie pod łóżko kapcie czy we własne stopy w szarych skarpetkach. W jego wzroku, w tych niemal czarnych oczach, które ze dwa razy rzuciły na Konrada krótkie spojrzenie, było coś bardzo oddalonego — od Konrada, od tego pokoju, od całej tej sytuacji. I teraz, gdy Konrad mówi dalej, gdy stara się znaleźć właściwe słowa, dodać do nich odpowiednią intonację i umieścić w nich te najważniejsze emocje, chwilami czuje pustkę czy zduszenie jeszcze niewypowiedzianych myśli wspomnieniem tamtych spojrzeń.
Gdyby się wściekł. Gdyby się zezłościł, gdyby krzyknął, gdyby go wyzwał. Gdyby go odepchnął, uderzył, wypchnął z pokoju.
Gdyby zrobił coś, na co można by zareagować podobnie, gdyby ta prośba przerodziła się w starcie, Konradowi byłoby łatwiej. Ścierać się umiał, kłócić czy bić na słowa też — ale przepraszanie, i to szczerze przepraszanie, połączone z tą prośbą, i to szczerą prośbą — zmieniającą się chyba powoli w błaganie, i to szczere błaganie — to było nie do wytrzymania.
Nie, nie dlatego, że musiał przepraszać, prosić, błagać. Bo — nie musiał, chciał tego, chciał ogromnie, chciał naprawdę. Bo — przepraszał, prosił i błagał z, jak to koszmarnie banalnie powiadają powieści, z głębi serca. Bo — tak bardzo chciałby w tej chwili móc cofnąć czas, wrócić do tamtego pokoju, odepchnąć od siebie Marcina, nie przyciągać go, nie rozpinać mu spodni, nie dawać rozpiąć swoich.
Bo, jakkolwiek głupio i beznadziejnie to zabrzmi, gdyby mógł to zrobić jeszcze raz, to właśnie by tego nie zrobił.
„Przepraszam.” Przepraszał Olka przecież tyle razy — w zwykłych, codziennych sytuacjach, na żarty, na poważnie, na zwyczajnie, dla świętego spokoju, dla rozluźnienia sytuacji, dla zasady. A teraz słowo „przepraszam” rośnie mu w ustach niczym coś, co najchętniej by się wypluło, choć trzeba to przełknąć.
To „przepraszam” smakuje jak kawałek nieświeżego sera — dlatego że to on, Konrad, je wypowiada. Jego „przepraszam” nie może być świeże czy apetyczne — jest pewnie równie odpychające i ciężkostrawne jak cała ta sytuacja.
Ale Konrad mówi dalej, a gdzieś w głębi głowy pojawia się paskudna myśl, że nadaje jak katarynka, brzmi jak tandetna telenowela brazylijska, powtarza się jak zacięta płyta. Musi być żałosny w tym momencie — musi być żałosny do samego początku, od tego momentu sprzed jakiejś godziny — a może dwóch, bo chwilami ma wrażenie, że czas pędzi jak szalony, a chwilami znów, że wlecze się jak żółw — od tego momentu, gdy Olka otworzyła mu drzwi wejściowe, obrzuciła spojrzeniem gorszym od splunięcia, chyba z trudem zdusiła w sobie jakąś paskudną uwagę i burknęła: „Jest u siebie” takim tonem, jakby mówiła: „Spierdalaj”. Zresztą jej wzrok mówił to samo. Wpuściła go jednak, za co był wdzięczny — w końcu mogła zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, byłaby do tego zdolna — wpuściła, Konrad przez moment miał nadzieję, że zajrzy do Olka i powie coś w rodzaju: „Konrad przyszedł”, to by trochę ułatwiło sytuację, choć sam w sumie nie wiedział, jak; Olka jednak poszła do siebie, a zamknięte drzwi jej pokoju mówiły wyraźnie, że nie chce brać w niczym udziału.
Nigdy wcześniej nie myślał, że będzie mu brakowało obecności Olki i że będzie marzył, aby się wtrąciła; że będzie żałował nawet tego, że nie powiedziała mu niczego ostrego, najlepiej przy Olku, bo Olek miał odruch łagodzenia starć między swoim chłopakiem  a swoją przyjaciółką — więc to by od razu trochę rozluźniło atmosferę, zmusiło Olka do jakiegoś ruchu, postawiło Konrada w choć minimalnie lepszej sytuacji.
Ale Olka, jak to Olka, nigdy nie robiła tego, co by człowiekowi ułatwiło życie, więc Konrad musiał sam zapukać do drzwi, na niczego niepodejrzewające „Wejdź” otworzyć je — i wejść.
Olek uniósł głowę znad czytanej książki — siedział na łóżku tak samo jak teraz, tyle że z jakimś tomem na kolanach — uniósł głowę i w ciągu sekundy czy dwóch z jego twarzy zniknął spokojny smutek. Konrad widział doskonale, choć trwało to tylko moment, zaciśnięcie zębów, lekkie ściągnięcie brwi i napięcie mięśni pod koszulą — do diabła, przecież znał Olka, znał każdy centymetr jego ciała i znał jego sposoby reagowania w nerwowych chwilach — a potem Olek się rozluźnił, ale to było rozluźnienie zrezygnowane, a nie przyjacielskie — odłożył książkę na bok, splótł po swojemu ręce i wbił wzrok gdzieś w okolice klatki piersiowej gościa.
„To ja”, powiedział wtedy Konrad — najgłupsza rzecz, jaką mógł powiedzieć i jedyna, jaka mu wówczas przyszła do głowy. „To ja”, rzeczywiście, dobre sobie — to ja, czyli kto? Facet, który cię po chamsku zdradził? Gówniarz, któremu było z tobą za dobrze, więc się puścił na boku, żeby dodać życiu trochę adrenaliny? Bezmyślny głupek, który za późno uświadomił sobie, że rozrywkowe danie dupy dawnemu chłopakowi przyniesie takie konsekwencje, że potem będzie się miało ochotę walić durnym łbem w ścianę?
To ja, pomyślał Konrad, gdy tylko wypowiedział te dwa słowa, ten, którego Olka słusznie nazwała „popierdolonym blond fiutem”. Jak rzadko kiedy się z nią zgadzał, tak teraz zgadzał się w pełni.
Suche „Widzę” Olka zabrzmiało jak przyznanie racji, że Konrad powiedział coś kretyńskiego. A potem zapadło milczenie, krótkie, ale potwornie męczące, więc Konrad szybko zamknął za sobą drzwi, podszedł parę kroków, zawahał się — w pierwszej chwili miał ochotę usiąść przy Olku, ale ten nieco się wyprostował i znów lekko ściągnął brwi, jakby chciał zapytać, co głupie blond bydlę sobie wyobraża, więc ostatecznie Konrad przysunął trochę brązowe, obrotowe krzesło na kółkach i usiadł w przyzwoitej odległości — przynajmniej miał nadzieję, że jest przyzwoita, ani za bliska, ani za daleka — naprzeciwko kochanka. Byłego kochanka, cholera.
Gdy zaczął wyjaśniać, po co przyszedł, z każdym słowem czuł się jak coraz większy idiota. Dziwna sprawa, gdy się na to zdecydował, był zadowolony — zadowolony, że wreszcie ogarnął i sprecyzował własne myśli, samego siebie; gdy tu szedł, czuł się trochę zestresowany, ale prawdziwy stres uderzył po raz pierwszy, gdy Olka otworzyła drzwi. A teraz — a teraz ogarnęła go mieszanina paniki, poczucia własnego idiotyzmu i tej czarnej dziury, która pojawiała się na egzaminach, do których był słabo przygotowany. Przekonanie, z którym wyruszał z domu — przekonanie, że przeprosi porządnie i szczerze, a potem wszystko wróci do normy, Olek da się szybko ułagodzić i już, dziś, z miejsca naprawią wszystko — to przekonanie zaczęło się właśnie rozpadać na coraz mniejsze i coraz żałośniejsze kawałeczki.
Powtarza się, czuje to, słyszy to, wie to. Któryś raz z rzędu powtarza „przepraszam”, całą litanię pod hasłem „chcę wrócić”, cały szereg synonimów do „zależy mi na tobie” i cały zestaw fraz w stylu „zachowałem się jak sukinsyn”. Ma wrażenie, że odklepuje wciąż od nowa i od nowa to samo, w różnych konfiguracjach, ale obaj wiedzą, że to jest to samo i przez to każda kolejna powtórka jest coraz mniej wiarygodna i coraz bardziej tandetna. A Olek dalej siedzi, trochę przygarbiony, ze wzrokiem wbitym w podłogę, i nie odzywa się, nie patrzy, nie wykonuje żadnego gestu.
Tylko chwilami wyłamuje prawą dłonią wskazujący, środkowy i serdeczny palec lewej; widząc ten typowy, nerwowy ruch, Konrad ma ochotę podejść do Olka, chwycić jego ręce i uniemożliwić to wyłamywanie; jak za dawnych, normalnych, dobrych czasów warknąć na niego: „Cholera, przestań” i usłyszeć trochę rozbawione, a trochę posłuszne: „Już, przecież nic nie robię”.
Ale nie podchodzi — nie może podejść, nie może przekroczyć pewnej bariery, i fizycznej, i psychicznej, którą sam stworzył. Patrzy tylko z żalem na te dłonie — na duże, silne, kształtne dłonie, które zawsze tak wspaniale dotykały, które zawsze były blisko, a teraz są tak daleko, tak dalekie jak sam Olek.
Więc mówi — dalej, od nowa, to samo, tak samo, własny głos wydaje się Konradowi czymś obrzydliwie męczącym i drażniącym. Nie wie już chwilami, co i jak ma mówić, więc coś powtarza, gdzieś przeskakuje, coś pomija, coś odwraca, w sumie chyba robi z siebie coraz większego debila.
Najgorsze jest to, że wraz z każdym kolejnym słowem jest coraz mocniej przekonany, że nie powinien tu w ogóle przychodzić — i coraz bardziej marzy, żeby go Olek po prostu wyprosił czy wyrzucił — i...
I coraz bardziej mu wstyd. To koszmarnie dziwne i koszmarnie męczące, bo Konradowi bardzo, bardzo rzadko jest wstyd, a już najrzadziej jest mu wstyd z powodu tego, co zrobił. A teraz jest mu wstyd i jest pewien, że po powrocie do domu długo nie będzie mógł spojrzeć w lustro.
W końcu milknie. Jego słowa już dawno straciły sens, głębię, znaczenie — już dawno stały się nudną, banalną i żałosną repetycją.
— Przepraszam — mówi po chwili zmęczonym głosem; czuje się wykończony, zupełnie jakby cały dzień chodził po mieście bez chwili wytchnienia. — Nie będę już dłużej... chyba nie umiem tego powiedzieć tak, żeby miało sens i żeby nie brzmiało jak pieprzenie głupiego gnojka, na jakiego wyszedłem. Nie będę... — Wstaje, przez moment szuka odpowiedniego słowa, po czym wzrusza z irytacją ramionami. — Niepotrzebnie przylazłem, na twoim miejscu pewnie z miejsca bym się wykopał z mieszkania.
Olek unosi głowę i wreszcie na dłużej zatrzymuje spojrzenie na twarzy mówiącego; ich wzrok na parę sekund się spotyka i Konrad czuje, że się czerwieni, a nie czerwienił się, cholera, od ładnych paru lat — więc szybko odwraca głowę w bok i wsadza ręce w kieszenie dżinsów, tak jest bezpieczniej i trochę obronnie.
— To cześć — dodaje i rusza do drzwi; to głupie pożegnanie w tej sytuacji, bardzo głupie, ale żadne inne — nawet nie lepsze, tylko po prostu inne — nie przychodzi mu do głowy. Kładzie rękę na klamce i w chwili gdy ta wydaje z siebie lekki zgrzyt, czy raczej niskie piśnięcie, przy naciskaniu, rozlega się głos Olka:
— Konrad... wracaj.
Te słowa są spokojne, ciche, jakby też zmęczone — ale są.
Są. Ta myśl dociera do Konrada dopiero po kilku sekundach, gdy już się odwrócił i wbił w Olka spojrzenie — najpewniej najgłupsze, jakie kiedykolwiek miał, ale mniejsza z tym, bo te słowa są, bo z postawy Olka zniknęła wcześniejsza rezygnacja i dystans, bo Olek powtarza po chwili, znów spokojnie, ale tym razem głośniej i stanowczo:
— Wracaj.
Więc wraca, siada z powrotem na krześle, lecz Olek ruchem głowy wskazuje mu miejsce obok siebie — więc się tam przenosi, siada na łóżku, ale niezbyt blisko, na odległość, jaką wyznaczył sam Olek, przekładając książkę ze swojej prawej strony na lewą. Konrad siedzi zatem w odległości wymierzanej przez ciemnoniebieską „Literaturę europejską i łacińskie średniowiecze” Curtiusa, wpatrując się w Olka wyczekująco — teraz dopiero widzi w pełni to zmęczenie na jego twarzy, coś smutnego w linii ust i przygaszony wzrok, tak odmienny od codziennego, normalnego, wesołego spojrzenia, tak różny od błyszczących oczu, które Konrad pamięta z wielu momentów, gdy się kochali.
I naraz Olek unosi lewą rękę i delikatnym ruchem odgarnia Konradowi włosy sprzed oczu. Ten gest jest taki banalny — i taki czuły — i taki przełamujący dotychczasowy dystans, że w pierwszej chwili Konrad ma ochotę mocno się do Olka przytulić, mocno go pocałować — ale opanowuje tę chęć i ogranicza się jedynie do położenia dłoni na tej ręce, która po odgarnięciu włosów wcale się nie odsunęła. Zrobić coś gwałtowniejszego i intensywniejszego — to byłby błąd, bo to jest Olek i o tym należy pamiętać; bo z Olkiem trzeba powoli i krok po kroku, to nie jest typ, który w jednej chwili zapomni i zechce wrócić do normalności. On jeszcze długo będzie pamiętał i przypominał sobie — i Konrad już czuje, że nawet za kilka, a może i kilkanaście miesięcy, gdy będą leżeć razem w łóżku, w środku nocy, mocno w siebie wtuleni, Olka znów najdzie jakieś wspomnienie tamtego — i albo odsunie się trochę, albo trochę mocniej przytuli, nic nie mówiąc, bo przecież już to mają za sobą i to już jest wybaczone — ale nie zapomniane. Na tym polega problem, Konrad uświadamia to sobie w pełni dopiero w tej chwili — na tym, że jakkolwiek Olek będzie umiał szczerze wybaczyć, na zawsze i na dobre, tak nie będzie umiał zapomnieć. Na długo i na pohybel spokojnemu sumieniu Konrada.
A potem Olek zaczyna mówić. Głos ma spokojny, opanowany, ale daje się w nim wychwycić i trochę bólu, i trochę ciepła — i Konrad, słuchając tych słów, słów wyjaśniających, że to nie będzie łatwe, że nie da się wrócić do dawnego układu tak z miejsca i chyba nawet nie ma co udawać, że się wróci, że w zasadzie teraz muszą niejako zupełnie od początku, ale na równych prawach, bez żadnego etykietowania „winny-niewinny”, że muszą być dla siebie bardziej wyrozumiali na samym początku — Konrad ma przez moment ochotę przyłożyć Olkowi w głowę. Cały Olek, cały cholerny Aleksander Kamieniecki, który ustawia całą sytuację tak, żeby druga strona nie czuła się zbyt niekomfortowo.
— Przestań pieprzyć — wyrywa się wreszcie Konradowi. — Ja spierdoliłem sprawę, nie ty, więc przestań się zachowywać tak, jakbyś nie chciał mi zrobić przykrości i jakbyśmy obaj byli winni po równo albo wcale.
Olek milknie; wygląda trochę zabawnie, a trochę rozczulająco z tym wyrazem zaskoczenia i niepewności, co teraz powiedzieć, na twarzy. Konrad ujmuje jego rękę w obie dłonie, odsuwa od swojego policzka i kładzie na kołdrze, nie odrywając wzroku od tych ciemnych oczu, w których maluje się wyraźne wahanie.
— Spierdoliłem — powtarza zdecydowanie, chociaż to wcale nie jest przyjemne. — Czuję się jak skończona szmata i pewnie jeszcze jakiś czas będę się tak czuł. — Już Olka o to zadba, dodaje w duchu, ale zadba słusznie i nawet nie będzie można mieć o to do niej pretensji. — Nie chciałem dzisiaj z miejsca szafować tym słowem, żeby nie robić z siebie jeszcze większego debila, ale ja cię kocham, przecież inaczej bym tu nie przychodził. Czekaj, nie przerywaj — dodaje, widząc, że Olek zamierza coś powiedzieć, najpewniej coś, co miałoby pozwolić Konradowi poczuć się lepiej. Ale Konrad nie chce poczuć się lepiej, nie teraz i nie w taki sposób. — Wiem, że tak z miejsca nie wrócimy do tego, co było, i wcale się tego nie spodziewam, więc nie musisz się ze mną cackać ani przepraszać, że przez jakiś czas będziesz mnie traktował na dystans czy nie będziesz miał na coś ochoty. Dla mnie naprawdę liczy się i wystarcza to, że w ogóle chcesz, że mnie nie wyśmiałeś czy nie wybluzgałeś i nie wywaliłeś.
— Przecież ja też cię kocham — odpowiada Olek po chwili, bardzo cicho, i Konrad ma wrażenie, że te słowa sprawiają mówiącemu ból — zresztą wcale się temu nie dziwi, chociaż wrażenie nie jest przyjemne. Zaciska palce na dłoni Olka — nie ma ani czelności, ani tyle tupetu, by odpowiedzieć: „Wiem”, przecież przed paroma minutami jeszcze nie wiedział. — Ale wina jest zawsze po obu stronach... — zaczyna Olek.
— Gówno prawda — przerywa Konrad ze złością. Gdyby to było dawniej, naprawdę by go lekko trzepnął w głowę, pchnął na łóżko, usiadł mu na brzuchu, pochylił się i wywarczał w twarz, żeby Olek przestał być takim rozumiejącym i biorącym na siebie winę dupkiem, bo kiedyś gorzko tego pożałuje — ale ponieważ obecną sytuację można by uznać za paskudne wypełnienie się tej groźby, Konrad ogranicza się tylko do zezłoszczonego prychnięcia oraz uwagi: — Jak mi jeszcze raz zaczniesz wmawiać, że za moje puszczenie się poza mną odpowiedzialność ponosisz i ty, to pójdę do Olki z prośbą o wypionowanie sytuacji i ciebie.
Dopiero po kilku sekundach do Konrada dociera, że Olek się roześmiał; roześmiał się i w tym momencie wróciło w jego twarzy to coś, co zawsze tak ujmowało, ten wesoły, nieco łobuzerski wyraz, lekki błysk oczu, coś ciepłego i życzliwego w uśmiechu.
— Ola z pewnością chętnie by ci w tym pomogła — stwierdza wreszcie Olek, nadal rozbawiony, nieco innym głosem, w którym jest więcej bliskości.
— Z pewnością — odpowiada. — I jak rzadko kiedy, teraz w pełni bym się z nią zgodził.
Siedzą przez chwilę w milczeniu, patrząc na siebie; Konrad rozluźnia uścisk dłoni, ale ich nie odsuwa. Wreszcie Olek wolną ręką przekłada książkę na bok, pod ścianę, i przysuwa się.
— Głuptasie — mówi cicho, bardzo cicho, z tą czułością, za którą Konrad potwornie się stęsknił; obejmuje lekko jego ramiona i opiera podbródek o głowę Konrada, gdy ten też się przysuwa i przytula. To wszystko odbywa się spokojnie, łagodnie, w ciszy, bez żadnych gwałtownych ruchów i zbędnych słów — jakby trochę nieśmiało czy niepewnie. Tak na początek, pierwszy gest ku normalności.
Konrad przymyka oczy. Pod policzkiem czuje materiał koszuli Olka; gdy na moment wstrzymuje oddech, słyszy bicie jego serca; a wciągając znów powietrze, czuje zapach wody kolońskiej Olka, zapach, który przecież tak dobrze zna, zapach, który wynosił na sobie po każdej wspólnej nocy. I jeszcze czuje dłoń na swoim prawym ramieniu, palce przesuwające się chwilami lekko w takiej niewinnej pieszczocie, która niczego nie sugeruje i nie stanowi wyjścia poza ten początek od nowa.
I jest dobrze. No, jeszcze nie tak dobrze, jak Konrad ma nadzieję, że będzie — ale jest dobrze, jak na razie to nawet bardzo dobrze, a gdy Olek jeszcze kładzie lewą rękę na jego głowie, Konrad uznaje, że jest wręcz wspaniale. Nie zasłużył — wie o tym dobrze i wie, że Olka całkowicie by się z nim zgodziła — ale zasłuży. Cholera, nie jest debilem, w każdym razie nie aż takim, nie powtórzy drugi raz tego samego kretyńskiego kroku.
Jest dobrze. Olek jest tak blisko, jak już nigdy miał nie być — więc jest dobrze. Mają chęć, mają czas, mają szansę — jeszcze będzie dobrze.
I dlatego Konrad wreszcie oddycha głęboko, z ulgą, rozluźnia się — dopiero teraz czuje, jaki był dotąd spięty — i przytula trochę mocniej. Dłonie Olka zapewniają, że można. I że jest dobrze.

***

Jest wczesne popołudnie, ciepły koniec kwietnia, w mieszkaniu tylko oni dwaj, bo Olka postanowiła zostać do wieczora w czytelni, jak wyjaśnił Olek, gdy Konrad zdejmował w przedpokoju buty. Więc są tylko we dwóch, tylko oni, zupełnie sami, siedzą naprzeciwko siebie w pokoju Olka, na podłodze, oddzieleni kilkoma rozłożonymi książkami, jednym małym notatnikiem i trzema dużymi zeszytami w miękkich okładkach. Takiego rozdzielenia, takiej granicy Konrad się nie boi — już się nie boi, bo w końcu minął miesiąc i przedmiot położony między nimi nie wydaje się teraz znakiem „Bardziej się nie zbliżaj”. Niektóre rzeczy, gesty i spojrzenia straciły swój groźny wymiar, powoli wracają do normalności.
Do normalności, powtarza Konrad w myślach i czuje smak tego zwrotu, gdy wyciąga rękę, by przesunąć palcami po pochylonej nad słownikiem głowie Olka. Olek unosi wzrok, uśmiecha się i wraca znów do szukania jakiegoś nieregularnego czasownika łacińskiego. A może przysłowia. A może czegoś tam innego, Konrad nie wie, nie rozróżnia, nie kojarzy, bo miał szczęście zapomnieć niemal całą łacinę zaraz po egzaminie na pierwszym roku i wcale nie pragnie tego zmienić.
Wykładzina w pokoju Olka jest jasnoszara, jednolita, niezbyt przyjemna w dotyku — ale kochali się na niej tyle razy, że wydaje się wręcz swojskim punktem, drugim czy trzecim po łóżku miejscem, w którym tak często byli ze sobą tak blisko. Olek dalej wertuje słownik, w poszukiwaniu kolejnego słowa, tamto już znalazł i założył odpowiednią stronę kawałkiem papieru oderwanego z ostatniej kartki jednego z zeszytów. Wertuje, czyta, odrywa pasek na zakładkę i zaznacza, i tak jeszcze parę razy, a Konrad siedzi naprzeciwko niego, na to wyciągnięcie ręki, po turecku, tak samo jak Olek, i zamiast w podręcznik do gramatyki kontrastywnej, z którego powinien wkuwać stopnie kongruencji i ekwiwalencji, wpatruje się w Olka. Wpatruje się, przewierca go spojrzeniem, pożera wzrokiem.
Bo, cholera, ma cholerną ochotę na seks.
Gdyby to była tamta, dawna normalność, bezceremonialnie wyjąłby mu słownik z ręki, pchnął na podłogę lub przyciągnął do siebie, ograniczając się do krótkiego: „Gdzie masz prezerwatywy?”, może co najwyżej z dodatkiem: „Robimy przerwę”. Gdyby to była tamta, dawna normalność, Olek pewnie już dużo wcześniej sam by odłożył książkę i dobrał się do Konrada. Gdyby to była tamta, dawna normalność...
Ale to jest ta nowa normalność, normalność, która jest jeszcze niepełna i niepewna, mimo wszystko niepewna, nadal podszyta pewnym obchodzeniem się dookoła i ostrożnym manewrowaniem przy niektórych tematach, gestach, słowach. To jest ta nowa normalność, w której są już znacznie bliżej siebie, ale nie do końca — i o seksie nie tylko nie ma mowy, ale wręcz nie ma myśli, przynajmniej ze strony Olka, przynajmniej on nie daje żadnego sygnału, że by chciał. To jest ta nowa normalność, która ma plusy będące zarazem minusami: i tak Konrad na nowo, zupełnie od podstaw, po raz pierwszy od dawna w pełni odczuwa i docenia ten prosty, zwyczajny gest, jaki może już z pełnym spokojem i bez obaw wykonać — to wyciągnięcie ręki, to przesunięcie dłonią po głowie, to przeczesanie palcami włosów — a jednocześnie przy tym geście jeszcze wyraźniej docierają do niego trwające nadal ograniczenia, świadomość, że poza ten gest oraz kilka podobnych wyjść nie może, męcząca jasność granic, które nadal istnieją. Może go pogładzić po głowie, ale nie może zobaczyć tej głowy pochylającej się nad własnymi udami. Może położyć mu rękę na policzku, ale nie może zsunąć tej ręki do zamka dżinsów. Może przeczesać mu palcami włosy, ale nie może tych palców zacisnąć na jego karku i ramionach, zachęcając w ten sposób do przyspieszenia ruchów bioder.
Może przed nim siedzieć i na niego patrzeć, ale nie może się z nim kochać, choć ma na to taką ochotę, że mógłby zjeść albo wykuć na blachę to przeklęte „An introductory Polish-English contrastive grammar”, byleby tylko ta ochota mogła się zrealizować.
W końcu się decyduje; odkłada podręcznik na bok, zbliża się cicho na czworaka przez stos makulatury i znienacka, gdy tamten siedzi zatopiony w swoich notatkach — całuje mocno. Zanim Olek zdąży się odsunąć, Konrad kładzie rękę na jego karku i przyciąga, przytrzymuje, całując z pasją — po czym unosi się nieco i drugą ręką zaczyna rozpinać mu koszulę.
I w tym momencie wszystko się rozwala, a „ta nowa normalność” zostaje zagoniona do kąta, bo Olek jednak trochę się odsuwa i mówi, co prawda spokojnie i bez pretensji, bez goryczy, kpiny czy urazy, ale jednak mówi, i jest w tym jakiś zawoalowany smutek:
— Nie gniewaj się, nie mam ochoty.
„Nie mam ochoty” — to mówi facet, którego temperament w łóżku jest taki, że Konrad zwykle się nie wysypia, a czasem i za bardzo wysiedzieć następnego dnia na zajęciach nie może, facet, dla którego dwa albo trzy razy w ciągu jednej nocy nie stanowią problemu, facet, który z reguły pierwszy zaczyna się dobierać do Konrada, nim ten jeszcze dobrze nie wejdzie do mieszkania czy pokoju. To mówi facet, który weekend spędzony w domu odbija sobie w poniedziałek z taką siłą, że Konrad we wtorek najchętniej w ogóle by nie wstawał. To mówi facet, który „nie ma ochoty” jedynie wtedy, gdy jest chory, zły albo ma naprawdę paskudny humor.
Ale teraz Olek nie jest chory.
No właśnie.
„Nie gniewaj się” — nie gniewaj się, nie gniewaj się, nie gniewaj się, powtarza Konrad w myślach, dobre sobie, „nie gniewaj się, że nie mam ochoty na seks z kimś, kto mnie zdradził, czyli z tobą, ale ty się nie gniewaj”, jakie to chore odwrócenie sytuacji. Nie, nie chore, Olkowe właśnie. Nie, nie Olkowe, zwyczajne — bo i co innego miał powiedzieć? To „nie gniewaj się” stanowi przecież właściwie tylko złagodzenie drugiej części zdania, owego „nie mam ochoty”, które samo w sobie mogło się wydać Olkowi za ostre, za brutalne, za bolesne.
Cały Olek. Nie no, Konrad wiedział, że tak będzie, że ten klasyczny, łacińsko-grecki baran będzie do swojej jak najbardziej pełnoprawnej niechęci, złości czy żalu dołączał jakąś formę przeprosin, i to nie takie banalne, prostackie, łatwe do obalenia „przepraszam”, tylko subtelniejszą wersję, której wręcz niezręcznie zaprzeczyć.
— Nie no, coś ty — odpowiada Konrad krótko, uśmiechając się blado, i wraca na swoje miejsce, a stos notatek, książek, dwa kubki z niedopitą herbatą oraz talerz z jeszcze kilkoma niezjedzonymi kanapkami z serem i sałatą wydają mu się teraz potężną, nieprzebytą zaporą, murem, który został wzniesiony przeciwko niemu i którego próba sforsowania właśnie poniosła klęskę na całej linii. W ramach zemsty na losie i na tej cholernej barierze bierze z talerza jedną z kanapek, wgryza się w nią mściwie, gdyby mógł, ugryzłby samego siebie sprzed kilku tygodni, ugryzłby swoją cholerną głupotę i ugryzłby Olka — o cholera, jak on by go ugryzł, i gdzie... — odsuwa od siebie szybko te marzenia — i miażdżąc zębami chleb, ser i sałatę, miażdży w wyobraźni tę fortecę z przedmiotów. — Pij herbatę, bo ci wystygnie — dorzuca po chwili, po czym oddaje się ponownie miażdżeniu sytuacji.
Gdy Olek sięga po swój kubek, ten z nową wersją skrótu LPR, co za perfidna ironia losu, Konrad przeżuwa jednocześnie kanapkę, złość — na siebie, nie na niego, naprawdę nie jest głupi i wcale się Olkowi nie dziwi — oraz ponurą myśl, która właśnie się pojawiła: ochota na seks nie da mu dziś spokoju i zasponsoruje zimny prysznic. Cholera.
W innej — w tamtej, dawnej normalności — rozwiązanie byłoby proste i oczywiste, przecież ma własną rękę — ale znów: to nie jest tamta, dawna normalność, to jest ta nowa normalność i pewne rzeczy po prostu nie wchodzą w rachubę. Masturbacja na przykład nie wchodzi w rachubę, bo to jest coś, co Olek odbiera jako swoistą nielojalność w związku, a chociaż czego oczy nie widzą i tak dalej, to jednak Konrad nie ma ochoty wprowadzać w ledwo zaczętą nową normalność swojej nielojalności. Wie, czuje, podejrzewa, że głupio by się jutro czuł, siedząc przed Olkiem ze wspomnieniem własnych rąk rozładowujących napięcie — i po prostu tego nie chce, nie chce nawet sprawdzać, czy na pewno by się głupio czuł. Możliwe, że to by umknęło, a może zepchnąłby to gdzieś na bok, a może w ogóle okazałoby się nie mieć znaczenia, ale nie wie tego i nie zamierza się dowiadywać.
To brzmi śmiesznie, ale niech to będzie forma poświęcenia czy może kary, myśli, wpatrując się w nieapetyczne resztki wystygłej herbaty na dnie swego kubka. Poświęcenia, kary, ofiary czy czego tam, jak się było tak głupim, żeby dać się zerżnąć na boku jakiemuś debilowi, chociaż się miało Olka, to sobie teraz posiedzę pod tym zimnym prysznicem, kurwa.
Po części spodziewał się przecież, że tak będzie przez dłuższy czas — że Olek długo nie będzie miał ochoty na seks. Bo Olek wiąże seks tak mocno z miłością — jak jakaś baba, jak stwierdził kiedyś Konrad, tylko na swoje nieszczęście stwierdził to przy Olce, która go równo zjechała za seksistowsko-stereotypowo-debilne gadanie — wiąże tak mocno, że zdrada rozwala mu wszystko, nie tylko poziom zaufania czy czułości, ale też samego seksu i podniecenia. Konrad stworzył raz teorię, wedle której Olek ma w głowie czy gdzieś tam połączone ze sobą dwa kraniki, miłości i podniecenia właśnie, i jak mu się zapcha zawór jednego, to i drugi kranik nawala; teoria ta była bardzo rozbudowana i pełna jakichś technicznych szczegółów, pewnie w większości bzdurnych, bo całość została stworzona po wspólnie wypitej butelce wina i po ostrej nocy, poprzedzonej jeszcze dyskusją w większym gronie o relacji miłości i seksu, więc Konrad gadał po części już siłą rozpędu, a po części dlatego, że było mu szalenie dobrze i chciał to jakoś wyrazić, a kraniki były jedynym, co mu wówczas zostało w głowie. Olek tylko wtedy pomrukiwał z rozbawieniem, a potem zasnął, obejmując kochanka tak mocno, że ten nie miał nawet szansy inaczej się ułożyć.
A teraz najwyraźniej teoria z kranikami się sprawdza, myśli Konrad ponuro, bo kranik z kurkiem „miłość” zatamowała zdrada, więc kranik z kurkiem „podniecenie” też się nie daje odkręcić. Głupia ta teoria cholernie, ale w wyjątkowo perfidny sposób zdaje się pasować do sytuacji.
W sumie Konrad nie czuje pretensji — nie czuje przede wszystkim prawa do odczuwania pretensji — ale za to czuje żal. Mimo wszystko Olek mógłby się postarać zrobić jakiś ruch zbliżający ich jeszcze bardziej. Z drugiej strony, w ciągu ostatniego miesiąca zrobił ich raczej sporo, nie można oczekiwać, że tak od ręki zapomni o całej sprawie, o całym swoim żalu i rzuci się na Konrada jak dawniej. Ale Konrad ma jednak żal — o to marnowanie wolnego w sumie — przecież książki mogą poczekać — popołudnia, gdy mają pewność, że są w mieszkaniu sami, o tę ochotę, którą musi w sobie zdusić, o tę tęsknotę za ciałem Olka, którą musi odsunąć na bok. Ma żal, sam już nie wie, czy do siebie, czy do Olka, czy do nich obu, czy tak ogólnie, do całego świata, który właśnie teraz dowodzi, że jest do dupy. W każdym razie ma żal, ale stara się nad nim panować i nie dopuścić go do swojego głosu, gdy pyta spokojnie, sięgając po kubek Olka:
— Chcesz jeszcze herbatę?
Olek chce; w jego tonie jest coś z tej czułości i bliskości, które Konrad chciałby odnaleźć w jego ciele, w spojrzeniu wdzięczność — ciekawe, czy za propozycję zrobienia kolejnej herbaty, czy za „brak gniewu”, czy za to i za to — a w uśmiechu coś swojskiego, więc Konrad odpowiada uśmiechem, ma tylko nadzieję, że nie kwaśnym, i mówi, że nie ma za co, po czym wychodzi z dwoma kubkami.
Jeszcze w progu pokoju zerka przez ramię na Olka, który znów czyta notatki. Wygląda tak spokojnie, tak normalnie i tak codziennie, że Konrad przygląda mu się przez dłuższą chwilę — po czym idzie do kuchni, po drodze myśląc, że przecież mimo wszystko jest dobrze, o wiele lepiej niż miesiąc temu, a za jakiś czas będzie jeszcze lepiej.
I gdy kilka minut później zalewa wrzątkiem dwie herbaty, ma znacznie lepszy humor.

***

Koniec maja w Poznaniu jest gorący, parny i duszny; największe szczęście to skąpe ubranie, cień, zimny napój i możliwość niewychodzenia na miasto.
Z siedzącej w pokoju Olki trójki na miasto wyszedł dziś tylko Konrad — przyjechał z domu do nich na stancję. Wolny piątek został poświęcony ostremu kuciu do sesji — a w wykonaniu lubującego się w zerówkach duetu Olka&Olek ostre kucie do sesji jest naprawdę ostrym kuciem do sesji, bo Olka warczy i bierze za pysk, gdy Olkowi i Konradowi się nie chce, a Olek warczy i bierze za pysk, gdy Olce i Konradowi się nie chce. Tylko Konrad nie warczy i nie bierze za pysk — to jemu z reguły najbardziej się nie chce, więc to on najprędzej i najczęściej jęczy o przerwę. Ale tamci nie mają serca, są zaprogramowanymi na pochłanianie materiału filologiami klasycznymi, których repertuar w czasie wkuwania ogranicza się do: „Nie marudź, jeszcze pięć zagadnień”.
Leżąc na brzuchu na podłodze — wykładzina w pokoju Olki jest ciemnoszara i trochę miększa niż u Olka — Konrad zerka na wiszący nad biurkiem zegar w kształcie kota. Trzydzieści osiem po siódmej. Naprawdę kuli przez dziewięć i pół godziny, z przerwami na zjedzenie czegoś, wypicie, toaletę i chwilowe pogapienie się w sufit?
Opiera podbródek na rękach i spogląda na Olkę, ubraną w sukienkę ze sporym dekoltem, jasnozieloną w ciemnozielone kwiaty, trochę spraną, sięgającą przed kolana i na cienkich ramiączkach — Olka pewnie najchętniej owinęłaby się tylko morką płachtą i Konrad wcale się temu nie dziwi; na Olkę, która siedzi przy swoim łóżku, oparta o nie plecami, z nogami wyciągniętymi przed siebie, tylko lekko ugiętymi, i leniwie chłodzi się sporym, żółto-zielonym wachlarzem; na Olkę, szczupłą, z dwoma małymi pieprzykami na lewym ramieniu i z małym, czerwonym śladem na prawym kolanie, z odchyloną głową, z bardzo jasnymi włosami zaplecionymi w kilkanaście warkoczy sięgających do pasa, z miną wyrażającą znękanie — ale nie zakuwaniem, tylko pogodą. Bo Olka jest niezniszczalnym buldożerem i wysysa te biedne informacje z niewinnych książek niczym wampir. I ma pretensje, gdy człowiek w środku wkuwania kładzie się na podłodze z głośnym, bolesnym i jak najbardziej pełnoprawnym jękiem: „Ja już nie mogę, pieprzmy to!”.
Po chwili Konrad przenosi wzrok na Olka, siedzącego naprzeciwko nich i opierającego się o grubą nogę biurka; na Olka, który ma na sobie tylko cienką koszulę z krótkim rękawem, z trzema górnymi guzikami rozpiętymi, oraz szorty do kolan — przy tej beżowej koszuli i jasnoniebieskich spodniach śniady odcień skóry odcina się wyraźnie i wyjątkowo przyjemnie; na Olka, szczupłego, barczystego, umięśnionego, bardziej jeszcze chłopaka niż mężczyznę, ale już z jakimś męskim, pociągającym zarysem czegoś, czego Konrad nie umie zdefiniować, w całym sobie. Konrad patrzy na Olka, na jego ciemną czuprynę, mocny, wyrazisty rysunek ust, nosa i linii szczęki, na jego duże, silne dłonie, na doskonale rysujące się pod koszulą mięśnie, na napięcie bicepsa, gdy Olek chwyta Olkę lewą ręką za kostkę i ciągnie do siebie, tak że Olka osuwa się na podłogę, zaśmiewając się jak szalona i na oślep kopiąc przyjaciela drugą stopą.
Konrad nie wie, z czego się śmieją, nie docierają do niego od dłuższej chwili ich słowa — ale to nieważne, ważne jest patrzenie na Olka i przypominanie sobie jego ciała przez skrywający je materiał. Ważne jest bycie tu z nim — a nawet z nimi, bo Olka, wbrew przewidywaniom Konrada, na sugestię, że chyba znów pouczą się razem, powiedziała tylko Olkowi: „Jasne, ty zdecyduj, co Konrad ma przynieść do żarcia”. Żadnych uwag, żadnych złośliwości, żadnej niechęci — a przecież on wie, że ona od dość dawna go nie lubi, a od tej zdrady wręcz nie cierpi. Ale nie robi żadnych aluzji, nie komentuje, nie okazuje antypatii — i Konrad jest jej za to wdzięczny, ogromnie wdzięczny, bo ma wrażenie, że przy takim podejściu Olki sam Olek jest nastawiony do tego ich „od nowa” lepiej. I jedyne ostrzejsze słowa, jakie Konrad dziś od niej usłyszał, związane były z jego marudzeniem podczas kucia; były to słowa typowe i powtarzające się zawsze w czasie wspólnej nauki, słowa, dzięki którym, szczerze mówiąc, poczuł się na powrót zaakceptowany i znów na swoim miejscu.
Olka ponownie siada przy łóżku, odkłada wachlarz na bok i przeciąga się, wyciągając ręce nad głowę, po czym gwałtownie je opuszcza i mówi zdecydowanie:
— Skoro koniec kucia na dziś, to bierz prysznic, bo ja potem zamierzam wziąć długą, chłodną kąpiel w mojej lawendowej soli i będę siedzieć w łazience naprawdę długo.
— Zawsze siedzisz długo — odpowiada Olek z rozbawieniem, wstaje i rozmasowuje sobie lewą łydkę; od siedzenia po turecku przez parę godzin najwyraźniej zdrętwiały mu nogi. Konrad przesuwa po nich wzrokiem, bo Olek ma ładne nogi, smukłe, mocne — i ładne palce u stóp; Konrad ma wrażenie, że to może brzmieć śmiesznie, więc nie mówi tego głośno, ale po prostu lubi jego stopy, chociaż woli ręce — ręce, które pamięta doskonale na własnym ciele, przecież to wcale nie było tak dawno.
Też się podnosi; jego koszulka w romby o psychodelicznych kolorach, cienka i przewiewna, jest niemal cała mokra, zresztą tamci również są zgrzani, bo mimo otwartego okna i wiatraka na podłodze, w pokoju było cały dzień gorąco, dopiero po szóstej zrobiło się trochę lepiej, czyli chłodniej. Przeklinając się — po raz setny od wyjścia z domu — za pomysł założenia dżinsów, które może i sięgają do połowy łydki, ale są koszmarnie męczące, podchodzi do drzwi. Olek jeszcze ustala z Olką materiał na jutro — oni są naprawdę nienormalni, do sesji się uczą, a nie kują, i jeszcze lubią egzaminy, są porąbani i Konrad czasami się ich boi — a potem obiecuje szybko się uwinąć w łazience, bo Olka już śni na jawie o swoich solach. Po chwili wychodzą — obaj na boso, tak samo jak Olka, której pomalowane na wściekłą zieleń paznokcie u stóp błyszczą na pożegnanie, gdy Konrad zamyka drzwi jej pokoju.
Kilka minut później Konrad kręci się na obrotowym fotelu. Olek przed pójściem do łazienki poprosił, żeby poczekał — na co Konrad zgodził się chętnie, bo nigdzie nie chce mu się ruszać; inna sprawa, że poczekać tylko po to, by zobaczyć, jak własny chłopak, z którym nie można iść do łóżka, wychodzi z łazienki, nie jest szczególnie wesołą perspektywą, ale niech będzie. Okręca się ponownie, szybko, kilka razy, aż zaczyna mu się kręcić w głowie, i stara się nie myśleć o dawnych wspólnych prysznicach.
Olek wkrótce wraca do pokoju; w czarnych bokserkach i czarnej koszulce bez rękawów, z tą swoją karnacją — i lekko już opalony, temu to nigdy prażące słońce nie szkodzi — wygląda tak, że Konrad najchętniej by z miejsca wyskoczył z własnego ubrania. Zamiast tego jednak tylko przestaje się kręcić, wstaje i siada przy Olku na łóżku; wyjmuje mu z rąk niebieski ręcznik i zaczyna wycierać jego mokrą czuprynę, znacznie dłużej i dokładniej, niż to rzeczywiście potrzebne. To taka namiastka pełnej bliskości, jak opieranie się o ramię Olka podczas kucia, jak przesuwanie palcami po jego policzku, jak przytulanie go na powitanie i pożegnanie.
— Olka już wskoczyła do wanny? — pyta, kończąc wreszcie wycieranie, a usłyszawszy: „Nie”, mówi: — Mogę też wziąć szybko prysznic, zanim wyjdę? Zwariuję, jak taki ugotowany będę musiał wracać do domu.
— Jasne — odpowiada Olek z uśmiechem. — Dam ci ręczniki.
„Dam ci ręczniki”, bo po tamtej rozmowie w połowie marca, rozmowie, która była zerwaniem, Konrad zabrał z ich stancji wszystkie swoje rzeczy, a choć wkrótce zaczęło się odbudowywanie, nie miał jeszcze po co przynosić z powrotem pewnych przedmiotów, jak choćby własnej piżamy, własnej szczoteczki do zębów — czy własnych ręczników. I jakoś na razie Olkowi nie wydaje się ich brakować.
Z tymi otrzymanymi ręcznikami Konrad idzie do łazienki — i po chwili staje pod wspaniałym, niesamowitym, cudownym strumieniem chłodnej wody. Czuje, jak całe ciało się rozluźnia, odpręża i rozleniwia pod tą mrożącą strugą, jak mięśnie odżywają dzięki ślizgającym się po skórze lodowatym kroplom, jak przegrzany organizm nabiera sił wskutek tego zimnego prysznica. Wreszcie zakręca kran — niezbyt chętnie, tak jak niezbyt chętnie wyciera się ręcznikami, o wiele przyjemniej byłoby jeszcze się pomoczyć, ale Olka czeka pewnie niecierpliwie na wymarzoną kąpiel, a Konrad woli jej na razie nie podpadać.
Zamiast swoich przepoconych ubrań, rozwieszonych teraz w pokoju na kaloryferze —  wyłączonym, na szczęście — zakłada tylko bieliznę i pożyczoną od Olka koszulę jego piżamy, która sięga Konradowi przed kolano. Dwanaście centymetrów różnicy wzrostu, nie wspominając o budowie, robi swoje.
Po zastukaniu do Olki i powiedzeniu przez lekko uchylone drzwi, że łazienka już wolna, Konrad wchodzi do pokoju Olka, energicznie wycierając głowę żółtym ręcznikiem; to nie tyle potrzeba, ile chęć zajęcia się czymś, by nie wgapiać się w tamtego zbyt natarczywie — i, no tak, i by pokryć pewne zakłopotanie tą sytuacją, bo jest ona tak cholernie nieokreślona, że to aż męczy.
— Włosy mi niedługo wyschną — mówi, stając przed kaloryferem. — Ciuchy też. Zwariowałbym teraz z suszarką — dodaje; słuchać zamykanie drzwi od pokoju Olki, a potem drzwi łazienki i pewnie zaraz zacznie się ta wielka, zimna kąpiel z solą. Konrad ma nadzieję, że wytarł podłogę porządnie, bo mimo zasuwanych drzwiczek z kabiny prysznicowej trochę się wylewa i dochodzi do wanny, a Olka nienawidzi mokrej posadzki. — Posiedzę chwilę, pójdę, jak wszystko doschnie, dobra? — Spogląda przez ramię na Olka, który siedzi nadal na łóżku, z trochę dziwną miną, jakby coś rozważał czy na coś się decydował; ich spojrzenia się krzyżują i Olek wreszcie wstaje, podchodzi powoli, patrząc teraz jednak nie w oczy Konrada, a na jego czoło czy policzek — po czym staje za nim, obejmuje w pasie, pochyla się, tak że podbródkiem dotyka jego ramienia — i mówi, wreszcie mówi te słowa, na które trzeba było tyle czekać:
— Nie... zostań.
I jakby miał wrażenie, że nie powiedział tego wyraźnie — albo jakby nie poczuł jeszcze w pełni smaku tego słowa — powtarza owo „zostań”, obejmując Konrada mocniej — a potem odsuwa się powoli, wysuwa dłoń z zaciskających się na niej palców i dodaje, że przyniesie z kuchni coś zimnego do picia. Gdy wychodzi, Konrad rzuca się do swojej komórki, którą przed prysznicem wyjął wraz z kilkoma dokumentami z tylnej kieszeni spodni i położył na biurku. Pisze SMS do matki — kucie się przedłużyło, wszyscy są przegrzani, a poza tym zrobili sobie dłuższą przerwę, a teraz planują nocny maraton dokuwania i jutro dalszy ciąg, więc zostanie na noc, zjadł, pożyczą mu piżamę, wszystko OK, na razie wycisza telefon i dobranoc, a na sesję będzie obryty jak encyklopedia. Wysyła wiadomość i wyłącza dźwięk w komórce; w zasadzie wszystko, co napisał, jest prawdą, tylko trochę przegrupował fakty i co nieco przemilczał, więc ma czyste sumienie.
Gdy Olek wraca z dwiema szklankami soku z lodem, Konrad czeka na łóżku — i w sumie jest zadowolony z tego napoju, bo mogą przez chwilę posiedzieć tak obok siebie bez słowa, bez wyczekiwania, po prostu pijąc i przyzwyczajając się do nowej starej sytuacji. Sok jest zresztą smaczny, cytrynowy, zimny, z trzema kostkami lodu pobrzękującymi wesoło o szkło, i wszystko jest takie swojskie, naturalne i na miejscu, oni dwaj na tym łóżku z niebieską pościelą w żółte liście, w tym niedużym, kwadratowym pokoju o jasnoniebieskich ścianach, z dużym oknem po prawej stronie i z wiszącym pod parapetem wiśniowym kaloryferem, z jasnoszarą wykładziną, z dwoma regałami w brązowej okleinie, zapchanymi książkami od góry do dołu, ze stosami książek, notatek i kser na podłodze, na biurku i wokół dużej szafy, z której ta brązowa okleina trochę schodzi. Wszystko jest takie przyjazne, gdy ze stojącej pod biurkiem wieży — a raczej z dwóch głośników, jednego na szafie, a drugiego na wyższym regale — słychać spokojniejsze partie Bee Geesów, z pokoju Olki zresztą też dobiega muzyka, chyba Queen, Olka nigdy nie wyłącza swojego odtwarzacza, gdy jest w domu, nawet jeśli siedzi, jak teraz, w łazience, zupełnie jakby potrzebowała świadomości, że coś u niej gra albo jakby chciała wracać prosto w te znane dźwięki.
Wszystko jest takie — takie normalne, Konrad stęsknił się za tą normalnością.
Wszystko jest takie nareszcie pełne, gdy Olek odbiera mu pustą szklankę, wraz ze swoją odstawia na bok, na wąski pasek podłogi między bokiem łóżka a szafą — i wreszcie, nareszcie, w końcu przysuwa się bliżej, jedną ręką obejmuje jego ramiona, drugą wsuwa we włosy — i całuje. W pierwszym momencie lekko, jakby trochę niepewnie — ale już po chwili pocałunek staje się mocny, namiętny, tak silny, że Konrad zaciska palce na przegubie oraz łokciu Olka i odsuwa się na kilka sekund, by zaczerpnąć powietrza, zanim wróci w ten pocałunek, w ten smak, w tę bliskość.
Ale naprawdę Konrad zaczyna czuć, że to się rzeczywiście dzieje, gdy Olek lekko popycha go na łóżko, całując dalej, gdy przesuwa palcami po jego udzie, biodrze i boku, wsuwając dłoń pod własną koszulę od piżamy — i gdy drugą ręką gładzi jego szyję, trochę łaskocząc, trochę drażniąc, a chwilami delikatnie drapiąc paznokciami, w przyjemny i pobudzający sposób, wrażliwe miejsce za uchem.
Konrad zaciska na moment dłonie na nagich ramionach Olka, po czym zsuwa je z klatki piersiowej na brzuch, niecierpliwym gestem wsuwa pod koszulkę — tyle już się naczekał, tyle już go materiał dzielił od ciała Olka, wystarczy, wystarczy — i wreszcie może dotknąć palcami jego mięśni, świetnie wyćwiczonych codzienną gimnastyką, może poczuć ciepło tej znanej sobie skóry, może paznokciami prawej ręki przesunąć powoli, niezbyt delikatnie, po jego brzuchu, bo wie doskonale, że Olek to lubi — i może usłyszeć wreszcie jego zadowolony pomruk, dowodzący, że tak, on też się za tym stęsknił.
I w końcu może zadać to pytanie, które stanowi wstęp do całości, a które lepiej zadać na samym początku, bo potem trudno się będzie od siebie oderwać, trudno będzie choć przez kilka sekund skupić uwagę na czym innym niż na ciele swoim i kochanka:
— Gdzie masz prezerwatywy?
I przez krótką chwilę Konrada nachodzi przerażająca wizja: Olek odpowiada, że nie ma. Po zerwaniu wyrzucił, chociaż teoretycznie nie ma powodu, by wyrzucał, ale to jest Olek i nie byłoby wcale takie dziwne, gdyby wyrzucił, w każdym razie nie ma ich i perspektywę wspaniałej nocy jasny szlag trafia, słowo honoru, jak nie ma, to Konrad z miejsca idzie szukać całodobowej apteki...
— Moment — odmrukuje Olek, przerywając te czarne myśli; wstaje, zabierając całe ciepło, zapach i fizyczność, podchodzi do małej szafki nocnej, która znajduje się za głową łóżka, szpera przez chwilę w szufladzie, po czym wyjmuje paczkę. Konrad ją poznaje — to ta ostatnia, którą sam kupił przed całą historią, nieskończona; ta sama, upewnia się o tym po zdrapanym z części opakowania obrazku, zdrapanym przez niego, z powodu, którego już nie pamięta. To ta sama paczka — i fakt, że to ta sama, wydaje się jakimś przypieczętowaniem normalności, powrotu, „od nowa”. Ta sama, czekała, aż znów będzie im potrzebna.
Paczka ląduje na poduszce, a Olek znów jest tak blisko, tak mocno, tak rzeczywiście — z jedną dłonią na karku Konrada, a drugą na jego biodrze, jest od nowa.
Konrad wreszcie trochę go odpycha i szybkim ruchem ściąga z siebie koszulę od piżamy, po czym przyciąga Olka z powrotem i równie niecierpliwie zszarpuje jego koszulkę. Dopiero teraz może sobie pozwolić na spokojniejsze gesty — na przypominanie dłoniom, ustom i oczom jego skóry, jego mięśni, jego ciała, które wreszcie znów się ma dla siebie.
Górne światło w pokoju jest zapalone — jak zwykle, bo zawsze lubili się widzieć, bo co najmniej połowa przyjemności to obserwowanie reakcji drugiego ciała, bo Olek jest za atrakcyjny, by go sobie za każdym razem dokładnie nie obejrzeć. I teraz, gdy leży już na łóżku, na plecach, w samych bokserkach, tak jak siedzący mu na biodrach Konrad — bo przedłużanie pewnych rzeczy i jakaś minimalna granica bliskości też działają podniecająco — teraz, gdy jest już tak zdecydowanie odzyskany, można na krótki czas zwolnić, na chwilę się zatrzymać, przez moment poświęcić więcej uwagi jakiemuś drobiazgowi. I Konrad robi to, gdy z rozbawieniem i sympatią przygląda się kolorystycznemu kontrastowi jaśniejszej oraz ciemniejszej skóry, jaką tworzą jego dłonie przesuwające się po klatce piersiowej Olka. Dopiero po kilku czy kilkunastu sekundach pochyla się, by znów poczuć smak drugiego ciała.
Ręce Olka zaciskają się na jego ramionach mocno, zdecydowanie — Olek zawsze miał żelazny uścisk, ma żelazny uścisk — i przyciągają — a potem, nim Konrad zdąży się zorientować, Olek szybkim ruchem go przerzuca i po chwili to właśnie Konrad leży na plecach, wgniatany w pościel, z dłońmi unieruchomionymi nad głową — Olek potrafi przytrzymać oba jego przeguby jedną ręką, perfidne, silne bydlę — bydlę, które całuje z taką pasją, że nie można złapać oddechu — bydlę, które wreszcie puszcza przeguby, by zająć się zrywaniem bielizny.
Chwilami pewne rzeczy docierają do Konrada wyraźniej, pojedynczo, nie jako całość, lecz jako poszczególne elementy: dłonie Olka pieszczące jego brzuch i plecy, usta całujące skórę, gorący, przyspieszony oddech, niemal parzący szyję, całe ciało Olka tak blisko własnego, mieszające się ze sobą jęki i pomruki, ciemna czupryna, na której Konrad zaciska palce, gdy wpija się znów w usta swojego chłopaka, te błyszczące, czarne oczy, które Konrad widzi, gdy Olek się nad nim pochyla, napięte mięśnie, które się czuje pod dłońmi, dreszcz, który się wywołuje odpowiednim gestem, jęk, który się prowokuje, przesuwając dłońmi od klatki piersiowej niżej i niżej, podniecone spojrzenie, na które się odpowiada przebiegłym uśmiechem i nagłym zaciśnięciem palców na najwrażliwszym miejscu, i w tym momencie ma się Olka w rękach, choć płaci się za to bólem, jaki sprawia ten żelazny uścisk na ciele i paznokcie wbijające się w prawą łopatkę i lewe biodro, ale warto, dla tego spojrzenia, dla tego jęku, dla tego odzyskania władzy i posiadania warto.
A potem te elementy znów zlewają się w jedną całość i Konrad po prostu czuje Olka, przy sobie, na sobie — i wreszcie w sobie, czuje go całym ciałem, w jego ruchach odnajduje historię ich związku, w pomrukach i jękach — jego, swoich, ich obu — przypomnienie dawnej bliskości, a w szybkim, płytkim oddechu, który wręcz pieści zagłębienie między szyją a ramieniem — zapewnienie pełnego powrotu do normalności. I dopiero chwilę później, dużo, dużo później, dopiero w kolejnej odsłonie świadomości odrębnego istnienia dwóch ciał Konrad uzmysławia sobie, że Olek jak zawsze po swojemu go przygniata, nakrywa samym sobą, obejmuje mocno i wtula się w niego — zupełnie jak rozkochany nastolatek, tak to kiedyś skomentował Konrad, ale tylko w myślach, bo znał już Olka na tyle, by wiedzieć, że pewne uwagi, teoretycznie zabawne, mogą go urazić, że kwestię miłości — i wierności, do ciężkiej cholery, teraz już Konrad będzie miał to wyryte w pamięci aż po kość ogonową — że kwestię miłości Olek traktuje niezwykle poważnie i jeśli się ma na końcu języka uwagę w rodzaju: „Kleisz się do mnie jak rozkochany i przeleciany na pierwszej randce nastoletni prawiczek”, to lepiej się w ten język ugryźć i tę uwagę połknąć, bo Olek, przy całym swoim dystansie do siebie, olbrzymim poczuciu humoru i zdolności do autoironii — poczuje się urażony.
No bo to Olek, i tyle. I takim go Konrad kocha; nawet jeżeli ostatnio dał dupy, w przenośni i dosłownie, to naprawdę go kocha i wcale nie chce, by Olek był inny, by się teraz tak mocno nie przytulał, by nie całował po szyi — na pewno zostanie jakiś ślad, Konrad czuje, że jego ciału ogromnie już brakowało tych śladów — by nie pomrukiwał z rozbawieniem, kiedy Konrad lekko ciągnie go za włosy.
— Sadysta — stwierdza Olek z szerokim uśmiechem, unosząc głowę.
— Kiepsko udajesz, że ci się to nie podoba — odpowiada Konrad z pewną siebie miną oraz triumfalnym głosem — i przez ułamek sekundy albo przez koszmarnie długą chwilę czuje przerażający ścisk w gardle, bo chyba właśnie nieopatrznie przegiął, bo to stwierdzenie, ta pewna siebie mina i ten pewny siebie ton, ten powrót do dawnych form nastąpił tak odruchowo i bezrefleksyjnie, zupełnie jakby ostatnich dwóch miesięcy wcale nie było, bo przez moment poczuł się za pewny właśnie, zbyt bezpieczny, za bardzo w swoim prawie.
— Kiepsko — zgadza się Olek ze spokojnym uśmiechem, z rozbawioną twarzą, ciepłym tonem; zupełnie jakby nie dotarła do niego potencjalna bezczelność słów Konrada, zupełnie jakby tamto stwierdzenie było jak najbardziej na miejscu, zupełnie jakby między tymi słowami wypowiedzianymi jakieś dwa i pół miesiąca temu i wypowiedzianymi dziś był co najwyżej zwykły, banalny i niewinny dzień przerwy.
Zupełnie jakby przyznawał, przywracał, potwierdzał prawo Konrada do mówienia takich rzeczy, z taką miną, takim głosem. Zupełnie jakby wrócili do normalności.
Kolejnym elementem powrotu do normalności jest kapeć Olka, który, celnie rzucony, trafia w wyłącznik po prawej stronie drzwi i wyłącza górne światło. Bo żadnemu z nich nie chce się z reguły wstawać, a Olek tym kapciem nigdy nie pudłuje.
Gładząc prawą ręką ramię Olka, Konrad wyciąga lewą i przesuwa palcami po jego ustach, po policzku i po szyi, powoli, delikatnie, czule, aż dociera do karku i wsuwa dłoń we włosy, bo ma słabość do tej ciemnej czupryny i jednocześnie wie, że Olek to lubi, już się przecież pochyla, z zadowolonym pomrukiem kładzie głowę na ramieniu Konrada i obejmuje go mocno.
I chociaż, jak na porządny kawał chłopa przystało, jest ciężki i wgniata Konrada w pościel, i nawet jest trochę niewygodnie, to Konrad ani myśli się wiercić, zrzucać go z siebie czy żądać zmiany ułożenia. Nie dziś, nie teraz, nie w tej chwili — za bardzo mu tego brakowało, by miał marudzić. Ta niewygoda i ciężar należą do wytęsknionej, utraconej i odzyskanej normalności, pełni, bliskości, której Konrad nie zamierza już wypuścić z rąk. Olek wgniatający go po seksie w pościel i wylegujący się na nim jak na najlepszej poduszce — to jest właśnie ten Olek, do którego się wróciło, który pozwolił do siebie wrócić.
Włosy Olka pachną pomarańczą — to przez Olkę, bo podczas zakupów to ona wybiera szampony, a Olek jest pod tym względem bardzo potulny i niewybredny, więc co Olka wsadzi do koszyka, tym Olek później umyje głowę — to dzięki Olce, bo ma dobry gust i dobry nos, i wybrany przez nią ostatnio szampon z pomarańczy i czegoś tam jeszcze pachnie naprawdę przyjemnie; Konrad wdycha ten zapach, gdy całuje Olka w skroń, ale czuje też zapach samej skóry swojego chłopaka. Każdy człowiek ma własny zapach, to fakt tak banalny, że aż wstyd go wypowiadać, więc Konrad go nie wypowiada, ale jest go świadom i w odniesieniu do tego faktu uzmysławia sobie wyraźnie zapach skóry Olka; zapach, którego nie umiałby nazwać, określić czy opisać, ale który zna, pamięta, rozpoznaje; zapach, który mu od początku odpowiadał, którego mu ostatnio brakowało i który teraz z taką pewnością, zadowoleniem i ulgą odnajduje przy sobie; zapach, który zdaje się obejmować Konrada, tak jak obejmują go ramiona Olka, mocno, pewnie, po męsku.
I w tych ramionach, i w tym zapachu, i w tym cieple — i w tym rytmie spokojnego oddechu i spokojnych uderzeń serca — tak się dobrze zasypia, że Konrad chciałby jeszcze na moment zatrzymać się na granicy świadomości i zapadania w sen, by się tym nasycić; ale nie jest w stanie, bo powieki stają się coraz cięższe i próba ich uniesienia jest niemal bolesna, więc wreszcie się poddaje; jedna ręka zsuwa się na kark Olka, druga ciężko spoczywa na jego plecach, oczy się zamykają i Konrad przez kilka sekund czuje, że zasypia, wszystko się w nim rozluźnia — i już...

***

Gdy się budzi, w pokoju jest dość jasno, przez kremową roletę przebija się sporo światła. Płyta Bee Geesów, ustawiona na ciągłe odtwarzanie, gra dalej, na szczęście akurat „Lamplight”, bo „Sound Of Love” czy „Never Say Never Again” byłoby doprawdy zbyt kiczowatym początkiem dnia. Olek jeszcze śpi — teraz leży na brzuchu, z poduszką pod policzkiem, zwrócony przodem do Konrada, obejmując go w pasie ręką. Ma spokojny, odprężony, wręcz zadowolony wyraz twarzy, a jego długie, czarne rzęsy wyglądają uroczo. Konrad przesuwa palcami po policzku i szyi swojego chłopaka, kilka razy w tę i z powrotem — aż Olek się budzi, tak jak wcześniej budził się wiele razy pod wpływem tego czułego gestu.
Otwiera oczy, uśmiecha się lekko i trochę unosi na łokciu, jeszcze zaspany — i to też jest takie jak wcześniej, normalne i znane. Mruży oczy, jak zawsze rano, gdy jest bez soczewek — musiał się obudzić w nocy i je zdjąć, to dobrze; mruży oczy w taki zabawny sposób, próbując jak zwykle choć odrobinę wyostrzyć sobie obraz i zza swoich minus siedmiu dioptrii wychwycić kontury, rysy, barwy. Konrad przysuwa się i — nim Olek zdąży cokolwiek powiedzieć — całuje mocno, po czym mruczy mu w usta, do ucha i w szyję te wszystkie słowa, frazy i zdania, które mają sens, treść i smak tylko we dwóch, gdy nikt trzeci tego nie słyszy. Gdyby miał kiedykolwiek napisać powieść z wątkiem miłosnym, przemyka Konradowi przez głowę, nigdy by nie przytaczał miłosnych wyznań swoich bohaterów, bo te rzeczy stają się miałkie, płytkie i banalne, gdy tylko je wyciągnąć z naturalnego środowiska dwóch osób, których ściśle dotyczą.
Odsuwa od siebie tę myśl — może i jest dobra, ale teraz nie ma znaczenia, znaczenie ma jedynie Olek, który odpowiada podobnie, tylko że w jego tonie nie słychać niemal ukrytej nuty przeprosin, jest za to coś kojącego i upewniającego, utwierdzającego uczucie powrotu do normy.
To uczucie powrotu jest zachwycające, kuszące i potrzebne — i dlatego gdy Konrad, po ponownym przytuleniu się do Olka z zadowolonym pomrukiem, wyczuwa w jego ciele chwilowe wahanie, trwające zaledwie sekundę czy dwie — udaje, że go nie dostrzega. Wiedział, że tak będzie, wie, że to się jeszcze powtórzy — to niewypowiedziane, niechciane, wcale nieszukane pytanie w rodzaju „było ci z nim lepiej?” jeszcze między nimi zawiśnie albo raczej pojawi się na moment niczym bariera, ale Konrad jest zdecydowany ją staranować, więc obejmuje Olka znacznie mocniej — i miażdży barierę bliskością dwóch ciał. Dzisiejszą barierę, jutrzejsza przed nim.
Wie, że Olek nie pomyślał o tym specjalnie, że wręcz nie chciał o tym pomyśleć, ale ta myśl czaiła się gdzieś w zakamarkach jego głowy, gotowa zaatakować wtedy, gdy już teoretycznie będzie tak dobrze i normalnie. Wie, że to, niestety, dość zrozumiałe. Wie, że sam się postarał o to, by ta myśl mogła się wślizgnąć między nich.
Poranek po pierwszej wspólnej nocy jest wyjątkowo zagrożony taką napaścią — więc Konrad popycha Olka na plecy, siada mu na biodrach, całuje mocno w usta, po czym zaczyna zsuwać się z pocałunkami od szyi wzdłuż klatki piersiowej i brzucha. Zwiększenie bliskości będzie kopniakiem pożegnalnym dla głupich myśli — więc Konrad wymierza ten kopniak z mściwą satysfakcją, a zaciskające się na jego głowie ręce Olka, jęki wywołane ruchami języka, napięcie mięśni brzucha, który Konrad jeszcze lekko drapie paznokciami — to wszystko stanowi kolejne dowody na udane odparcie ataku.
I gdy Konrad się podnosi, ocierając usta wierzchem dłoni, widzi przed sobą rozbrojone porannym orgazmem ciało chłopaka, którego kocha, który go kocha — i który uśmiecha się do niego, tak ciepło, tak czule, tak szczerze.
Tak normalnie. Tak normalnie, dobrze i wreszcie.
Udało się. To ostatnia myśl na ten temat, jaka przechodzi Konradowi przez głowę, bo niemal w tej samej chwili Olek unosi się, przyciąga go do siebie — i tym razem nie ma między nimi żadnej bariery, jest tylko kawałek kołdry, dopóki nie skopią go na bok.

Powiązania:
Może spodoba Ci się także:

6 komentarzy

  1. Ech, co Ty mi robisz. Ja i historie o gejach, świat jeszcze nie widział, żebym czytała takie rzeczy xD Gdyby nie to, że nie potrafię zostawić czegoś, co już zaczęłam, to chyba bym nie doczytała, wiedząc, że tu same mężczyzny :DDD (przecinek, przecinek, wywaliłabym połowę, których właśnie użyłam, gdybym nie wiedziała, że to Ty będziesz to czytać... chyba je przedawkowałam :D)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, poza facetami są tu też kobiety ;) A co ja Ci robię... no, krzywdy Ci przecież nie robię. Chyba. Przecinki super, wszystkie na miejscu, nic nie wywalaj :D I cieszę się, że czytasz.

      Usuń
  2. Jakie to było szalenie urocze, przeokropnie wręcz. :) Olkiem zainteresowałam się już po pobieżnym przeczytaniu Priamelu, przyciągnął mnie chyba najbardziej. Ola mniej, ale też jest bardzo fajną babką, w ogóle - lubię Twoje kobiety w opowiadaniach. Nie są narzucające się, nie są dziwnie ukryte, nie są tylko dodatkiem. Są, po prostu. Istnieją, koegzystują, żyją.
    To już któryś Twój tekst, który czytam i naszła mnie taka myśl... dlaczego wybierasz tylko warstwę intelektualistów? Myślałaś może już nad zmianą środowiska w opowiadaniach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się :) Właśnie tak najczęściej widzę Olka - uroczego, przeokropnie wręcz uroczego... i ta przeokropność naprawdę bywa przeokropna, ma swoje wady. Do wad jeszcze będę wracać.
      Cieszy mnie też sympatia do damskiej części "Musivum" :) Ciągle pracuję nad tymi dziewczynami, sama zmagam się ciągle z tym dziwnym czymś, przez co niektórym autorkom (i autorom) męskie postacie pisze się "lepiej i łatwiej" niż damskie. W teorii mam to przerobione na wszystkie strony, w praktyce - wciąż to przerabiam.
      Co do intelektualistów - lubię tę warstwę, tę grupę społeczną, to raz. Dwa - mam wobec niej cały czas bardzo mieszane uczucia i ciągle ciągnie mnie do robienia swoistej wiwisekcji tego środowiska, tym bardziej że to jest to środowisko, które ma często największe zapędy do przyczepiania sobie etykietek "wiem, wiedzący, lepiej obeznany, -znawca" etc., ma pewne powody i narzędzia do sięgania po takie etykietki - i przez te etykietki zatraca to, co szczególnie ważne u humanistów. Męczy mnie ta kwestia, co jakiś czas powraca, a jednocześnie uwielbiam uczelniane klimaty. I z nimi też mam potrzebę porachowania się.
      Zmiana środowiska? Nie. Natomiast z pewnością pojawią się - już się pojawiają - osoby z innych środowisk, osoby o innym typie / kierunku wykształcenia. Jasne, humaniści nie obracają się wyłącznie wśród humanistów, intelektualiści to nie tylko humaniści, a zwykła inteligencja i mądrość życiowa nie wymagają dyplomu z kierunku humanistycznego. Choć niektórzy (nie będę wskazywać palcem) lubią tak myśleć ;)

      Usuń
    2. Zapytałam tylko dlatego, bo jestem ciekawa, jakbyś poprowadziła takiego typowego "blokersa". I szczerze mówiąc, chciałabym przeczytać o tego typu bohaterze w Twoich opowiadaniach. :)

      Usuń
    3. Rozumiem :) (żeby nie było, nie odebrałam Twojego pytania jako czegoś negatywnego czy napastliwego). Zastanawiam się, jak taki "blokers" mógłby mi wyjść, ale nie wiem, czy podołałabym takiej postaci. Zobaczymy, przez "Musivum" przewiną się jeszcze różni ludzie, może tacy również :)

      Usuń

Ostrzeżenia / zachęcenia

Teksty zawierają treści przeznaczone dla dorosłych, związane z seksualnością, rozgrzebywaniem psychiki postaci oraz obsesyjną bibliopatią.
Tematyka: psychologia; humanistyka od strony naukowej, uczelnianej i codziennej; płeć i seksualność; LGBT; relacje homoseksualne, biseksualne i heteroseksualne; gender, queer i feminizm; Szczecin; eksperymenty z formą; historia i teoria literatury; bibliopatia i księgozbiory; pisanie; książki istniejące i nieistniejące.

Inspiracje

Z postmodernistycznego punktu widzenia celem nie jest już integracja, synteza i całość. Uwaga skoncentrowana jest na drobinach.
Franklin R. Ankersmit, Historiografia i postmodernizm

Przyjemność to dostęp do wszystkich historii, wyznaczenie sobie – narratorce – takich warunków, które nie czekają na zatwierdzenie. Przyjemność pisania nie ma strażników i nie jest stanem raz na zawsze zdefiniowanym.
Inga Iwasiów, Gender dla średnio zaawansowanych

Pisanie o płci i seksualności to także bogaty projekt poznawczy.
Mieczysław Dąbrowski, Komparatystyka dyskursu. Dyskurs komparatystyki

Myślę, że fragment to forma najlepiej oddająca ową rzeczywistość w ruchu, jaką przeżywamy i jaką sami stanowimy. Bardziej niż zarodek fragment to zabłąkana cząstka określająca się tylko wobec innych części: jest niczym, jeśli nie pozostaje z nimi w pewnej relacji.
Octavio Paz (Ryszard Kapuściński, Lapidaria IV–VI

Relacje z życia nie są uporządkowaną opowieścią od narodzin do śmierci. To raczej przypadkowo zebrane fragmenty.
William S. Burroughs (Ryszard Kapuściński, Lapidaria IV–VI)

Porządek, w jakim wiersz został wydrukowany, nie zawsze odpowiada temu, w jakim był pisany; nie ma to jednak znaczenia, bo każda formuła jest jedną z wielu ewentualnych kombinacji tych układów [...] każda jednostka musi być zdolna do odpowiedniego przyjęcia poprzedniej (którą może być, oczywiście, którakolwiek z pozostałych) oraz do przekazania pałeczki następnej (patrz wyżej).
Julio Cortázar, Poezja kombinatoryczna

Moment istotny polega przecież na formie.
Immanuel Kant, Krytyka władzy sądzenia

Prawa autorskie

Wszystkie zamieszczone na „Musivum” teksty są oryginalną twórczością autorki i jako takie objęte są prawami autorskimi.
Nagłówek Zdjęcia.biz. Obsługiwane przez usługę Blogger.
Blogger template made by manvspixel with Paix Graphic logo