piątek, 22 lutego 2013, 22:58
(Data pierwotnej publikacji: 28 czerwca 2010).






„Najciekawsze jest i tak to, co wymyka się modelowi powagi warsztatowej i precyzyjnej problematyzacji”.
Inga Iwasiów, „Gender dla średnio zaawansowanych”


„Poniedziałek
Budzę się przy przeraźliwym wrzasku budzika i jeszcze bardziej przeraźliwym wrzasku R., która właśnie znalazła w moim pokoju swoje notatki z romansu greckiego. No dobra, zawinęłam jej te notatki wczoraj, gdy oglądała siódmy czy ósmy raz ostatnie odcinki pierwszej serii »Queer as folk«, bez pytania, bo jak ogląda, to armaty by nie usłyszała. Zapomniałam odłożyć an miejsce, ale czy to jest powód, by tak drzeć mordę z samego rana?”

— Czyżbym wyczuwała subtelną aluzję? — prychnęła Danka, opierając się o prawe ramię Olgi, która w ekspresowym tempie pisała to, co jej dyktowała stojąca po lewej stronie niedużego biurka Brygida.
— Nie, skąd — odparła ta ostatnia, przysiadając na brzegu blatu. — Wcale się nie drzesz na dzień dobry, że „aaa, moje notatki z komedii nowoattyckiej, aaa, tym razem je wpakowałaś pomiędzy swoje gacie!”.
— A ty wcale mi nie wynosisz cichcem notatek, a potem nie odkładasz ich na miejsce i jak wychodzimy rano na zajęcia, muszę najpierw przetrząsnąć twój pokój, żeby zabrać moje materiały.
— Bo ja się uczę intensywnie, aż padam na pysk i nie mam kiedy odnieść notatek — wyjaśniła wyniośle i przechyliła się, by widzieć ekran. — Olka, napisałaś „an miejsce” zamiast „na miejsce”.
— Myhym — mruknęła zagadnięta i poprawiła literówkę. — A dlaczego „R.”?
— Bo „rimarius”1 — odpowiedziała Brygida i wszystkie trzy się roześmiały.
— To co dalej? — Olga oparła się wygodnie na krześle i wyłamała palce.
Weź tego laptopa na kolana i siądźmy na łóżku, dobra? — zaproponowała Danka. — Kabla ci starczy, a tak to się czuję, jakbyśmy pisały podanie do dziekana.
Przeniosły się tam, wszystkie trzy na boso, wraz z kilkoma paczkami chipsów, tonikiem i wielką Milką z orzechami. Olga rozsiadła się wygodnie na środku swego łóżka, z laptopem na skrzyżowanych po turecku nogach, a Brygida kącie, umieszczając między sobą a stojącą przy boku łóżka szafą dużą poduszkę; Danka ściągnęła złożoną wpół kołdrę z brzegu materaca na podłogę i wyciągnęła się na niej, tak by widzieć obie dziewczyny. Przez chwilę panowała cisza, po czym Olga powtórzyła wyczekująco:
— No, to co dalej? Ja nie mam pomysłu na początek.
— Ja mam boski koncept na koniec, ale go wam na końcu zdradzę — oświadczyła Danka triumfalnie. — Bryśka, to był twój pomysł, więc może rusz tym tam czymś pod kudłami i rusz nas jakoś w tym początku?
— Pomysł był wspólny, nie? — mruknęła zagadnięta i oblizała kciuk oraz palec wskazujący po chipsach. — I początek przecież jest.
— A dalej? — spytała Olga i natychmiast dodała, krzywiąc się: — Jezu, tylko nie pakuj teraz takich oblizanych łap do kolejnej paczki chipsów, które my też mamy jeść.
— Dajcie mi jedne duże paprykowe i będę przy nich trzymała moje oblizane łapy — obiecała Brygida, a gdy Danka rzuciła w nią rozłożonymi przy kołdrze Laysami, podjęła: — To trzeba jeszcze raz wypunktować, a potem po kolei iść punkt po punkcie.
— Jak przy pisaniu konspektu pracy na literaturę biblijną — jęknęła Olga. — Konspekty są upierdliwe, w pisaniu zawsze wychodzi ci co innego.
— Konspekty są fajne, przynajmniej udajesz, że wiesz, co masz napisać — odparła Danka. — No, punktuj.
— A więc... — zaczęła Brygida i wyciągnęła z paczki kolejne chipsy.
— A więc nie zaczyna się zdania od „a więc” — mruknęła Olga z rozbawieniem.
— Nie ograniczaj mojej inwencji twórczej — skarciła ją dziewczyna. — A więc najpierw ogólny projekt: to ma być tekst o tygodniu z życia studentki filologii klasycznej, konkretniej: parodia, mamy wykorzystać wszystkie schizy naszego wydziału i naszego kierunku. Jeszcze konkretniej: bohaterka ma być średnią wypadkową takich jak my...
— Jaka matematyka... — wymruczała Danka w świeżo otwartą paczkę chipsów cebulowych. — Średnia wypadkowa nas, czyli co, Olki awersja do konspektów, moja niezaliczona wejściówka z analizy literackiej i twoja nieskończona „Literatura rzymska” Cytowskiej i Szelest, którą czytasz od początku semestru i nadal nie możesz skończyć, żeby mi dać przeczytać?
— Wyniośle cię ignoruję, matematyczna profanacjo — poinformowała ją uprzejmie Brygida. — Widać, że nie zdawałaś matmy na maturze.
— A ty zdawałaś? — spytała Olga podejrzliwe, patrząc na nią jak na raroga.
— No — potwierdziła i zjadła kolejne chipsy.
Olga ostentacyjnie odsunęła się od niej na drugi koniec łóżka.
— Piątkę dostałam — dorzuciła Brygida. — Zwolnili mnie z ustnej.
— Wykasuj mój numer gadu z listy — poprosiła Olga. — Przerażasz mnie, myślałam, że przebywam w towarzystwie normalnych humanistów na poziomie, którzy potrafią tylko dodawać książki i odejmować pieniądze, a tu mi się do pokoju podstępnie ładuje matura z matmy.
— Jedno z zadań miałam z limesami — kontynuowała Brygida radośnie. — Zostawiłam je sobie na koniec, na deser, bo uwielbiałam limesy.
— A ja z tobą mieszkam drugi rok na stancji — szepnęła Danka ze zgrozą. — A ty się na maturze puszczałaś z limesami i innymi jakimiś tam funkcjami.
Brygida popukała się chipsem w czoło i spojrzała z naganą na zaśmiewającą się Olgę.
— To piszemy?
— Piszemy, piszemy — zgodziła się ta ostatnia, uspokajając się powoli. — Tylko co piszemy, miałaś punktować i konkretyzować. Tylko już zostaw te średnie wypadkowe w spokoju.
— Dobra, dobra. — Machnęła ręką. — Więc umieszczamy ją na naszym roku, ale w semestrze zimowym, który mamy radośnie zaliczony, a nie w letnim, który dopiero daje nam po dupie. W poniedziałek ona, ta nasza bohaterka, przeżywa wielką nudę na wykładzie z etyki, gdy profesor czyta wykład ze swojej wydanej prawie dwie dekady temu książki, we wtorek kiśnie w dziekanacie i przechodzi to wszystko, co my przechodzimy w dziekanacie, o ile nie wyślemy tam Olka, którego panie z dziekanatu kochają gwałcić wzrokiem, w środę przychodzi półżywa na ósmą rano i co półtorej godziny dowiaduje się, że kolejne zajęcia, na które czeka, zostają odwołane, w czwartek w czasie konsultacji próbuje się dostać gdziekolwiek na te konsultacje, ale to jej się nie udaje, jak zwykle mnie się nie udaje, w piątek od pierwszych ćwiczeń robi ambitny plan tego, czego się nauczy, co przeczyta i co nadgoni w weekend, jak to wstanie o siódmej rano, do wieczora będzie kuć, a najpóźniej o dziewiątej pójdzie spać i porządnie się wyśpi, w sobotę śpi do południa i przez cały dzień nic nie może zrobić, siedzi do nocy, śpi w niedzielę do południa, dowiaduje się po południu, że koło z historiografii rzymskiej jest jednak w ten poniedziałek, a nie w następny, więc decyduje się przez noc kuć, ale zamiast tego zaczyna dla odprężenia oglądać „Queer as folk”, z książką rozłożoną na kolanach dla spokoju sumienia, i tak jej mija tydzień.
— Jakoś jak to omawiałyśmy dzisiaj przed monografem, wydawało się zabawniejsze — stwierdziła Danka po chwili namysłu.
— Bo natchnienie jest zawsze bardziej efektowne niż późniejsze dokładne planowanie tekstu — zirytowała się Brygida. — Ja tu tylko streszczam zamysł, przecież całość ma się składać z tego wszystkiego, co nas bawi, wnerwia albo powoduje opad szczęki z wrażenia, nie?
Olga pokiwała głową i przesunęła małym palcem lewej ręki po touchpadzie, by laptop nie wszedł w tryb oszczędzania energii.
— No to mamy początek — powiedziała, patrząc sceptycznie na pięć napisanych linijek w Wordzie. — Przynajmniej początek początku. I co dalej?
— Przeczytaj mi to jeszcze raz — poprosiła Brygida; gdy wysłuchała trzech zdań, zastanowiła się chwilę, po czym zaczęła dyktować.
Po kolejnym akapicie współpraca ruszyła dość sprawnie; dyktowały na zmianę, podsuwając sobie nowe frazy, zdania, fragmenty, pomysły, zagryzając je chipsami oraz czekoladą i zapijając tonikiem. Bohaterka wstała zatem, zjadła jakże pożywne śniadanie w postaci wczorajszej suchej bułki, bo nie było komu zakupów zrobić, zarzuciła na ramię jakże lekką wielką torbę, wypchaną książkami do oddania po drodze w pięciu bibliotekach, i poszła na uczelnię, na zajęcia rozpoczynające się o jakże przyjaznej dla studentki godzinie ósmej piętnaście rano.
— O której to ósmej piętnaście rano ja śpię przez pierwsze pół zajęć, a przez drugie pół się budzę — uzupełniła Danka z irytacją. — W zeszłym semestrze na wykładzie z łacińskiej gramatyki opisowej przyśniła mi się raz jakaś wariacja „Kręgu”, obudziłam się z takim głośnym „hyyy!”, że pół sali się na mnie obejrzało.
— Ja kiedyś przydrzemałam na angielskim — mruknęła Olga, sięgając po małą paczkę solonych chipsów. — Takie parominutowe kimanie, takie jest najgorsze, bo wtedy mam najdurniejsze zwidy czy majaki, jak się potem z nich wybudzam, to nie wiem w pierwszej chwili, gdzie jestem.
— Dobra, dalej — pogoniła Brygida, poprawiając się na łóżku.
— Przerwa — sprostowała Olga. — Ja też chcę zjeść trochę jakże zdrowych i jakże przyjaznych dla mojej figury i cery chipsów, a nie mogę jednocześnie jeść i pisać, bo laptopa uświnię.
— Estetka — prychnęła Danka. — Daj, ja będę pisać.
— Spadaj — padła odpowiedź zmieszana z szelestem otwieranej paczki. — Mojego laptopa dotykam tylko ja, nikt inny.
— Nawet Olek? — zainteresowała się Brygida, odstawiając kubek z całującymi się żyrafami na podłogę.
— Nawet — potwierdziła. — Olek ma do dotykania swojego laptopa i swojego chłopaka, więc mu powinno wystarczyć.
— Jak już się nażresz, to dopiszemy kawałek o jakże przyjaznych nam tramwajach i autobusach, które się zawsze spóźniają, gdy my przychodzimy na przystanek wcześniej i zawsze odjeżdżają wcześniej, gdy my gonimy na przystanek z wywieszonym jęzorem — powiedziała Danka, przekręcając się na kołdrze z brzucha na plecy i podkładając ręce pod głowę.
Dopisały; Danka podyktowała przy tym bardzo naturalistyczny opis kierowcy autobusu, zatrzaskującego wrednie drzwi tuż przed nosem wycieńczonej biegiem studentki, oraz wiązankę zdecydowanie nieodpowiednich w ustach filologów słów skierowanych pod adresem odjeżdżającego pojazdu.
— Ale wykasuj te kurwy i pojeby — zażądała Brygida z niesmakiem, gdy Olga wystukiwała uczuciową ekspresję autobusową. — To ma być parodia, a nie jakaś kolejna tandeta w rodzaju „Wojny polsko-ruskiej”.
— Nie kasuj! — zaprotestowała Danka stanowczo. — Jak mi autobus zwieje, bluzgam jeszcze gorzej, a miało być realistycznie.
— Kasuj — powtórzyła Brygida surowo. — Bluzgi nie są śmieszne.
— To nie ma być śmieszne, to ma być moja literacka zemsta za te wszystkie razy, gdy mi autobus zwiał.
— Bryśka ma rację — stwierdziła Olga, przytrzymując „ctrl” i naciskając kilkadziesiąt razy „backspace”. — Zostawiam tylko ten opis wściekłej ropuchy za kierownicą, bo to jest zabawne.
— Klasycystki porąbane — wymruczała Danka rozżalonym głosem, wpatrując się w stojący obok butelki toniku kubek z dwoma pegazami. — Kurde, Olka, skąd masz taki fajnie zboczony kubek? Ten ciemnozielony jednorożec posuwa tego jasnozielonego, a to wszystko w tęczowej półkuli, mohery by powiedziały, że masz kubek z propagandą homoseksualną.
— Olek mi dał w prezencie na imieniny — odpowiedziała z uśmiechem. — To robione na zamówienie przez jakąś kuzynkę jego chłopaka, nawet kolory pegazów są pode mnie. Ja mu u niej załatwiłam kubek z autorskim rozwinięciem skrótu LPR.
— Jakim? — zainteresowała się Brygida, sięgając po kawałek czekolady leżącej na głębokim, pomarańczowym talerzu na prześcieradle między nimi.
— „LPR: Lubię Porządnie Rżnąć” — wyrecytowała. — Powiedział, że do takiej partii to nawet mógłby się zapisać, pod warunkiem, że dodałabym na końcu „K”: „Konrada”.
— Prostackie — jęknęła Brygida, wyraźnie z trudem starając się zachować powagę, podczas gdy Danka głośno się zaśmiewała.
— Lubię być czasem prostacka — odparła Olga z zadowoleniem. — Życie od razu robi się ciekawsze.
— O, wiem! — wykrzyknęła naraz radośnie Danka. — Zostaw już te chipsy i pisz, mam genialny pomysł na opis tych pierwszych chwil w nowym tygodniu na uczelni.
Kilkanaście minut później bohaterka została przeprowadzona przez pierwszy wykład, na którym trochę spała, trochę jadła, trochę wyglądała przez okno, trochę esemesowała, trochę przeglądała tłumaczenie na translatorium z Owidiusza i trochę chciała siusiu, wszystko na tle monotonnego głosu starego profesora, który z zacięciem godnym lepszej sprawy czytał trzeciemu rokowi filologii klasycznej, semestr zimowy dwa tysiące cztery, któryś rozdział ze swojej książki, wydanej w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym i od lat stanowiącej podstawową lekturę do zaliczenia przedmiotu. Ponieważ bohaterka zaopatrzyła się w ksero tej książki już na początku października, a pod koniec października ją przeczytała, darowała sobie słuchanie oczywistości i po wpisaniu się na listę obecności zajęła się ciekawszymi sprawami, szczególnie tą nadchodzącą w nieodpowiedniej chwili potrzebą fizjologiczną. Po wykładzie poszła do ubikacji, co konkretnie oznaczało konieczność odwiedzenia trzech toalet: na parterze był papier toaletowy, na pierwszym piętrze było mydło, a na drugim piętrze były papierowe ręczniki do rąk. Aby przejrzeć się w lustrze i poprawić włosy, trzeba było wrócić na sam dół do szatni.
— Bo zaplecze socjalne to jest to, co tygryski lubią najbardziej — podsumowała Brygida. — Olewać. Niech się tygrysice same męczą, jak im się higieny zachciało.
— Nie pamiętam, żeby u nas było aż tak tragicznie — mruknęła Olga.
— Mam kumpelę na szczecińskim — wyjaśniła dziewczyna. — U nich jest tak tragicznie, a miałyśmy się wczuwać w sytuację ogólną studentek filologii.
— A wcześniej było, że mamy pisać o poznańskich klasycznych — wytknęła jej Danka, klękając na kołdrze.
— Ze szczególnym uwzględnieniem poznańskich klasycznych — wyjaśniła z godnością. — Możemy trochę rozszerzyć koncepcję, nie?
— Jak już ją wyprowadziłyśmy z kibla, to gdzie idzie? — Olga przeciągnęła się mocno, wyciągając ręce przed siebie, po czym ponownie zgarbiła się nad laptopem. — Ćwiczenia z Pindelkiem?
— Tak! — ucieszyła się Danka, złożyła usta w ciup, machnęła dłonią tuż przy policzku i powiedziała pretensjonalnym głosem: — „Bo ja państwu zaraz wytłumaczę to trackie źrebię u Anakreonta, ach jej, tylko najpierw w szybie zobaczę, czy mój fryz na wodę i cukier jest nadal taki seksi-pleksi jak pięć minut temu”.
— Dobrze, że zaliczenie jest pisemne — mruknęła Brygida. — Jakbym miała tę analizę tekstów greckich zaliczać ustnie, to bym na wejściu polała ze śmiechu, i dlatego od początku roku chodzę na wszystkie ćwiczenia, żeby nie musieć iść do niego na konsultacje. Wyobrażacie sobie Pindelka w cztery oczy, jeden na jeden?
— Nie — powiedziała Danka zdecydowanie.
— Nie i nie chcę — dorzuciła Olga. — Olek mnie w pierwszym czy drugim tygodniu tych ćwiczeń dobił, bo ledwo Pindelek wszedł, Olek wymruczał mi w ucho: „Jeśli tak obowiązkowo wygląda gej po magisterce, to zmieniam orientację i rzucam studia”, potem całe półtorej godziny nie mogliśmy na siebie patrzeć, żeby ataku głupawki nie dostać.
— A ty wiesz, że w zasadzie popadamy w stereotypowe żarty i śmiechy z Pindelka, dlatego że nie wpisuje on nam się w kulturowy wizerunek „normalnego” faceta? — spytała po chwili poważnie Brygida.
— Nie — jęknęła przeciągle Danka. — Daj się pośmiać, przestań to wszystko tak strasznie analizować. Pindelek to świętość, nie wolno go ruszać tymi wszystkimi queerami, genderami i innymi, ja chcę sobie spokojnie chichotać w ławce za każdym razem, gdy on sprawdza w szybie swój kaczy kuper na łbie.
— Cicho — fuknęła na nią Olga. — No wiem — przyznała, odwracając głowę ku Brygidzie. — No wiem, wiem, i pewnie gdzieś publicznie bym zjechała ludzi za obrażanie go i pogardzanie nim dlatego, że jest taki, jaki jest, ale co ja poradzę, że ledwo wchodzi na zajęcia, muszę się kłuć paznokciem w kolano, żeby się nie śmiać? Sama też się śmiejesz, widziałam ostatnio tę twoją minę, „panie, spuść na mnie szesnaście ton z Monty Pythona, bo inaczej zaraz spadnę z krzesła i będę się zwijać ze śmiechu na podłodze”.
— Nie twierdzę, że jestem idealna — odparła Brygida spokojnie. — Ale czasami jest mi głupio przed samą sobą.
— Mnie też, ale nie umiem się z niego nie śmiać, nawet kiedy nie chcę.
— Piszemy! — powiedziała Danka głośno i surowo. — Zajęcia z Pindelkiem, a jak wam tak strasznie głupio, że go wyśmiewacie, to niech ona idzie na ćwiczenia z Pepeszą, półtorej godziny słuchania karabinu maszynowego wyrzucającego z siebie pięćset słów na minutę chyba można powyśmiewać bez wyrzutów sumienia?
Bohaterka poszła zatem na ćwiczenia z Pepeszą, której wypowiedzi nagrywała na dyktafon, aby później przesłuchać ich w domu w dziesięciokrotnie zwolnionym tempie; potem przeżyła jeszcze parę perypetii i poniedziałek minął. Nastał wtorek, poszła do dziekanatu; dziekanat przyjmował studentów od dziesiątej trzydzieści, więc od ósmej formowała się kolejka; gdy pierwsza osoba weszła do pokoju trzysta siedem o godzinie dziesiątej minut dwadzieścia dziewięć sekund pięćdziesiąt cztery, cały korytarz usłyszał syk: „Otwieramy za sześć sekund!” i studenci, pełni poczucia winy, odczekali na wszelki wypadek jeszcze dwie minuty, po czym odczekali jeszcze pół godziny, bo akurat rozpoczęła się przerwa na kawę, papierosa i uderzenie stojących najbliżej osób gwałtownie otwieranymi drzwiami w nos.
Ale jakoś się bohaterce udało dostać do dziekanatu i otrzymać zaświadczenie, że studiuje.

„Środa
W ostatniej chwili zdążyłam na wykład z łacińskiej gramatyki historycznej o ósmej piętnaście. O ósmej siedemnaście pani z szatni powiedziała nam, że wykład jest odwołany. Poszłam z R. na herbatę; R. może i drze się o notatki, ale to kochana dziewczyna, do tego chciałam wyciągnąć od niej kolejne notatki.
O dziesiątej poszłyśmy na ćwiczenia. Postaliśmy pod salą całą grupą jakiś kwadrans, a potem ktoś zerknął na pustą wcześniej gablotę informacyjną: grecką gramatykę opisową odwołano. Poszłyśmy na batoniki.
Za kwadrans dwunasta całym rokiem czekaliśmy na monograf. Na gablocie przybyła kartka z odwołaniem historii erotyki w starożytności. Poszłyśmy z R. na kawę.
O wpół do drugiej cwaniacko poszliśmy grupą najpierw pod gablotę. Nabieramy studenckiego rozumu: nowa kartka głosiła, że ćwiczeń z metryki starożytnej, które właśnie miały być, jednak nie będzie. Poszłyśmy do toalety: parter, pierwsze piętro, drugie piętro, to jednak trochę czasu zajmuje.
O trzeciej uznaliśmy, że nie ma co czekać na trzecią piętnaście, bo i tych zajęć na bank nie będzie, więc tym razem nie damy się wyrolować jak głupki i nie będziemy czekać jak Penelopa na Odyseusza. Poszliśmy całym rokiem do domu, część na piwo, a my z R. kupić coś na obiad.
O czwartej zrobiła się afera, bo wykład z historii literatury łacińskiej w okresie Cesarstwa jednak był, a dokładniej wykładowczyni była i się zezłościła, że nas nie było i co my sobie wyobrażamy, i w ogóle wedle słów starościny roku, która obdzwaniała wszystkich po kolei, profesor była podkurwiona na maksa. Kolejne wykłady będą przedłużane, żeby nadrobić ten stracony.
Uznałyśmy z R., że życie jest do dupy et cetera, więc możemy sobie kupić lody i piwo na pociechę i puścić całą drugą serię »Queer as folk«. Co też zrobiłyśmy, żeby mieć jakiś pożytek z tych studiów”.

— Robimy ze studentek klasycznej leniwe, obżerające się, opijające, zwiewające z zajęć i oglądające godzinami seriale przypały — stwierdziła Olga, kręcąc głową po napisaniu ostatnich słów. — Tak to trochę nie teges.
— To parodia, mamy prawo przerysowywać, przeginać i robić przypały — wymruczała Brygida; leżała na brzuchu, opierając podbródek na udzie Olgi, i unosiła na zmianę raz lewą, raz prawą stopę, uderzając nią lekko w materac. — Nie marudź i nie wal tak w tę klawiaturę przy pisaniu, bo aż całe łóżko podskakuje.
— Zawsze mocno stukam — odparła z roztargnieniem; na dolnym pasku właśnie pojawił się migający na pomarańczowo pasek „Ewka Grydziel”.
— Teraz czwartek — zaczęła Danka, ale Olga pokręciła głową.
— Moment, mam gadu. — Kliknęła na pasek; przez chwilę czytała i odpisywała, pomrukując aprobująco, po czym wyłączyła okienko, uniosła głowę i powiedziała z zadowoleniem: — Ewka napisała, że Krypin jej w końcu odpisała, jutrzejszy wykład z literatury greckiej w okresie Cesarstwa ostatecznie odwołany.
Danka klasnęła kilkakrotnie w uniesione do góry ręce; leżała na kołdrze na plecach, z ugiętymi w kolanach nogami, i jeszcze parę minut wcześniej współdyktowała, wpatrując się w sufit niczym w miejsce natchnienia. Brygida ziewnęła, zakrywając usta wierzchem prawej dłoni, i poprawiła się na łóżku.
— Półtorej godziny wcześniej w domu — stwierdziła po chwili z zadowoleniem. — Fajnie. Pisz: „Czwartek”.
Czwartek bohaterka rozpoczęła pobudką o piątej, by o szóstej zająć sobie kolejkę na konsultacje do strasznego doktora WC, postrachu całego wydziału. Doktor WC przyjmował od jedenastej trzydzieści, a ponieważ wysyłał na konsultacje nie jednostki, lecz całe grupy, z tygodnia na tydzień i z konsultacji na konsultacje, co czwartek od samego rana przed jego gabinetem koczowały tłumy. O szóstej przy drzwiach stało jakieś dwadzieścia osób, bohaterka uznała więc, że jest niebywałą szczęściarą: pierwsza dziesiątka wyleci na dzień dobry, kolejna piątka po dziesięciu minutach i dopiero po wstępnym pogromie doktor WC zacznie pytać o artykuły i lektury, aby po kolejnych piętnastu osobach znów zacząć wyrzucać za twarz. Bohaterka policzyła szybko ludzi w kolejce — wspaniale, jest dwudziesta trzecia, zaliczenie konsultacji ma jak w banku, tylko musi wytrwać psychicznie tę gehennę spotkania pierwszego stopnia z doktorem WC.
O jedenastej trzydzieści, gdy przybył doktor WC, kolejka liczyła blisko setkę osób. Uśmiech doktora, gdy obrzucał wyczekujących wzrokiem, przypominał uśmiech kata ostrzącego topór.
Po kilku godzinach bohaterka wyszła wycieńczona, ale triumfalna. Zaliczyła konsultacje! Co prawda czuła się tak, jakby wykładowca ją opluł stwierdzeniem: „Nooo... niech mi już pani zejdzie z oczu z tą swoją niewiedzą aż do egzaminu” — ale zaliczyła!
Przepełniała ją humanistyczna miłość do świata.
— Jakbym się nazywała Wiesław Cerecki, to bym używała drugiego imienia, żeby nie mieć inicjałów WC — skwitowała czwartkowe przeżycia bohaterki Danka.
— Jakbyś jako doktor WC nie była aroganckim, złośliwym, parszywym i zadufanym w sobie dupkiem, to nikt by nie zwrócił uwagi na to, jakie masz inicjały — powiedziała Olga, przebiegając wzrokiem tekst, by wyłapać literówki. — A skoro on taki jest, to człowiek w naturalnym odruchu wyszukuje i podłapuje jego słabości czy jakieś elementy, które można obrócić przeciwko niemu, bo mu się to należy. I doktor WC pozostanie doktorem WC, póki UAM będzie stał, a UAM będzie stał po wieki wieków i po wieki wieków doktor WC pozostanie doktorem WC.
— Amen — podsumowała Brygida, nalewając sobie toniku do kubka. — Pisz: „Piątek”. — Odstawiła niemal pustą butelkę na podłogę, a kubek umieściła między skrzyżowanymi po turecku nogami.
— A ty mi łóżka nie zalej — upomniała ją Olga i rozpoczęła opisywanie piątego dnia tygodnia.
W piątku i weekendzie zawarły wszelkie znane z własnego i cudzego doświadczenia wielkie ambicje, plany i zamiary dzielnego, wytrwałego i nadganiającego wszystko uczenia się — oraz potężną, gorzką i zniechęcającą dawkę zawodu, gdy te świetlane wizje rozpadały się pod wpływem szarej rzeczywistości, która wymagała na przykład, aby człowiek się porządnie wyspał, nawet jeśli „porządnie” oznaczało „do południa i dłużej”.
Gdy ostatnie słowo zostało zapisane, Olga zrobiła zapasową kopię pliku i zarządziła przerwę. Po jakimś kwadransie trzyosobowego krążenia na linii pokój-łazienka-kuchnia-pokój nastąpił powrót na miejsca strategiczne i głośny odczyt całego tekstu, po czym na dłuższy moment zapanowało milczenie.
— W gruncie rzeczy — odezwała się wreszcie Brygida — jakoś teraz, jak to zebrałyśmy do kupy, to wcale mnie ten tekst już nie śmieszy. Może poza Pindelkiem, który się przewijał epizodycznie przez korytarze, ale to też mnie dręczy prywatnie.
— Mnie też nie śmieszy — zgodziła się Danka, bezskutecznie próbując usiąść na kołdrze w pozycji kwiatu lotosu. — Miejscami jest cholernie gorzkie, miejscami cholernie niesprawiedliwie, a miejscami po prostu dobijające, bo ja w weekend naprawdę mam zamiar kuć na poprawę wejściówki z analizy, a ten weekend bohaterki wcale mi nie dodaje sił i wsparcia.
— Mnie też — przyznała Olga z niechęcią. — Jak sobie wyobrażę, że doktor WC się habilituje i będzie nie do ruszenia do usranej śmierci, to szlag mnie trafia. Aż mi żal samej siebie, chociaż już go mogę omijać z daleka, a biedna bohaterka nie.
— Można by ją tak w ogóle jakoś nazwać — zaproponowała Danka, siadając w końcu po turecku. — Ciągle tylko „bohaterka”, to szowinistyczne, nawet doktor WC ma jakieś miano, a ona taka bezimienna. Jak ją nazwiemy?
— Jedermann — powiedziała Olga ponuro.
— Jedermannka — poprawiła Brygida i roześmiały się, ale bez specjalnej wesołości.
— I to tyle, jeśli chodzi o nasze pisarsko-parodystyczne zapędy — stwierdziła wreszcie Olga, uderzając palcami w bok monitora. — Skasować to?
— Nie, dlaczego — zaprotestowała Danka. — Zostaw, będzie ad perpetuam rei memoriam2 dla nas i jako memento mori dla potencjalnych kandydatek na klasyczną czy w ogóle na filologię. Czy w ogóle na studia.
— Czy w ogóle do życia — wymruczała Brygida, poprawiając rajstopy na lewej łydce. — Prześlij mi to mailem, dobra? Mimo wszystko te środowe odwoływania zajęć mi się podobały.
— Wrzuć mi na empetrójkę, to w domu zgramy na oba komputery. — Danka wstała, jęknęła, rozmasowała sobie dłońmi nogi, po czym podeszła do biurka i zaczęła szukać w leżącej na nim torbie swojego sprzętu.
— Można by rozwinąć ten piątkowy wątek z Drysztyńskim — powiedziała nagle Brygida, na co pozostałe wydały z siebie zgodny, głośny jęk protestu. — No co, to jest ważne.
— Nie chcę już do tego wracać — powiedziała Olga ze złością, zaciskając pięści. — Naszarpaliśmy się w zeszłym roku, żeby ktoś wreszcie zwrócił uwagę, że jaśnie pan doktor od filozofii starożytnej po prostu obraża studentki na swoich wykładach, aż najbardziej toporni studenci są zażenowani i oburzeni, że rzuca co chwila różne uwagi typu „kobiecy brak logiki”, „kobiecy mały rozumek”, „kobiecy umysł tego, rzecz jasna, nie ogarnie”, ja całą noc przed rozmową z dziekanem z nerwów nie spałam, Olek też, siedzieliśmy i ze sto razy analizowaliśmy, co powiedzieć. Sama tam byłaś w tej wielkiej delegacji i pamiętasz, jak ciężko było uprzytomnić władzy, że Drysztyński obraża nas tak, że można go podać do sądu i zrobić awanturę, przecież dopiero jak wyciągnęliśmy nagrania z ostatnich wykładów, coś się ruszyło, i ja nie zamierzam znowu o tym myśleć, zwłaszcza że ten sukinsyn i tak łazi dalej po naszych korytarzach, bo rzeczywiście, strasznie go ruszyło, że na reszcie wykładów i na egzaminie był obecny dziekan — wyrzuciła z siebie gwałtownie. — Pamiętam, jak u niego zdawałam, trzymał gębę na kłódkę, ale w oczach miał to swoje „kobiecy mały rozumek”, jakbym mogła, to bym go kobiecym małym pazurkiem rozdarła na pół i wypatroszyła żywcem. I nie, nie będę o tym pisać w parodii, jeśli kiedyś o tym napiszę, to tak i w takim miejscu, żeby go zrównać z ziemią.
— A ja jestem za Olką — dodała Danka, podchodząc do łóżka z empetrójką. — Masz, zgraj mi.
— Dobra, spokojnie. — Brygida uniosła ręce w obronnym geście. — Dobra, może to rzeczywiście nie jest odpowiedni temat do tego tekstu.
— Nie jest — potwierdziła Olga, podłączając empetrójkę do gniazdka USB. — A wiecie, ja go jakoś na początku tego roku, jeszcze w październiku, spotkałam gdzieś na korytarzu, jak stałam przy którejś tablicy i coś czytałam, on podszedł, więc mu burknęłam „dzień dobry”, a ten na mnie tak spojrzał, jakby mu się zdechły ślimak napatoczył pod nogi, i powiedział: „O, to jednak nadal pani tu jest?”, aż mną zatrzęsło.
— I co, coś mu powiedziałaś? — spytała Brygida, pochylając się ku niej.
— W pierwszej chwili to chciałam powiedzieć: „Wal się, debilu”, ale etos uczelniany nie pozwalał. — Roześmiały się, po czym Olga podjęła z wrednym uśmiechem: — Ale powiedziałam mu: „Tak, panie doktorze, jestem ja i cały mój rok, który uświadamia teraz każdej osobie z roczników poniżej, w jakich sytuacjach pan dziekan przychodzi na nadzór cudzych wykładów i egzaminów, do widzenia” i zmyłam się, zanim zdołał dojść do siebie, bo go wyraźnie przytkało.
Brygida i Danka wybuchnęły śmiechem; Olga przegrała „Tydzień z życia studentki filologii klasycznej. UAM 2004” na empetrójkę, odłączyła ją i podała zaśmiewającej się dalej Dance.
— Jesteś boska — stwierdziła ta ostatnia, chowając swoją własność do torby. — Jezu, że ja nie widziałam jego miny, to będę cierpieć do końca życia.
— Żałuj — zgodziła się Olga. — Za to jego „what the fuck, fuck, fuck?” na gębie wybaczam losowi nawet to, że musiałam mieć z nim cały semestr wykład i egzamin. W takich momentach człowiekowi aż chce się żyć.
— Jak miałyśmy jeszcze z nim te wykłady, to sobie wyobrażałam, jak to po ich zakończeniu i po egzaminie pójdę do niego i mu wygarnę w twarz to wszystko, co o nim myślę — powiedziała Danka rozmarzonym głosem. — Na każdym wykładzie układałam sobie orację, która zrównałaby go z ziemią.
— Ale nie poszłaś. — W głosie Olgi wyrzut mieszał się ze zrozumieniem. — Szkoda, ale też bym nie poszła, żeby sobie problemów nie narobić.
— Ciotka mnie pocieszyła — odparła Danka. — Jak w któryś weekend wróciłam do domu i do niej wpadłam, opowiedziałam jej wszystko i się wyżaliłam, że nawet nie opłaca mi się zjechać w twarz Drysztyńskiego, bo tylko ja na tym stracę, a ona mnie klepie po ramieniu i z taką pełną powagą mówi: „Dania, co ty się przejmujesz takim złamasem, pamiętaj: chuj mu w plecy, bo w oko za wysoko, a w dupę za przyjemnie, i idziesz przez życie dalej!”. Normalnie wyłam z zachwytu, jak to usłyszałam, wyobraź sobie — zwróciła się do Olgi, która wybuchnęła śmiechem — ciotka co prawda niewiele ode mnie starsza, jakieś siedem lat, ale na co dzień pełna powaga, elegancja, kultura, taka starsza i ostro wzmocniona Bryśka, i nagle mi z tym „chuj mu w plecy”. Uwierzyć nie mogłam, że ona w ogóle zna takie słowo, a co dopiero go używa, w jej ustach to była czysta perwersja.
Brygida tylko kręciła głową z uśmiechem, ale Olga zaśmiewała się głośno, obejmując mocno laptopa, żeby się nie zsunął z jej kolan.
— Muszę to zapamiętać — mruknęła wreszcie, opanowując się. — Jak mnie kiedyś jakiś facet wnerwi, to mu tak powiem.
— No dobra, to temat parodii zostaje zamknięty — odezwała się po chwili Brygida, najwyraźniej mająca dosyć nowych smaczków językowych. — Trochę dupnie, ale trudno, zresztą może jak to przeczytamy po obronie czy później, to jednak będzie nas bawić. To co teraz? Mamy spadać czy jeszcze z nami wytrzymasz? Tylko decyduj się szybko, bo wiesz, my do swojej stancji mamy koszmarnie daleką drogę do przejścia, aż całe trzy bloki dalej.
— Danka — powiedziała nagle Olga, przeciągając samogłoski, i popatrzyła na dziewczynę ze zgrozą. — Ty sklerozo, miałaś jakiś „boski koncept na koniec” i gdzie on jest? Mów, póki jeszcze jesteśmy na świeżo, to się jakoś dopisze.
Danka przygryzła wargi i zmarszczyła brwi; po dłuższym namyśle powiedziała przepraszająco:
— Teraz to już nie pamiętam, uciekło mi... Ale to widocznie jednak nic takiego ciekawego! — dodała obronnie, gdy Olga prychnęła z irytacją. — Tak jak się kończy, jest dobrze, nie ma co zmieniać. I Bryśka ma rację, koniec tematu parodii, poróbmy co innego. O, wiem, jak się przesuniecie, to też będę mogła usiąść na łóżku.
— I to ma być to „coś innego”? — spytała Brygida, patrząc na nią krytycznie.
— Nie, to ma być preludium do „czegoś innego” — wyjaśniła cierpliwie. — Poczytamy ci z Olą fajne kawałki fajnych tekstów. — Uśmiechnęła się przebiegle, usiadła na zwolnionym kawałku materaca między nimi, oparła łokieć o ramię Olgi i zarządziła: — Wejdź w ten folder, jak on w końcu jest, „O jaaa” czy „O jasna cholera”?
— „O cholera” — odparła, spoglądając na nią porozumiewawczo, i odnalazła odpowiedni folder. — Nastaw się psychicznie, Bryśka, bo to są naprawdę fajne rzeczy, myśmy ostatnio przez gadu tak wyły ze śmiechu, jak sobie podrzucałyśmy fragmenty, że Olek przez kwadrans stał w drzwiach mojego pokoju i tylko na mnie patrzył, bo powiedział, że boi się podejść, bo ten mój atak może być zaraźliwy.
— Ja jej przeczytam! — zawołała Danka, gdy Olga włączyła plik „Czytanie boli”. — Będę się wczuwać, ty możesz komentować. — Usiadła wygodniej i wspólnie rozpoczęły popis, doprowadzając słuchaczkę do ciągłych wybuchów śmiechu.
— Nie — zaprotestowała dość szybko Brygida. — Ja już mam dość, przestań.
— Ale odczuj to w pełni. — Danka przekręciła laptopa bardziej ku sobie.
— Skup się całkowicie na tekście i naszych słowach, teraz nie istnieje nic dookoła, żadna przestrzeń, rzeczywistość, otoczenie, absolutnie nic — pouczyła Olga. — Tylko to, co czytamy i mówimy, zapomnij o wszelkim tle.
— Czytam dalej — zapowiedziała Danka. — „Wsadziłem mu palec w dziurkę. Jęknął. Potem wsadziłem drugi. Znów jęknął. Wsadziłem trzeci. Jęczał głośno”.
— Zauważ, że bohater dominujący ma tylko trzy palce, bo czwartego i piątego już nie wsadzał — zwróciła uwagę Olga. Brygida zakrztusiła się chipsami.
— „Jego dziurka była tak ciasna, że się podnieciłem jeszcze mocniej”.
— Ucz się, Bryśka, nowa wersja gry wstępnej: ładujesz partnerowi palce w dziurkę w nosie lub w uchu, w zależności od indywidualnych preferencji. Ciekawa jestem, jak twój chłopak na to zareaguje.
— „Był tak dziewiczo ciasny, coś niesamowitego, chociaż robiliśmy to tyle razy”.
— Tak mi się przypomniało, że Afrodyta co jakiś czas odnawiała swoje dziewictwo w źródle, może to jakaś inspiracja mitologią?
— „W końcu wyjąłem palce”.
— Te trzy, jakbyś się pytała. Te tylko trzy.
— Błagam, przestańcie.
— Cicho, przeżywaj scenę erotyczną, bo uznamy, że jesteś oziębła.
— „Ogłuszony podnieceniem, wsadziłem mu gwałtownie w dziurkę TO”.
— „TO”. Niezidentyfikowany obiekt latający. W tę dziurkę w nosie lub uchu, dobrze, ze jesteś pełnoletnia, bo my ci właściwie czytamy awangardową wersję de Sade’a. Ej, nie pluj mi czekoladą na dywan!
— Olka, zabiję cię, w tym kawałku był taki wielki orzech...
— Nie wdepczcie mi tego w dywan, jak któraś z was wstanie, dobra?
— Co tam wielki orzech, tu masz wielki seks! „Bladozłotobłękitnowłosy wił się pode mną”.
— Bladozłotobłę... To brzmi jak ćwiczenie u logopedy. Ja bym oblała.
— „Jęczał jak oszalały, rzucał się w pościeli na wszystkie strony, podrygiwał i zginał się w łuk”.
— W końcu mnie oświeciło: to nie orgazm, to wścieklizna.
— „Uderzył głową w ramę, aż zgrzytnęła, ręką w ścianę, aż huknęło, plecami w materac, aż sprężyny pękły, nogami znów w materac, aż wszystko zatrzeszczało...”
— Zagadka: on uprawia z nim seks czy rozwala nim mieszkanie?
— Ale zobacz, jaki chłopak wytrzymały, rozpieprzył łóżko, trzasnął łbem w kawał drewna i nadal się zwija od orgazmu.
— To nie orgazm, to agonalne drgawki.
— Nie chcę dalej!
— Chcesz, chcesz, my wiemy lepiej. „Robiliśmy to szybko, ostro, brutalnie, niemal wbijałem go w ścianę”.
— W końcu przebiłem się nim do mieszkania sąsiadki-staruszki i na moment zapadła taka niezręczna cisza...
— Patrz, Bryśka się popłakała ze śmiechu. A widzisz, że chcesz dalej?
— Nie wycieraj sobie nosa moją poduszką! Jasne, że chce dalej. Ale ta ściana to była nośna czy działowa?
— Bo co?
— Bo nośna grubsza, więc z chłopaczka by niewiele zostało.
— Tyłek by z niego został, a to bohaterowi z trzema palcami wystarcza w zupełności.
— Nośna wychodzi zwykle na zewnątrz, więc jak się nim przebił, to jednak nie do staruszki, a na ulicę, ludzie głowy pozadzierali i mieli Big Brothera.
— Dajcie jakąś chusteczkę. Albo przestańcie.
— Masz chusteczkę. „W końcu zalała nas obu fala orgazmu, a nasze zmieszane soki miłości...”
— „Soki miłości”, kocham to sformułowanie. Zawsze mi się przypomni przy śniadaniu w weekend i Olek się obraża, że mi kakao jego roboty nie smakuje.
— Ty masz za dobrze z tym gotującym ci Olkiem, „soki miłości równie potężną falą zalały wspólnie pościel”.
— Tak, bo tej spermy to litry były, hektolitry normalnie.
— Może dużo pili tuż przed.
— Jakby dużo pili, to to by były inne hektolitry... oj, Bryśka, przepraszam, zapomniałam, że jesz.
— Właśnie przestałam.
— „I ogarnęło nas niezwykłe uczucie, zupełnie jakbyśmy odpływali”.
— W tych sokach miłości, ku szczęśliwej krainie, gdzie mlekiem i miodem płynie... coś tam.
— „Resztkami sił odgarnąłem złotobladoniebieskowłosemu kosmyki od oczu”.
— Autorka miesza się w zeznaniach, przed chwilą najpierw było „blado”, a dopiero potem „złoto”.
— Nie czepiaj się, wcześniej pięć razy przekręciła im obu imiona, to co to jest kolejność w kolorze włosów.
— Może tu o inne włosy chodziło?
— „Od oczu”, Olka!
— Dobra, ja tylko pytałam, czytaj dalej.
— „Wyszłem z niego.”
— I w tym momencie dziewucha ma u mnie przerąbane.
— „Wpatrywałem się w jego niewinne, jasne oczy, wzburzone włosy i rozchylone usta i nie mogłem uwierzyć, że znów zrobiliśmy TO”.
— Znowu „TO”. Spodek latający skonstruowali.
— Ale co on taki niedowiarek, ma sklerozę?
— Sceptyk. Albo agnostyk.
— Kiedy koniec?
— Niestety już, ostatnie zdanie...
— Dzięki bogu.
— Nie udawaj, widzimy przecież, że mogłabyś tego słuchać godzinami. Uwaga, ostatnie zdanie: „Ułożyłem się przy jego drobnym ciałku...”... ble, przez to „drobne ciałko” wyobrażam sobie tego z niebieskimi włosami jako małego tasiemca... „przy jego drobnym ciałku, objąłem go i mocno przytuliłem, był taki ciepły, mokry, kochałem go ogromnie, wiedziałem, że już zawsze będziemy razem, na zawsze, do końca, cały czas, ach, jak się cieszyłem, tuliłem go mocno i długo, aż obaj zapadliśmy w zupełną ciemność i ciszę”.
— Ale proustowską długością zdania pojechała na koniec...
— Jest na sali tłumacz? Bo ja tego zdania nie ogarniam.
— Ale ty tępa jesteś: przytulił tasiemca, tasiemiec był ciepły i mokry, jak to robal, on go kochał, bo człowiek się przywiązuje do najgłupszych rzeczy, a tasiemca, jak sam bohater wiedział, nie tak łatwo się pozbyć, więc dokonał pozytywnej afirmacji negatywnej rzeczywistości, a potem niechcący tasiemca zgniótł i umarł z tęsknoty.
— Olka, rzuć może tę filologię i idź do polityki, tak wymyślasz, ze człowiek jest zupełnie ogłupiały i nie wie, co powiedzieć.
— Skończyłyście?
— Tak, ale mamy tu jeszcze kilka innych takich tekstów, chcesz?
— Nie — odparła Brygida dobitnie, wstała szybko z łóżka i wzdrygnęła się gwałtownie. — Dawno się takich głupot nie nasłuchałam, właśnie mam traumę.
— A my tak mamy na gadu regularnie — uświadomiła jej Danka, opierając się plecami o ścianę. — I ty się dziwisz, że ja przed komputerem leżę plackiem na biurku i tylko pokwikuję.
— To wszystko jest w Internecie? — Brygida przysunęła sobie stojący przy biurku obrotowy fotel na kółkach i usiadła twarzą do rozmówczyń.
— Wszystko w Internecie — potwierdziła Olga. — Ale wiesz, w necie jest sporo fajnych rzeczy, tylko że jeszcze więcej jest bubli, jak wszędzie, w księgarniach masz to samo. Tylko w Internecie nie masz takiego filtra, jakim jest druk, który zresztą też wcale nie jest takim idealnym filtrem.
— Vide Mniszkówna — mruknęła Danka.
— Vide „Płeć mózgu” — dodała Olga. — Ale my tak sobie przeglądamy net i co lepsze kąski kopiujemy do Worda, żeby się potem pośmiać. Jakbyś zobaczyła niektóre nasze rozmowy na gadu, mamy takie odpały, że ja się potem przez pół dnia czy nocy śmieję.
— Ona też — mruknęła Brygida, wskazując ręką na współlokatorkę. — Po tym dzisiejszym rozumiem, dlaczego te wasze odpały są takimi porażającymi odpałami.
Danka roześmiała się głośno; Olga wyłączyła laptopa i odstawiła na poduszkę, po czym oparła się o ramię koleżanki i uśmiechnęła z rozbawieniem. Na kilka minut zapadła cisza.
— No dobra... — odezwała się wreszcie Brygida, która dotąd obracała się na fotelu, na zmianę w prawo i w lewo. — Kurde, niedobrze mi już od tego kręcenia. Tak wracając do dzisiejszego celu i wielkiego pomysłu dnia, to co nam w zasadzie wynika z tej parodii, poza tym, że się nażarłyśmy chipsów i czekolady?
— Banał, sztampa i zero sensu studiowania — odparła Olga, trąc prawe oko palcem. — W sumie nic poza tym, że jak na każdych studiach, odwołują nam czasem bez zapowiedzi zajęcia, jest paru debilnych wykładowców i trzeba się użerać w dziekanacie. Właściwie to wyszedł nam taki tekst terapeutyczny, wyśmiałyśmy i zjechałyśmy tych, którzy nas wnerwiali albo wnerwiają, i tyle.
— Wielkiej powieści o uczelni ani nawet dobrej parodii to z tego nie będzie — dorzuciła Danka. Olga splotła dłonie za głową i przeciągnęła się lekko.
— Ja kiedyś napiszę wielką powieść o uczelni — oświadczyła, wpatrując się w drzwi swojego pokoju. — Zobaczycie, wielką powieść o naszej uczelni i o nas.
— Ze sobą w roli głównej — uzupełniła Danka złośliwie.
— I z Olkiem — dodała Brygida ze śmiechem.
— A tak — odparła zdecydowanie, opuszczając ręce. — Ze mną i z Olkiem, pewnie. Ja będę prezentować Arystotelesowski logos, a Olek pathos.
— A kto ethos? — Brygida sięgnęła po ostatni kawałek czekolady leżący w miseczce.
— Ethos... — Olga zastanowiła się chwilę, po czym powiedziała triumfalnie — Ethos to nasz promotor.
— A do kogo wy chcecie iść? — spytała Danka.
— Do Brewińcza. — Przesunęła laptopa trochę bardziej ku ścianie. — Ostatecznie i nieodwołalnie do niego.
— Kurde — wymruczała Danka, kładąc się na plecach i opierając głowę o udo Olgi. — Ja też muszę się już zacząć na kogoś decydować, jest początek marca, a zapisy pod koniec maja, więc wcale nie mam aż tyle czasu.
— Mnie w tej parodii tylko jedno zastanawia — powiedziała naraz Olga, patrząc na Brygidę. — Czy te bohaterki muszą w kółko oglądać to „Queer as folk” jak nawiedzone?
— Muszą — oświadczyła stanowczo zapytana. — Ja to oglądam jak nawiedzona, więc i one mogą. W sumie o co ci chodzi, próbujesz pisać o gejach, a gejowskiego serialu ani nie chcesz obejrzeć, ani nie dajesz obejrzeć bohaterkom?
— Te kilka odcinków, które mi puszczałaś, cholernie mnie nudziło — odparła obronnie. — W kółko albo idą do łóżka, albo kręcą się wokół łóżka, albo w tym stylu.
— Sceny są fajnie nakręcone — powiedziała Danka. — Ale fakt, to takie romansidło, ale przecież o to w tym chodzi, nie?
— Wolałabym, żeby tam się bardziej coś działo poza wątkami romansowymi — mruknęła Olga.
— Dzieje się — stwierdziła Brygida dobitnie. — Tylko trzeba obejrzeć trochę więcej niż trzy odcinki na krzyż i bez przysypiania.
Olga wydała z siebie na poły sceptyczny, na poły niechętny pomruk; Danka odchyliła nieco głowę i zapytała ze śmiechem:
— A ty pewnie byś chciała serial o filologach, którzy przeżywają wielkie historie miłosne wraz z wielkimi historiami czytelniczymi i dobierają się do siebie w otoczeniu rękopisów i starodruków?
— Coś w ten deseń — przyznała z rozbawieniem.
— Marudzisz — zirytowała się Brygida. — Ja z trudem, zadręczając kilka osób, które patrzą już na mnie jak na wariatkę, ściągam te odcinki, chyba jedyny normalny gejowski serial, jaki na razie powstał, a ta marudzi, że za dużo łóżka, a za mało bibliotek. Teraz zaczęli emitować jakiś serial o lesbijkach, też go ściągnę, ale słowo, jak ci go pokażę, a ty zaczniesz jęczeć, że za często uprawiają seks, a za rzadko kupują książki, to ci coś rozwalę na łbie.
— Uważaj, Olka, ty już dawniej podpadłaś, jak Bryśka puściła ci „Buffy”, a ty się po pierwszym odcinku poryczałaś ze śmiechu u nas na podłodze — dodała Danka, unosząc się na łokciu.
— Bryśka, ty masz świra na punkcie seriali — powiedziała Olga, wzruszając ramionami. — Powinnaś była iść na jakieś filmoznawstwo, a nie klasyczną.
— To się łączy — odpowiedziała Brygida z triumfem. — Masz pojęcie, jak w różnych serialach są wykorzystywane motywy antyczne? Czasem świadomie, czasem nieświadomie, magisterki pewnie z tego nie napiszę, bo nikt nie będzie chciał tego potraktować poważnie, ale doktorat bym mogła. I wtedy sobie pogadamy o „świrze na punkcie seriali”.
— Dobra, dobra, już nic nie mówię. — Olga uniosła ręce w obronnym geście. — Powodzenia i zrób na tym habilitację, tylko nie każ mi tego oglądać.
— „Buffy” jest fajna — oświadczyła Danka, kładąc się z powrotem. — Ty też masz skrzywienie, jak widzisz cokolwiek ze słowem „wampir”, „demon” czy „duch” w tytule albo opisie, dostajesz ataku głupawki i nie chcesz oglądać.
— Nie trawię tego — mruknęła. — Ale dobra, zostawmy to już, oglądajcie, co chcecie, a mnie dajcie nie oglądać, co chcę.
— Konserwa — stwierdziła Brygida z uśmiechem. — Mam nadzieję, że w tej twojej wielkiej, wymarzonej powieści akademickiej bohaterowie nie będą tylko w kółko dyskutować o literaturze, filozofii, historii, uczelni i radach wydziału, ale od czasu do czasu obejrzą też jakiś serial, bo inaczej sama wpadniesz w „za dużo”, tylko odwrotne niż to, które ci w „Queer” przeszkadza.
— Nie martw się, obejrzą — obiecała Olga z przebiegłym uśmiechem. — Zostaniesz jedną z głównych bohaterek i cały czas będziesz ględzić o serialach, nawet podczas rad. Mam taką wizję: rada wydziału zatwierdza nowego dziekana, a ty tłumaczysz wszystkim, jak dziekana wybrałaby Buffy na spółkę z tym tam, który posuwa tego blondyna.
— A ja? Ja też chcę! — upomniała się Danka. — Mnie też musisz opisać, przecież to ze mną komentujesz na gadu tę blogaskową grafomanię.
— Też cię upchnę — obiecała uprzejmie. — Wszystkich upchnę, a Drysztyńskiemu tak dupę obrobię, że może mnie potem pozywać do sądu, szmata.
— I słusznie — zgodziła się Danka radośnie. — To pisz!
— No przecież nie teraz — odpowiedziała Olga z rozbawieniem. — Za parę lat, jak się mocniej powgryzam w uczelnię, na razie zbieram pomysły. A potem siądę i napiszę.
— O ile ci się nie odwidzi — dorzuciła Brygida, znów okręcając się na fotelu.
— Nie zapeszaj — skarciła ją Danka i usiadła. — No, Olka, mała wprawka, daj nam próbkę tej powieści, opisz nasze hic et nunc.
— Poważnie? — zapytała Olga, śmiejąc się.
— Poważnie, poważnie, popisz się — kusiła. Brygida okręciła się na fotelu jeszcze raz, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, po czym dorzuciła kpiąco:
— Popisz się, bo Danka chce od razu sprawdzić, czy ładnie ją opiszesz i przy okazji poinstruuje cię, w jaki sposób powinnaś to robić, tak żeby jej się podobało, a poza tym oczekuje peanów pod swoim adresem.
— Spadaj — odparła Danka życzliwie i zwróciła się do Olgi: — No, opisuj, tylko masz się postarać.
Olga pokręciła z rozbawieniem głową, usiadła wygodniej, odgarnęła opadające na twarz kosmyki włosów, rozejrzała się po pokoju, po czym zaczęła uroczystym głosem:
— W pewne chłodne, marcowe, środowe popołudnie dwa tysiące piątego roku, w pewnym czteropiętrowym poznańskim bloku, w pewnym mieszkaniu będącym od ponad pięciu miesięcy nową stancją dwojga studentów trzeciego roku filologii klasycznej, w jednym z dwóch pokoi składających się na tę stancję siedziała studentka-lokatorka wraz ze swoimi dwiema przyjaciółkami-studentkami.
— Ale zapętliłaś — roześmiała się cicho Danka i natychmiast ucichła, spiorunowana wzrokiem przez Olgę.
— Pokój był nieduży — podjęła ta ostatnia groźnym tonem — kwadratowy, o jasnozielonych ścianach, ze sporym oknem między łóżkiem a regałem. Przy drzwiach w brązowej okleinie wisiał czarny zegar w kształcie zwiniętego w kłębek kota, znajdujące się obok łóżka okno było do połowy zasłonięte kremową roletą, a po prawej stronie nad karniszem siedział wielki, tłusty, obrzydliwy pająk, dopóki go wczoraj Olek bohatersko nie zatłukł i nie wyrzucił, bo już po dwóch minutach miał dość mojego domagania się: „Mam w pokoju pająka, masz mi zabić to ścierwo, no zabij, zabij, zabij, ja tego sukinsyna odkurzaczem nie ruszę, bo jest ohydny, a facetów bogowie stworzyli po to, by było komu zabijać pająki!”.
— Błe — powiedziała Brygida, wzdrygając się gwałtownie. — Nienawidzę pająków. Musisz iść w taki wstrętny naturalizm?
— Już nie będę — obiecała. — Pokój zarzucony był książkami, kserami i notatkami, które wypełniały dwa regały, trzy plastikowe skrzynki i zawalały połowę wyłożonej ciemnoszarą wykładziną podłogi. Poza regałami w pokoju znajdowała się spora szafa w brązowej okleinie; stała tuż przy łóżku, na którym w malowniczej pozie spoczywała lokatorka, leniwym ruchem szczupłej, alabastrowej dłoni o długich, eleganckich palcach odgarniająca sprzed inteligentnej, zamyślonej i uduchowionej twarzy swoje jasnoblond włosy, w romantycznych splotach opadające na smukłe, proste plecy...
— Jaka megalomania... — szepnęła Danka z przerażeniem.
— Miałaś się nie wydurniać — zaprotestowała Brygida, z trudem powstrzymując śmiech. Olga westchnęła głęboko i roześmiała się.
— Miałam nie iść w naturalizm, to poszłam w idealizm. Autoidealizm — poprawiła się. — No dobra, zostawmy tylko lokatorkę na łóżku. Obok niej siedziała jedna z przyjaciółek, niejaka Danuta, właścicielka dobrych notatek, która właśnie prostacko drapała się przez czarne dżinsy po łydce, a jej pofarbowane na wiśnię i wycieniowane do ramion włosy opadały na owalną twarz, w której błyszczały wesoło piwne oczy, oraz na kołnierzyk rozpinanego bordowego sweterka, spod którego widać było kremową bluzkę, ładnie harmonizującą z jasną cerą dziewczyny.
— Za mało — powiedziała Danka. — Dodaj, że schudłam trzy kilo.
— Naprzeciwko nich siedziała Brygida, czyli ta, która podstępnie podbiera cudze notatki i wciska je do swojej szuflady z bielizną. Odziana w sięgającą za kolano sukienkę w granatową szkocką kratę, Brygida wylegiwała się na czarnym, obrotowym fotelu na kółkach; jej niebieskie oczy zakrywała nieco przydługa grzywka jasnobrązowych włosów, spiętych z tyłu głowy klamrą w kok, który rozpadał się zawsze wtedy, gdy Brygida była przekonana, że już ostatecznie opanowała własną fryzurę.
— Bardzo zabawne — prychnęła Brygida i poprawiła dłonią włosy.
— Podobało się? — spytała Olga radośnie.
— Na początek ujdzie — mruknęła Danka, opierając się o jej ramię. — Tylko jak już naprawdę będziesz to pisać, musisz mocniej podkreślić naszą inteligencję, indywidualizm, urok osobisty, bijącą z twarzy kulturę i erudycję i inne takie, które by się nam przydały.
— Postaram się, słowo — zapewniła Olga.
— Oby — odparła Brygida surowo.
— Mam pomysł na opis Olka — odezwała się po chwili Danka. — Słuchajcie: świetnie zbudowane sto osiemdziesiąt cztery centymetry męskiego ciała, przystojna twarz, ciemna czupryna, silne, męskie ręce, szerokie bary, niski głos, wysoka inteligencja, jeden z raptem czterech chłopaków na naszym roku, najprzystojniejszy facet spośród tych wszystkich, którzy są obecnie na całej filologii klasycznej — i, do ciężkiej cholery, gej! Oto jak się marnuje dobre męskie mięso rzucone między dziesiątki studentek. O tym też możesz napisać.
— Jak znam Olkę, zapomni o orientacji Olka i o wszelkich orientacjach innych bohaterów, gdy tylko każe im pójść do biblioteki, gdzie odbędzie się wielka orgia czytelnicza — roześmiała się Brygida. — Ola, ja ci z całego serca życzę napisania wymarzonej książki, ale założę się, że to będzie wielki traktat o maniakalnym czytaniu, kupowaniu i wypożyczaniu książek. Ale nie martw się, my i tak to kupimy i poprosimy o autograf.
— Doceniam to — powiedziała Olga z rozbawieniem. — Chcecie jeszcze coś do jedzenia czy picia?
— Nie... — Danka usiadła, przeciągnęła się i wstała. — Będziemy się już z Bryśką zbierać, ona ma poczytać tę „Literaturę rzymską”, żebym ja ją wreszcie mogła przeczytać, a ja muszę trochę pokuć do poprawki wejściówki, bo w weekend pewnie nie będzie mi się chciało, jak poucza przykład bohaterki naszej parodii.
— Zostańcie jeszcze — poprosiła Olga, ale Brygida pokręciła głową i też wstała.
— Nie, Danka ma rację, wracamy. — Wzięła swoją ciemnopomarańczową torbę spod biurka, zarzuciła ją na ramię, po czym podeszła do łóżka i spojrzała na Olgę. — No wiesz — uśmiechnęła się porozumiewawczo — nasz obecny tydzień z życia studentek filologii klasycznej, UAM dwa tysiące pięć, jeszcze się nie skończył. Aha, i chyba właśnie wdeptałam ci ten kawałek czekolady z orzechem w dywan.



PRZYPISY:
1 rimarius (łac.) — szperacz, poszukiwacz
2 ad perpetuam rei memoriam (łac.) — na wieczną rzeczy pamiątkę
Może spodoba Ci się także:

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Ostrzeżenia / zachęcenia

Teksty zawierają treści przeznaczone dla dorosłych, związane z seksualnością, rozgrzebywaniem psychiki postaci oraz obsesyjną bibliopatią.
Tematyka: psychologia; humanistyka od strony naukowej, uczelnianej i codziennej; płeć i seksualność; LGBT; relacje homoseksualne, biseksualne i heteroseksualne; gender, queer i feminizm; Szczecin; eksperymenty z formą; historia i teoria literatury; bibliopatia i księgozbiory; pisanie; książki istniejące i nieistniejące.

Inspiracje

Z postmodernistycznego punktu widzenia celem nie jest już integracja, synteza i całość. Uwaga skoncentrowana jest na drobinach.
Franklin R. Ankersmit, Historiografia i postmodernizm

Przyjemność to dostęp do wszystkich historii, wyznaczenie sobie – narratorce – takich warunków, które nie czekają na zatwierdzenie. Przyjemność pisania nie ma strażników i nie jest stanem raz na zawsze zdefiniowanym.
Inga Iwasiów, Gender dla średnio zaawansowanych

Pisanie o płci i seksualności to także bogaty projekt poznawczy.
Mieczysław Dąbrowski, Komparatystyka dyskursu. Dyskurs komparatystyki

Myślę, że fragment to forma najlepiej oddająca ową rzeczywistość w ruchu, jaką przeżywamy i jaką sami stanowimy. Bardziej niż zarodek fragment to zabłąkana cząstka określająca się tylko wobec innych części: jest niczym, jeśli nie pozostaje z nimi w pewnej relacji.
Octavio Paz (Ryszard Kapuściński, Lapidaria IV–VI

Relacje z życia nie są uporządkowaną opowieścią od narodzin do śmierci. To raczej przypadkowo zebrane fragmenty.
William S. Burroughs (Ryszard Kapuściński, Lapidaria IV–VI)

Porządek, w jakim wiersz został wydrukowany, nie zawsze odpowiada temu, w jakim był pisany; nie ma to jednak znaczenia, bo każda formuła jest jedną z wielu ewentualnych kombinacji tych układów [...] każda jednostka musi być zdolna do odpowiedniego przyjęcia poprzedniej (którą może być, oczywiście, którakolwiek z pozostałych) oraz do przekazania pałeczki następnej (patrz wyżej).
Julio Cortázar, Poezja kombinatoryczna

Moment istotny polega przecież na formie.
Immanuel Kant, Krytyka władzy sądzenia

Prawa autorskie

Wszystkie zamieszczone na „Musivum” teksty są oryginalną twórczością autorki i jako takie objęte są prawami autorskimi.
Nagłówek Zdjęcia.biz. Obsługiwane przez usługę Blogger.
Blogger template made by manvspixel with Paix Graphic logo