ALBUM RODZINNY. MATKI: JADWIGA


Mam fazę Andrzejową, co oznacza dużo myślenia i pisania o Andrzeju oraz jego otoczeniu. Mam też słabość do koncepcji „Albumu rodzinnego”, bo mogę sobie bezkarnie skakać po różnych postaciach i ich rozmaitych relacjach rodzinnych.
A jeśli chodzi o ten tekst – mam bardzo dużo sympatii do Jadwigi. I jestem ogromnie ciekawa, jak Wy ją odbierzecie.
(PS Kolejny tekst – trzeci rozdział „Powrotów” – pojawi się między 20 a 27 lutego. Już jest gotowy).



ALBUM RODZINNY
MATKI: JADWIGA



Więc to ona, ta jedyna,
co go sobie nie wybrała
zupełnego, gotowego.
Wisława Szymborska, „Urodzony”

17 czerwca 1980, Biały Bór
Doktor powiedział, że skoro było z nią tak, jak było, to musi na siebie uważać. Jak się raz straciło dziecko, to teraz trzeba ostrożniej i uważniej. Unikać wysiłku fizycznego. Nie dźwigać. Nie wchodzić na drabiny, krzesła, stoły. Pranie firanek i mycie okien może poczekać. On wie, jak to jest z kobietami. Dużo jeść, dużo spać, dużo na świeżym powietrzu, ale nie za dużo spacerów. Dużo leżenia. Unikać długiego stania.
– A poza tym nie martwić się, nie myśleć o tym za dużo, i będzie dobrze – zakończył podczas jej wizyty w przychodni w poprzednim tygodniu. – Niech sobie pani poczyta coś wesołego albo z przyjaciółkami poplotkuje, tylko nie o ciąży. Ja już mam dość tego babskiego mądrzenia się, co jest, co może być i czego nie będzie. Od znania się jestem tu ja. Pani od rodzenia. A przyjaciółki od poprawienia humoru, i koniec.
Tyle dobrego, że już nie mówił, jak na początku: „Za stara pani na pierworódkę. Trzydziestoletnia kobieta to już nie dzieci rodzić, tylko posyłać je do szkoły, przedszkola chociaż. Na rodzenie to już za późno, dużo za późno”. Może już się przyzwyczaił. Może informacja, że już raz rodziła, tylko straciła dziecko – nie umiała tego inaczej sformułować, a nie chciała opowiadać dokładnie – sprawiła, że przestał na nią patrzeć jak na dziwadło.
Nie miała zamiaru o niczym rozmawiać z przyjaciółkami, bo zwyczajnie nikogo takiego nie miała. Ot, były sąsiadki, lepsze i gorsze, ale żadna zbyt bliska. Jadwiga tego nie potrzebowała. Miała Władysława, miała własny dom, a teraz jeszcze – miała mieć dziecko. Jednak, mimo wszystko, mimo że była popsuta. Kiedyś.
Było trochę takich niepokojących rzeczy w czasie tej ciąży, dlatego poszła do doktora. Jego słowa ją wystraszyły. Myśl, że mogłaby utracić to, co jakimś cudem jednak dostała – ta myśl była straszna. I tutaj doktor mógł mówić, co chciał, ale samo leżenie, spanie i inne to za mało. Tu było potrzebne prawdziwe, silne wsparcie. I dlatego Jadwiga zaprosiła do domu księdza. W niedzielę po mszy podeszła i poprosiła, by przyszedł. Ksiądz był wiekowy, już chyba z sześćdziesiąt lat miał, siwy, niewysoki i grubawy. I on jeden z całej parafii nie bał się Władka. Ci młodsi to pewnie uciekliby na samą prośbę.
Przyszedł we wtorek o czternastej. Władek przed czwartą nie wychodził z pracy, więc mieli trochę czasu. Najpierw się wyspowiadała, potem się razem pomodlili. A potem zaczęli rozmawiać, tak jakoś zwyczajnie i przyjaźnie, jak dwoje zwykłych ludzi, jakby on nie był księdzem, tylko jakimś wujkiem czy starym znajomym. Bardzo uważnie słuchał. Nie osądzał, nie komentował. Gdy opowiadała o tych rzeczach, o których zwykle starała się nawet nie myśleć, gdy dochodziła do tych najgorszych momentów, pochylał głowę, jakby kłaniał się jej dawnemu cierpieniu.
Właściwie niczego wyjątkowego jej nie powiedział. Ale jego obecność, tego starego człowieka w starej, wypłowiałej sutannie, z włosami przerzedzonymi na czubku głowy – widziała to teraz, gdy siedzieli naprzeciwko, a on się pochylał – sama ta obecność i spokojny, kojący głos dodawały nadziei.
Gdy skończyli rozmawiać, ksiądz poszperał w swojej bezkształtnej torbie z materiału, torbie, z którą zwykle się go widywało, gdy wędrował po mieście, i wyciągnął wreszcie jakiś obrazek.
– Masz tu, dziecko – powiedział, podając jej podłużny kartonik. – To obrazek świętego Ignacego, patrona rodzących matek. Z tyłu jest modlitwa. Proś o wstawiennictwo dla swojego dzieciątka.
Trochę się zdziwiła, że patronem rodzących jest mężczyzna, a nie kobieta, ale nie miała zamiaru podważać tego, co mówił ksiądz. Zresztą święty Ignacy miał tu taką życzliwą, trochę jakby zdziwioną twarz, a nad jego łysą głową wyglądał z różowego nieba Jezus, więc miło się na ten obrazek patrzyło.
Musieli rozmawiać dłużej, niż myślała, bo gdy wyszli z małego pokoju, który był do spania, w przedpokoju spotkali Władka. Władek wyraźnie nie był zadowolony z widoku księdza. O księdzu trudno powiedzieć, ten ksiądz zawsze miał dziwne poczucie humoru i wydawało się, że ściągnięte brwi Władka nawet go bawią.
Jadwiga wiedziała, że wizyta księdza w ich domu to coś, czemu Władek byłby stanowczo na nie. Zwykle mu się nie sprzeciwiała. Zwykle nie miała powodów do tego. Ale to było coś ważniejszego od niej, od pracy Władka, nawet od samego Władka.
– Poprosiłam księdza, żeby przyszedł się za mnie pomodlić, za mnie i nasze dziecko – powiedziała stanowczo. Władek popatrzył na nią chyba zaskoczony. – A teraz jeszcze chcę poprosić, żeby ksiądz poświęcił mieszkanie, żeby Boże błogosławieństwo nade mną czuwało – dodała. To przyszło jej do głowy nagle i poczuła, że bez tego poświęcenia domu nie odzyska spokoju.
Ksiądz popatrzył na nią, popatrzył na Władka, uśmiechnął się znów dziwnie, jakby bawiło go, że stoi w swojej starej, na dole i na brzegach mankietów trochę postrzępionej sutannie, z jakąś tłustawą plamą w okolicach lewej łydki – naprzeciwko odzianego w czysty, jeszcze całkiem nowy mundur kapitana Milicji Obywatelskiej. Jakby to było takie śmieszne. Potem wyjął kropidło, zmówił krótką modlitwę i przeszedł spokojnym, wolnym krokiem po całym domu, święcąc kolejne pomieszczenia. Jadwiga szła za nim, powtarzając cicho „Amen”. Władek chyba wyszedł do ogrodu, bo usłyszała zamykanie drzwi wejściowych.
Gdy ksiądz już poszedł, znalazła męża przy tej niedużej jabłonce, przy której lubił palić. Podeszła, trochę niepewna, co ma zrobić. Nie czuła żadnych wyrzutów sumienia, chociaż widziała, że był niezadowolony. Będzie miał kłopoty w pracy? Każą mu się z tej wizyty tłumaczyć?
Stanęła obok. Palił i patrzył przed siebie, ale gdy dotknęła jego ramienia, spojrzał na nią.
– I co, lepiej ci, jak przyszedł ten twój ksiądz? – zapytał. W jego tonie nie było złości, raczej zwykłe zainteresowanie.
– Tak – przyznała. – Teraz już się boję. Teraz już będzie dobrze.
Wzruszył ramionami.
– To dobrze.
– Jesteś zły? – spytała po chwili.
– Jak ci ma to pomóc, że będziesz miała lepszy humor i spokojnie spała, to sobie tu ściągaj i całą parafię – mruknął i znów się zaciągnął papierosem.
– Nie będziesz miał problemów w pracy przeze mnie? – spytała ciszej. Dopiero teraz poczuła prawdziwy niepokój z tego powodu.
Władek spojrzał na nią. Jego jasnoniebieskie oczy, często takie zimne i groźne, ale wobec innych, nie wobec niej, teraz patrzyły naprawdę ciepło.
– Nie będę – odpowiedział i nawet się lekko uśmiechnął. – Wystarczy powiedzieć, że żona, jak każda baba, przed urodzeniem histeryzuje. Nawet córka komendanta ściągała przed porodem księdza do domu. A zresztą – dodał, odwracając głowę w drugą stronę – nic mnie to nie obchodzi. Nie będzie mi żaden rządził, jak coś dotyczy mojej żony i mojego dziecka.
Jadwiga pogładziła ramię męża. Jego praca, jego stopień w milicji – przecież temu zawdzięczali wszystko, co mieli, zawdzięczali ten domek z ogródkiem i trzema pokojami, gdy tak trudno było o mieszkania, zawdzięczali małego fiata, białego i śmiesznie pyrkającego na drogach, zdobytego poza kolejką, zawdzięczali telefon. Komendant Władka lubił, od samego początku, i ciągle jakoś wspierał, ciągle jak coś dobrego było, to najpierw brał dla siebie, potem dla Władka, a dopiero potem dla innych, jeśli starczyło. Najpierw było to dwupokojowe mieszkanie w bloku, gdzie mieszkali przez pierwsze dwa lata po ślubie, a później ten dom, o którym Jadwiga nie śmiała nawet otwarcie marzyć, dopóki się tu nie wprowadzili.
A teraz Władek tak wyraźnie daje do zrozumienia, że to wszystko – i ten dom, i ogród, i dobra pensja, i mundur, i stopień kapitana – musi ustąpić przed nią i przed ich dzieckiem.
Gdy objął ją ramieniem, uścisnęła jego dłoń. Nie szkodzi, że chwilę wcześniej rzucił niedopałek na trawę i przydeptał butem, jak zwykle. Był dobrym mężem, dobrym człowiekiem.

***

7 listopada 1980, Biały Bór
Była wreszcie znów w domu, we własnym łóżku, bez pielęgniarek, lekarzy i obcych kobiet wokół. Teraz siedziała w łóżku, z synem na rękach, takim maleńkim, delikatnym, takim ślicznym. Miał piękne niebieskie oczy, po Władku. Pielęgniarka coś tam mówiła, że po urodzeniu każde dziecko ma niebieskie, a potem się zmienia, ale co ona wiedziała, nie znała koloru oczu ojca.
Jej mały Bąbelek. Gdy otwierał usta, kropelka śliny pod wpływem powietrza nadymała się jak mydlana bańka, a potem rozlegało się cichutkie „pyk” i bańkowy bąbelek znikał.
Trzeba było w końcu wybrać imię. Póki nie urodziła, nie wiedzieli przecież, czy to chłopiec, czy dziewczynka. Poza tym trochę się bała – że zapeszą, że będą kusić los. Władek wprawdzie mówił, że to głupoty, ale zgodził się poczekać.
No i teraz, gdy już wróciła do domu, wrócili właściwie, trzeba było wreszcie wybrać imię. Przecież dziecko nie może się nazywać Bąbelkiem, chociaż to tak miło brzmi.
– Ja bym go nazwał Zdzisław – powiedział w pewnej chwili Władek. Siedział na brzegu łóżka, już w domowych spodniach i swetrze, nie w mundurze, w którym odebrał ją ze szpitala. Jednym łokciem oparł się o kolano, a podbródek podparł dłonią, i patrzył na nią. – Po moim ojcu. No, co myślisz?
Spuściła wzrok. Bąbelek spał z lekko uchylonymi ustami. Miał takie małe rączki, paluszki, nosek – cały był taki drobny i miękki. Czarne kosmyki włosów nierówno pokrywały czerwono-różową skórę głowy. Pogłaskała go delikatnie po policzku, jednym palcem, by nie zrobić mu krzywdy.
– Chciałabym, żeby się nazywał Andrzej – odezwała się wreszcie cicho. – Po moim bracie.
Po bracie. Po Andrzejku, tylko dwa lata od niej starszym, z którym tak się wspaniale bawiła, gdy była mała. Andrzejek trzymał ją za rękę, gdy szli doić krowy. Huśtał ją na tej huśtawce ze sznura i drewnianej deski, którą na starym orzechu zrobił im ojciec. Pokazywał jej wieczorami gwiazdy i mówił, jak się nazywają. To były nieprawdziwie nazwy, jak się dowiedziała później, musiał je wymyślać z głowy, ale były piękne i nadal wiele z nich pamiętała.
Andrzejek utopił się w przeręblu którejś zimy, gdy miał niecałe dziesięć lat. Jeździł z chłopakami po zamarzniętym jeziorze, w butach i na pupach. W którymś miejscu lód był słabszy, pękł. Wpadło ich dwóch. Tamtego, Heńka chyba, przywołani przez resztę chłopców dorośli zdołali uratować. Gdy wyciągali Andrzejka, już nie oddychał.
Tak trudno było uwierzyć, gdy leżał w trumnie, zimny, biały i nieruchomy, że to ten sam Andrzejek, który dopiero co opowiadał jej historie o duchach, chował ulubioną lalkę, żeby szukała po całym domu i okupowała się fantami, budził rano, by wraz z nim poszła do kur po jajka. Tak było w domu cicho, pusto i smutno bez niego. Potem zrobiło się jeszcze gorzej, bo ojciec coraz częściej pił więcej i więcej. „Nie mam syna, to co ja niby teraz mam?”, powiedział raz mamie, a Jadwiga usłyszała i pomyślała: to znaczy, że jej nie ma?
Ojciec zmarł dwa lata później. Zapił się, mówiły sąsiadki. Złapał po tym pijaku zapalenie płuc, mówiła mama. Ale prawda była taka, że ojciec umarł na brak Andrzejka, bo bez Andrzejka już nie miał po co żyć. Tak Jadwiga opowiedziała kiedyś nauczycielce w szkole, a ta nauczycielka popatrzyła, jakby się miała rozpłakać.
Mama musiała robić sama wokół gospodarstwa i dwoić się i troić, żeby jakoś utrzymać siebie i Jadwigę. Zrobiła się też taka daleka, często niemiła, często smutna i zła naraz. Ze zniknięciem Andrzejka zniknęła czułość, którą Jadwiga dotąd znała: całowanie na dobranoc, przytulanie, gdy się upadło, wspólna zabawa w niedzielne popołudnie po powrocie z kościoła. Zostały obowiązki do wykonania, polecenia do wysłuchania, błędy, za które było się karanym krzykiem albo klapsem. Smutno było, i daleko do mamy.
A potem się wydarzyło tamto i do mamy było jeszcze dalej.
To były wakacje, te pierwsze, po których nie miało być szkoły. Skończyła podstawówkę, chociaż sporo opuszczała, bo trzeba było robić przy gospodarstwie. Ale we wsi prawie wszystkie dzieci musiały pomagać, więc nauczyciele za bardzo się nie czepiali. A w te wakacje było ciepło, przyjemnie, a jej już piersi zaczęły rosnąć i krwawić co miesiąc zaczęła, więc czuła się nawet dorosła. Chodziła po wsi i przyglądała się wszystkiemu, zwłaszcza ludziom, zwłaszcza letnikom, którzy przyjeżdżali z przyjaciółmi i rodzinami.
Tamtego dnia była na łące, nawet niedaleko domu. Widziała tamtych trzech chłopaków z daleka, szli z naprzeciwka. Jeden to był kolega ze szkoły. Drugi, trochę starszy, też tu mieszkał. Trzeci to musiał być letnik, to nawet było widać po ubraniu.
Kiedy ją mijali, powiedzieli coś głupiego, jak to chłopaki. Mieli w rękach butelki z piwem, może z wódką. Wzruszyła ramionami, bo wiedziała, że lepiej udawać, że się nie słyszy. Ale potem się zorientowała, że za nią idą. I zanim zrozumiała, że idą nie po to, by znów mówić coś głupiego – schwycili ją, wywrócili, przygnietli do ziemi.
Pamiętała odpychający zapach alkoholu, potu i ziemi. Drobne kamyki wbijały się w jej plecy. Ból był najpierw potworny i krzyczała, dopóki jeden nie zakrył jej ust dłonią, a gdy go ugryzła, uderzył tak mocno w twarz, pięścią, że przez chwilę nie czuła niczego. Potem – potem już nie chciała pamiętać. Tylko niebo, w które patrzyła, gdy odchodzili, podśmiewając się i rzucając przez ramię słowa „Nie płacz, jeszcze się kiedyś zabawimy” – tylko to niebo było jakieś szare, chociaż był środek dnia.
Mimo porwanych ubrań udało jej się wrócić do domu tak, że nikt jej nie widział. Udało jej się okłamać matkę, że upadła i uderzyła się o kamień, dlatego ma takie siniaki na twarzy i szyi. Udało jej się przez resztę wakacji nie wychodzić z domu dalej niż do ogrodu, żeby przypadkiem ich nie spotkać. Tylko spać jej się nie udawało, bo ciągle powracały tamte obrazy.
Nie wiedziała, oczywiście, o pewnych sprawach. To matka zorientowała się pierwsza. Jadwiga myślała, że ten brak comiesięcznej krwi to tak po prostu, i nawet się cieszyła, że nie boli i nie brudzi ubrań. Wymioty – może się czymś zatruła? Większy brzuch – nie za bardzo miała od czego utyć, ale też nie za bardzo się swojemu ciału przyglądała, to budziło zbyt wiele okropnych wspomnień.
Matka wyciągnęła z niej całą historię. Potem zbiła. To nie był pierwszy raz, biła często i boleśnie, zwykle w tyłek, ręką lub pasem. Ale wtedy biła po twarzy, po ramionach, po plecach, pięściami, i krzyczała.
To była wina Jadwigi. Żadnej porządnej dziewczynie to by się nie przydarzyło. Żaden porządny mężczyzna jej teraz nie zechce. Wszyscy we wsi ją palcem będą wytykać z nieślubnym bachorem, jak jakąś dziwkę. I ją, matkę, też będą wytykać, że takie pomietło wychowała.
Ból wywołany uderzeniami matki okazał się o wiele mniejszy niż ból, jaki sprawiały wypowiedziane przez nią słowa. Nie chciała słuchać, jak to się odbyło. Nie chciała słuchać, że Jadwiga nic nie zrobiła, żeby na to zasłużyć, że to tamci, że pijani, że napadli. „Jakbyś się porządnie zachowywała i była porządnie ubrana, i nie zachęcała, to żaden by ci nic nie zrobił” – to było wszystko, co usłyszała w odpowiedzi.
Parę dni później matka wywiozła ją do krewnej. I do rodzinnych Lisów Jadwiga już nigdy nie wróciła.
U krewnej w Łuniewie Wielkim Jadwiga przeczekała do porodu. Matka zaraz po przywiezieniu jej wróciła do domu, a na odchodnym zapowiedziała, że z bękartem nie chce córki u siebie widzieć. O rodzeniu w szpitalu nie było mowy, gdzie tam szpital w pobliżu, zresztą wtedy wszyscy mówili, że do szpitala to głównie po to, żeby umrzeć. A poza tym jaki wstyd byłby, przecież by o ojca pytali. Więc rodziła w domu ciotki, a do pomocy przyszła zaprzyjaźniona stara akuszerka.
Jadwiga miała wtedy czternaście lat. Nie rozumiała, co z nią robią, dlaczego z jej ciałem dzieją się te wszystkie rzeczy, dlaczego tak boli, tak uciska, dlaczego każą jej najpierw robić to, potem tamto, a to dziecko ciągle się nie rodzi. A później coś się porobiło takiego, że i ciotka, i starucha zbladły jak ściana, potem szybko nagotowały gorącej wody i przyniosły jakieś dziwne przedmioty. Ból zrobił się jeszcze straszniejszy, kilka razy zemdlała, a wtedy ciotka wylewała jej zimną wodę na głowę i uderzała w twarz, żeby ocucić.
A potem, w którymś momencie, wszystko się skończyło. Akuszerka zawinęła coś w zakrwawione prześcieradło.
– Musiałam je z ciebie wyciągać, ułożyło się źle – powiedziała. – Wyczyściłam cię, ale po czymś takim to ty już jesteś uszkodzona. Ty już dzieci nie będziesz miała.
Wtedy nie zwróciła na te słowa uwagi, co innego chciała wiedzieć.
– A… to? – spytała słabo, wskazując ręką na zawiniątko.
– To? – Kobieta splunęła na podłogę. – To martwe. Jak już wyszło, nie oddychało. Przykro mi.
Jadwidze nie było przykro. Po raz pierwszy od tamtego dnia na łące poczuła radość. To coś, co w sobie nosiła – nie nazywała tego dzieckiem, myślała o tym „to” – od samego początku budziło tylko i wyłącznie jej głęboką nienawiść. Nienawidziła tego tak samo, jak nienawidziła tamtych trzech chłopaków. I życzyła i im, i temu – śmierci, bolesnej śmierci, wszystkiego, co najgorsze, jeszcze gorsze niż to, co oni jej zrobili.
Ale gdy parę razy o tym powiedziała, najpierw matka, a potem ciotka dały jej w twarz i nakrzyczały.
– Każde dziecko jest święte – powiedziała ciotka wściekle, gdy Jadwiga oświadczyła kiedyś: „Chciałabym, żeby to umarło we mnie”. – Każde dziecko to dar od Boga.
– Ale ja go nie chciałam! – krzyknęła i rozpłakała się.
– To się trzeba było lepiej prowadzić – mruknęła ciotka. – Jak się dziewczyna szanuje, to nie ma potem takich problemów. A teraz trudno, masz, to musisz wychować.
Dzień po porodzie Jadwiga leżała w łóżku. Ciotka przynosiła jej jedzenie. Komentowała coś czasem, raz w jedną stronę – „Masz, wykrakałaś to swoje umieranie” czy „Nawet urodzić normalnie nie umiesz” – raz w drugą: „Przynajmniej kłopotu już nie masz”. To nie miało znaczenia. Jadwiga leżała, starała się jak najmniej ruszać, bo wszystko bolało, jadła bez apetytu i po prostu się cieszyła. To znienawidzone coś, które musiała w sobie nosić po tamtej napaści, to coś, którego nie chciała, o które się nie prosiła i które znalazło się w niej wbrew jej woli, nie żyło. Była wolna. Nie tylko od niechcianego bękarta – była w pewien sposób wolna też od tamtej historii. Swoją radość chowała dla siebie, nie chciała znów słyszeć krzyków oburzenia. Nie rozumiała, dlaczego miałaby czuć cokolwiek dobrego do dziecka, które pojawiło się w taki sposób – a ciotka najwyraźniej nie umiałaby zrozumieć, tak jak wcześniej matka, jej obecnej radości.
Bez tego niechcianego czegoś nagle stała się panią samej siebie. Gdy już stanęła na nogi, ciotka rzuciła: „To teraz wracaj do matki i zachowuj się porządnie, chociaż nie wiem, czy jakiś cię zechce po czymś taki”. Jadwiga nie odpowiedziała. Sprzedała kilka drobiazgów, które nie były niezbędne, spakowała skromny dobytek – kilka sukienek, grzebień, kawałek mydła, parę innych codziennych rzeczy – i po prostu wsiadła do najbliższego pociągu. Miała czternaście lat, nic jej nigdzie nie wiązało. I było jej wszystko jedno, gdzie będzie, byle tylko mieć spokój i coś do jedzenia.
Ten pierwszy spokój znalazła pod Ciechocinkiem. Wykonywała różne fizyczne prace, trochę szyła; w końcu pewna starsza pani przygarnęła ją jako pomoc w domu. Jadwiga nauczyła się pod jej okiem dobrze gotować, porządnie szyć, dokładnie sprzątać, uważnie liczyć pieniądze i sprawdzać rachunki. W nocy wstawała co dwie godziny, by natrzeć staruszce plecy. W zimie, by oszczędzać na węglu, trzeba było zakładać kilka warstw ubrań, nawet na noc. Starsza pani była skąpa, ale dobra i nigdy nie podniosła głosu. W niedzielę nie wolno było wykonywać robót domowych. Szły rano do kościoła, potem był obiad, przychodziło kilkoro znajomych na brydża, a Jadwiga podawała ciasto, parzyła herbatę, podpowiadała, czy lepiej wyjść w karo, czy w trefle. Wieczorami siedziały we dwie przy piecu, nawet jeśli był zimny, i starsza pani czytała na głos jakiś kawałek z Biblii, a Jadwiga myślała o tym, co zrobi w poniedziałek na obiad i czego brakuje w kuchni. Przeżyły tak sześć lat w zgodzie i zadowoleniu.
– Ty jesteś porządna dziewczyna – mówiła czasem staruszka. – Tylko za cicha i za mało wyrobiona. Ale może to i dobrze, takich gadatliwych i wyrobionych aż za bardzo to ja już miałam na pęczki.
Starsza pani umarła bardzo cicho i spokojnie, we śnie. Gdy Jadwiga weszła raz do pokoju rano, by podać gorące mleko i jedną bułkę z masłem, znalazła staruszkę już zimną. Stała przez długą chwilę, z mlekiem i chlebem na tacy, bo zawsze podawała na tacy, i patrzyła na zastygłą twarz z żalem. Nie współczuła swojej pani – ta miała już spokój. Ale dla niej, Jadwigi, spokój właśnie się skończył.
W wieczór po pogrzebie, gdy sprzątała po urządzonej dla innych staruszków stypie, do kuchni przyszła najbliższa przyjaciółka zmarłej. Usiadły przy stole, Jadwiga podała mocną herbatę i kawałek pieczonej rano szarlotki. I nagle się rozpłakała.
– Nu… nu, nie trzeba – powiedziała tamta. – Zabierze te ręce od twarzy i wytrze oczy. Ile ma lat?
– Dwadzieścia – powiedziała zduszonym głosem.
– Dwadzieścia – powtórzyła stara kobieta. – Szyć umie, prawda? Helena mówiła, że dobrze szyje, bardzo dobrze.
– Umiem dość dobrze – przyznała Jadwiga.
– To teraz niech mnie słucha – nakazała staruszka. – Tu nie ma czego szukać. Tu dużo starych ludzi, jak ja, i mało dobrej pracy. A jak umie szyć, to powinna pójść do szwalni i szyć.
Przyjaciółka zmarłej miała na myśli, jak się okazało, zakład krawiecki, więcej – konkretny zakład. Jej siostrzenica taki prowadziła w innej części Polski i ciągle potrzebowała dobrych, porządnych szwaczek. Bo dziewczyny ciągle się zmieniały, to za mąż wyszły, to z kimś uciekły, to wolały iść do sklepów, że tam lepszy zarobek.
– Ja jej list napiszę z poleceniem, to będzie miała pewność, że ją przyjmą – obiecała staruszka. – Nad morzem prawie zamieszka, będzie w ładnym mieście, będzie miała pracę z koleżankami w tym samym wieku i dużo młodych wokół. Długo młoda nie będzie, musi korzystać z życia.
Jadwigi wprawdzie wcale nie kusiło towarzystwo rówieśniczek ani „korzystanie z życia”, ale nie miała pomysłu, co robić dalej. A może nie miała siły i ochoty szukać? A może po sześciu latach zapragnęła jednak wyjechać, zobaczyć inny kawałek świata? Sama nie wiedziała do końca. Nie wiedziała nawet wtedy, gdy z biletem w kieszeni i dwiema walizkami w rękach – o, teraz już miała całkiem spory i przyzwoity dobytek – wsiadała do pociągu.
Biały Bór nie leżał ani nad morzem, ani nawet blisko morza, co jej jednak wcale nie obeszło. Miasteczko było małe, spokojne. Zakład dość duży, pełen dziewcząt mniej więcej w jej wieku. Pracy sporo. Piękne, nowoczesne maszyny do szycia. Jadwiga przez pierwsze dni ze strachem ich dotykała, żeby czegoś niechcący nie zepsuć.
Siostrzenica starszej pani przyjęła ją chętnie i całkiem miło. Z mieszkaniem też nie było problemu – w hotelu robotniczym pracownie zakładu krawieckiego „Jeannette” miały zawsze zagwarantowane miejsce. Wprawdzie było trochę ciasnawo, bo mieszkały po trzy w jednym pokoju, a łazienka była na każdym piętrze, ale tylko jedna. Mimo wszystko Jadwidze się dość podobało. U matki sypiała na kozetce w kuchni. U ciotki – na dostawce w przedpokoju, tylko zaraz po porodzie parę dni w łóżku w pokoju. U starszej pani też spała w kuchni, ale to była duża kuchnia z wygodną wersalką. Tutaj, w Domu Robotniczym „Baltazar”, miała wąskie łóżko z twardym materacem, małą szafkę nocną, dwie półki i kilka wieszaków w dzielonej ze współlokatorkami szafie i jedno z krzeseł ustawionych przy niedużym, prostokątnym stole. Wszystko było podniszczone, za to całkiem dobrej jakości.
Najlepsze w tym nowym życiu okazało się to, że zależała tylko od siebie. Jeśli źle by pracowała, to oczywiście by ją wyrzucili. Ale jeśli pracowała dobrze, to nic innego nie miało znaczenia – ani zdrowie czy choroba pracodawcy, ani nastroje kierowniczek, ani sprawy koleżanek. To było dobre. Przychodziła rano, zaczynała pracę, potem przerwa obiadowa, znów praca i o szesnastej koniec. Praca przyjemna – szycie naprawdę dawało radość. Potem często szła na spacer, czasem parę godzin siedziała na ławce i przyglądała się ludziom. Kiedy indziej wracała od razu do hotelu i korzystała ze spokoju, bo jej współlokatorki gdzieś przepadały aż do wieczora. Kolację każda pichciła sobie w malutkiej kucheneczce wydzielonej w jednym z kątów pokoju.
Koleżanki były całkiem miłe, choć trochę męczące: gadatliwe, roześmiane, pełne rozpierającej je energii. Niekiedy męczyły. Kiedy indziej miło się ich słuchało, pod warunkiem, że nie naciskały, by ona też gadała, śmiała się i podskakiwała z radości.
Z Madzią i Wiśką mieszkało się dość dobrze, chociaż Wiśka była straszna bałaganiara i często przez to denerwowała. Ale przynajmniej nikt nikomu na ręce nie musiał patrzeć. W pokoju obok wybuchła raz straszna awantura, bo Ela oskarżyła Misię, że ta jej złoty łańcuszek ukradła. A w ich pokoju spokój: od razu postanowione, że żadna nie dotyka rzeczy innej, nie pożycza bez zapytania, nie przestawia bez zgody. Raz Madzia skaleczyła się okropnie w łazience i potrzebowała plastra, a u siebie nie miała, za to wiedziała, że jest duży kawałek w u Jadwigi, której akurat nie było w pokoju. Wzięła więc sobie trochę z szafki – z palca krew tryskała jak z fontanny – a wieczorem bardzo długo przepraszała, że tak po własnej woli, ale już prawie krwi w sobie nie miała. Madzia lubiła przesadzać. Ale to było miłe, że tak zwracała uwagę, co jest czyje.
Koleżanki początkowo trzymały ją na dystans, co Jadwidze nie przeszkadzało – wcale nie miała ochoty na bliższe znajomości. Potem ten dystans osłabł, pojawiły się jakieś zaproszenia do kina, na potańcówkę, na spacer. Ale Jadwidze bardziej się podobało być samą. Poza tym tamte dużo mówiły o kawalerach, o tym, której się kto podoba i komu która się podoba, i z niej też próbowały wyciągnąć takie rzeczy. W końcu nazwały ją „dzikuską” i trochę dały spokój.
Przez trzy lata Jadwiga żyła w taki sposób, poza pracą więcej sama niż z kimś. Było spokojnie i dobrze. Nie miała nic przeciwko spędzeniu tak reszty życia. Zresztą nie za bardzo myślała o przyszłości dalszej niż następny tydzień.
A potem pojawił się Władysław.
Do umieszczonej na tyłach zakładu stołówki przychodziły nie tylko krawcowe. Stołowali się tu też niektórzy lekarze i pielęgniarki, a poza tym niedaleko był posterunek milicji, więc i milicjanci mieli tu wydawane posiłki. Młodzi funkcjonariusze przychodzili zawsze w tych godzinach, gdy zakład miał przerwę, i zalecali się do koleżanek Jadwigi. Do niej niektórzy też próbowali, ale szybko przekierowywali swoje zainteresowanie na bardziej rozmowne i uśmiechnięte dziewczęta. I dobrze, bo Jadwiga wcale nie miała ochoty na jakieś znajomości.
Władysław pojawił się z początkiem siedemdziesiątego trzeciego roku. Nie umiała sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy go zauważyła, pewnie po którejś uwadze „Ale mruk” zrobionej przez koleżanki. Władysław był wysoki, mocno zbudowany, z ciemną, gęstą czupryną, z kilkoma zmarszczkami silnie przecinającymi czoło, wyraźnie starszy od kolegów, z którymi przychodził. Był też milczący, patrzył tak jakoś ponuro, nie uśmiechał się. Dziewczętom się dość podobał, niektóre same go ośmielały, ale nie zwracał uwagi. Gdy mu dokuczały: „Pan taki mruk, panie Władku, niech pan żart opowie!” albo się przymilały: „Czy ja panu złość jaką zrobiłam, że pan taki ponury? Niech pan się do mnie uśmiechnie, odważnie!” – tak samo nie reagował. Czasem wzruszał ramionami, czasem mówił coś w rodzaju „Niech panna Lidka nie opowiada takich dziecinad”. Zupełnie nie mogły go sprowokować do żartu i zabawy.
Któregoś dnia Władysław podszedł do stolika, przy którym Jadwiga, akurat sama, właśnie zaczynała jeść zupę, i zapytał:
– Czy panna Jadwiga ma coś przeciw, żebym się przysiadł?
Była tak zaskoczona tym, że zna jej imię, że tylko bez słowa pokręciła głową i zrobiła ręką lekki ruch, jakby wskazywała mu krzesło. Usiadł, zaczął jeść zupę; trochę siorbał, nic nie mówił, patrzył w swój talerz. Przy drugim daniu tak samo. Potem wstał, ukłonił się, mruknął „Dziękuję” i poszedł. Na drugi dzień znów usiadł przy tym samym stoliku co ona. Ale wtedy zleciały się Madzia i Wiśka, żądne sensacji, i próbowały się z nim droczyć. W końcu Madzia nie wytrzymała i powiedziała złośliwie:
– Jak pan Władek siorbie, jak niegrzeczne dziecko, a fe!
Spojrzał na nią spokojnie i odpowiedział tak, jakby to ona była niegrzecznym dzieckiem:
– A panna Magda chlapie łyżką na obrus i mówi z pełną buzią.
Madzia się zaczerwieniła i umilkła. Wiśka cały obiad robiła do Jadwigi miny, trochę śmieszne, trochę głupie. Magda skończyła jeść pierwsza i zwyczajnie uciekła. Wiśka, zabierając pusty talerz po drugim daniu, dygnęła ze słowami „Zostawiam państwa” i też poszła. Przez chwilę przy stoliku było cicho.
– Ja pannę Jadwigę przepraszam, jeśli siorbię – odezwał się nagle Władysław. – Prostak jeszcze trochę jestem.
– Madzia nie powinna panu tak nieładnie zwracać uwagi – odpowiedziała Jadwiga ku własnemu zaskoczeniu. Wstyd jej trochę było za koleżankę.
 Od tej pory ile razy Władysław przychodził do stołówki zakładu, siadał przy jej stoliku. Tak już się utarło, że siedzą tylko we dwoje, chociaż stolik był na cztery osoby. Siedzieli w milczeniu, jedli, czasem on pytał, czy jej dolać soku, czasem ona prosiła o sól czy pieprz.
Któregoś dnia, gdy jedli, kilka stolików obok rozległ się głośny wybuch śmiechu, potem parę osób się przekrzykiwało, potem znów śmiechy. Władysław rzucił okiem w tamtym kierunku, zerknął na Jadwigę i mruknął:
– Pannę Jadwigę może denerwuje, że ja tak nic nie mówię?
– Nie – odpowiedziała spokojnie. – Ja też nie jestem zbyt rozmawiająca. Pan Władysław pewnie nie lubi mówić o niczym.
I, śmieszna sprawa, wtedy właśnie zaczęli rozmawiać. Chociaż rzeczywiście nie o niczym. Najpierw on zapytał o plaster, który miała na palcu, a na wyjaśnienie, że przez nieuwagę przycięła sobie palec w maszynie, stwierdził: no tak, każda praca ma swoje niebezpieczeństwa. Wtedy, szczerze zaciekawiona, zapytała o niebezpieczeństwa w jego pracy. Opowiadał może niezbyt zajmująco, ale za to konkretnie. Następnego dnia znów o czymś rozmawiali, a potem milczeli. W kolejne dni tak samo.
Dziewczęta twierdziły, że Władysław jest mruk, nie ma poczucia humoru, nie umie się zachować wobec kobiet, nie jest ani romantyczny, ani zabawny.
– Przystojny, ale dzikus – oświadczyła raz któraś z koleżanek, gdy pracowały przy maszynach. – Ja nie wiem, Jadźka, jak ty cały obiad z nim wytrzymujesz i z nudów nie umrzesz.
Nie nudziła się. Fakt, był milczący, ale to jej nie przeszkadzało. Wolała jego milczenie niż gadatliwość wielu krawców, lekarzy, milicjantów czy innych mężczyzn, którzy korzystali ze stołówki albo kręcili się wokół jej koleżanek. Wolała jego zwyczajne pytania i poważne odpowiedzi zamiast różnych słownych żarcików i gierek, które wprawiały ją w zakłopotanie i sprawiały, że czuła się głupia. Wolała jego „panno Jadwigo” niż innych „Panno Jadziu, panno Jadzieńko, co pani znowu taka smutna i poważna?”. Nie przemawiały do niej romantyczne gesty niektórych panów: kwiaty, wiersze, przesadzone komplementy. Wolała powagę, z jaką Władysław traktował jej słowa. Raz zapytała, czy to prawda, że człowiek wylądował na Księżycu, bo gdzieś w radio usłyszała.
– Tak – odparł i nagle się ożywił. – W sześćdziesiątym dziewiątym. Oglądałem to jeszcze w Grabowie, komendant nas do siebie na telewizję zaprosił. Jedyny miał na ulicy telewizor. Wie panna Jadwiga, oni najpierw wylądowali, bo dwóch ich było, potem wysiedli w tych skafandrach na głowach i kombinezonach, i szli po Księżycu, ale o wiele wolniej niż po ziemi.
– Po co im te skafandry? – zdziwiła się.
– Bo na Księżycu nie ma powietrza.
– Jak to nie ma? – Popatrzyła na niego z niedowierzaniem. – To niby czym oddychają?
Gdy jej wyjaśnił, stwierdziła, że nadal nie rozumie, dlaczego tam nie ma powietrza i czemu tak wolno chodzą. Podrapał się po głowie.
– Ja też za dobrze nie wiem – przyznał niechętnie. – Niech panna Jadwiga zaczeka, sprawdzę jakoś i jutro powiem.
Następnego dnia przy obiedzie oświadczył, że znalazł o tym książkę i jeśli panna Jadwiga ma czas po pracy, to mogą pójść do parku obok i wyjaśni. Trochę się wahała, ale była naprawdę ciekawa, o co w tym wszystkim chodziło. Kilkanaście minut po czwartej spotkali się więc w parku, usiedli na ławce, otworzyli cienką książkę ze zdjęciami i Władysław zaczął objaśniać. Chyba sam za dobrze tego wszystkiego nie rozumiał, ona tym bardziej, ale zdjęcia były ładne.
– O – powiedziała w pewnej chwili, gdy oglądali fotografię rozgwieżdżonego nieba. – Niech pan Władysław spojrzy, tu gdzieś jest Felonna, Włidiki i Plenna. To nazwy gwiazd – wyjaśniła, widząc jego zdumioną minę. – Gdy byłam mała, mój brat pokazywał mi te gwiazdy na niebie i mówił, jak każda się nazywa.
– Pani brat musi mieć bogatą wyobraźnię jak jakiś pisarz – powiedział Władysław. Nie było w tym żadnej złośliwości, ale zrozumiała w tym momencie, że nazwy podawane przez Andrzejka były tylko jego dziecięcym wymysłem.
– Ale jestem głupia – mruknęła, odwracając wzrok. – Nie pomyślałam, że skąd niby siedmiolatek ma znać nazwy gwiazd.
– Ale to ładne nazwy – odezwał się Władysław. – Ładniejsze niż niektóre z tych. O, tu niech panna Jadwiga spojrzy, ja tego nawet wymówić nie potrafię.
Pomyślała wtedy, że dziewczęta nie mają racji jeszcze w jednym: wcale nie był nieokrzesanym gburem. A gdy potem, na jego pytanie, czym się teraz zajmuje brat, odparła krótko, że umarł, gdy był mały, i usłyszała spokojne „Bardzo pani współczuję, musi go pani pewnie brakować”, utwierdziła się w tym przekonaniu. Wcale nie był gburem.
I to nie tak, że „nie umiał postępować z kobietami” i nie potrafił się zdobyć na romantyczny gest. Po prostu inaczej takie gesty rozumiał. Jego koledzy przynosili dziewczętom kwiatki, nieraz zrywane chwilę wcześniej z publicznych klombów, i wierszyki, niekoniecznie własne. On któregoś popołudnia, gdy przyszedł do parku, wyjął z teczki niedużą paczuszkę w szarym papierze i wręczył jej z zadowoloną miną.
– Siostra komendanta przesłała mu wczoraj paczkę z RFN – wyjaśnił, gdy odpakowywała zawiniątko. – I trochę rzeczy podzielił między paru z nas. Mnie z tego żaden pożytek, to kobiece drobiazgi. Podoba się pani?
 Jadwiga przyglądała się czterem kostkom mydła w kartonowych pudełeczkach. Zielone, białe, różowe, niebieskie. Jakieś obce nazwy, których nie znała.
– Pani to na pewno bardziej doceni – dodał.
– Ja panu za to oddam pieniądze – rzuciła Jadwiga, nagle speszona całą sytuacją i nieoczekiwanym podarunkiem. Władysław spojrzał na nią tak, jakby uderzyła go w twarz.
– Co panna Jadwiga? – powiedział ostro. – Co ja jestem, spekulant? Ja pani po przyjacielsku przyniosłem, prezent, a nie handel.
Przestraszyła się trochę jego rozgniewanej twarzy, ściągniętych brwi i nieprzyjemnego tonu.
– Ja pana przepraszam – powiedziała cicho. – Głupio powiedziałam. – Zawstydziła się tych nieprzemyślanych słów, więc żeby ukryć zakłopotanie, otworzyła ostrożnie jeden z kartoników i powąchała zawartość. – Niech pan powącha! – wykrzyknęła z zachwytem i podsunęła mu mydło. – Jak to pachnie!
– Kwiatami – stwierdził, po czym spojrzał na nią, już bez złości, uśmiechnął się lekko i dodał: – Będzie pannie Jadwidze pasowało.
Był spokojny. Nie zasypywał jej komplementami, które by ją wprawiały w zawstydzenie. Nie opowiadał żarcików, których nie rozumiała. Nie mówił o błahostkach ani nie starał się pokazać, o ile jest od niej mądrzejszy. Powiedziała mu raz, że nie jest wykształcona, skończyła podstawówkę i niewiele z tego pamięta, bo zawsze było więcej pracy w gospodarstwie niż czasu na naukę, więc niech nie zwraca za bardzo uwagi, gdy ona powie coś głupiego. Wie, że jest głupia i czasem coś palnie.
– Ja tam też nie jestem wykształcony – mruknął, wzruszając ramionami. – Początkowe nauczanie, to wie pani, w czasie wojny tak sobie wyglądało. Ja miałem sześć lat, jak wojna wybuchła, z literami to się człowiek zapoznawał, jak akurat była okazja. Potem po wojnie, jak nas wzięli do szkół, to było ciężko, człowiek nie był zwyczajny do tego. Potem, jak się poszło do milicji, to się jeszcze douczyło. Jakoś w końcu maturę zrobiłem – dodał z rozbawionym uśmiechem – bo mój poprzedni zwierzchnik się uparł. On był starej daty, bardzo takie rzeczy cenił i wymagał. Ale panna Jadwiga nie ma pojęcia, ile to pracy mnie kosztowało. Ale się zawziąłem. Tylko że za dużo z tego teraz nie pamiętam. A pani nie jest głupia – dorzucił twardo. – Z pani jest dobra dziewczyna, to jest ważniejsze niż szkoły i dyplomy.
Nie ciągnął jej na potańcówki. Powiedziała raz, że nie umie i nie lubi tańczyć, dlatego nie wychodzi tam z koleżankami. Przyjął to do wiadomości. Za to pewnego dnia, ledwo usiadł przy stole w stołówce, zapytał:
– Czy pani lubi teatr?
– Nigdy nie byłam – przyznała.
Okazało się, że komendant dostał od dobrego kolegi z innej jednostki kilka biletów. I postanowił zabrać żonę oraz trzech funkcjonariuszy, których najbardziej cenił, z osobami towarzyszącymi. W tym momencie, gdy pytał, czy chciałaby mu towarzyszyć jako ta osoba towarzysząca, Władysław wyraźnie się speszył. I wydawał się przez chwilę o dziesięć lat młodszy.
Zgodziła się, w końcu nigdy nie była w teatrze. Nie wiedziała nawet, że w Białym Borze jest teatr. Okazało się, że to teatr w Szczecinie, więc przed nimi jeszcze parę godzin jazdy, radiowozem, takim większym.
Pojechali. Koleżanki podpowiadały, jak się powinna ubrać, ale ponieważ przez poprzednie trzy lata nie przywiązywała wagi do swojej garderoby, nie miała niczego eleganckiego, założyła więc prostą, czarną sukienkę do kostek, w której była na pogrzebie starszej pani w Ciechocinku. Wiśka narzekała, że wygląda jak na kolejny pogrzeb, z tymi długimi rękawami i dekoltem pod szyję. Pomogła apaszka Madzi, zielono-złota, która ozdobiła surowy fason. Wiśka dodała swoje duże, czarno-zielone klipsy i kazała rozpuścić włosy, które Jadwiga zwykle upinała w kok albo splatała w warkocz.
– Teraz przynajmniej wyglądasz tajemniczo, a nie ponuro – stwierdziła z zadowoleniem. – Idź i baw się dobrze, chociaż pewnie w tym radiowozie to cię wytrzęsie jak ziemniaki w przyczepie.
Władysław przyszedł po nią pod hotel.
– Jakie pani ma długie włosy – powiedział tylko, gdy ją zobaczył. I to wystarczyło, by poczuła się bardzo ładnie.

Towarzystwo okazało się miłe. Komendant był poważnym, surowym mężczyzną, na pierwszy rzut oka koło pięćdziesiątki. Jego żona, pulchna i ze świeżą trwałą, mówiła niemal bez przerwy. Dwóch kolegów Władysława mogło mieć zaledwie dwadzieścia parę lat, ich towarzyszki też. Tę wyższą, z rudymi włosami do ramion, natapirowanymi w stylu Kaliny Jędrusik, Jadwiga znała z widzenia, to była jedna z pielęgniarek korzystających z zakładowej stołówki. Obie dziewczęta miały ładne wieczorowe sukienki, więc Jadwiga w myślach podziękowała Madzi i Wiśce za szal i klipsy.
W drodze do teatru żona komendanta ciągle o czymś mówiła. Ruda Kaśka przysnęła, jasnowłosa Elka kiwała głową i dorzucała swoje trzy grosze. Komendant, który prowadził, czasem tylko się śmiał krótko z czegoś. Młodsi milicjanci dowcipkowali. Władysław milczał. Jadwiga też milczała, odzywała się tylko wtedy, gdy komendantowa ją o coś pytała. Ze zdziwieniem stwierdziła, że ta podróż w większym gronie i te rozmowy sprawiają jej nawet przyjemność.
Gdy dojechali na miejsce, od razu weszli do środka, więc nawet nie było kiedy się dokładnie rozejrzeć. Przód budynku teatru był okrągły, tyle zauważyła, a do drzwi prowadziło kilka schodków. To zapamiętała, bo Władysław ujął ją wtedy za łokieć, bardzo delikatnie, i powiedział: „Niech pani uważa, tu schody”.
Spektakl był bardzo ładny i wesoły. Już po paru dniach nie umiała sobie przypomnieć tytułu ani autora, ani dokładnie tego, co się tam działo, ale wszyscy się bardzo często śmiali, aktorzy robili zwariowane rzeczy, dwaj starsi panowie kłócili się o dziurę w murze, pani w średnim wieku narzucała się młodemu synowi jednego ze skłóconych starców, chłopak w tajemnicy zaręczał się z córką drugiego staruszka, inny chłopak, zarozumiały i tchórzliwy, opowiadał o swoich podbojach miłosnych i wojennych, a służący podczas pisania listu zapisywał i to, co jego pan dyktował, i to, co jego pan mruczał sam do siebie. Jadwiga chichotała, zakrywała usta rękami, żeby nie było za głośno, i znów się śmiała, a potem klaskała. W którymś momencie, gdy młoda para obiecywała sobie miłość do końca życia i mimo przeciwieństw, a publiczność słuchała ich ze wzruszeniem – dało się widzieć, jak siedząca obok Kaśka ociera sobie chusteczką oczy – Jadwiga znieruchomiała. Władysław ujął jej rękę i uścisnął, delikatnie, i tak trzymał dłuższą chwilę. I to wcale nie było niemiłe. Wcale nie miała ochoty mu tej ręki wyrwać. Dłoń Władysława była duża, szorstka, ciepła, a uścisk wydał się czuły. Nie spojrzała w bok, patrzyła wytrwale na scenę, choć na trochę straciła poczucie tego, co robią aktorzy.
Wtedy, gdy na schodach ujmował ją pod łokieć, nie zwróciła nawet uwagi, że jej to nie brzydzi. Ale to, że tak wyraźny dotyk męskiej dłoni nie sprawi jej wstrętu, było naprawdę zaskakujące.
Droga powrotna odbyła się w ciszy, wszyscy byli zmęczeni. Jadwiga zamknęła oczy i udawała, że śpi; czuła się zbyt zakłopotana tamtym uściskiem i wszystkimi myślami, które jej przychodziły do głowy, by z kimś rozmawiać.
Przez jakiś czas po tej wizycie w teatrze – której zazdrościła jej duża grupa dziewcząt, komentowały: „Do innego województwa się jechało, żeby teatr zobaczyć! Jak jaka wielka pani!” – przez jakiś czas po tym Władysław był taki, jak zawsze. Może tylko częściej i dłużej na nią patrzył. Przyniósł kilka razy a to duży kawałek polędwicy, a to zagraniczny krem do rąk, a to tabliczkę prawdziwej czekolady. Siostra komendanta często przesyłała lub przywoziła bratu paczki, a zwierzchnik Władysława lubił obdzielać drobnymi upominkami funkcjonariuszy, których uważał za „obiecujących”.
Któregoś wrześniowego popołudnia siedzieli w parku i cieszyli się, że jeszcze tak ciepło i ładnie. Jedli lody, a potem resztkami rożków karmili gołębie. Gdy zaczęło się robić szaro, Jadwiga stwierdziła, że trzeba wracać.
– Niech pani chwilę poczeka – powiedział wtedy cicho. – Ja pani coś mam do powiedzenia.
Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Władysław wbił wzrok w ziemię, gdzieś koło swoich butów, i splótł dłonie na kolanach.
– Ja pannę Jadwigę bardzo lubię – podjął po krótkim milczeniu spokojnie. – Bardzo szanuję. Panna Jadwiga jest dobra i ładna, i każdy chciałby mieć taką jak pani przy sobie. I ja… – zawahał się, po czym dokończył, dalej na nią nie patrząc: – Ja pannę Jadwigę chcę poprosić, żeby została moją żoną.
Przez chwilę, przez cudowną, niewiarygodną chwilę miała wrażenie, że otwiera się przed nią coś pięknego, dobrego i wyjątkowego. A potem wrócił jej rozum i zobaczyła, jak niespodziewane szczęście ucieka daleko.
– Ja za pana Władysława nie mogę wyjść – odpowiedziała cicho. Patrzyła na swoje dłonie, bo na niego spojrzeć nie miała odwagi.
– Dlaczego? – W jego głosie zabrzmiało i zdumienie, i uraza, i pretensja. – Czy pani… pani kogoś już kocha?
Wzruszył ją ból, który usłyszała w ostatnich słowach.
– Nie kocham nikogo innego – zaprzeczyła. Dopiero parę dni później, gdy na spokojnie myślała o tej rozmowie, uświadomiła sobie, że w tym momencie w tak śmieszny, prosty i zupełnie niezamierzony sposób wyznała mu miłość. – Tylko ja… ja się nie nadaję na żonę. Nie jestem dobra na żonę, nie dla pana ani żadnego porządnego człowieka.
– Co pani mówi?
Nie miała wyjścia, musiała mu opowiedzieć. Wolała, żeby nią gardził, niż żeby myślał, że ona go nie lubi, że go zwodziła, że go odtrąca przez kaprys. Więc opowiedziała – tak krótko, jak tylko umiała, i wszystko, za jednym zamachem, by mieć to za sobą. Na moment cała historia wróciła, ale wydawała się taka nierealna, tu, w mieście na drugim końcu Polski, w ten ciepły wrześniowy wieczór, z tym mężczyzną obok na ławce.
Gdy skończyła, Władysław mruknął pod nosem coś, czego nie dosłyszała, a potem powiedział głośniej, wściekle:
– Skurwysyny. Karki bym poskręcał takim ścierwom, gdybym dopadł.
Uniosła głowę, chyba bardziej zdumiona przekleństwami, których nigdy dotąd przy niej nie używał, niż sensem tego, co mówił. W oczach Władysława nie dostrzegła ani pogardy, ani wstrętu, ani pretensji. Zobaczyła za to coś, czego się nie spodziewała: współczucie. I… czułość?
– Pani nic nie jest winna – powiedział cicho, przysunął się i położył rękę na jej dłoniach. Dopiero teraz uświadomiła sobie wyraźnie, jak duże są jego ręce. Duże i obiecujące bezpieczeństwo. – Pani niczemu nie zawiniła. Ja panią przepraszam za tamto słowo, ja wiem, że tak przy kobiecie nie wypada, ale mnie poniosło. Ja bym gołymi rękami pozabijał, gdybym mógł dopaść. Pani jest dobra, ładna, porządna dziewczyna, a tamto się zupełnie nie liczy, bo to nie pani odpowiedzialność. To nie pani wina – powtórzył twardo i położył drugą rękę na jej warkoczu, który kilka chwil wcześniej przerzuciła z ramienia na plecy. – Niech pani nie płacze, ja panią proszę – dodał po chwili bezradnym głosem.
Dopiero wtedy zorientowała się, że po twarzy spływają jej łzy.
– Pani się teraz wszystko przypomniało, ale to już przeszłość i nigdy się nie powtórzy – zapewniał. – Niech pani przez to już nie płacze.
Mylił się, nie płakała z powodu tamtej historii – już dawno z tego powodu nie płakała. Płakała, bo do żywego zabolała ją myśl, że takiego „to nie twoja wina” i współczucia nie doczekała się ani od własnej matki, ani od ciotki, tylko dopiero od obcego w zasadzie człowieka, do tego mężczyzny.
– Niech pani nie płacze – powtórzył Władysław bardziej stanowczo. – Tu ma pani chusteczkę.
Chusteczka była czysta, ale miała postrzępione brzegi i małą dziurkę w jednym z rogów, i Jadwiga pomyślała, ocierając oczy, że jemu nawet nie ma kto chusteczek zacerować. Skarpetek pewnie też. Jakoś dziwnie ją to rozczuliło.
– Tak już lepiej – stwierdził, gdy wytarła oczy i nos. – Niech już pani nie płacze. I niech pani nie opowiada bzdur, że się nie nadaje, bardzo się pani nadaje. Niech pani posłucha… – Zawahał się i gdy na niego spojrzała, najwyraźniej trochę się zaczerwienił. Jeszcze nigdy nie widziała, by się czerwienił. – Ja będę dla pani dobry. Będę dbał. Pani będzie miała wszystko, co kobiety lubią mieć w domu, pralkę, lodówkę, ładne meble, kolorowe dywany. Ja to wszystko dla pani zdobędę, to i inne rzeczy. Będzie pani jak jaka królowa. Ja wiem – dodał i wyraźnie spochmurniał – jestem od panny Jadwigi sporo starszy i pewnie nie taki zabawny jak inni. Ale będę o panią dbał tak, jak żaden inny nie zadba. I nikt już nigdy pani nie skrzywdzi. Niech pani za mnie wyjdzie – powtórzył łagodnie. – Ja pannę Jadwigę… naprawdę kocham. Ja nie chcę żadnej innej poza panią.
Była w stanie tylko pokiwać głową, bo gardło wciąż miała ściśnięte. Niech się dzieje, co chce, pomyślała w nagłym porywie złości na świat. Jeżeli jemu to nie przeszkadza, to niech się dzieje, co chce. Ona też chce być szczęśliwa i mieć dobre życie. A wyobrażenie, że miałaby już więcej tak z nim nie siedzieć w parku, nie czuć jego dłoni na swoich, nie milczeć razem z nim – to wyobrażenie było smutne, zbyt smutne.
Mimo wszystko pozostała jeszcze jedna sprawa.
– Ale ja panu Władysławowi mówiłam – przypomniała cicho. – Że nie… nie będę mieć dzieci. – Chyba dopiero w tamtej chwili uświadomiła sobie dokładnie, co to oznacza – i po raz pierwszy dawne słowa akuszerki wróciły do niej z całym ukrytym w sobie ciężarem. – Nie dam panu syna ani córki.
– To nieważne – odparł łagodnie, kręcąc głową. – Będziemy sobie sami, pani i ja. I będzie nam dobrze. Zaufa mi pani, że będzie nam dobrze?
Znów pokiwała głową. Władysław odsunął się trochę i z górnej kieszonki na kurtce munduru wyciągnął maleńkie, granatowe pudełeczko obite materiałem. Gdy je otworzył, coś delikatnie błysnęło w świetle lampy.
– Niech pani to przyjmie – poprosił. Wziął jej dłoń i wsunął na palec pierścionek. – To kiedyś należało do mojej babci. Matka go zawsze chowała jako zabezpieczenie na czarną godzinę. Ale teraz ja bym chciał, żeby go pani miała. Skromny jest – dodał – ale pani nie z takich, co to lubią błyskotki i pretensje.
Pierścionek miał cienką, złotą obrączkę i maleńki, przejrzysty kamyk na środku. Był śliczny. Rzeczywiście, nie czułaby się dobrze, gdyby to była jakaś wielka, krzykliwa rzecz. To drobne, połyskujące oczko na serdecznym palcu zdawało się lekko do niej mrugać.
Władysław znów się przysunął i przez chwilę bała się, że będzie chciał ją pocałować. Ale on tylko się pochylił i pocałował – jej ręce. I tak siedzieli przez dłuższą chwilę, dopóki nie stwierdził, że robi się zimno i ona zmarznie, więc ją odprowadzi do hotelu.
Pół roku później wzięli ślub. I cywilny, i kościelny, bo bardzo jej na tym zależało. Dopiero wtedy, gdy ksiądz powiedział „Co Bóg złączył, człowiek niech nie waży się rozłączyć”, poczuła, że jest mężatką. Wiśka, która była jej druhną, ściskała ją mocno. Na weselu było dużo wódki, ale Władysław pił mało. Zawsze pił mało, niechętnie i tylko wtedy, gdy musiał. Cieszyło ją to, widziała po paru koleżankach z zakładu, jak to jest mieć męża, co to dużo i często pije.
„Ale zrobiłaś partię”, komentowały przed ślubem niektóre dziewczyny z hotelu, czasem z uśmiechem, czasem z zazdrością. „Wiadomo, milicjant to ci wszystko załatwi”. „Taka cicha woda, a wiedziała, kogo złapać”.
Podejrzewała, że zazdrościły mieszkania. Bo mieszkanie dostali jeszcze przed ślubem i mogli tam już powoli się urządzać. To było nowe mieszkanie, dwupokojowe, w niedawno wybudowanym czteropiętrowym bloku. Jadwiga wiedziała, że z mieszkaniami jest problem, ludzie latami na nie czekają, więc zdziwiła się, gdy Władysław oświadczył, że oni swoje już dostaną. Na jej pytanie, jak to jest, że inni nie, a oni tak, skwitował krótko, że milicjant to odpowiedzialny zawód, więc coś mu się od społeczeństwa należy. Nie dyskutowała z tym, może miał rację. A poza tym nie miała ochoty myśleć o innych, chciała myśleć o sobie, o swoim ślicznym mieszkaniu na czwartym piętrze, z balkonem, z łazienką, z judaszem, który miał się znaleźć w drzwiach.
– To takie małe okienko – tłumaczył Władysław. – Ty widzisz w domu, ale na zewnątrz nikt nie widzi. I wiesz, czy to ktoś, komu chcesz otworzyć, czy jakiś obcy, któremu nie otwierasz. Będziesz się bezpiecznie czuła.
Rozczulał ją tą troską. Rozczulał delikatnością, jaką jej okazywał. I noc poślubna, której tak się bała – czego się spodziewać, czy będzie tak, jak kiedyś na łące – okazała się o wiele mniej straszna niż wyobrażenia. Władysław wyłączył światło, zostawił tylko małą lampkę na półce po drugiej stronie łóżka. Dotykał jej powoli i delikatnie. Całował też delikatnie. I chociaż niepokój i zakłopotanie czuła cały czas, na koniec uznała, że to coś, czego nie musi się bać. Nie było żadnego „omdlewania z zachwytu”, jak opowiadały niektóre dziewczęta w czasie wieczornych zwierzeń w ich pokoju, nie było niczego szczególnie zachęcającego do powtarzania tej bliskości, ale też nie było niczego, co by jakoś zdecydowanie odpychało. On był wyraźnie zadowolony, leżał potem obok, na ich małżeńskim łóżku, nowiutkiej wersalce, w ich małżeńskiej sypialni, wyłożonej jasnobrązową tapetą w brązowe i złote znaczki, i pochrapywał. Jadwiga patrzyła na sufit, na lampę z paciorkami, którą dostali w prezencie od kierowniczki „Jeannette”, i wspominała te przyjemniejsze momenty całego dnia, zwłaszcza sukienkę, którą sama sobie uszyła, białą, z koronkowymi rękawami, a tych koronek szukały z Madzią i Wiśką po kilkunastu handlarzach zaprzyjaźnionych z zakładem. Potem Władysław się obudził, objął ją w pasie i znów zasnął. I znów chrapał.
Te pięć lat, które nastąpiło, to było dobre pięć lat, bardzo dobre. Spokojne, ciche, miłe. Rano wstawała pierwsza i robiła mu śniadanie oraz kanapki do pracy. Potem on wychodził, ona miała jeszcze chwilę dla siebie i też szła do pracy. Gdy wracała przed nim, robiła obiad. On wtedy po powrocie siadał w kuchni z gazetą i patrzył to na kartki, to na nią. Gdy wracała później, siedział z gazetą w dużym pokoju i dopiero na jej widok przychodził do kuchni. Palił, ale tylko na balkonie, żeby w firanki nie wchodziło. Przynosił z pracy różne rzeczy. Nie musiała, jak koleżanki, wystawać w długich kolejkach, gdy coś rzucili, bo cichy handel pod ladą, który odbywał się między sklepami a posterunkiem milicji, zaspokajał większość potrzeb. Miała pralkę, lodówkę, ładną kanapę i meblościankę, która stanowiła obiekt zazdrości wszystkich sąsiadek. A po dwóch latach pojawił się dom. Władek przyszedł raz bardzo podniecony i powiedział, że to jeszcze tajemnica, ale mogą dostać coś takiego. Tłumaczył jakieś zawiłości dotyczące układów, znajomości i innych takich u komendanta, nawet nieszczególnie tego słuchała, bo wyobrażenie domku z ogródkiem ją zachwyciło. Mieszkanie w bloku było ładne i nowoczesne, ale ona była wiejską dziewczyną, dziwnie było tak żyć, że nie można wyjść na dwór bez ubrania się jak do gości.
Był dobrym mężem. Pewnie, miał jakieś wady, jak każdy. Palił, na szczęście wychodził na ten balkon. Lubił stawiać na swoim, ale nic dziwnego, praca go przyzwyczaiła. Uważał, że sprawy pieniędzy to męska sprawa. Pasowało jej to, co ona tam wiedziała o pieniądzach poza zakupami. Nie lubił gości, rzadko kogoś przyjmowali. Ona też nie była bardzo rozrywkowa. W wolne dni chodzili na spacery, potem do nowo wybudowanego kina, malutkiego, ale przyjemnego. Gdy już dostali samochód, jeździli sobie w niektóre niedziele za miasto. W letnie miesiące byli nad morzem dość często. Po przeniesieniu się do obecnego domu Jadwiga przestała pracować; Władek coraz częściej marudził, że od utrzymywania żony jest mąż, a ona lepiej by zrobiła, gdyby się porządnie i spokojnie domem zajmowała. W gruncie rzeczy nie miała nic przeciwko, a skoro on był zadowolony, tym lepiej. Piekła, gotowała, sprzątała, prasowała, pieliła i sadziła, gdy był w pracy, a gdy wracał – podawała obiad, oglądali coś, bo dorobili się już telewizora, Władek czytał gazetę, ona szyła coś dla siebie lub dla niego, dalej coś oglądała, słuchała audycji w radiu.
Był dobrym mężem. Dbał o nią, tak jak obiecał. Wychodził różne rzeczy, dzięki którym miała wygodne życie. Gdy na początku tego roku dowiedziała się, że spodziewa się dziecka – tak nagle, niespodziewanie, po tylu latach – najpierw wydawał się zakłopotany ze zdziwienia, a potem tak zabawnie dumny. Przez kolegę z posterunku w sąsiednim mieście załatwił śliczną spacerówkę. Uprzątnął najmniejszy pokój, który dotąd był składzikiem, i położył tam tapety w kwiatki. Któregoś dnia przyniósł dużą tabliczkę czekolady z orzechami i powiedział, że dostał ją z paczki komendanta „dla żony i dziecka”. Czekolada była pyszna. Jadwiga chciała go poczęstować, ale odmówił.
– To dla ciebie i dziecka – oświadczył. – Ty teraz dużo różnych witamin i innych potrzebujesz.
I nie tknął ani kawałka tej czekolady, chociaż wiedziała, jak bardzo lubił słodycze. Później nie zjadł też ani odrobiny pomarańczy, ani kiełbasy z wieprza, ani słonych wafelków. Te wszystkie rzeczy, które dostawał albo zdobywał spod lady, w jego przekonaniu należały się tylko jej i dziecku.
Jadwiga była ogromnie ciekawa, czy będzie miała chłopca, czy dziewczynkę. Właściwie wolałaby dziewczynkę, dziewczynki się nie bała. Z chłopcem sprawa trudniejsza, wychowanie chłopca to poważniejsza sprawa. Inna rzecz, że ojcowie zwykle wolą synów. Gdy raz o to zapytała Władka, ten wzruszył ramionami.
– Co tam myśleć, co będzie, to będzie. Byle zdrowe – uciął.
Na początku właściwie miała chwilami wrażenie, że się nie cieszy. Ale raz, gdy leżeli już w łóżku po ciemku i wyrwały jej się takie słowa, najpierw milczał, a potem powiedział cicho:
– Stary jestem… Nie wiem, czy ja się jeszcze nadaję na ojca.
Miał prawie czterdzieści sześć lat. Pomyślała, że ma prawo czuć strach. Ona też miała swoje obawy.
– Będziesz dobrym ojcem – powiedziała cicho. – Jesteś dobrym człowiekiem, dobrym mężem, będziesz też dobrym ojcem.
Był dobrym człowiekiem. Dał jej sześć lat dobrego życia, dał jej piękny dom i spokojną codzienność, a teraz jeszcze dał jej coś, czego przecież miała nigdy już nie dostać. Gdy więc głaskała twarz śpiącego synka, pomyślała, że ona nie jest dobra. Chciał nazwać dziecko imieniem swojego ojca, a ona po tym wszystkim, co dla niej zrobił, nie chciała się zgodzić? Nie, to nie w porządku. I już miała powiedzieć, że niech będzie Zdzisław, Andrzej mógłby być na drugie; uniosła głowę, spojrzała na męża, ale zanim otworzyła usta, ten odezwał się:
– Zdzisław może mieć na drugie. Andrzej Zdzisław, to nawet ładnie, jak alfabet – zażartował.
Wdzięczność, którą poczuła, była tak silna, że opuściła głowę.
– Dziękuję – szepnęła.
– No, tylko się nie maż – upomniał ją. – Dziecko może się mazać, bo małe. Ty teraz masz inne rzeczy na głowie.
O tak, miała inne rzeczy. Miała Andrzejka. Jędrka, Jędrusia. To małe, pulchne, ciepłe maleństwo, które właśnie znów otwierało buzię i wypuszczało z niej bąbelki śliny.
Chwilami z trudem mogła uwierzyć, jak bardzo szczęśliwe ma życie.

***

20 lipca 1993, Biały Bór
Okrzyk bólu i „Tata, już nie!” zabolały także ją. Drzwi do dużego pokoju były zamknięte – Władek zawsze je zamykał, jakby chciał podkreślić, że to jest tylko męska, ojcowska sprawa – ale płacz Jędrka i tak dawało się usłyszeć.
 – Chłopak musi znać mores – tłumaczył jej za każdym razem, gdy próbowała się wstawić za synem, uchronić przed laniem. – Ktoś go musi wychować. Ty jesteś za miękka, jak każda matka, ty go rozpieszczasz. A ja go wychowuję. Chłopak musi wiedzieć, że w domu są jakieś zasady i ich się przestrzega, a jak nie, to będzie kara. I od tego jest ojciec.
Na początku starała się go przekonać, że te klapsy nie są potrzebne, że można inaczej przecież.
– Jadźka – odpowiedział wtedy łagodnie – ja wiem, że ty byś go najchętniej na rękach nosiła. Ale chłopaka trzeba wychować po męsku, bo jak nie, to albo będzie życiowa łajza, albo jakiś bandyta. Ja tak samo byłem wychowywany, i jakoś wyszedłem na ludzi. I kilka lań, które dostałem, to potem w dorosłości od razu mnie chroniło przed zejściem na złą drogę. Mój ojciec nie był jakiś ideał, miał swoje za uszami, ale wychować nas potrafił.
Władek rzadko wspominał swoją rodzinę. Jadwiga wiedziała, że jego dwaj starsi bracia zginęli na wojnie, jeden na samym początku, gdy Niemcy weszli we wrześniu, a drugi poszedł do Armii Krajowej i trafił do łagrów. O ojcu Władek powiedział krótko na początku narzeczeństwa: „To był dobry człowiek, porządny stolarz, ale słaby. Wódkę lubił. Bardzo, za bardzo. I wódka była w domu zawsze, a chleb nie zawsze. I w końcu ta wódka go zapiła na dobre”. Wtedy właśnie zwróciła uwagę, jak niechętnie i nieczęsto jej narzeczony sięga po kieliszek. Źle tę wódkę z domu pamiętał, jak sam przyznawał. I we własnym domu tak nie chciał.
Matka Władka na podstawie opowieści wydawała się dość miła. Zawsze dbała o dom, o synów, zawsze jakoś ten chleb i inne potrzebne rzeczy starała się wydobyć choćby spod ziemi. Ale miał do niej żal, że bardziej ojca nie pilnowała, nie trzymała krótko, nie pogoniła z domu kolegów od kieliszka i nie odciągnęła od kieliszka samego męża. Pracowała ciężko, opierała wszystkich w okolicy, zginała się nad balią z wodą, nawet gdy już ledwo chodziła. Zmarła, gdy miał dwadzieścia sześć lat. Z tego, co na podstawie kilku skąpych zdań Jadwiga mogła zrozumieć, Władek w młodości był trochę hulaka, trochę kombinator, trochę obibok, i dopiero śmierć matki go uporządkowała.
– Jak przestałem mieć do kogo chodzić po grosz, jedzenie i nocleg, to się w końcu musiałem za siebie wziąć – rzucił, gdy rozmawiali kiedyś o synu sąsiadki z bloku, co to wpadał do matki tylko wtedy, kiedy czegoś chciał, zwykle pieniędzy albo dachu nad głową. – Pewnie jakby mój ojciec mniej pił i więcej pilnował mojego wychowania, to bym tak pierwszych lat dorosłych nie zmarnował.
Rozumiała, że chciał wychować Jędrka jak najlepiej. Nawet się zgadzała, że porządny klaps od czasu do czasu nie zaszkodzi. Ale Władek miał ciężką rękę, widziała to po późniejszych śladach na ciele syna.
– Siniaki się wygoją – odpowiadał zawsze mąż, gdy mu robiła wyrzuty. – Ale skrzywionego charakteru nie wygoisz. Ja nie chcę, żeby mój syn wyrósł na jakiegoś łobuza albo takiego, co to własnej matki nie będzie na stare lata szanował.
Czasem upierała się, że kara jest za duża wobec winy. Jak teraz. Przecież to był trzynastoletni chłopiec, miał wakacje, trochę się zasiedział z kolegami, co się takiego złego stało? Upomnieć go, natrzeć uszy, trzepnąć raz czy dwa po pupie – dobrze. Ale nie pasem, nie tak mocno, nie tyle razy.
– Jadzia, nie wtrącaj się tutaj – powiedział Władek stanowczo, gdy próbowała wejść z nim do dużego pokoju i odciągnąć od wymierzenia kary. – Ty jesteś za miękka i łagodna, smarkacz ci na głowę wejdzie, jak nie będę pilnował. Jemu się nic złego nie dzieje, on się po prostu uczy, jak jest, jak się coś źle robi.
Odsunął ją łagodnie od progu i zamknął za sobą drzwi. Płacz syna rozrywał jej zawsze serce, więc schowała się w kuchni. Gdy w końcu usłyszała szczęk otwieranych drzwi i kroki męża, otarła oczy.
– No, Jadźka, nie płacz – poprosił, gdy ją zobaczył. – No widzisz, już po wszystkim. Chłopak dostał lekcję, teraz już będzie zawsze pamiętał, że zegar to nie jest tylko w szkole na przerwę. On teraz pobeczy, a potem sam doceni, i ty też. No, nie płacz – powtórzył i przykucnął przed krzesłem, na którym siedziała. – Ja ci obiecałem kiedyś, że ci syna dobrze wychowam, że będziesz miała z niego pociechę. Przecież ja nic innego nie robię, co każdy, co porządnie dzieci wychowuje. Przestań płakać i idź tam do niego, teraz go możesz porozpieszczać. Teraz już mu się w głowie nie przewróci, tylko jeszcze doceni.
Pocałował ją w czoło, wstał i nastawił czajnik, a potem zaczął szperać w szafkach. Jadwiga wzięła głęboki oddech i jeszcze raz otarła twarz chusteczką.
– Kawa teraz jest w zielonym pudełku – powiedziała. – W tamtym brązowym pokrywka się wyszczerbiła.
Zostawiła Władka w kuchni i poszła do pokoju Jędrka. Chciała go przytulić, pocieszyć, rozweselić, jak zawsze po takiej karze. Chciała mu przypomnieć, że niestety zasłużył, a tata robił to dla jego dobra, żeby syn zrozumiał, co zrobił źle.
Władek pewnie miał rację. Dziecko trzeba wychować, a wychowanie syna to sprawa ojca. Żałowała tylko, że nie może na siebie wziąć tego bólu, który musiał znosić Jędrek.

***

14 maja 1995, Biały Bór
Jędrek znów siedział w swoim pokoju i czytał.
– Co ty tak ciągle w książkach? – zapytała w drzwiach. – Zobacz, jaka ładna pogoda, wyszedłbyś na dwór z kolegami się pobawić. Oczy sobie popsujesz od tego patrzenia na książki.
Jędrek spojrzał na nią znad grubego tomu. Półleżał na łóżku, z nogami na przysuniętym krześle. Nic nie powiedział.
– Lekcje odrobiłeś na jutro? – upewniła się, a gdy kiwnął głową, nakazała: – To sio na dwór. Idź po Marcina i sobie pograjcie albo pobiegajcie. Całą niedzielę w książce będziesz siedział? Przecież masz dobre oceny, nie potrzebujesz się tyle uczyć.
– Czytam dla przyjemności – odezwał się wreszcie.
– To bardzo ładnie – odpowiedziała, trochę zirytowana jego dziwnym tonem, takim jakby wyniosłym – tylko chłopcy w twoim wieku powinni też inne rzeczy robić dla przyjemności. Idź na dwór, bo cię miotłą wygonię. I chcę posprzątać tutaj, przeszkadzasz.
Wstał z ociąganiem. Sporo urósł od zeszłego roku, zauważyła to z pewnym smutkiem. Taki się już robił duży, tak wyraźnie dorastał. Jeszcze trochę i będzie naprawdę dorosły. A przecież wciąż był dzieckiem.
– Nie rób takiej obrażonej miny – zażartowała, gdy w przedpokoju zakładał buty. – Chcesz na kino albo lody?
– Może być – mruknął. Władek dawał mu co tydzień kieszonkowe, ale podejrzewała, że taki duży chłopak potrzebuje trochę więcej, więc zawsze dorzucała coś dodatkowo, w tajemnicy. Jędrek rozumiał, bo trzymał język za zębami i przed ojcem się tymi dodatkowymi groszami nie chwalił.
– I żebym cię nie widziała w domu przez parę godzin! – krzyknęła za nim, gdy podchodził do furtki. Dopiero wtedy zauważyła, że w ręku dalej trzyma tę swoją grubą książkę.
Nie miała nic przeciwko temu, że czytał, jak mu się to podobało. Odnosiła jednak dziwne wrażenie, że on się w tych książkach chowa, odcina, ucieka od niej, od nich. I to ją chwilami denerwowało, chwilami bolało, a chwilami martwiło. Jak można woleć książkę od kolegów, zabawy, świeżego powietrza?
Jeżeli wziął tę swoją książkę, pomyślała na pocieszenie, to przynajmniej poczyta na świeżym powietrzu, a nie w czterech ścianach. A może po drodze spotka Marcina i pójdą się pobawić.


***

3 czerwca 1998, Biały Bór
Tak strasznie płakała tylko parę razy przed wieloma laty, gdy umarł Andrzejek, a potem ojciec, a potem było tamto na łące. Tak strasznie, krztusząc się własnymi łzami, śliną i wydzieliną z nosa, i aż chrypiąc od jęku, i po prostu czując, jak jej się serce kraje z rozpaczy. Tak strasznie, jakby świat się rozpadł. Bo się rozpadł.
– Nie płacz, Jadźka – prosił Władek cicho. Siedział obok niej na łóżku w sypialni, ze zwieszoną głową, a teraz wziął ją za rękę, ale wyrwała się z jego uścisku.
– Wy obaj – powiedziała oskarżycielsko przez łzy. – Wy obaj, tacy sami, tacy zawzięci, tacy bez litości dla siebie i tacy dla siebie podli, podli… – Znów się zaniosła płaczem i zasłoniła twarz rękami.
Tak, obaj tacy wstrętni, bez zrozumienia, bez serca. Ale największą złość miała do siebie. Uderzyła własnego syna – uderzyła własne dziecko, w twarz, jak jakieś ladaco, jak jakąś dziewkę, jak kogoś obcego. Uderzyła, zanim zdążyła pomyśleć, co robi, przerażona sceną, która się rozgrywała przed jej oczami. Przecież byli porządną rodziną, mieli normalne życie – a tu syn się rzuca z pięściami na ojca, jak u jakichś pijaków, patologii, złodziei! Na ojca, na rodzica, jakby to był wróg. Rodzice, zwłaszcza ojciec, to jednak dla dziecka powinna być świętość, jak w czwartym przykazaniu – a Jędrek do własnego ojca w taki sposób…
Przeraziła się wtedy, po prostu się przeraziła i dlatego uderzyła, żeby go powstrzymać przed takim zachowaniem, takim wręcz bluźnierstwem. Ale gdy trzepnęła go w twarz, przez chwilę patrzyła na niego, na swoją rękę, na dziwny, krzywy uśmieszek syna, dostrzegła spojrzenie, bardziej zdziwione niż zranione, a potem zakryła usta, żeby stłumić wystraszony okrzyk. Boże, co ona zrobiła…
I to wcale nie pomogło. Bo oni dalej się awanturowali, popychali, uderzali, krzyczeli na siebie. Jak dwaj obcy. Jak dwaj wrogowie.
Nawet nie potrafiła sobie dokładnie przypomnieć, kiedy to się skończyło. Posprzątała rozbitą cukiernicę i rozsypany cukier, ustawiła z powrotem meble, jak stały, i przez chwilę patrzyła z niedowierzaniem na pokój, który wyglądał tak zwyczajnie, tak normalnie, mimo tego, co się w nim stało. Potem poszła do Jędrka. On już dawno nie potrzebował jej pocieszeń po wymierzanych karach, zauważyła to parę lat temu. Ale przecież potrzebował matki, potrzebował napomnienia, że źle zrobił, potrzebował pomocy w wyciągnięciu ręki do ojca…
A jednak, jak się okazało, nie potrzebował – albo raczej nie chciał. Gdy do niego mówiła, leżał na łóżku z dziwną miną, jakby triumfalną i wyzywającą, z szeroko otwartymi, błyszczącymi oczami, z ustami wykrzywionymi jakimś dziwnym grymasem, którego sensu chyba nie chciało się rozumieć. Jego „Nie będę przepraszał, wolałbym zdechnąć” zabrzmiało potwornie. Rany boskie, jak można tak powiedzieć, jak można się tak odnosić do własnego ojca?
– Nie płacz, Jadzia – odezwał się znów Władek. – To jeszcze głupi smarkacz.
Może i głupi smarkacz, ale jej syn. Syn, którego uderzyła. Nie mogła sobie teraz wybaczyć tego podniesienia ręki na własne dziecko – i miała wrażenie, że nigdy sobie tego nie wybaczy.

***

23 kwietnia 2005, Biały Bór
Z niecierpliwością wyczekiwała każdego weekendu, w który Jędrek przyjeżdżał do domu. Zwłaszcza teraz, gdy już skończył studia, zaczął pracę i miał tak bardzo własne, dorosłe życie, o którym tak niewiele wiedziała. Odliczała dni do tych weekendów, gotowała, piekła i robiła na drutach, ile tylko mogła. No tak, Szczecin to było duże miasto, teraz to już nawet stolica ich województwa, i na pewno niczego tam Jędrkowi nie brakowało. Ale jednak domowe jedzenie to domowe jedzenie, a ona wiedziała, co jej syn lubi. Dużo pracował i chudy był, za chudy, nieważne, co tam Władek mówił. „Z Jędrka jest kawał chłopa i dobrze wygląda, żadne za chudy, ty byś go chciała utuczyć jak prosiaka”. Kawał chłopa, bo wysoki, jak ojciec, ale wcale nie wygląda za dobrze. I nie żadne utuczyć, po prostu chciała mieć pewność, że jej dziecko jest najedzone i nie chodzi głodne. Zwłaszcza że tam, w Szczecinie, nie ma mu kto gotować, bo co to za gotowanie, jak dwóch kawalerów mieszka. Gdyby miał jakąś dziewczynę, byłaby spokojniejsza, że ma go kto porządnie nakarmić, ale tak...
– Przecież ja umiem gotować – mówił czasem Jędrek. – Mamo, ja sobie naprawdę potrafię zrobić całkiem przyzwoity obiad. Niech mama już przestanie ładować mi do walizki tyle słoików, jakbym ręką ruszyć w kuchni nie umiał.
Porządny obiad, dobre sobie. Co to, nie pamiętała, jak jedli byle co, jeśli ich z Władkiem zostawiła samych na dzień czy dwa? Jeśli nie mieli ugotowanego czego na zapas, to sami sobie nie zrobili. I przecież Władek ciągle tak, jak mu się nie zostawi gotowego do odgrzania, to sam nie ugotuje, bo nie umie.
Jędrek przyjeżdżał taki... taki miejski. Taki w pierwszej chwili inny, niemal obcy, nie do poznania, elegancki, trochę daleki; ale gdy ją ściskał na powitanie, a ona obejmowała dłońmi jego głowę i całowała w czoło, gdy pytał „Co u mamy, jak zdrowie?”, gdy uśmiechał się na jej obietnicę, że na obiad dostanie coś, co bardzo lubi, na deser też – wtedy już stawał się bliższy; a gdy rozpakowywał się w swoim pokoju, gdy w kapciach wchodził do kuchni, gdy zaglądał jej przez ramię do garnka, w którym mieszała zupę – wtedy był już naprawdę w domu, był już naprawdę jej Jędrkiem, może trochę wyrośniętym, trochę starszym, ale dalej tym samym Jędrkiem, którego kiedyś nosiła na rękach, gdy płakał, bo go kolka złapała, któremu kiedyś opatrywała kolana potłuczone po wywrotce z roweru, który kiedyś przybiegał do niej i wtulał się w jej spódnicę, gdy za oknem uderzały pioruny.
Kiedyś. Kiedy to minęło, te wszystkie lata, kiedy on tak wydoroślał?
– Dopiero co byłeś taki mały, o, ledwo do stołu sięgałeś – powiedziała w ten sobotni wieczór, gdy siedzieli w kuchni. Władek oglądał wiadomości w telewizorze w dużym pokoju. Jędrek właśnie skończył jej opowiadać coś o uczelni, o konferencji, na którą pisze artykuł. Nie wszystko z tego rozumiała, ale to nie było ważne. Ważne było to, że on jest zadowolony, że robi coś, co lubi, że tak go doceniają i że się z nią tym dzieli. A gdy skończył, popatrzyła na niego – jaki on podobny do Władka, jeśli odjąć różnicę lat, zmarszczki i siwiznę, bo Władek w ostatnich latach bardzo mocno posiwiał, ale czuprynę miał nadal tak gęstą jak w dniu ślubu. Jaki podobny, i jaki dorosły.
Jędrek spojrzał na nią z rozbawieniem.
– Ja mam już dwadzieścia pięć lat, mamo – przypomniał. Pokręciła głową. Co to jest dwadzieścia pięć lat…
– To mów, co jeszcze u ciebie – poprosiła. – O dziewczyny już nie pytam, bo znowu pewnie powiesz, że nie ma żadnej.
– A mama znowu będzie mnie ciągała po koleżankach i ich niezamężnych córkach – wytknął.
– Nie – stwierdziła, podnosząc druty z robótką pod światło, bo zdawało jej się, że zgubiła oczko. – Chciałabym, żebyś się ożenił i miał miłą żonę, ale na siłę ci przecież nie będę wciskać. Twój ojciec też się późno ożenił i jakoś nie żałował – dodała żartobliwie.
– A mama? – zapytał Jędrek. Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Miał taką poważną i zaciętą minę.
– Twój ojciec był największym szczęściem, jakie mogło mnie spotkać – odpowiedziała łagodnie. – Największym, dopóki nie dał mi ciebie. Twój ojciec to taki dobry, troskliwy człowiek… przecież musisz to widzieć, teraz, gdy sam jesteś dorosły.
Przez moment miała wrażenie, że Jędrek zaraz wybuchnie złością, bo twarz mu się wykrzywiła w nieprzyjemnym grymasie. Ale zapanował nad sobą, może tylko głos miał trochę ostrzejszy, gdy powiedział:
– Jeżeli mamie jest z nim dobrze, to mi wystarczy.
Spuściła wzrok na robótkę. Został jej kawałek lewego rękawa, miała nadzieję skończyć do niedzieli.
– Opowiedz, co u ciebie – powtórzyła. – Poza pracą, co tak na co dzień.
Zabawnie opowiadał. Czasem coś komentował tak, że trudno się było nie uśmiechnąć. Lubiła słuchać o Szczecinie, o bibliotekach, o rondach, których było więcej niż skrzyżowań, o zakupach w wielkim supermarkecie, o szczekającym psie sąsiadki.
– A ten twój kolega, z którym mieszkasz? – spytała. – Dobrze się dogadujecie? Jaki jest?
– Jest w porządku – odpowiedział Jędrek. Patrzył w bok, na kolorowe kafelki nad zlewem. – Dobrze się dogadujemy.
– Jak on ma na imię? – Jakoś nie mogła zapamiętać. Może dlatego, że syn rzadko używał imienia tego kolegi.
– Poldek – mruknął jakby niechętnie. Może jednak nie dogadywali się tak dobrze? Ale nie skrzywił się przy tym ani nie zmarszczył brwi, nie wyglądało na to, że jest zły. – Myślimy o kupieniu na spółkę samochodu – dodał.
Uniosła głowę. No, to była duża wiadomość. Więc musiała wypytać go dokładnie.
Jędrek wyjaśnił, że coraz bardziej przydałby mu się samochód, temu koledze też, więc zamierzają się złożyć na kupienie na spółkę czegoś trochę lepszego niż zużyty rzęch. Kiwała tylko głową, słuchając tego, i machinalnie poruszała drutami, ale w głowie goniła jej cała masa myśli.
Władek już spał – w ostatnich latach wcześnie i szybko zasypiał – gdy poszła do pokoju Jędrka. Syn, w piżamie, siedział przy swoim dawnym biurku i przerzucał leżące tam książki. To były głównie książki z jego dzieciństwa – ostatnio potrzebowali z Władkiem dodatkowego regału, więc pożyczyli ten, a ustawione dotychczas na nim książki przełożyli właśnie na biurko i na podłogę. Czasem przychodziła tu, brała któryś tom, siadała na łóżku i przeglądała. Nagrody za świadectwa, prezenty, niektóre z dedykacjami – o, na przykład baśnie Andersena z notatką wychowawczyni: „Andrzejkowi za dobre wyniki w nauce i wzorowe zachowanie” albo słownik ortograficzny, duży i gruby, z przyklejoną w środku ozdobną kartką. „Andrzejkowi – ciocia Wisia. Nie rób błędów ortograficznych, a świat będzie lepszy!”. Kochana, zwariowana Wiśka, z którą mimo mało towarzyskiego charakteru i Jadwigi, i Władka, utrzymywało się dobry kontakt przez tyle lat. Kochana Wiśka, którą teraz odwiedzało się na cmentarzu. Gdzie to upłynęło, te lata, tak szybko?
– Coś się stało? – spytał Jędrek podejrzliwie, chyba zaniepokojony, gdy usiadła na brzegu łóżka.
– Nic się, synuś, nie stało – uspokoiła. –  Tylko o tym twoim samochodzie myślę. Ty powinieneś mieć coś ładnego i lepszego, pewnie. Ale ja bym wolała, żebyś sam kupił, nie z kimś na spółkę. Bo wiesz, kolega kolegą, ale potem ty kogoś poznasz, on pozna, każdy będzie na swoim chciał zamieszkać i tylko spory będą, czyj samochód. – Jędrek zrobił dziwną minę, więc szybko dodała: – Ja wiem, o pieniądze chodzi. Ale ja ci dam na samochód.
– Mamo – powiedział takim tonem, jakby była małym dzieckiem. – Mama nie ma pojęcia, ile dziś kosztuje dobry samochód. To są naprawdę spore pieniądze.
– Może i są – odparła i wyciągnęła z kieszeni zarzuconego na ramiona swetra kopertę. – Ale może wystarczy.
Jędrek pokręcił głową, z rozbawionym uśmiechem wziął od niej kopertę, otworzył, zajrzał i przestał się uśmiechać.
– Skąd mama tyle ma? – zapytał dość ostro. Roześmiała się na widok jego miny.
– Nie ukradłam nikomu, Jędruś – zapewniła. – No, powiedz, starczy? Bo jak nie, to ci dam więcej.
– Mama to od ojca wzięła – powiedział oskarżycielskim tonem i wyciągnął rękę z kopertą. – Nie chcę.
– Nie wygłupiaj się, dzieciaku – zganiła go, trochę zdenerwowana. – Co za „nie chcę”, nawet gdyby było od ojca, ojciec też by ci dał, gdybyś poprosił. Ale to nie od ojca, to ode mnie – dodała łagodniej, bo on ciągle patrzył tak wściekle i miał tak zmarszczone czoło i brwi.
– Mama daje, ale pieniądze są ojca – upierał się. – Nie chcę i nie wezmę.
– Pieniądze są moje – zapewniła. – Ja je zarobiłam. Nie pyskuj matce, Jędrek, bierz.
– Jak „zarobiłam”? – zapytał z osłupieniem. – Gdzie, kiedy niby? Przecież mama całe życie w domu była.
Roześmiała się, nie wytrzymała. Był tak śmiesznie zaskoczony. Ale w końcu musiała się przestać śmiać i wyjaśnić mu wszystko, bo pewnie dalej by nie chciał wziąć.
A przecież od samego początku robiła to z myślą właśnie o nim. Tak, trochę po wyjściu za Władka przestała pracować w zakładzie krawieckim, to prawda. Ale jak się umie szyć, i to dobrze, to się tego nie traci. Gdy była w ciąży i urodziła, szyła dla syna. A gdy już miał roczek, przyszła Wiśka i powiedziała, że ma koleżankę, co to za mąż idzie i chciałaby sukienkę prywatnie uszyć. „Ty tak w domu siedzisz, może sobie chcesz parę groszy dorobić, żeby mieć na swoje rzeczy?”, zaproponowała. „To męża o każdy drobiazg nie będziesz musiała prosić”.
Władek zawsze dawał jej chętnie pieniądze, czasem sam mówił: masz, weź, kup sobie materiał na sukienkę, kup sobie coś, co chcesz. Ale Jadwiga pomyślała wtedy: Jędruś. Jędruś, na którego dobrze by mieć zapasowe pieniądze na czarną godzinę. Bo a nuż zachoruje, będą jakieś wakacje, żeby pojechał, będzie trzeba coś do szkoły, cokolwiek. Trzeba jakiś zapas zrobić, choćby parę groszy, które będą tylko na małego.
Koleżanka Wiśki była zachwycona. Po ślubie przyszła obstalować rzeczy dla dziecka. Ściągnęła ze sobą jedną koleżankę, drugą, tamte kolejne. Jadwiga brała od nich mniej niż zwykłe krawcowe, tylko materiał trzeba było zdobyć, a i w tym pomagała przez komendantową, która znała wszystkie odpowiednie adresy i nazwiska, jeśli chodziło o ubrania. I to nie tylko w ich mieście.
Szyła, dużo szyła. Władek nic nie wiedział. Podejrzewała, że nie spodoba mu się myśl, że ona znów pracuje. Taki był dumny, że sam utrzymuje żonę i dziecko. Poza tym pewnie kazałby jej te pieniądze oddawać – nie żeby chciał je zabrać dla siebie, ale uważał, że kobiety do pieniędzy głowy nie mają, kobiety mogą robić zakupy, ale pilnować pieniędzy i rachunków domowych to już męska rzecz. Zgadzała się z nim, ale nie tu. Bo to było na czarną godzinę, na zapas, na dziecko.
Jędrek rósł i jakoś nie było potrzeby po te zapasowe pieniądze sięgać. No, czasem trochę z nich wzięła, żeby mu dorzucić na kino, na książkę, na lody. No, może nie tak czasem, często w sumie, ale ciągle szyła i szyła, pieniądze ciągle się pojawiały, więc czemu miała małemu żałować. Gdy poszedł na studia, mogła mu w te weekendy, gdy przyjeżdżał, dokładać po kilka dużych banknotów do studenckiej kieszeni. „Żebyś tylko jadł – mówiła – bo ty to byś wszystko na książki wydał. Masz tu jeszcze parę groszy, tylko jedz porządnie, bo książkami się nie najesz”.
Przez to szycie to nawet daleką rodzinę znalazła. W osiemdziesiątym czwartym jedna klientka przyprowadziła raz swoją koleżankę, która akurat przyjechała w odwiedziny. Podczas brania miary rozmawiały o różnych rzeczach i tamta nagle mówi, że jej rodzina z Lisów pochodzi. Jadwiga na chwilę znieruchomiała, bo nazwa rodzinnej miejscowości wcale nie wywołała miłych wspomnień. Ale tamta dalej mówiła, wymieniała nazwiska, które brzmiały znajomo, miejsca, które się pamiętało. I gdy Jadwiga przyznała, że też stamtąd pochodzi, zaczęły się przerzucać imionami i nazwiskami krewnych, aż wreszcie doszły do wniosku, że muszą być kuzynkami. Może bardzo dalekimi, ale jednak. I to nawet było miłe: mieć taką kuzynkę, grzeczną, uprzejmą, spokojną i wesołą. Tak się polubiły, że się nieraz odwiedzały. Wyjazd do Szczecinka do Grażynki to była prawdziwa wizyta rodzinna.
Władek czasem marudził, że Jadwiga tyle nad maszyną siedzi, a czasem się śmiał, że chociaż już nie dzierlatka, a dalej tylko szmatki i szmatki jej w głowie. Oczu za bardzo do takich spraw nie miał, jak to mężczyzna, więc nie widział, czy to nowe, czy nie. Czasem pytał: „To ta, co sobie szyłaś ostatnio?” i przyjmował jej „Tak” bez sprzeciwu. Czasem mówiła, że po koleżeńsku coś sąsiadce poprawia. Mruczał wtedy, że jest za dobra i daje się wykorzystywać każdej skąpej babie.
Nie czuła się winna i nie uważała, żeby to było oszukiwanie. Robiła to tylko dla dziecka, ich dziecka, więc wszystko było w porządku.
– Rany boskie, mamo – powiedział Jędrek, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami. – Mama chyba nie mówi poważnie?
– Co tak się zadziwiasz, synuś? – roześmiała się znów. – Przecież ja cię jednego mam, jedynego. To na co mam składać i po co, jak nie na ciebie i żeby ci przyjemność zrobić? No, weź – powtórzyła, bo znów wyciągnął do niej kopertę.
– Nie mogę – powiedział cicho. – Mamo, niech mama weźmie te pieniądze i pójdzie do lekarza, prywatnie, i zrobi porządne badania. Ja mamę proszę.
– A odczep ty mi się z lekarzami i badaniami – zdenerwowała się. – I nie pyskuj, co ja mam zrobić. Bierz i kup sobie samochód, jaki chcesz. Ja myślałam, że teraz to na twój ślub będę zbierała – dodała z zakłopotaniem. – Wiesz, żebyś sobie zrobił duże wesele, gdzie byś chciał, i jakąś podróż poślubną, bo to teraz takie modne, że wszyscy jeżdżą. Albo może mieszkanie własne, dla ciebie i żony. Ale ty na razie nie jesteś za tym – stwierdziła z żalem – a masz inną potrzebę, to weź na to. A jak będziesz potrzebował więcej albo później na co innego, to powiedz, ja ci dam jeszcze, wszystko, jak będziesz potrzebował.
Przez chwilę nic nie mówił, patrzył tylko. Potem odłożył kopertę na biurko, wstał, podszedł i usiadł obok na łóżku. Wziął jej ręce w swoje – teraz dopiero uświadomiła sobie, że i ręce ma jak ojciec, duże, mocne – westchnął i pokręcił głową.
– Dziękuję – powiedział cicho, a potem dodał jeszcze ciszej: – Nie miałem pojęcia, że mama tak ciągle…
Pochylił się i pocałował jej dłonie. Wysunęła z uścisku jedną rękę i pogłaskała go po głowie.
– Żebyś tylko ostrożnie jeździł, synuś – poprosiła. – Tylu wariatów na drogach teraz. Żebyś uważał.

***

11 października 2005, Biały Bór
Musiała znów przysnąć, bo gdy otworzyła oczy, za oknem było już ciemno. Jędrek właśnie wchodził do pokoju z kubkiem i talerzem. Postawił je na nocnej szafce i usiadł na brzegu łóżka.
– Nie śpi mama? – upewnił się. – Niech mnie mama obejmie za szyję, usiądziemy i zje mama kolację.
Pomógł jej unieść się i usiąść, pod plecy podłożył dodatkowo cztery poduszki z salonu, które teraz trzymali na krześle koło łóżka. Potem podał talerz z ciemnym chlebem posmarowanym masłem. Prawie nie chciało jej się jeść, a większość rzeczy wywoływała mdłości. Chleb z masłem był najbezpieczniejszy. Jędrek upierał się, że ciemny, żytni czy razowy, zdrowszy od białego, pszennego. Chyba miał rację, mniej leżało po zjedzeniu na żołądku.
– Niech mama je – poprosił, gdy obracała pierwszą kromkę w rękach. Był blady, miał cienie pod oczami i sam wydawał się chory. Powinna wstać, zrobić mu coś porządnego do jedzenia, zadbać, żeby odpoczął, przecież tak dużo pracował. Ale nie była w stanie stać. Jędrek przynosił jedzenie i lekarstwa. Władek nosił ją do łazienki, bo gdy lekarka powiedziała „Najlepiej basen albo pielucha, będzie pani miała spokój i wygodę”, to aż ją coś szarpnęło ze złości. Pielucha, jakby była jakąś zniedołężniałą staruchą! W ogóle ta lekarka…
Właściwie to wszystko to była wina tej lekarki. Młode to było, zarozumiałe, wymyślające Bóg wie co. Poprzedni lekarz z przychodni rodzinnej, stary, porządny, spokojny człowiek, zawsze powtarzał: „Trochę powietrza, trochę snu, trochę więcej warzyw i mniej kawy, a dożyje pani setki”. I zawsze umiał znaleźć dobre tabletki, żeby się lepiej poczuła, żeby nie bolało. Niechętnie mówiła o swoich zdrowotnych problemach. A on nie lubił, jak mawiał, z każdą pierdółką wysyłać po szpitalach, rentgenach i innych. „Znajdziemy pani na to dobre tabletki, odpocznie pani sobie parę dni, zje rybkę ze świeżymi warzywami, kawkę odstawi  i dobrze znowu będzie”, zapewniał. I miał rację, było lepiej, kolejne dni lub tygodnie można było spokojnie, normalnie żyć.
A potem doktor Taraszak poszedł na emeryturę i przyszła ta nowa, młoda, co to ledwo studia skończyła. Przyszła z tą swoją nierówno pociętą czupryną, z tyłu to by ją człowiek za chłopaka wziął, chociaż z przodu był nawet kawał baby, przyszła z kolorowymi opaskami na rękach, przyszła i wywróciła wszystko do góry nogami. Tak w każdym razie mówiły pielęgniarki, wspominające z żalem poprzedniego lekarza. Jadwidze zmiana na początku nie przeszkadzała, chociaż dziwnie się szło do doktora, co to w wieku jej syna. Ale niech będzie. Tylko że ta nowa, ta doktor Freńska, zamiast po wysłuchaniu, co dolega, wypisać tabletki, dać receptę i dodać jeszcze coś pocieszającego – zaczęła wystukiwać na komputerze jakieś rzeczy, bardzo szybko uderzając przy tym palcami w klawiaturę, a potem powiedziała, że daje skierowanie na takie badanie, na takie i takie, a potem trzeba przyjść, pokazać i zrobią wtedy albo to, albo tamto, a w ogóle to jeszcze owamto. Jadwiga słuchała, słuchała, coraz bardziej niezadowolona, aż w końcu zapytała:
– A tabletki mi pani doktor da?
– Najpierw trzeba zrobić dokładne badania – odpowiedziała. – Nie może pani łykać byle czego, żeby na chwilę było lepiej, jak to nawet nie jest porządnie zbadane. Te wszystkie objawy, o których pani mówi, wyglądają mi na nadciśnienie tętnicze, ale może być też coś innego, trzeba się dokładnie przebadać i wtedy dobierzemy lekarstwa, dietę, inaczej nie ma sensu, może się zrobić jeszcze gorzej.
Jadwiga wyszła z przychodni bardzo niezadowolona. Nie po to człowiek idzie do lekarza, żeby dostać stertę papierków i ganiać po innych lekarzach na jakieś pobierania, prześwietlania i podobne. Jak ktoś jest chory, poważnie chory, to w porządku, ale ona zdrowa była, tylko czasem w głowie jej się kręciło, czasem serce tak strasznie uderzało, jakby chciało wyskoczyć z piersi, duszno bywało i niekiedy krew z nosa leciała. I trudno jej się zasypiało, a gdy się wybudziła w środku nocy, to już nie mogła z powrotem usnąć. Ale przecież w ciągu dnia zawsze się mogła zdrzemnąć na kanapie. Najgorszy był ten ból głowy, taki tępy i męczący, który ostatnio coraz częściej się pojawiał.
W domu obejrzała jeszcze raz wszystkie „skierowania”, a potem podarła je na drobne kawałeczki, wrzuciła do śmietnika w kuchni i przysypała jeszcze obierkami ziemniaków. Nie będzie się wygłupiała z bieganiem po jakichś lekarzach, gabinetach i innych, jak tu w domu ma tyle na głowie. Coś dla Władka na obiad przygotować, Kaleńskiej z piekarni spódnicę poszerzyć, bo znowu się kobiecie przytyło, dla Jędrka parę rzeczy przygotować. Jak kto ma czas chorować i biegać sobie po badaniach, to niech biega, ona miała ważniejsze sprawy. A te wszystkie „objawy”? E, starzeje się, to i nic dziwnego, że ciało trochę gorzej pracuje. A na ból głowy ma w aptece różne tabletki, coś sobie kupi i będzie dobrze.
To było jakoś pod koniec zeszłego roku. Więcej już do Freńskiej nie poszła, bo wiadomo, że żadnej sensownej pomocy by się nie dostało, tylko znowu jakieś papierki na „skierowanie”. I Jadwiga radziła sobie dobrze, nawet bardzo dobrze, po prostu jak się gorzej poczuła, to się na trochę kładła.
Ale przez ostatnich parę tygodni coś się naprawdę źle porobiło i w końcu obudziła się w szpitalu, zdziwiona, przestraszona i trochę zła. Władek strasznie prosił, żeby nie wychodziła, żeby została, jak zalecają. Pokręciła tylko głową i kazała się wypisać na własne życzenie. Mówili, że ma nadciśnienie, jakieś złośliwe, i że groźne, to odpowiedziała: „Jak mam umrzeć, to we własnym łóżku, a nie w jakichś obcych z obcymi ludźmi”. Wcale jednak nie zamierzała umierać. Porobili jej te badania, o które Freńska tak kiedyś się namarudziła, dali leki, zalecenia i inne, no to mogła wracać do domu. Trochę odpocznie, stwierdziła, i wszystko wróci do normy.
Tylko że nie wracało.
Bardzo się zdenerwowała na Władka, gdy ten się przyznał, że zadzwonił do Jędrka i wszystko mu powiedział. Jędrek przyjechał zaraz następnego dnia. A przecież miał swoją pracę, rok szkolny na uczelni to się właśnie w październiku zaczynał, nowe zajęcia, nowi studenci, nowe obowiązki. A on wziął urlop i przyjechał. Zupełnie niepotrzebnie.
– Niepotrzebnie sobie ten urlop marnujesz, synuś – tłumaczyła, gdy prosto z podróży wszedł do domu, przyszedł do sypialni i usiadł przy niej. – I jeszcze nieprzyjemności będziesz miał w pracy. Przecież mnie nic nie jest.
– Lekarze mówią co innego – powiedział z wyraźną złością. – I niech mama się moją pracą nie przejmuje, przeplanują mi zajęcia i tyle. Dlaczego mama nie poszła wcześniej do lekarza i na badania, tak jak tyle razy prosiłem? Dlaczego mama wyszła ze szpitala, skoro chcieli mamę jeszcze potrzymać?
– A bo paskudne jedzenie w tym szpitalu – odparła wesoło. – I łóżka niewygodne. I na wszystkich salach ciągle telewizory albo radia włączone, ciągle coś wyje, gada albo miga.
Nie wyglądało na to, by jej uwierzył. Za to miała wrażenie, że ile razy mówiła coś w rodzaju „Gdy już wyzdrowieję, zrobię to albo to”, on zaciskał usta i uciekał wzrokiem. Poza tym martwił się, że mało je, więc próbowała w siebie wmusić coś więcej. Martwił się, że źle śpi. Martwił się tym, jak wyglądała. Martwił się. Po to Władek go ściągnął z miasta, żeby teraz Jędrek chodził po całym domu, blady, niewyspany, ponury i się niepotrzebnie martwił?
– Przecież dziecko ma prawo wiedzieć, co się z jego matką dzieje – bronił się Władek. – I myślałem, że może on cię namówi, żebyś do szpitala wróciła.
– A idźcie mi obaj z tym szpitalem – złościła się. – Jeden z drugim tacy mądrzy. Pranie byś lepiej nastawił, niech Jędrek potem powiesi, bo w brudnych gaciach i skarpetach zaraz będziesz mi tu łaził.
To było kilka dni temu, wtedy miała więcej sił, mogła na nich nawet pokrzyczeć. Teraz zrobiło się gorzej, coraz więcej przysypiała, od wczoraj już sama nie mogła usiąść. Taka stara, zramolała baba, denerwowała się na siebie. Głowa bardziej bolała, serce też tak waliło, jakby mu ciągle niewygodnie było. A syn i mąż chodzili wokół niej z coraz bardziej przestraszonymi minami. Tylko już tym szpitalem na szczęście więcej nie zawracali głowy.
– Niech mama zje jeszcze chociaż jedną – poprosił Jędrek. Spojrzała z niechęcią na dwie kromki, które wciąż czekały na talerzu. Wstrętne to jedzenie się zrobiło, rosło w ustach.
– Później – obiecała. – Za dużo naraz, to mnie potem brzuch boli. Odstaw na stolik, Jędruś, potem zjem. Pomóż mi się położyć, jak tak długo siedzę, to mi źle.
Gdy syn ją układał na łóżku, do pokoju wszedł Władek. Coraz ciężej chodził. Nie przez tuszę, bo gruby nie był, trochę tam przytył, pewnie, ale się tego po nim nie widziało, zresztą mężczyzna nie powinien wyglądać jak patyk. Ale chodził ciężko, wolno, ciągnął nogi za sobą. Może i niedziwne, stuknęło mu przecież siedemdziesiąt jeden lat. Ona miała dopiero pięćdziesiąt pięć, a leżała tu jak jakaś dziewięćdziesięcioletnia starucha, co to nawet sama do łazienki nie dojdzie.
– Jak się czujesz, Jadzia? – spytał cicho.
– Dobrze – odpowiedziała, ale sama słyszała, jak słabo zabrzmiał jej głos. – Obiad zjedliście?
Pokiwali głową. Zjedli, akurat. Pewnie byle co. Może Jędrek coś tam upichcił, ale nie chciało jej się wierzyć, by się tym porządnie najedli. Żeby już tak wstać, ugotować coś przyzwoitego, posprzątać… Z Władka był bałaganiarz i mieszkanie już się niestety zapuściło. Wprawdzie Jędrek po przyjeździe trochę ogarnął, bo i sam lubił porządek, i widział, jak ją ten bałagan męczy, ale na zawołanie sąsiadki do umycia okien i podłóg się nie zgodził.
– Sam umyję, jak się mama lepiej poczuje – oświadczył stanowczo. – A teraz mama ma odpoczywać, to ważniejsze niż jakieś mycie, szorowanie czy inne. Nie będzie mi tu się żadna obca baba kręciła i mamie przeszkadzała.
Tak mówił pierwszego dnia. Ale teraz już na jej „Gdy wyzdrowieję” tylko spuszczał wzrok. I milczał. Trochę ją niepokoiło to milczenie. Władek też milczał. I ta lekarka, co to ze szpitala przyszła dwa razy. I Freńska, co była raz. Tylko pielęgniarka, która przychodziła na początku z kroplówkami, gadała jak najęta, jak katarynka, ple-ple-ple, językiem obracała jak młynek. W gruncie rzeczy milczenie lepsze, przynajmniej nie męczyło.
Władek biedny, pomyślała, kisi się na kanapie w dużym pokoju, żeby ona wygodnie sobie w sypialni leżała. Pod kołdrą przy lewej dłoni miała dzwonek. To Władek pożyczył od którejś sąsiadki, żeby mogła dzwonić, jeśli się źle poczuje, a nie będzie miała siły wołać. Więc  nie zamykali drzwi ani od sypialni, ani od dużego pokoju, ani teraz od pokoju Jędrka, żeby było słychać. Nie korzystała z dzwonka, wcale nie był potrzebny. Za to słyszała w nocy głośne, ciężkie chrapanie Władka i to ją uspokajało, bo było takie swojskie, takie codzienne. Czasem słyszała też, jak Jędrek wstawał w nocy, ostrożnie przechodził przez przedpokój, wchodził do dużego pokoju i budził ojca.
– Niech ojciec tak nie chrapie – mówił wtedy nieprzyjemnym tonem. – Jak mnie to budzi, to mamę tym bardziej obudzi. Niech się ojciec jakoś inaczej położy albo coś, przecież to się po całym domu niesie.
– Przepraszam, przepraszam – mruczał Władek bezradnie. – Teraz już nie będę.
Ale później znów chrapał.
Raz przyszedł do niej, usiadł, wziął za rękę, za tę, do której akurat miała podłączoną kroplówkę, głaskał w milczeniu, a potem powiedział:
– Jadźka, jak cię budzę w nocy chrapaniem, to przepraszam. Dziwnie się śpi człowiekowi samemu, nie obok ciebie. Przyzwyczaiłem się, że jak zamykam i otwieram oczy, to ty jesteś obok. To pewnie z tego tak chrapię.
– Zawsze chrapałeś – odpowiedziała pocieszająco. – Ja przywykłam, mnie to nie budzi.
O tym, że przez większość nocy nie śpi, nie wspomniała. Tylko by się obaj niepotrzebnie dodatkowo martwili.
Władek postał jeszcze chwilę, potem poszedł się umyć. Jędrek siedział na brzegu łóżka, milczał, patrzył czasem na nią, czasem na podłogę albo w okno. Cicho było i spokojnie. Dobrze, że z tego szpitala poszła, tam ani takiej ciszy, ani spokoju, ciągle jakieś hałasy, czyjeś wołanie „siostro!”, pielęgniarki chodzące i biegające z tacami, lekami, kroplówkami, basenami, obcy ludzie na łóżkach i obcy ludzie wokół chorych, i ciągle ktoś się na człowieka gapił, ktoś szturchał, ktoś gadał. A tu własne wygodne łóżko, porządnie wyprana pościel, którą po wyschnięciu zawsze prasowała przed schowaniem do szafy, tylko rodzina i spokój. W wazonie na parapecie stały trzy czerwone róże, które Władek jej wczoraj przyniósł ze słowami „Ty tak te kwiaty lubisz, a w ogrodzie teraz pusto i buro, to ci z kwiaciarni ładne przyniosłem”. Pachniały ślicznie. Od razu w pokoju zrobiło się przyjemniej i weselej.
Zamknęła na chwilę oczy, bo powieki coraz bardziej ciążyły. Naprawdę na chwilę. Ale gdy znów je otworzyła, w przedpokoju i widocznym pod kątem dużym pokoju było już ciemno. Za oknem też, kompletna ciemność, tylko światło księżyca gdzieś się słabo przebijało przez chmury. Górne światło w sypialni wyłączone. Ale na toaletce, na tej ładnej toaletce, którą kupili dwa lata temu, gdy wymieniali niektóre meble, świeciła sobie lampka z kloszem w kształcie kwiatu. Klosz był mleczy i osłaniał żarówkę tak, że nie raziło w oczy.
Jędrek musiał usnąć na siedząco i się osunąć na łóżko albo się położył na chwilę i przysnął, w każdym razie teraz na pół leżał, z głową na kołdrze, rękami obejmując jej rękę. Słyszała jego głęboki, spokojny oddech. A z głębi domu – chrapanie Władka.
Wyjęła drugą rękę spod kołdry ostrożnie, tak by nie szturchnąć dzwonka. Wsunęła ostrożnie palce w czuprynę syna i spojrzała na toaletkę. Stało tam kilka zdjęć. Jedno ze ślubu – naprawdę miała piękną sukienkę, chociaż teraz wydaje się taka staroświecka. Jedno wspólne, całą rodziną, zrobione, zanim jeszcze Jędrek poszedł do szkoły. I trzy zdjęcia Jędrka. Pierwsze z któregoś roku, gdy wygrał te swoje zawody sportowe. Drugie z czasów liceum, z drugiej albo trzeciej klasy. Gdy robiono klasowe zdjęcia, zawsze prosiła, żeby zrobił sobie też takie osobne dla niej. A trzecie było z tego uczelnianego zakończenia roku, gdy po obronach wszyscy odbierali dyplomy i mieli na głowach śmieszne czarne czapki, jak w tych amerykańskich filmach. Andrzej przywiózł jej to zdjęcie w wakacje. Trochę była zła na niego, kiedy się okazało, że na tym zakończeniu rodzice mogli być, a on nic nie powiedział, ale zapewniał, że to nie było wcale takie przyjemne ani wygodne, straszny tłok, okropnie nudno, a do tego połowa osób dostała złe dyplomy i potem ganiali się przed budynkiem, żeby oddać cudzy i znaleźć swój. Za to zdjęcie było piękne, Jędrek w czarnej pelerynie i tej czapce na głowie, taki poważny i dorosły.
A teraz spał na jej łóżku, zupełnie jak kiedyś, jak ten mały dzieciak, który przychodził do niej, by się schować przed burzą. Pogłaskała go po głowie.
– Żebyś tylko był szczęśliwy, synuś – szepnęła. – Jesteś dobry, mądry chłopak. Żebyś był szczęśliwy.


fot. Pexels

CONVERSATION

2 komentarze:

  1. No i jak tu teraz nienawidzić Władka? Jak to wszystko inaczej wygląda z innych punktów widzenia... Władysław dla Jadwigi był naprawdę świetnym partnerem. Ona dokładnie kogoś takiego potrzebowała. I przecież ją naprawdę kochał, dbał o nią. Myślę że Andrzeja też kocha, tylko... Tylko właśnie co? Nie mam pojęcia dlaczego Władek tak się zachowywał? Może naprawdę wierzył, że to dobry sposób? Szkoda że Jadwidze nie udało się być bardziej stanowczą przy tym wychowywaniu syna... Powiem Ci, że dosyć ciężko się komentuje takie teksty, bo one zmuszają do roznych niechcianych przemyśleń. Ja to bym zawsze chciała naprawiać świat i okropnie mnie złości niesprawiedliwość i głupota niektórych ludzi. Ale patrząc z punktu widzenia Jadwigi, to jej życie z początku było bardzo ciężkie ale udało jej się zdobyć szczęście. Bo różnym ludziom do szczęścia różnych rzeczy potrzeba. Rozumiem jej niechęć do lekarzy, nie pochwalam ale niestety zdaję sobie sprawę że niby żyjemy w takich nowoczesnych czasach, a mnóstwo ludzi właśnie w ten sposób podchodzi do swojego zdrowia...zresztą ten jej pierwszy lekarz to też nie wiem skąd się urwał... No i jak to teraz będzie? Przecież Jadwiga byla jedynym co łączyło Andrzeja i Władysława. A może coś do nich dotrze? Nie jestem za utrzymywaniem na siłę kontaktów z rodzicami ale to zawsze dość przykre jak się tacy bliscy ludzie nie potrafią dogadać... No nic, poczekamy, zobaczymy. Zostawiłaś mnie z niewesołymi refleksjami - musiałam się nieco ogarnąć, żeby coś napisać a i tak mam wrażenie że to niewystarczający komentarz. Dziękuję i pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi zależy na pokazywaniu, jak bardzo inaczej wyglądają różne rzeczy, zachowania, ludzie etc. w zależności od punktu widzenia, więc jeśli po tym tekście masz takie odczucia przy ojcu Andrzeja, to ogromnie się cieszę :) Co do bicia – są ludzie (nawet w obecnych czasach), którzy uważają, że kary cielesne to dobry, może i najlepszy, system wychowawczy. Ale tę kwestię zostawię sobie do przerobienia przy Władysławowej części „Albumu”.

      Może to niezbyt ładnie z mojej strony, ale mam sporo satysfakcji z tego, że zmuszam do przemyśleń i refleksji, również tych niechcianych i niewesołych :D

      Wiesz, ja się twardo trzymam stanowiska, że lepszy najprostszy komentarz „czytam, podoba mi się” niż brak komentarza. Jasne, nie piszę dla komentarzy, ale są one sygnałem, że w ogóle warto upubliczniać swoją pisaninę i że komuś sprawia się nią radość. Więc dziękuję serdecznie za Twój komentarz – i do spotkania przy następnym tekście, mam nadzieję! :) (Trzeci rozdział "Powrotów" jest już skończony i teraz łapie odrobinę dystansu, żebym przed opublikowaniem zdołała wyłapać jeszcze jakieś błędy i wprowadzić ostatnie poprawki).

      Usuń

Back
to top