TE PIERWSZE RAZY.DOCX



TE PIERWSZE RAZY.DOCX



Każdy pierwszy raz jest ważny. O, patrz choćby teraz: 
to pierwszy raz, gdy nie przypaliłeś ziemniaków. 
Po dziesięciu latach mniej lub bardziej pod moim nadzorem 
w kuchni – to naprawdę wielki sukces. Jak dalej tak dobrze pójdzie, 
to za kolejne dziesięć lat będziemy świętować pierwszy raz, 
gdy nie tylko nie przypaliłeś, ale i jednocześnie 
nie zapomniałeś posolić tych ziemniaków. A teraz wywal to cholerstwo 
i ubieraj się, idziemy na pizzę. Ty stawiasz. To na szczęście masz opanowane.
Wcale nie było żadnego podtekstu...
Sebastian do mnie, wczoraj w kuchni przy obiedzie, 
który poszliśmy zjeść na mieście. 
Gdy już skończyliśmy się kochać na blacie kuchennym. 
Ani jedno, ani drugie nie odbyło się pierwszy raz.

Moje pierwsze spotkanie z Sebastianem to były jednocześnie pierwsze zajęcia z historii starożytnej Grecji. Pamiętam pierwsze wrażenie pod kątem wyglądu: „Przystojny facet”. I pierwsze pod kątem przyszłych zajęć: „Będzie piłował o każdą pierdołę”. I pierwsze pod kątem ubioru: „Co im z tej starożytnej tak odwala z noszeniem marynarek?”.
I pamiętam myśl po rozmowie odnośnie lektur, tej właściwie pierwszej mojej z nim rozmowie, choć to była raczej wymiana kilku zdań w ogólnej grupowej dyskusji. W każdym razie gdy powiedział, że będzie szanował naszą odmienną stronniczość, gdy my będziemy znać lektury – pomyślałem, że faceta polubię. Bo z takim podejściem mogę się zgodzić.
Na kolejnych zajęciach tylko mnie utwierdzał w tej sympatii do siebie, tym bardziej że nie zdradzał odruchu „zamknij się i daj żyć”, gdy się co chwila odzywałem w czasie zajęć, niekoniecznie zawsze ściśle na temat. A w połowie semestru jeszcze mnie rozbroił tą uwagą na moim kole: „Pół oceny wyżej za deklarację niepisania bzdur”. Dobrze było wiedzieć, że facet ma poczucie humoru, bo wcześniej po oddaniu koła pomyślałem, że lepiej było nie pisać: „Na to pytanie nie znam odpowiedzi, więc nie będę pisał bzdur”, bo cholera wie, czy taki sztywny garnitur z krawatem (taaak, na koło Sebastian przyszedł w garniturze i krawacie, czyli bardziej egzaminacyjnie niż ja w pierwszym terminie na zaliczenie u niego) nie strzeli monumentalnego focha. Ale na szczęście to nie jego styl.
Za to na zaliczeniu było mi go cholernie szkoda, bo był bardziej zmartwiony moją dwóją niż ja. I było mi cholernie głupio czy wręcz wstyd, że umiałem powiedzieć tylko: „Nic nie umiem”.
A pierwsze Sebastianowe zdziwienie z serii „Nie ogarniam cię, Michał” zaliczyliśmy, gdy przyszedłem na poprawkę. Pomijając już nawet mój nieszczęsny maturalno-wstępnoegzaminacyjny garnitur, w którym czułem się jak pajac, i moje wykucie na blachę wybranych fragmentów „Dziejów Grecji” Hammonda, widać było – i potem sam się przyznał – że nie rozumiał, czemu przyszedłem poprawić dwóję z ćwiczeń na kierunku, który tego samego dnia zamierzałem rzucić. Nic dziwnego, wtedy jeszcze nie wiedział i nie rozumiał, że cholernie mi zależy na jego dobrym zdaniu na mój temat. Sam to nie do końca rozumiałem, po prostu wiedziałem, że za bardzo go szanuję, żeby po zrobieniu z siebie w pierwszym terminie konkursowego niedouczonego kretyna tak to zostawić. Rzucić historię z dwóją z ćwiczeń u magistra Sienieckiego w indeksie? Mowy nie ma.

***

Moja pierwsza prawdziwa rozmowa z Sebastianem odbyła się ponad pół roku później, w Szafie, po pierwszej prezentacji Koła Fantastyki US (na którą Sebastiana ściągnąłem metodą perfidnego i upierdliwego namawiania parę dni wcześniej w samochodzie, gdy mnie podwoził do domu z Wydziału Humanistycznego. To w ogóle było miłe zaskoczenie, natknąć się na niego na korytarzu, gdy rozwieszałem plakaty reklamujące KFUS. A w ogóle pamiętam, jak z czasem przerobiliśmy sobie na własny użytek członków koła ten skrót: „Kejfus”, z którego szybko zrobił się – sam już nie wiem, jakim dziwnym skojarzeniem – „Kefir”. Należymy do „Kefiru”, mówiliśmy z dumą i rzucaliśmy wokół zadowolone spojrzenia tych, którzy jako jedyni wiedzieli, o co kaman. Teraz dopiero widzę, że nieświadomie zaliczyłem swój krótki okres hipsterstwa).
W każdym razie z tej rozmowy z Sebastianem pamiętam przede wszystkim wrażenie niesamowitego dogadywania się – nic dziwnego, że siedzieliśmy w Szafie parę godzin i że trudno było się pożegnać. Pamiętam też, że ten nasz obustronny coming out, sprowokowany wprawdzie przeze mnie, wyszedł tak jakoś naturalnie i po prostu, choć był zaskoczeniem dla obu stron. A z drugiej strony mam niekiedy wrażenie, i wtedy też miałem, że wcale aż takim zaskoczeniem nie był – bo tak jakoś dopełniał to świetnie dogadywanie się, na zasadzie „ja jestem – o, ja też jestem, znów mamy coś wspólnego”. I to tylko dodało poczucia swobody w rozmowie, bo nie pojawiało się skrępowanie w rodzaju „o, tego nie powiem, bo wprawię go w zakłopotanie / nie zrozumie / uzna, że go podrywam”.

***

Już w czasie tej pierwszej rozmowy pojawiła się też pierwsza świadomość różnic – i to istotnych, znaczących, wyraźnych różnic między nami. Religia, podejście do związków, stosunek do polityki, postrzeganie własnej i cudzej niezależności, stosunek do uniwersytetu i życia uczelnianego, nawet preferowany ubiór (bo te marynarki, krawaty i garnitury Sebastiana długi czas nie dawały mi spokoju) – to wszystko było tak skrajnie odmienne i tak wyraźnie się zderzało, że właściwie z miejsca powinniśmy chyba dać sobie w mordy i się rozejść. Jak się z tego zrobiła tak głęboka i długa przyjaźń, pojęcia nie mam.
Wiem tylko, że chociaż byłem świadom tych różnic i często się gdzieś przez nie zderzaliśmy czy ścieraliśmy, to na dobrą sprawę one nie przeszkadzały. Nawet w drugą stronę – jakoś wzbogacały. I na pewno nieco ścierało ostre kanty mojego radykalizmu, a z drugiej strony trochę rozpinało Sebastianowe sformalizowanie.
Myślę, że obaj dobrze na tym wyszliśmy.

***

Czasami się zastanawiam, dlaczego przez sześć lat nie przyszło mi do głowy poderwać Sebastiana.
(Poderwać Sebastiana – jakoś to wyjątkowo kretyńsko brzmi).
Zresztą to tak nie do końca prawda – gdzieś na początku przyjaźni przeszło mi przecież przez moment przez myśl coś takiego, i był przecież taki wieczór, gdy było już całkiem blisko tego, żeby coś się wydarzyło – i obaj się wycofaliśmy. Nie jestem w stanie porządnie wrócić pamięcią do tamtego momentu, pamiętam tylko jakieś moje ówczesne wrażenie, że jak do czegoś by doszło, to zaraz wskoczymy w ten tradycyjny system uparowionego pożerania sobie nawzajem własnej przestrzeni i to będzie epicki koniec przyjaźni z równie epickim początkiem duszącego związku. I że takiej przyjaźni nie chcę w żaden sposób niszczyć.
Czasami też mi się wydaje, że byliśmy w stanie dać sobie tak dużo jako przyjaciele, że o przejściu na inny poziom nawet nie myśleliśmy, bo nie czuliśmy potrzeby. W każdym razie ja nie myślałem i ja nie czułem.
A czasami mam wrażenie, że za dużo było elementów do dotarcia, dogrania i dopasowania, zanim mogłoby pojawić się coś więcej. Tego, co w miarę szybko zrozumiał i zaakceptował jako przyjaciel, Sebastian raczej nie zdołałby równie szybko zrozumieć i zaakceptować jako kochanek. W każdym razie nie te parę lat temu, gdy wydawało mu się, że ma znacznie mniejszą potrzebę własnej przestrzeni, niż miał w rzeczywistości.
A poza tym musiał sobie z pewnością wyćwiczyć cierpliwość do mnie i moich odpałów. A tego też się nie wyrabia tak od ręki, w ciągu kilku dni.

***

Kiedy pierwszy raz pomyślałem, że to jest, a przynajmniej najwyraźniej może być, taka prawdziwa, głęboka i intensywna przyjaźń – spanikowałem. Bo to było coś przerażającego, mieć kogoś, kto byłby tak bliski, tak ważny i tak mocno zagnieżdżony w moim życiu. To mnie przez lata dopadało w związkach, jak widzę, i w wielu przyjaźniach, bo przecież miałem przyjaciół, ale zawsze każdemu zakreślałem jakąś granicę „o dotąd, dalej już nie” i tej granicy pilnowałem. Raz mi nawet przyszło do głowy, że moi przyjaciele mają swoje specjalizacje, w których ich umieszczam i z których nie pozwalam im zrobić choćby kroku w inną specjalność. To było bezpieczne.
A Sebastian rozwalił mi wszystkie granice, rozsiadł się na wszystkich możliwych przyjaźniowych specjalnościach i nie dał się przegonić, ograniczyć, zamknąć w wyznaczonej przestrzeni. To było straszne.
Całe szczęście, że Sebastian na to moje chwilowe wycofanie-rozluźnienie kontaktów zareagował i elastycznie – „chcesz się na trochę odciąć od ludzi / ode mnie, w porządku” – i kategorycznie – „ale zapomnij, że się mnie tak łatwo pozbędziesz”. Chociaż to była na pewno niezła próba, przyjąć do wiadomości, nie obrazić się, zrozumieć i uszanować, że po kilku miesiącach pogłębiania przyjaźni ja nagle przez kilkanaście dni nie chcę mieć żadnego kontaktu, nawet na głupi SMS nie jestem łaskaw odpisać.

***

Obawa i niepokój przy dopuszczaniu kogoś tak blisko siebie pojawiły się bardzo szybko – i chyba w sumie nigdy nie zniknęły, nawet teraz chwilami odczuwam niekiedy coś w rodzaju zaniepokojenia, gdy uświadamiam sobie wyjątkowo wyraźnie, jak bardzo ktoś jest w moim życiu. Ale ta obawa i ten niepokój nigdy nie przeszły w żal.

***

Obawa, że ktoś wchodzi w moje życie tak mocno, to jedno, natomiast strach, że ktoś ważny zniknie, to zupełnie inna sprawa. Tak myślę. W każdym razie tego strachu nie uświadamiałem sobie do śmierci ciotki (albo może od śmierci rodziców nie chciałem go sobie nigdy więcej uświadamiać. Jakaś znajoma studiująca psychologię, lata temu, jeszcze na początku moich pierwszych czy drugich studiów, gdy rozmawialiśmy o związkach i ich zażeraniu indywidualnej przestrzeni, zrobiła mi taką roboczą psychoanalizę na kolanie i oświadczyła, że jestem typowym przykładem osoby, która w dzieciństwie straciła kogoś bliskiego, więc teraz broni się przed bliskością, by nie powtórzyć traumy. Nie wiem, na ile to ma ręce i nogi, bo wydaje mi się trochę naciągane, trochę przesadzone, a trochę jak pójście na łatwiznę, ale jednego elementu tej „analizy” do dziś nie mogę jej wybaczyć. Nie jestem typowy, wypraszam sobie).
(Zabrzmiałem jak Julek xD)
(Bogowie, jak ja dawno nie używałem tej emotki „xD”… Stare studenckie czasy mi się przypomniały…)
W każdym razie ten strach przed zniknięciem ważnej osoby uświadomiłem sobie, dopuściłem do siebie po raz pierwszy właśnie wtedy, po pogrzebie, gdy siedzieliśmy u mnie wieczorem – i wydaje mi się, że to był jednocześnie moment, gdy po raz ostatni ten strach objął samego Sebastiana. Bo Sebastian był i w jakiś sposób gwarantował, że zawsze będzie.
Ten wieczór po pogrzebie to był też pierwszy od wielu lat – i do dziś ostatni – moment, gdy płakałem. Rozbeczałem się Sebastianowi na kolanach jak dzieciak, jak wtedy, gdy miałem osiem lat i beczałem na kolanach ciotki.
To było niesamowicie... bezpieczne, tak się rozkleić właśnie przy nim. I łatwe. Ta łatwość wyrzucenia z siebie wszystkiego, co dusi, nawet tego, czego się wcale nie chciało powiedzieć, do czego się czasem nie chciało przyznać przed samym sobą – łatwość wyrzucenia z siebie tego wszystkiego przed Sebastianem też mnie czasami przerażała, zwłaszcza na początku. Potem się przyzwyczaiłem, chociaż i dzisiaj łapię się niekiedy na myśli: „Cholera, ja mu mówię coś takiego? Ja to w ogóle mówię na głos? Ja to w ogóle świadomie myślę?”.
W życiu bym nie pomyślał, że można się porywać na taki psychiczny ekshibicjonizm. I że można się z tym tak komfortowo czuć.
I że facet, który od dziesięciu lat wysłuchuje tych moich psychicznych ekshibicjonizmów, ani nie zwariuje, ani nie zacznie uciekać na mój widok, ani nie wyrwie mi języka, by zakopać go na rozstajnych drogach.

***

Sebastian jest jednym z niewielu facetów (no i, naturalnie, jest ostatnim. Wykastrowałby mnie, gdybym powiedział, napisał czy pomyślał inaczej), z którymi się kochałem we własnym mieszkaniu. Nie lubię ludzi w moim mieszkaniu, po prostu nie lubię – nie lubię zapraszać do siebie nawet tych, których bardzo lubię, bo mam wrażenie, że wchodzą za głęboko w moją prywatność, w tę część, którą chcę mieć (niemal) tylko dla siebie. Bo moje mieszkanie, mój dom, jest tym terenem, w którym chcę mieć kompletną swobodę i całkowitą wolność od cudzej obecności – i w której nie zniósłbym kompromisów, w każdym razie większości kompromisów (kompromis do zaakceptowania: kwestia materaca. Ja śpię na materacu, Sebastian na łóżku, mój poprzedni materac był dla niego za twardy w porównaniu z łóżkiem. Kompromis: kupiłem grubszy materac. Efekt kompromisu: Sebastian i tak co jakiś czas marudzi, że jest mu dalej za twardo, ale robi to raczej po to, by mieć pretekst do władowania się na mnie jak na poduszkę). Nie kupię więcej krzeseł i naczyń, nie będę dostosowywał swojej przestrzeni do gości, żeby pozostać przy tych najbanalniejszych sprawach. I po prostu nie chcę większości ludzi w swoim mieszkaniu, bo to jest akurat ta przestrzeń, w której się zamykam, odcinam i chowam.
Towarzyski jestem poza moim mieszkaniem. W moim mieszkaniu uruchamia się we mnie mizantrop. Moje prawo.
Czego większość moich byłych facetów nie mogła ani zrozumieć, ani darować. W sumie może i nie należy im się dziwić, skoro oni nie mogli, a mógł ktoś inny.
Tych ludzi „wpuszczanych do mieszkania” mam tylu, że spokojnie wystarczy mi palców obu rąk do zliczenia. Wśród tych nocowanych poza Sebastianem był też niemal od zawsze Julek. Przy czym nocowanie Julka to gehenna, bo Julek wiecznie marudzi: „A mogę zapalić? Jednego, z filtrem i przez okno!”. A potem jest obraza majestatu, bo Julek zawsze jest wściekły na ludzi, którzy nie pozwalają mu u siebie palić.
Lubię Sebastiana w moim mieszkaniu. Widzę, że go nosi, żeby mi posprzątać, ale doceniam, że opanowuje tę porządnicką żądzę i ogranicza się co najwyżej do pozmywania i przejechania odkurzaczem.
Lubię Sebastiana w moim mieszkaniu, bo nie muszę mu się z mojego mieszkania tłumaczyć. Przyjmuje je takim, jakim ja go potrzebuję, nie wyskakuje z pouczaniem, jak powinno to moje mieszkanie wyglądać ani z pretensjami, że nie wygląda tak jak jego/tak jak on by chciał (specjalność Julka), a przede wszystkim nie zawadza i nie przeszkadza mi w nim. Nie fizycznie – nie zawadza i nie przeszkadza od strony psychicznej, nie czuję obciążenia, skrępowania czy irytacji, że on siedzi gdzieś w pokoju, w kącie, na parapecie. Mogę być przy nim sam ze sobą – i to jest jedna z tych rzeczy, za które go uwielbiam.
I lubię Sebastiana w moim mieszkaniu za to, że gdy czuję potrzebę, mogę powiedzieć: ale sorry, teraz to chciałbym pobyć kompletnie sam – i Sebastian rozumie. Wychodzi bez urazy i obrazy, bez poczucia, że został wyrzucony, bez pretensji, że mi znowu coś odbija. I nie odbiera mojego mieszkania jako wrogiej przestrzeni, w której ja się od niego odcinam, izoluję czy blokuję.
Nie umiałbym się od niego odciąć, odizolować czy zablokować.

***

O, pamiętam nasz pierwszy wspólny taniec. To było w 2006, gdy robiliśmy w KPH imprezę charytatywną na rzecz osób trans. Impreza była malutka, ale była, ówczesne czołowe drag queen namówiły mnie, żebym jako prowadzący też się przebrał w damskie ciuchy, więc się dałem przebrać, dałem się pomalować – jak to łaskotało, i jeszcze dostałem od Mari-Lenny (Edka) po łapach za tarcie oczu i rozmazywanie kresek – dałem się wcisnąć w mini, tylko szpilek mi w końcu oszczędzono, bo po pierwszych paru krokach wypieprzyłem się w nich na podłogę jak długi. Do dziś nie wiem, jak Mari-Lenna potrafiła przetańczyć na swoich szpilach całą noc.
Widziałem, że Sebastian miał mieszane uczucia, może nie tyle do samej imprezy, ile do transwestytów. Ale przynajmniej zdawał sobie sprawę ze swoich mieszanych uczuć i nie robił z nich sztandaru „na pohybel odmiennym nienormatywnym”. Pomógł z różnymi rzeczami organizacyjnymi, woził mnie, Mari-Lennę i Fedorolitę (Tomka) z bambetlami w tę i we w tę, przetrwał całą imprezę na zapleczu, pilnując kolejności wydawania przedmiotów na licytację i tak dalej, poza tym też mi przypominał, żebym sobie gęby nie tarł, bo mi się makijaż rozmaże.
A potem, jak już ogłosiliśmy taniec zamykający imprezę, wygramolił się z zaplecza i oświadczył, że w takim razie on prosi mnie do tańca. Widziałem, jaki miał ubaw, wredne bydlę, zwłaszcza gdy rzucił: „Wiesz, jak się ma mini, to się nie prowadzi”. A taniec był wolny i owszem, zamierzałem prowadzić. Ale z Sebastianem czasem trudno się spierać, gdy przybiera tę swoją postawę samca alfa. Lubię jego samca alfa, tylko niekoniecznie wtedy, gdy mam na sobie mini.
Na szczęście od tamtej imprezy ja i spódnice omijamy się szerokim łukiem.
Ale taniec był… no, pamiętny. Chyba właśnie wtedy tak wyraźnie do mnie dotarło, że Sebastian poza tym, że jest najlepszym przyjacielem, jakiego można mieć, jest też cholernie pociągający.
I przez kolejne parę lat nic z tą wiedzą nie zrobiłem. Jestem taki wytrzymały i pełen samokontroli czy taki głupi?
Serio, nie wiem…

***

Właściwie nie umiem uchwycić tego pierwszego momentu, gdy zacząłem myśleć, zdawać sobie sprawę z tego, że go kocham. Czasami wydaje mi się, że wyłapuję ten moment – kolejna marcowa wędrówka, spotkanie po powrocie, pożegnanie przed wyjazdem, moje urodziny, chwila, gdy zaczął mnie wyraźnie unikać – ale zaraz potem to się rozmazuje, miesza i znów ucieka.
Czasami mam wrażenie, że pokochałem go gdzieś po drodze, tak kawałek po kawałku, z kolejnymi dniami, miesiącami i latami przyjaźni. Po prostu wnikał w moje życie coraz bardziej, aż stał się tak naturalnym i niezbędnym elementem, że samo się stało.
A czasami nachodzi mnie myśl, że w sumie zakochałem się w nim od samego początku, tylko tak jakoś odwrotnie niż zwykle, i tak mi się z tym dobrze i naturalnie żyło, że przez długi czas tego nie zauważyłem.
Próbowałem raz wyciągnąć z Sebastiana jego „moment definiujący”, ale nic z tego nie wyszło, bo Sebastian wykręcił się stwierdzeniem: „Jak ty namierzysz konkretnie swój moment, to ja będę jakiś miesiąc przed tobą”. Do dziś nie wiem, o co mu z tym dokładnie chodziło.

***

Pierwszy list miłosny napisałem do niego w pierwszym marcu naszego bycia razem. Wcześniej zawsze marudził, żebym jakoś dawał znak, że żyję i wszystko w porządku, więc tamtego marca na jakiejś wiejskiej poczcie kupiłem pocztówkę, napisałem, że żyję i wszystko w porządku i wysłałem mu to.
To był list miłosny. W moim odczuciu był. I w jego chyba też. Nadal ma tę pocztówkę – tę i kolejne. Te pocztówki wcale mi nie naruszają marców – po prostu w pewnym momencie, czasem tylko raz, czasem dwa lub trzy, nachodzi mnie ochota, by nabazgrać parę słów i wysłać je Sebastianowi. I to zawsze są banały, proste rzeczy, zwyczajne informacje, plus podpis.
A Sebastian potrafi to przeczytać.

***

Pierwszy seks z Sebastianem to było jednocześnie i uczucie spełnienia, i dopełnienia – takie „to właśnie tak powinno być” i „tego mi właśnie brakowało do pełni”. A poza tym było dziko, podniecająco dziko, bo dorwaliśmy się do siebie jak dwa wygłodniałe drapieżniki, które chcą już, teraz, zaraz, natychmiast, bo inaczej zdechną z pragnienia.
Z głodu.
Tak szczerze to z pragnienia.
(Można zdechnąć z żądzy?)
Pourywał mi wtedy parę guzików od koszuli. Ja mu rozwaliłem zamek dżinsów (to i tak to były stare domowe spodnie). Cud swoją drogą, że nie poodrywaliśmy sobie wtedy łbów albo innych strategicznych części ciała, bo o ile pamiętam z tamtych pierwszych chwil, zanim doszliśmy do łóżka, jedynym, z czego zdawałem sobie wtedy sprawę, było to, że a) chcę go natychmiast, b) to właśnie tak miło być i tego mi brakowało, c) wciskał mnie we framugę drzwi, aż mnie ramię bolało, d) chce go natychmiast i szlag mnie trafi, jeśli natychmiast nie dostanę.
A potem już w ogóle nie myślałem. Cały wysiłek intelektualny poszedł w tyłek.
Nie powiem, opłaciło się.

***

Dopiero za drugim razem było nas stać na wolniejsze tempo, delikatność i większą świadomość tego, co robimy. Pierwszy raz to było w sumie to dopełnienie, dodanie tego ostatniego, brakującego – wtedy już paląco brakującego – elementu, dopełnienie konieczne, żeby świat stał się normalny, pełny i właściwy. Parę godzin później byliśmy już w stanie się po ludzku kochać, a nie dziko, zawzięcie i z obłędem rżnąć się, aż tchu nie można było złapać.
A na drugi dzień znów byliśmy w stanie (i w potrzebie) rżnąć się dziko, zawzięcie i z obłędem, aż tchu nie można było złapać.
Cholera, od samego pisania o seksie z Sebastianem mam się ochotę na seks z Sebastianem. A temu się mycia wanny zachciało.

***

O, przypomniało mi się, jak mu pierwszy raz powiedziałem, że go kocham. To był maj, jakoś trochę przed moimi dwudziestymi siódmymi urodzinami czy zaraz po. Nie, chyba tuż przed. W każdym razie to był maj dwa tysiące jedenastego, ja sobie wreszcie poukładałem ostatecznie w głowie te wszystkie rzeczy, które mi wcześniej przez parę miesięcy hasały jak dzikie króliki, i poszedłem do Sebastiana z takim debilnie-radośnie-optymistycznym „Łał, kocham go, ale byłem ślepy”. I z jakimś takim totalnie idiotycznym przekonaniem, że wystarczy mi, że mu to powiem, bo zawsze mówię mu wszystko, nawet to, czego sam sobie nie mówię. Więc poszedłem, przekonany, że wystarczy mi, że mu to powiem, reszta jest nieistotna. I nawet w pierwszej chwili w to wierzyłem – gdy mu mówiłem, że niczego od niego w związku z tym nie oczekuję, dla mnie ta relacja może do końca życia pozostać w fazie czy formie przyjaźni, chcę po prostu, żeby wiedział, a cokolwiek mi od siebie da, i tak będę zadowolony, i tak będzie mi odpowiadało, i tak mi wystarczy.
Pamiętam, jak na mnie dziwnie w pierwszej chwili spojrzał. I jak powiedział, jakimś takim stłumionym, może nawet trochę surowym tonem: „Podejdź tu”. Wtedy już coś mi zaczynało nie pasować, więc odparowałem, że właśnie mu strzeliłem wyznanie rodem z Szekspira, więc mowy nie ma, żebym jeszcze gdzieś łaził, jak czegoś chce, to niech sam podejdzie.
No i podszedł. A gdy podszedł, gdy stanął blisko, gdy się trochę pochylił – zrozumiałem, że chwilę wcześniej kłamałem. Albo raczej opowiadałem kolosalne bzdury, zupełnie nieświadom ich kolosalności i bzdurowatości. Bo znalazłem się już na etapie, gdy nie mogło mi wystarczyć z jego strony nic innego niż tylko wszystko.
A potem mózg mi się zawiesił, bo usłyszałem to jego „Kocham cię” i zostałem wciśnięty w ścianę, we framugę drzwi, wreszcie w pościel. Ale gdy Sebastian do mnie podchodził, miał taką minę, że naprawdę nie wiedziałem, czego się spodziewać. W sumie chyba bardziej byłem przygotowany na to, że dostanę w zęby, chociaż sam nie wiedziałem, z jakiego właściwie powodu.
Do dziś się chwilami zastanawiam, co by z tego wszystkiego wyszło, gdybym pod koniec maja nie poleciał do niego z radosno-kretyńskim wyznaniem „A wiesz, dotarło do mnie, że cię kocham i musiałem ci o tym powiedzieć!”, tylko gdybym najpierw usiadł i przez chwilę pomyślał. Może ugryzłbym się w język z obawy, że coś zepsuję. Może powiedziałbym mu później, inaczej (tylko niby jak?). Może on powiedziałby pierwszy. Kurde, nie wiem.
W sumie to i dobrze, że mam ten odruch mówienia Sebastianowi czegoś, zanim jeszcze to dobrze przemyślę. Bo cholera wie, czy w przeciwnym razie nad tą konkretną sprawą nie myślałbym do dziś…

***

Spotkałem rano Gośkę, z którą morsujemy, i przypomniało mi się, jak poszedłem pierwszy raz morsować, a Sebastian poszedł ze mną, przekonany, że z miejsca zamarznę na śmierć i zamienię się w sopel lodu, który trzeba będzie szybko wpakować do wanny z gorącą wodą. To było jakieś pięć lat temu, w październiku, nad Głębokim, genialna impreza i świetni ludzie. I piękny podział na dwa światy: ja i gromada morsów w kąpielówkach / strojach kąpielowych, zależnie od płci, lecimy do tej zimnej wody i krzyczymy z zachwytu, a gromada morsowych krewnych i znajomych królika, ciepło odziana, stoi na brzegu i patrzy na nas jak na kosmitów. Sebastian miał szalik, rękawiczki, gorącą kawę na wynos i taką minę, jakby mu ktoś zaproponował wsadzenie w tyłek grabi i pokręcenie nimi na wszystkie strony. Serio, taką miał minę – wtedy, gdy się rozbierałem i wbiegałem do wody. A gdy z wody wyszedłem, miał taką minę, jakby na te grabie nadepnął. Przyznał zresztą, że zimno mu się robi od samego patrzenia na mnie.
Ale poszedł ze mną – byłem mu za to wdzięczny, bo miałem takie poczucie, że na tyle, na ile potrafi, uczestniczy w czymś dla mnie ważnym czy fajnym. On z kolei twierdził, że musiał zobaczyć na własne oczy, jak to wraz z gromadą innych świrów wskakuję w samych gaciach do Głębokiego w połowie października. Bo inaczej by nie uwierzył, że my do tego jeziora chociaż podeszliśmy.
Teraz ile razy idę morsować, robi taką minę jak wtedy, gdy się w zimie upieram, żeby otworzyć okno, bo od kaloryferów i Sebastianowej domowej miłości, czyli konwektora, można się ugotować żywcem. Czasem jeszcze chodzi ze mną na to morsowanie. Stoi na brzegu i z mężem Gośki narzeka, czym to ich los pokarał, takimi rąbniętymi morsami. A gdy wychodzimy z wody, dostajemy ręcznikami w twarz i słyszymy dwugłos: „Wycieraj się i ubieraj, bo się przeziębisz na śmierć!”.
Wracamy do domu i nadchodzi czas gorącej kąpieli. Kąpiel bierze oczywiście Sebastian, który od samego patrzenia na gromadę morsów przemarzł na kość.

***

Sebastian ciosa mi czasem kołki na głowie, że jestem mało odpowiedzialny, bo nie myślę o pewnych rzeczach. O szczepieniu przeciwko grypie na przykład (ciąga mnie na nie co roku). I o głosowaniu (mam awersję do głosowania, chociaż zgadzam się, że każdy powinien głosować. Ale ja strasznie nie chcę. Ale głosuję, bo Sebastian mnie wyciąga w dniu głosowania z domu i prawi mi kazania. Niestety z jego kazaniami się zgadzam, więc idę spełnić ten „obywatelski obowiązek”, chociaż wbrew sobie i z bólem. Najbardziej podobało mi się ostatnio, gdy poszliśmy, rozłożyłem te płachty papieru, a Sebastian niezbyt przyciszonym głosem zaordynował, wskazując palcem odpowiednie kratki: „Tu krzyżyk, tu krzyżyk, tu krzyżyk i do urny”. Mało nie padłem ze śmiechu, bo kilka osób spojrzało na nas podejrzliwie, a pani, która wcześniej wydawała nam karty, spiorunowała nas wzrokiem. Ale serio, ja już nie wiem, na kogo głosować, bo polityka i politycy coraz wyraźniej pędzą na dno chlewu, a żeby się dobrze ogarnąć w politycznych niuansach, musiałbym się wczytywać i wsłuchiwać w te wszystkie gazety, programy, dyskusje i tak dalej, a mnie po pięciu minutach wiadomości krew zalewa. Więc wolę zdać się na Sebastiana, który się wczytuje, wsłuchuje i wgryza w politykę bez przerwy).
Aha, w każdym razie kołki na głowie ciosane są z powodu głosowania, z powodu szczepień, czasem z powodu dentysty, a niekiedy z innych powodów z zakresu „odpowiedzialne dorosłe życie”. Sebastian ma całkiem sympatyczny sposób ciosania kołków, chociaż czasami naprawdę mam dość. Wtedy odwracamy role i to ja mu ciosam kołki na głowie za to, że zbyt poważnie do wszystkiego podchodzi, że daje sobie za mało luzu i że od tych durnych programów z politykami przedwcześnie osiwieje, o ile nie wyłysieje.
Nie wiem, czy to przez te kołki, czy ogólnie przez jakieś Sebastianowe wpływy, czy z powodu przekroczenia granicy wiekowej, ale w trzydzieste urodziny zrobiłem coś bardzo poważnego i dorosłego: spisałem testament. W sumie trochę dla hecy, ale jakoś się doroślej poczułem, gdy to zrobiłem.
Nie, nie doroślej. Starzej.
I ubogo, bo się okazało, że niewiele mam do rozdania.
I całkiem swobodnie, bo wyszło na to, że niewiele rzeczy mnie przytłacza.
Julkowi zapisałem kilka książek (w tym tę jedną Dominika Morsztyna, którą mam, bo mi się podoba. Tak, zrobiłem to złośliwe. Muszę pamiętać, żeby jej nie wyrzucić, Julek na stare lata cholery dostanie, gdy ją znajdzie w swoim spadku. Chociaż pewnie to prędzej Julek padnie trupem od tych swoich petów).
Paru osobom też pozapisywałem książki (to było zabawne i dosyć przyjemne, dobierać książkę do człowieka). A Sebastianowi, poza również kilkoma tytułami, zapisałem mieszkanie. Bo w sumie jeśli ktokolwiek miałby chodzić po mojej przestrzeni, gdy mnie szlag trafi, to chciałbym, żeby to był Sebastian, a nie ktokolwiek inny.
Naszła mnie nawet głupia myśl: jakby co, to będzie mógł sobie tę moją chałupę wreszcie porządnie i po swojemu posprzątać, bo to będzie już jego własność.
Naprawdę miałem w poprzednie urodziny jakąś głupawkę – chyba przez to, że nie mogłem uwierzyć, że naprawdę dobiłem trzydziestki. Jakieś to takie nierealne było.
Ale przynajmniej pierwszy raz w życiu spisałem testament. Nawet opowiedziałem o tym Sebastianowi, ale jego jakoś nie ubawił ani temat, ani uwaga o sprzątaniu mieszkania, więc szybko odpuściłem. Sebastian uważa, że z takich spraw nie wolno żartować, więc darowałem sobie opowieść o tym, jak fajna była myśl „Narobię długów w bibliotekach i zapiszę te długi Weredeckiemu!”, która mi w którymś momencie wpadła do głowy i przez którą aż się zakrztusiłem ze śmiechu ciastkami.
Mam stałego faceta, stałą pracę i ustalony testament. Jasna cholera, jestem stary :(
(Przeczytam to za dziesięć lat i będę miał ochotę kopnąć w tyłek trzydziestojednoletniego smarkacza, którym byłem).

***

Pierwszy marzec w naszym oficjalnym „razem” też pamiętam. Przez reakcję Sebastiana. Bo gdy przyjechałem do niego do domu, by dać mu rzeczy, które zawsze u niego zostawiałem, on już na sam mój widok w drzwiach zdębiał. Wszedłem do przedpokoju, a jemu wyrwały się dwa słowa: „Ty nadal?”.
Kurde, pamiętam jego minę i ton, jakim to powiedział. Jakby się zawiódł, tak koszmarnie i boleśnie zawiódł. Nie na mnie – na sobie. Jakby to, że jesteśmy razem, miało mnie wreszcie wyleczyć z moich marców, z moich ucieczek od siebie i wszystkiego, z moich wędrówek kompletnie bez celu. Jakby Sebastian w swoich własnych oczach ponosił porażkę, bo nie potrafił mi dać czegoś, co będzie dobrym zamiennikiem dla marców.
Tak mnie jego ton i mina wybiły z rytmu, że zwyczajnie powiedziałem mu to w twarz. To wszystko powyżej.
A on przyznał, że chyba rzeczywiście tak to widzi.
Nie robił mi wyrzutów, był po prostu... załamany, tak, w tamtym momencie był zwyczajnie i koszmarnie załamany. Aż przez moment miałem ochotę podejść, objąć go, zapewnić, że nigdzie się nie wybieram, nigdzie nie będę się szlajał, zostanę na miejscu i może mnie cały marzec przechować u siebie.
I rzeczywiście to powiedziałem, chociaż nie w takiej formie – mruknąłem po prostu „Mam zostać?”. Sam słyszałem, jak to zabrzmiało – pretensja i rezygnacja. I panika.
Bo natychmiast pomyślałem o tej wędrówce, która chodziła za mną od kilku dni, o tej ciszy i milczeniu, których coraz bardziej potrzebowałem, o pozbawionych dróg szlakach, którymi tak okropnie chciałem już wędrować. Ja bez marcowej ucieczki – to była niewyobrażalna myśl. Niewyobrażalna, bo zbyt przerażająca.
Sebastian patrzył na mnie bez słowa. Ja też już nic nie mówiłem, ale chyba coś było widać na mojej twarzy, może nawet sporo – bo nagle jakoś się otrząsnął z tego swojego załamania, wziął ode mnie teczkę z moimi rzeczami, otworzył drzwi od mieszkania i rzucił krótko: „Jedź”. Pomyślałem, że się obraził, że w jakiś sposób daje mi do zrozumienia, że właśnie wybrałem pomiędzy marcem a nim – ale nie, bo uśmiechnął się, słabo i z wysiłkiem, ale jednak się uśmiechnął, i powiedział już łagodniej: „Jedź, skoro musisz. Tylko uważaj na siebie. I wracaj jak najszybciej”.
Chciałem go uścisnąć na pożegnanie, ale mnie powstrzymał. Jak to powiedział? Żebym tego nie robił, nie tym razem, bo w tym roku nie wytrzyma pożegnania. Może w następnym, ale nie w tym. W tym jest gotów tylko na powitanie, gdy wrócę.
Wyszedłem z ulgą, że jednak zrozumiał, że jednak umiał to uszanować i zaakceptować, choć tak koszmarnie się z tym nie zgadzał. Nadal czuję wzruszenie, gdy sobie przypominam tamten moment. Bogowie, Sebastian, jesteś jedynym człowiekiem, który potrafi tak bardzo przyjąć mnie z tym wszystkim, czego wcale nie chce przyjmować.
I Julek się dziwi, gdy mówię, że Sebastian jest najważniejszą osobą w moim życiu. Juleczku, nie masz w sobie dziesięciu procent tej zdolności tolerowania moich odpałów, jaką ma Sebastian.
Fakt, czułem się trochę jak świnia, gdy wtedy wychodziłem. Właściwie jak podwójna świnia, bo mało że wychodziłem, to jeszcze się cieszyłem, że wychodzę i że on mi dał na to wyjście błogosławieństwo. Ale wyszedłem, pojechałem na dworzec, wybrałem pociąg – i pojechałem gdzieś w diabły. Mój Czas Wielkiej Ucieczki nie przyjmował do wiadomości, że mojemu chłopakowi ta wyprawa się nie podoba.
Za to gdy wróciłem... Myślałem, że Sebastian połamie mi żebra tym powitalnym uściskiem. A potem myślałem, że mnie w łóżku wykończy. Mieliśmy trzydniowy miesiąc miodowy, wypełzałem z łóżka tylko do łazienki i po jedzenie.
W którymś momencie zobaczyłem na jego biurku tę moją pocztówkę. Skomentowałem jakoś idiotycznie, „O, doszła” czy coś w tym stylu. Sebastian stanął za mną, objął mnie mocno i odpowiedział równie inteligentnie, „Doszła” czy „Tak, dotarła”. Taki mieliśmy wyrafinowany dialog miłosny o marcowych sprawach.
O marcu zawsze trudno nam się rozmawiało – to chyba jedyna rzecz, o której nie mam ochoty za bardzo mówić nawet Sebastianowi i chyba jedyna, która i jego blokuje. Odkąd jesteśmy razem, rozmawiamy o tym z jeszcze większym trudem i jeszcze rzadziej. W sumie nigdy, poza samym marcem.
Wiem, że nie cierpi moich marcowych wyjazdów. Kocham to, jak wbrew samemu sobie potrafi te marce przyjąć. Powiedziałem mu to po tegorocznym powrocie. Pokręcił tylko głową i mruknął: „Mam nadzieję, że nie będę tego kiedyś żałował”. A potem dodał, jakoś tak ponuro i nie patrząc mi w oczy: „Ale wiem, że gdybym cię zmusił do zrezygnowania z nich, żałowałbym jeszcze bardziej”.
Powiedziałem mu, że niczego nie będzie żałował, bo przecież zawsze do niego wrócę. Zwykle odbijał to żartobliwym: „No jasne, przecież ja mam klucze do twojego mieszkania”. Ale tym razem, te trzy miesiące temu, spojrzał na mnie uważnie, przyciągnął do siebie, mruknął: „Wiem, Michasiu, wiem” i przez kilka chwil nie puszczał.
Może to śmieszne, ale gdy mnie tak mocno obejmuje, mam czasem takie dziwaczne uczucie całkowitego bezpieczeństwa. Zawsze, już od pierwszego razu, gdy to była jeszcze dopiero rozwijająca się przyjaźń. A teraz, gdy mnie tak obejmuje jako mój facet – potrafi mnie tym tak kretyńsko i komicznie rozmiękczyć, aż przed samym sobą jest mi głupio, że tak to na mnie działa.
Przed samym sobą. Ale nie przed Sebastianem.

***

Poszliśmy do Multikina na „Terminator: Genisys”. Film średni, ale dobrze się bawiłem, tylko że bardziej niż jego fabułę pamiętam nasz spór o urlop. Bo przed filmem zaczęliśmy się z Sebastianem spierać o urlop, po filmie spieraliśmy się dalej, na pizzy w Pizzy Hut (popsuła się, nie smakowała mi, Sebastianowi też, nigdy więcej pizzy w Galaxy), podczas przeglądania książek w Empiku i w drodze powrotnej też, i nadal nie doszliśmy do porozumienia. Ja lubię urlop w mieście, Szczecin w lecie jest przepiękny. Poza tym lubię urlop wędrująco-namiotowy. Sebastian lubi wyjechać, najlepiej tam, gdzie jeszcze nie był, i najlepiej, żeby to był hotel z bieżącą wodą, prądem i gorącym żarciem.
W pierwsze wspólne wakacje dał mi się namówić na wspólny wyjazd pod namiot. Uznał nawet, że to będzie fajny powrót do czasów szkolnych, gdy jeździł na obozy. Niestety w trakcie zorientował się, że już tych namiotów nie czuje, za to czuje każdy kamyk pod materacem i zdecydowanie nie bawi go łazienka w wersji „no przecież masz całe jezioro”. Ale zacisnął zęby i wytrwał sześć dni. Siódmego zrobiło mi się go żal i zaproponowałem, żebyśmy wrócili do domu. Pamiętam, z jaką wdzięcznością na mnie spojrzał, jakbym mu przyniósł uniewinnienie, gdy już miał pętlę wkładaną na szyję.
To było w lipcu, w sierpniu pojechaliśmy na cztery dni do Pragi. Praga ładna, ale jednak wolę namiot niż hotel. Sebastian odwrotnie.
No i teraz się spieramy się, gdzie pojechać w tym roku. Sebastianowi marzy się Hiszpania – chce wypróbować na lokalsach te trochę hiszpańszczyzny, której się dotąd nauczyliśmy na kursie. Ja bym najchętniej pojechał gdzieś na jakieś zadupie i siedział w namiocie nad jeziorem albo pojechał za granicę, owszem, ale gdzieś przed siebie, jakimiś totalnie nieoficjalnymi ścieżkami. Tak by dużo chodzić i od rana do nocy oglądać, poznawać, chłonąć. Będzie starcie.

No dobra, dogadaliśmy się jakoś. Hiszpania razem, tylko żadnego hotelu all inclusive, bo all inclusive to dla mnie jakaś porażka, ludzie siedzą na dupie w hotelu, ruszą się co najwyżej do jakiegoś pubu czy alei sklepowej i tyle z tego poznawania obcego kraju. W każdym razie takie odnoszę wrażenie, ile razy ktoś mi opowiada o swoich zagranicznych wakacjach w wersji all incusive.
A po Hiszpanii pojadę sobie z namiotem nad jezioro. Sebastian, na szczęście, po tylu latach znajomości wie, że ja się lubię szlajać po świecie w pojedynkę i nie odbiera tego jako jakiegoś podważenia naszego „razem”, jak paru moich byłych.
Ale szkoda, że jednak nie kręcą go już namioty.

***

Gdy pierwszy raz szliśmy do jego rodziców na jakiś rodzinny obiad, o mało mi się żołądek ze stresu nie skręcił. To było dziwaczne, bo tak naprawdę jego rodziców już znałem, i to nieźle – ale wtedy po raz pierwszy szliśmy jako para. I jakoś mnie tak dopadło na schodach: a jeśli uznają, że jestem OK jako postrzelony kumpel Sebastiana, ale już nie – jako jego chłopak? Zwłaszcza w porównaniu z ostatnim byłym Sebastiana, Rafałem, który robił doktorat jak ich syn (co z tego, że z truskawek), był odpowiedzialnym, ogarniętym facetem (nie cierpiałem Rafała, ale muszę mu to przyznać: był odpowiedzialny i ogarnięty, na pewno o trzy nieba bardziej niż ja), nieźle się ubierał i nie opowiadał dziwacznych rzeczy o dżenderach i innych. Serio, ogarnęła mnie wtedy przez chwilę jakaś taka panika, której nigdy dotąd nie czułem, i przez moment zastanawiałem się, jak się zrobić bardziej normalnym i pasującym. No i wymyśliłem sobie wprost genialnie: zdejmę kolczyki.
Problem w tym, że ja tych kolczyków niemal nigdy nie zdejmuję, więc stanąłem w połowie schodów jak sierota i zacząłem gmerać przy uchu tak zdolnie, że mi pierwszy kolczyk na ziemię poleciał. Sebastian się zatrzymał, rozejrzał się, podniósł go i zapytał uprzejmie, co mi odwaliło. Więc mu wyjaśniłem i poprosiłem, żeby się rozglądał, bo zdejmuję zaraz drugi i cholera wie, gdzie ten poleci.
Sebastian przytrzymał moją rękę, podał kolczyk i kazał natychmiast założyć z powrotem. To był ten górny, czerwony. Środkowy jest zielony, a dolny – fioletowy; łagodne nawiązanie do flagi LGBT, które pod koniec liceum sobie wymyśliłem i które ogromnie lubię. Ale wtedy, na schodach w bloku rodziców Sebastiana, przez parę minut byłem gotów te kolczyki schować do kieszeni, żeby nie ryzykować.
Sebastian oświadczył, że nie ruszy się z miejsca, dopóki nie założę czerwonego z powrotem, więc w końcu założyłem. Potem wyciągnął ze mnie, o co dokładnie chodzi. Ponieważ sytuację spowiedzi mamy już wyćwiczoną do mistrzostwa, oczywiście powiedziałem mu wszystko, włącznie z tym, że robienie doktoratu z truskawek to szczyt głupoty (nadal nie lubię Rafała, nawet wspomnienia o nim). Sebastian uśmiechnął się lekko (jak był z Rafałem, to się tak na moje uwagi na jego temat nie uśmiechał, a na jego uwagi na mój temat zwyczajnie się wściekał).
A potem przycisnął mnie do ściany, pocałował i powiedział: chcę cię dokładnie takiego, jaki jesteś. Bez zmian, bez chowania, bez udawania, z tym wszystkim, co twoje, choćby ktoś uważał, że to dziwne. Nawet jeśli ten ktoś to moi rodzice, brat czy szwagierka. Chcę cię takim, jaki jesteś, takim cię kocham i nie chcę, żebyś z mojego powodu cokolwiek przed kimkolwiek udawał, kiedykolwiek czy gdziekolwiek.
Pamiętam to co do słowa. Naprawdę.
A sam obiad był przemiły. W ogóle lubię tam chodzić, rodzice Sebastiana są ogromnie sympatyczną parą. A tamtego dnia jakieś resztki moich obaw rozwiał z miejsca Stasiek, który na dzień dobry, ledwo wszedłem do mieszkania, uścisnął mnie z głośnym: „No, wreszcie szwagier, który mi się podoba!”. Stasiek też nie lubił Rafała. Nic dziwnego, Stasiek to mądry facet.
(I też miał ubaw z tych truskawek. Tak, wiem, że się czepiam, gdyby Rafał był kardiochirurgiem, podśmiewalibyśmy się z kardiochirurgów. Na szczęście Rafał był na Akademii Rolniczej, a nie na PAM-ie, z truskawek łatwiej się śmiać niż z operacji).
W każdym razie spotkanie było świetne, późniejsze rodzinne obiady nie wywoływały we mnie skrętu żołądka, a Sebastian do dziś, gdy całuje mnie w ucho, mruczy czasem: „Panikarz”. Nie powiem, żebym się gniewał.

***

A w ogóle, jeśli chodzi o byłych facetów, to właśnie Rafał był tym, przez którego pierwszy raz poczułem zazdrość o Sebastiana. Może dlatego, że ten związek był naprawdę poważny i zapowiadało się, że to będzie na długo, kto wie, czy nie na zawsze (w każdym razie w moim odbiorze). Znielubiliśmy się z Rafałem od pierwszego wejrzenia, szczerze, z wzajemnością i na amen. On nie lubił mojego nieogarnięcia, moich „dziwactw”, jak to nazywał, mojego bycia w życiu Sebastiana, mojego porozumienia z Sebastianem, moich wspólnych spraw z Sebastianem i tego, że gdy tylko potrzebowałem, Sebastian zaraz przy mnie był. Nie lubił też tego, że sobie z niego kpię (truskawki!). I nie lubił tego, że zwyczajnie nie rozumiał mojej przyjaźni z Sebastianem. Był zazdrosny jak diabli, tylko sam nie wiedział, o co. (I wiem, że parę razy podsuwał Sebastianowi insynuacje, że my pewnie coś więcej – a Sebastiana to doprowadzało do szału, nawet nie same insynuacje, ile brak zaufania, jaki się z nich wyłaniał).
A ja nie lubiłem Rafała z powodu jego zarozumialstwa (trochę mi tym Andrzeja przypominał i nawet się nie zdziwiłem, kiedy się okazało, że ci dwaj się znali. Sebastian za to się zdziwił, i to trochę nieprzyjemnie). Nie lubiłem go, bo mi parę razy dał do zrozumienia, że z moim licencjatem to mogę mu podskoczyć. Nie lubiłem go, bo nie miał dystansu do siebie (truskawki… chociaż może ja mu z kolei za często i za wyraźnie dawałem do zrozumienia, że robienie doktoratu z wpływu jakiegoś nawozu na jakąś odmianę truskawek to kpina w biały dzień. Ale pojechałem mu w wakacje pielić te truskawki w sadzie Akademii Rolniczej, prawda? No dobra, wtedy to już był ZUT, ale ten sad w Rajkowie uczelnia jeszcze miała. W każdym razie pojechałem, przez trzy dni te cholerne truskawki okopywałem, zbierałem i co tam Rafał chciał. Fakt, że pojechałem tylko i wyłącznie przez wzgląd na Sebastiana, który wcześniej podjął się pomocy i który się trochę załamał, gdy się okazało, że będą z Rafałem sami te truskawki dopieszczać, bo studenci, którzy mieli im pomóc w ramach zaliczenia praktyk, woleli pojechać zbierać truskawki za hajs za granicą. Więc powiedziałem Sebastianowi: hej, spoko, pomogę ci, pojadę z wami. I biedny Rafał nie wiedział, czy się wściec, że znowu ma mnie na widoku, czy wściec się jeszcze bardziej, bo trzeba mi okazać wdzięczność za pomoc – czyli przynajmniej ugryźć się w język i nie być nieuprzejmym.
W sumie to trochę podejrzewam, że pojechałem po części również po to, by zafundować Rafałowi dysonans poznawczy. Niech się chłopiec uczy, że świat nie jest czarno-biały).
O, i nie lubiłem Rafała za to, że wchodził w przestrzeń fizyczną Sebastiana. Serio. Gdy raz zobaczyłem, jak Sebastian trzyma go za rękę i ją głaszcze, aż mnie coś szarpnęło. Byliśmy wtedy we czterech, jeszcze z Julkiem, na „Don Juanie” w Pleciudze, siedzieliśmy na niezbyt wygodnych krzesłach w Sali Kameralnej, po jednej stronie miałem Julka, po drugiej Sebastiana, a z drugiej strony Sebastiana siedział Rafał. W którymś momencie zerknąłem na nich kątem oka i zobaczyłem to: Rafał położył Sebastianowi rękę na kolanie, Sebastian ujął tę rękę w obie dłonie i tak przez chwilę trzymał, a potem pogłaskał. Chyba wtedy właśnie tak mnie pierwszy raz szarpnęła zazdrość, że jakiś obcy facet w taki sposób dotyka mojego najlepszego przyjaciela. To była chwila, ale do końca spektaklu miałem jakiś podpsuty humor i wrażenie, że te ich ręce razem zwyczajnie mi przeszkadzają. I nie są w porządku. To znaczy łapa Rafała nie jest w porządku.
Poprzedni faceci Sebastiana tak mnie nie ruszali; niektórych lubiłem, innych nie, ale żaden nie działał mi tak na nerwy, ani samym sobą, ani fizyczną bliskością z Sebastianem. A przecież rozstali się z Rafałem ponad pół roku wcześniej, zanim my się zeszliśmy. Więc nadal nie wiem, czy tak mnie Rafał wkurzał, szarpał i wywoływał zazdrość, bo już mi się coś klarowało na temat moich własnych uczuć do Sebastiana, czy dlatego, że Rafał był zbyt wyraźną możliwością na bardzo poważny związek z Sebastianem, czy dlatego, że po prostu był głupim dupkiem. To znaczy wiem, że niezależnie od wszystkiego był głupim dupkiem, tylko nie wiem, czy poza jego dupkowatością coś jeszcze miało znaczenie.
Zapytałem kiedyś Sebastiana o jego rozstanie z Rafałem, ale powiedział spokojnie, że jego związek z Rafałem należy do przeszłości i ani nie ma ochoty rozgrzebywać przeszłości, ani przedstawiać swojej wersji, gdy druga strona nie może się bronić. No i tym dżentelmeńskim oświadczeniem zamknął mi usta. Tylko że to było zaraz po tym rozstaniu, więc może też nie wszystko chciał czy umiał mi powiedzieć.
Może gdybym teraz zapytał, powiedziałby mi coś więcej. Tylko że teraz to ja nawet nie mam ochoty o Rafale wspominać. I nie mam ochoty się przyznawać, że to przez niego po raz pierwszy poczułem o Sebastiana taką zazdrość, że aż wtedy w teatrze miałem ochotę kopnąć Rafała w dupę tak, żeby mu mój glan gardłem wyszedł.

***

Zwykle to myśmy facetów tego drugiego traktowali trochę jak tymczasowy dodatek, a trochę jak intruzów. Tak to teraz widzę. I w sumie nie dziwię się, że większość tych facetów - i moich, i Sebastiana – wcześniej czy później próbowała wymusić na mnie lub na nim jakąś formę dokonania wyboru „albo ja, albo twój kumpel”, opowiedzenia się bardziej po którejś stronie czy nawet ograniczenia kontaktów. To był bardzo kiepski kierunek działania, bo ja zawsze wybierałem Sebastiana, a Sebastian mnie. Janek mi rzucił, jak się rozstawaliśmy: „Ty masz pierdolca na punkcie tego swojego Sebastiana, żadnego faceta przy sobie nie utrzymasz, jak będziesz tak wiecznie stawiał kumpla nad własnym chłopakiem!”.
W sumie może i miał rację. Bo teraz nie mam już tego problemu – mój najlepszy przyjaciel równa się mój facet i odwrotnie, nie muszę wybierać między jednym a drugim.
Bo zawsze, już od pierwszego takiego starcia z ówczesnym chłopakiem, było dla mnie jasne, że ta przyjaźń z Sebastianem jest cenniejsza niż inne związki. I nigdy nie żałowałem, gdy któryś z tych związków się kończył, nawet gdy przez jakiś czas brakowało mi danego chłopaka. I nie żałuję.
Chociaż pewnie czasem byliśmy obaj okrutni. Julek mi tak kiedyś powiedział – coś takiego: „Nie masz pojęcia, jak wyglądacie z boku, jak tacy dwaj okrutni bogowie, którzy zabawiają się uczuciami niczego nierozumiejących ludzi. Jakby was bawiło sprawdzanie, ile wytrzyma facet któregoś z was, gdy będzie widział, że wy dla siebie nawzajem jesteście ważniejsi niż on”.
Pamiętam, że cholernie mnie to wtedy zabolało, bo czego jak czego, ale zabawiania się cudzymi uczuciami nigdy nie uprawiałem (przynajmniej świadomie i rozmyślnie). Ale Julek był wtedy trochę wstawiony, trochę wkurzony i przybity, bo go właśnie rzucił jego chłopak, a trochę, jak zawsze, czepiał się mojej przyjaźni z Sebastianem.
Ta jego uwaga zafundowała nam jedną z tych naszych kłótni, w których Julek mi wygarnia do żywego, aż do przesady, ja się obrażam i przestaję do niego odzywać, potem on przychodzi przeprosić, że przegiął, i wszystko wraca do normy, a ja mu potem nawet nie umiem mieć za złe, że tak mi wcześniej nagadał. Sebastian przez te kłótnie coraz mniej Julka lubi i coraz mniejszą ma do niego cierpliwość, ale tłumaczę mu, że u Julka to taki krótki atak wścieklizny, który co jakiś czas się pojawia.
W każdym razie – nie, nie zabawialiśmy się czyimiś uczuciami, jak to określił Julek. Ale na pewno paru chłopaków musiało nieźle zaboleć, że nie mają szans wskoczyć na pierwsze miejsce, które u mnie zajmował Sebastian.
Swoją drogą, przypomniało mi się, jak mi kiedyś Poldek dał kosza, właśnie z tego powodu. Zrobił to tak ładnie, życzliwie i przyjaźnie, że miałem ochotę wrócić po jeszcze (nie tylko dlatego, że chwilę wcześniej tak się fajnie całowaliśmy). To był chyba pierwszy i jedyny kosz, który sprawił, że człowiek poczuł się miło sam ze sobą. Ale Poldek powiedział w sumie coś podobnego (tylko po swojemu, a nie po Julkowemu): nie umiem być tym trzecim, a wiem, że pomiędzy ciebie i Sebastiana nie dałoby się wejść.
Więc w sumie może coś w tym jest – tylko wolę to coś w ujęciu Poldka niż Julka.

***

Byliśmy dzisiaj u Staśka i Iny na obiedzie. Ile razy patrzę teraz na Zuzę, przypomina mi się, chociaż przez chwilę, tamten potworny strach sprzed dwóch lat, że jednak mogę Sebastiana stracić, i to z powodu jego własnej rodziny i jego własnej bratanicy, którą przecież lubię. Ja wiem, że sytuacja była krytyczna, a on miał możliwość pomóc, ale pamiętam, jak mnie zamurowało, gdy mi oświadczył: zrobiłem badania i okazało się, że mogę być dawcą dla Zuzy, więc to zrobię.
No więc ja mu zrobiłem awanturę.
No dobra, „awantura” to może za dużo powiedziane, ale byłem przerażony tym pomysłem i za wszelką cenę starałem się go od tego odwieść, co było trudne, bo jednocześnie też się martwiłem o Zuzę i chciałem, żeby jakoś tę jej niewydolność nerek wyleczono. Tylko że ta niewydolność była wtedy na takim etapie, że Stasiek z Iną wozili Zuzę na dializę co drugi dzień, a przeszczep był jedynym długoterminowym rozwiązaniem. Stasiek nie mógł być dawcą, bo miał inną grupę krwi. Ina też nie mogła, bo w ciąży miała cukrzycę. Pamiętam, jacy oboje byli zrozpaczeni, gdy się okazało, że nie mogą być dawcami dla własnej córki. Ale myśl, że dawcą miałby być Sebastian, sprawiła, że nogi się pode mną ugięły.
Sebastian wysłuchał wszystkiego, co mu powiedziałem, w którymś momencie nawet wykrzyczałem, i odpowiedział spokojnie, że rozumie, że się boję, on też, ale to jest jego bratanica i on to po prostu chce zrobić. I musi. Sam dla siebie.
I zrobił. Przez jakiś czas nie mogłem patrzeć na Staśka bez wściekłości. Zwłaszcza tamtego dnia, gdy wieźli Sebastiana na operację. Sebastian leżał na tym łóżku do przewożenia pacjentów, pielęgniarka wprowadziła łóżko do windy, drzwi się za nimi zamknęły, a my ze Staśkiem staliśmy na korytarzu, obaj na skraju wytrzymałości. I nagle Stasiek powiedział: „Nie patrz na mnie z taką nienawiścią, tu chodzi o moją córkę”. I o mojego faceta, wytknąłem mu. I o mojego brata, odpowiedział mi ze złością, ty myślisz, że mi jest łatwo?
A potem usiadł na jakiś krześle na korytarzu i się rozpłakał. Nadal byłem na niego wściekły, tym bardziej że rozumiałem, że nie, wcale nie jest mu łatwo. Ale z każdą chwilą byłem coraz bardziej przerażony, zwłaszcza że wcześniej się naczytałem o możliwych komplikacjach w czasie operacji i po operacji i byłem już po prostu jednym wielkim przerażeniem.
Przesiedzieliśmy ze Staśkiem na tych krzesłach całą operację, Ina do nas dołączyła i nic nie mówiła, tylko miała taką minę, że w ogóle bałem się odezwać. Bo o ile Stasiek płakał i był zrozpaczony, o tyle Ina miała minę człowieka, który jest na granicy wszystkiego.
Płakała później – po operacjach, gdy siedziała przy Zuzce i czytała jej baśnie, i opowiadała, jakiego psa wezmą ze schroniska, gdy już Zuza stanie na nogi. I gdy siedziała przy Sebastianie, bez słowa, tylko trzymała go za rękę i uśmiechała się przez łzy, które jej ciągle spływały po twarzy. Ale to wreszcie była twarz Iny, a nie jakaś tragiczna maska.
Też mi niewiele do tego beczenia brakowało, gdy po raz pierwszy zobaczyłem Sebastiana po operacji, już na zwykłym oddziale. Był blady, obolały i wyraźnie z siebie zadowolony. Stasiek chodził przy nim na palcach, ciągle chciał coś podawać, przynosić, wynosić, aż Sebastian poprosił, żeby Stasiek wreszcie usiadł na dupie w jednym miejscu i dał człowiekowi odetchnąć. A potem dodał, że teraz ma swoje udziały w Zuzce, więc będą musieli z nim konsultować wybór liceum, wybór studiów i wybór faceta dla małej. Na co Stasiek od razu zapewnił, że jasne, kupi dwie pary wideł i wspólnie będą przeganiać w diabły każdego faceta, który ośmieli się kręcić przy jego córeczce.
A ja siedziałem bez słowa, bo byłem w stanie tylko na Sebastiana patrzeć i upewniać się, że jest, żyje, że operacja się udała, obie się udały, i teraz już może być tylko dobrze.
Potem, kiedy Stasiek z Iną poszli do Zuzy i zostaliśmy sami, przeprosiłem go. Przeprosiłem go za tamto wszystko, co mu wcześniej nagadałem, za swoją wściekłość i za ten brak wsparcia. Bo wiem, że tak na poziomie czysto logicznym to było z mojej strony i nie w porządku, i było nawet pewną hipokryzją – przecież Sebastian szanował moje marce, choć był im tak bardzo przeciwny i tak się przez nie martwił, a ja nie umiałem uszanować jego decyzji o przeszczepie? Chociaż co to za porównanie zagrożenia – tu wędrówka po zadupiach kraju, a tam wyjmowanie z ciała jednego z potrzebnych do życia organów.
Ale bałem się, po prostu bałem się, jak nigdy w życiu, że mogę stracić człowieka, którego tak kocham.
Sebastian powiedział, że się nie gniewa i że rozumie. I że musiał to zrobić, i dla Zuzy, i dla Staśka i Iny, i – przede wszystkim – dla siebie. Chyba miałem bardzo nierozumiejącą minę, bo wyjaśnił mi po chwili: bo widzisz, ja bardzo lubię dzieci, ale wiem, że własnych nigdy nie będę miał. Więc teraz trochę mam.
I tym sposobem dowiedziałem się czegoś, o czym dotąd nie miałem pojęcia: że Sebastian chciałby mieć dzieci. Nigdy wcześniej o tym nie wspominał. I nigdy potem do tego nie wracał, za to mam niekiedy wrażenie, że od czasu operacji patrzy na Zuzę jakoś inaczej, jakby rzeczywiście widział w niej trochę i swoje dziecko.
Nie wiem, może mi się wydaje, bo sugeruję się tym, co powiedział. Nie wiem. W niczym mi to nie przeszkadza, Zuzę lubię, chociaż dzieci jako takie szczególnie mnie nie poruszają. Grunt, że dwa lata po operacji nic się nie dzieje, Sebastian dobrze się czuje, normalnie funkcjonuje i nie musi wędrować po lekarzach.
Czasem, gdy w łóżku dotykam jego blizny na brzuchu, głaszcze mnie po głowie i mówi: „Wszystko jest w porządku, Michał”. A czasem nic nie mówi, tylko głaszcze. Tylko raz, zaraz po powrocie ze szpitala, powiedział, chyba w odniesieniu do moich obaw, i tych, o których mu mówiłem, i tych, których musiał się sam domyślić: „Nie martw się już, Michał, zawsze przy tobie będę, obiecuję”.
Trzymam go za słowo.

***

Uwielbiam szczerość Sebastiana. Nie jest fajnie usłyszeć, że się coś głupio zrobiło, kiepsko wybrało lub źle napisało, ale od niego mogę tego wysłuchać w każdej chwili. Cenię to w różnych sytuacjach, ale najbardziej przy tekstach. Gdy mu pierwszy raz pokazałem moje opowiadanie – wiele lat, wiele poetyk i wiele prób temu – i miał po przeczytaniu powiedzieć mi, co myśli, widziałem, że się początkowo waha. I wtedy mu powiedziałem, poprosiłem – może nawet błagałem – bądź ze mną szczery. Bądź ze mną szczery do bólu, bez wahania, bez żadnej taryfy ulgowej, bez liczenia się z moimi uczuciami, bez owijania w bawełnę, łagodzenia czy pomijania. Daj mi tą swoją szczerością w twarz, aż się wywrócę i kopytami nakryję. Może mnie boleć, mogę wyć, ale chcę od ciebie usłyszeć, co naprawdę myślisz. Tak przerażająco naprawdę.
I już nigdy potem Sebastian się nie wahał.
Kocham tę jego szczerość. Dałbym się za nią pokroić.
Nawet wtedy, gdy była mi tak cholernie nie na rękę, jak choćby przy Andrzeju Weredeckim, Wiktorze czy paru innych osobach, przy których Sebastian zwracał mi uwagę: wpadasz w schematy myślowe, uogólniasz bez znajomości kontekstu, nie lubisz, więc przypisujesz to, co ci pasuje.
No ma często rację, niestety.
Chociaż czasem mu wytykam, że sam też wpada w schematy myślowe, a najlepszym przykładem jest jego autorska nowa wersja stopniowania słowa „upierdliwy”, które w wykonaniu Sebastiana brzmi tak: upierdliwy – bardziej upierdliwy – Julek. Sebastian ma swój schemat widzenia Julka i nie chce z tego schematu wyjść.
Tylko, tu muszę mu zwrócić honor, sam się do tego przyznaje. I dalej stopniuje po swojemu.
A ja mu dalej pokazuję każdy mój tekst i czekam na opinię.
(A Julek się wścieka, że ja jestem jego pierwszym czytelnikiem, ale on nie jest moim pierwszym czytelnikiem. Julkowi nieraz podsyłam jakieś kawałki, kiedyś przez gadu, teraz przez fejsa, żeby coś obgadać, pośmiać się albo wspólnie pomóżdżyć, ale cały, gotowy do czytania tekst idzie najpierw do Sebastiana. Bo tak. Bo po skonfrontowaniu się z Sebastianową szczerością jestem w stanie stawić czoła całemu światu).

***

O, przypomniało mi się dzisiaj, jak pierwszy raz Sebastian pokazał, że jest o mnie zazdrosny. Trzy lata temu. Pojechaliśmy pod koniec września razem na parę dni do Poznania, taki wypad na zakończenie wakacji, łaziliśmy po Parku Botanicznym, odwiedziliśmy zoo, połaziliśmy w tę i z powrotem po całym mieście, zaglądaliśmy do antykwariatów i codziennie jedliśmy coś w PyraBarze, w którym niemal każde danie było z ziemniaków, a najlepsza była zapiekanka ziemniaczano-brokułowa.
No i któregoś wieczoru poszliśmy sobie do któregoś gejowskiego klubu. Tak żeby zobaczyć, jak to w Poznaniu wygląda, może potańczyć, a przede wszystkim żeby się nie kontrolować ciągle i nie wahać, gdy mamy ochotę się wziąć za rękę albo objąć. Stanęliśmy sobie przy barze, Sebastian zamówił drinka, ja sok, potem kolejną kolejkę, stoimy obok siebie i gadamy, i nagle podchodzi jakiś chłopak, opiera się bokiem o ladę tuż obok mnie i pyta, takim wyraźnie podrywającym tonem: „Cześć, chcesz zatańczyć? Czy wolisz najpierw drinka?”.
Trochę mnie zaskoczył, a trochę rozbawił, chociaż to nie było ani nachalne, ani niesmaczne. Może po prostu odzwyczaiłem się od bycia podrywanym w barach. Ale zanim zdążyłem cokolwiek zrobić albo powiedzieć, Sebastian objął mnie ręką przez pierś, tak jakbym miał mu gdzieś polecieć z tym chłopakiem od drinka / tańca, i powiedział, takim swoim zaborczo-władczo-Sebastianowym tonem, który czasem przybiera, zwykle w łóżku: „Jest zamężny”.
Chłopakowi wydłużyła się mina, rzucił „A to miłej zabawy” i sobie poszedł. Parsknąłem śmiechem i zapytałem, co to miało być. Sebastian – był w połowie trzeciego drinka, więc może stąd taka przyspieszona akcja przypominająca o prawie własności – oświadczył, że sama prawda, a jeśli nie pamiętam, to on mi w hotelu przypomni (przypomniał. Fajnie przypomniał).
Można by pomyśleć, że jesteś zazdrosny, wytknąłem mu wtedy z rozbawieniem. Spojrzał na mnie znad tego swojego drinka, w którym więcej już zostało lodu niż napoju, spojrzał jakoś tak, jakby rozważał zdradzenie mi wielkiej tajemnicy dynastii Ming, i powiedział: „Bo jestem. Cholernie jestem o ciebie zazdrosny”.
I wtedy mnie zatkało, bo o ile wiedziałem, że mnie kocha, o tyle nie przyszło mi do tamtego momentu do głowy, że może być o mnie zazdrosny. Może dlatego, że nigdy nie odczułem tej jego zazdrości w jakiś destrukcyjny sposób. Przycisnąłem go trochę w tej kwestii jeszcze w pubie (najpierw strategicznie namówiłem go na kolejnego drinka), no i się dowiedziałem, że to nie jest zazdrość o jakąś konkretną osobę, tylko tak ogólnie, czasami, a poza tym to raczej chodzi o poczucie własności i pilnowanie własnego terytorium, a poza tym mam się odczepić z głupimi pytaniami i przestać go rozpijać, bo po powrocie do hotelu ma robotę. Robotę, czyli przypomnienie mi, że jestem zamężny.
Przyznaję, trochę mi się wstawił. Wstawiony Sebastian jest całkiem zabawny, zwłaszcza gdy próbuje za wszelką cenę zachować pozór trzeźwego jak świnia, ale w którymś momencie traci kontrolę i zaczyna nucić pod nosem Sinatrę. Albo nawet śpiewać. Głos ma niezły, a ja mam skalę porównawczą. „Strangers in the night” oznacza lekki stan upojenia. „My way” – niezłe uderzenie alkoholu do głowy, ale jeszcze się trzyma. „When I was seventeen” – to już znak, że porządnie go zamroczyło, raptem dwa razy widziałem go w takim stanie. Wtedy, w Poznaniu, w drodze powrotnej nucił sobie w taksówce „My way”, a taksówkarz miał z nas ubaw po pachy. Gdy dotarliśmy do pokoju, w tle szło „Strangers in the night”, bo Sebastianowi trochę się głowa przewietrzyła. I wylądowaliśmy w łóżku, a wtedy już przestał śpiewać.
Za to gdy rano próbowałem jeszcze coś z niego wydusić na temat zazdrości, najpierw się trochę najeżył i mruknął, żebym dał mu spokój, po pijaku różne głupoty się opowiada. Potem wreszcie się odprężył i trochę bardziej rozgadał, chociaż nadal niechętnie.
No i się okazało, że czasem dopadają go obawy, czy ja się nagle nie rozmyślę, nie wycofam, nie stwierdzę, że się w tym stałym związku z nim duszę.
Przyznam, że mnie wtedy zatkało dokumentnie, bo czego jak czego, ale tego to się nie spodziewałem. Kurde, znaliśmy się od siedmiu lat, ponad rok byliśmy już razem, a jego takie myśli nachodzą?
W sumie dobrze, że to wszystko wyszło w czasie tamtego wyjazdu, bo wyjaśniliśmy sobie pewne sprawy i przegadaliśmy to, co każdego z nas gdzieś tam w środku trochę gryzło. Sebastian się odprężył i przestał się obawiać, że mu zwieję. Ja się przestałem obawiać, że w związku nie wytrzyma tego wszystkiego, co u mnie znosił jako przyjaciel. I jeszcze parę spraw się wyklarowało, więc wróciliśmy do Szczecinie w naprawdę dobrym nastroju i jakoś tak… bardziej razem niż dotąd, o ile to możliwe.
Sebastian nadal potrafi mnie w towarzystwie objąć i powiedzieć „Michał jest zamężny”, gdy ktoś obcy próbuje mnie poderwać albo gdy ktoś znajomy robi sobie jakieś żarty. Ale i to obejmowanie, i to „Michał jest zamężny” nie mają w sobie już tej nuty groźnego upominania „Wchodzisz na mój teren, łeb i fiuta odgryzę”, którą pamiętam z Poznania. Sebastian już wie, że nie musi pilnować terenu – teren sam się pilnuje.
Na szczęście ten zaborczo-władczy ton jeszcze się pojawia, tyle że już tylko w cztery oczy. Naprawdę lubię, gdy Sebastian mi czasem mówi tym tonem: rozbieraj się, ręce na ścianę i ani słowa. A potem zaczyna mnie dotykać. Mój mózg w tym czasie wyskakuje sobie na mały urlop, a ja jestem w stanie myśleć tylko drugą końcówką.
Muszę go dziś poprosić, żeby mi zafundował ten swój rozkazująco-dominatorski ton. Stęskniłem się za nim.

***

Sebastian czasem marudzi, że po seksie zamiast się przy nim położyć i zasnąć – idę pisać. Jemu po seksie chce się spać, mnie przybywa energii. I lubię pisać w nocy, a w nocy i po seksie z Sebastianem to już w ogóle miewam takiego kopa energetycznego, że potrafię siedzieć dwie-trzy godziny i stukać w klawiaturę.
Wprawdzie parę razy, jeszcze zanim zaczęliśmy być razem, wspominałem mu o swoich upodobaniach łóżkowych – głównie na zasadzie żartów – i przyjmował to bez żadnych „no co ty wymyślasz?!”, ale jak już zaczęliśmy być razem i musiałem mu nieco wyraźniej określić, co lubię, to jednak w pierwszej chwili zrobił trochę zdziwioną minę. Potem zdziwił się jeszcze bardziej, gdy się zorientował, jak jemu samemu się to podoba.
Nie, nie mam zrytego łba, jak mi kiedyś wytknął Filip, który klimatów BDSM w ogóle nie trawił. I to nie tak, że na punkcie BDSM mam totalne skrzywienie i tylko taki seks, każdy inny odpada. Jak się parę lat temu wczytywałem w portale BDSM, to się zastanawiałem: ludzie, ale wy serio robicie sobie z łóżkowych zabaw ideologię życiową i oceniacie wszystkich przez jej pryzmat? Bo czasami trafiały się takie dyskusje, że mi ręce opadały (moje ulubione: wyższość seksu BDSM nad vanilla sex i dlaczego ludzie preferujący ten drugi rodzaj seksu są żałośni, śmieszni i życiowo przegrani. Dorównują temu tylko dwa inne moje ulubione tematy, tym razem z portali LGBT: a) czy biseksualiści są genetycznie bardziej skłonni do zdrady i b) jak się ubiera prawdziwy gej. Zwłaszcza te posty o strojach prawdziwych gejów uwielbiałem, wyłem przy nich ze śmiechu i ze złości. Kiedyś nawet opowiedziałem o nich Sebastianowi i wyjaśniłem, że zgodnie z wiedzą nabytą na forum muszę uznać, że on się zupełnie nie ubiera jak „prawdziwy gej”. Sebastian tylko na mnie spojrzał, poprawił krawat i odpowiedział, że jego krawat czuje się jak najbardziej krawatem gejowskim, więc żebym mu ciuchów nie obrażał).
W każdym razie BDSM to jest po prostu łóżkowa zabawa, nie przemawia do mnie jako metoda na codzienne życie, relacje ze wszystkimi i płacenie rachunków. I to jest zabawa na niektóre noce, nie na wszystkie. Lubię, gdy Sebastian mnie związuje, gdy mnie parę razy trzepnie po tyłku pasem (ma jeden taki pasek od spodni, skórzany, na którego widok od razu mam dreszcze. Bardzo przyjemne dreszcze), gdy każe mi się rozebrać, a sam stoi nade mną lub przede mną kompletnie ubrany. I gdy pieprzy mnie mocno, szybko, nawet dość brutalnie. Ale lubię też, gdy się kochamy wolno, bardzo powoli, delikatnie, niemal w ciszy, i czasem on jest na górze, czasem ja, a czasem leżymy na boku, twarzami do siebie, i obserwujemy wzajemnie swoje reakcje na to, co robią ręce. Nie mam problemu z tym, że Sebastian ma nieraz bardziej tkliwy nastrój. Albo że ja mam bardziej tkliwy nastrój. Albo że jesteśmy obaj padnięci ze zmęczenia i ograniczamy się do sennego „W weekend sobie odbijemy”. Albo że w ten obiecywany weekend zbiera nam się na taki szybki, krótki, jakby przy okazji seks, pomiędzy książką a audycją w radiu, i nic więcej. Albo że mamy taki napad dobrego humoru, że odstawiamy w łóżku bardziej komedię niż erotyk. Nie mam z tym problemu, każda forma seksu z Sebastianem mi odpowiada.
Ale cieszę się, że dziś był pas. Chociaż piszę w tej chwili na stojąco. Ale warto było.

***

O, i pamiętam, jak pierwszy raz obchodziliśmy sylwestra jako „my”. Byliśmy u znajomych na domówce. O północy wyszliśmy z całą grupą na dwór, z szampanami w rękach, z płaszczami na ramionach, i podziwialiśmy fajerwerki. Potem były te gromadne całowania, życzenia i ściskania. A potem Sebastian przyciągnął mnie, ujął dłońmi moją twarz, patrzył mi przez chwilę w oczy, powiedział: „Wszystkiego najlepszego, Michał. Kocham cię” i pocałował, tak długo i mocno, że pewnie udałoby nam się zgorszyć pół Szczecina, gdyby wszyscy nie gapili się dalej na fajerwerki.
A potem my też się gapiliśmy na fajerwerki, Sebastian trzymał mnie za rękę, a ja się czułem tak kretyńsko i totalnie szczęśliwy. I ciągle tak się z nim czuję. Wariacko jestem szczęśliwy.

***

A teraz? Teraz teoretycznie jest ten pierwszy raz, gdy chciałbym napisać coś więcej o miłości. O pierwszej prawdziwej miłości. Nie o pierwszej-pierwszej, tylko o pierwszej prawdziwej. I o takiej miłości, która nie zdusza i nie pożera przestrzeni, przed którą nie trzeba uciekać i wobec której nie trzeba by się przeciwstawiać. W ogóle chciałbym napisać coś o miłości, która jest miłością właśnie, a nie obustronnym histerycznym zawłaszczaniem siebie, czyli tym, czego się przez całe życie bałem i co mnie odrzucało, nadal odrzuca. Bo ja w ogóle nie umiem pisać o miłości, to zagadnienie gdzieś mi się zawsze pojawiało w tekstach z boku i bokiem wychodziło. Julek mi kiedyś powiedział, że po wypadkach – takiego właśnie słowa użył, „wypadkach”, a nie „historiach” – miłosnych w moich tekstach widać jak jasna cholera, że w każdym związku na dzień dobry szukam zagrożenia swojej wolności. W jakiś sposób miał rację.
To nawet dosyć zabawne – albo dziwaczne – że w życiu się z tym problemem uporałem, i to w taki – Sebastian! – sposób, a w tekstach nie. Chyba wpadłem w jakąś koleinę pisarską, którą mi się dobrze idzie i nawet nie zauważam, że w niej jestem.
W każdym razie chcę z tej koleiny wyjść i jakoś przełamać własne schematy – moje schematy, przy moim wstręcie do schematów to „moje schematy” brzmi jak ucieleśniona paranoja – i napisać coś, w czym będzie miłość i co nie będzie spod znaku „w związkach ludzie się zawsze wzajemnie zaduszają”. Bo nie zawsze się zaduszają, po dziesięciu latach przyjaźni i czterech latach związku z Sebastianem widzę przecież doskonale, że nie zawsze.
Więc teraz siedzę jak nawiedzony przed laptopem i spisuję różne istotne punkty, momenty, wspomnienia, czy jak to tam nazwać, związane z Sebastianem. Głównie te takie z serii „pierwsze coś”. Zacząłem w połowie czerwca. Jest końcówka lipca. Spisuję, kolejne strony Worda lecą, czuję się trochę jak stary dziad (ja mam trzydzieści jeden lat, kiedy to niby?...), który bawi się w autobiografię, a trochę jak zakochana pensjonarka, która notuje w zamykanym na kłódkę pamiętniku „a dzisiaj patrzył na mnie pięć sekund dłużej niż normalnie” (chyba lecę stereotypem), a Sebastian ma wyraźny ubaw, bo chwilami zaczyna się śmiać, a na pytanie, co go tak bawi, odpowiada coś w rodzaju: „Bo masz tak kretyńsko rozanieloną gębę”. Wierzę mu na słowo i wolę nie sprawdzać w lustrze, bo jeszcze apopleksji z wrażenia dostanę.
I w sumie w tej chwili nawet nie wiem, czy w ogóle tę pisaninę-spisaninę do czegokolwiek wykorzystam, bo tak mi jakoś... dziwnie. Pisanie to ekshibicjonizm, ale każdy ma swoje granice i ja chyba właśnie znalazłem te moje. Pewnie spróbuję, ale czy ja będę umiał – i w ogóle chciał – przerobić choćby małą część mojej historii z Sebastianem na jakiś tekst? Pisanie nie jest moralnie fair wobec ludzi wokół pisarza, z tym się akurat z Julkiem w pełni zgadzam i zwykle jest to dla mnie oczywiste i bezproblemowe, ale w tej chwili mam opory, bo zastanawiam się, czy to będzie uczciwe wobec samego Sebastiana, ugniatać na tekst coś, co jest też tak bardzo jego i tak bardzo intymne.
Może powinienem go zapytać.

***

Zapytałem. Drań najpierw stwierdził, że jak mam pisać o miłości w stylu Julka (skąd mu to?), to mam pisać pod pseudonimem, bo przestanie się do mnie przyznawać. A jak już mu dokładnie wytłumaczyłem, o co chodzi, pierwsze, co wypalił, to: „Ten twój trójkącik z Bydgoszczy też chcesz opisać?”. W pierwszym momencie nawet nie wiedziałem, o co mu chodzi, a potem to mnie głównie zatkało, że lepiej ode mnie pamięta, co robiłem sześć czy siedem lat temu i z kim akurat lądowałem w łóżku. Znać, że historyk.
W każdym razie całość coraz bardziej kiepsko widzę, a najgorsze jest to, że jak już raz zacząłem to spisywać, to lecę dalej siłą rozpędu i nie za bardzo potrafię skończyć. Właściwie to nawet mi się nie chce kończyć i jeśli nie skasuję tego pliku, to wyjdzie na to, że zrobi mi się z tego jakiś ckliwy pamiętnik. Z drugiej strony szkoda kasować, bo świetnie się to spisywało i czytało.
Już rozumiem, na czym polega grafomania i/lub pamiętnikowe / dziennikowe uzależnienie: nie chce się przestawać / kończyć pisać. Mnie się w tym momencie też nie chce.
Sebastian się teraz rozwalił z gazetą na kanapie i twierdzi, że już się nie może doczekać tej literackiej historii miłosnej w moim wykonaniu. Założył okulary do czytania, a jak ma okulary, nie potrafię stwierdzić, czy mówi poważnie, czy robi sobie jaja, więc nie wiem, czy mu powiedzieć, jak przerobiłbym któryś ze spisanych fragmentów, czy kazać mu się wypchać. I chyba zaraz dostanę zeza od jednoczesnego patrzenia na ekran, żeby pisać, i na Sebastiana, żeby go rozgryźć. A drań wygląda w tej chwili wyjątkowo seksownie, więc już wiem, czemu co chwila robię literówki.
I chyba mi się odechciewa pisania historii miłosnej, gdy po wykonaniu paru kroków od biurka do kanapy mogę sobie wprowadzić w życie znacznie lepszą historię miłosną. Tak, zdecydowanie mi się odechciewa.
Przynajmniej na razie.

***

Ale pliku nie skasuję.

fot. Pexels

CONVERSATION

5 komentarze:

  1. Uwaga! Spojlery do tego i innych tekstów!
    … może nie jestem zbyt bystra, ale się uczę na błędach :P
    Przeczytałam kilka dni temu i odkładam ten komentarz, bo ciągle coś, bo ciągle niedoczas, aż mi głupio, szczególnie że tekst chodzi teraz za mną krok w krok i ciągle wracam do niego myślami. Chociaż z góry uprzedzam, że będzie nieskładnie i niezorganizowanie, ale nie ma co odkładać tego na wieczne nigdy :P
    Miałam nie czytać. Postanowiłam sobie że już nigdy nie przeczytam nic z Michałem, bo po tym co przeczytam w tym tekście o Prezydencie, po prostu...chyba przeszłam żałobę po Michale i nie chciałam już sobie o nim przypominać. Bardzo, bardzo mną wstrząsnęło, to co dla niego zaplanowałaś. Długo nad nim płakałam, aż sama byłam w szoku, że tak to mocno czułam, bo przecież to niby tylko fikcyjna postać, a jednak…
    Ale zobaczyłam że ten tekst jest, czeka, woła, no i się złamałam. Nie żałuję, oczywiście że nie, bo super jest ta historia, taka ciepła, dobra, romantyczna chociaż w zupełnie nieoczywisty sposób. To w ogóle jest najfajniejszy, moim zdaniem, tekst o Michale, bo on na ogół jest dla mnie trochę zbyt dziki, co właściwie mnie dziwi - na początku sądziłam, że Michał będzie moją ulubioną postacią z jego marcami, podejściem do ludzi i do rzeczy. A jednak chyba dorosłość mnie zmieniła, bo marce Michała nie wydają mi się wcale pociągające, tak jak z pewnością podobałyby się nastoletniej mnie. To tak, jakby zdarzyć się z jakąś romantyczna wizja siebie sprzed lat i odkryć, że w ogóle nie jest się tą osobą… Nie wiem czy to ma sens, to tylko taka jakaś moja mglista myśl odnośnie Michała :)
    W każdym razie uwielbiam związek Michała i Sebastiana. To ich bycie razem jest takie niebanalne, nienachalne i życiowe. Ten ich seks, z idealna dozą pieprzu i czułości. I to martwienie się o sobie nawzajem - bo o ile mi to pasuje do Sebastiana, to nie sądziłam że Michał jest w stanie tak się o swojego chłopaka martwić, jak np. z tą nerką. To było zaskakujące, bo sądziłam że on jest o wiele bardziej lekkoduchdem. Ale widać nawet on umie się do czegoś przywiązać :)
    A podpowiesz mi, w którym tekście opisywalas to z perspektywy Sebastiana? Bo kojarzy mi się, że już coś takiego czytałam, przynajmniej niektóre elementy brzmiały znajomo, ale nie mogłam sobie tego przypomnieć ani znaleźć.
    Życzę dużo weny i komentarzy. Bo to niesprawiedliwe, że takie fajne teksty jak Twoje wiszą takie niekomentowane, podczas gdy ewidentnie na komentarze zasługują.
    Pozdrawiam,
    Naru

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łał, jaki wielki komentarz, tylko tulać :D
      To nie zabrzmi zbyt ładnie, ale naprawdę się ucieszyłam, że tak mocno odczułaś śmierć Michała (w zasadzie to brzmi paskudnie, ale co zrobić). Bo to znaczy, że choć postać fikcyjna - to dla Ciebie (tak jak dla mnie) prawdziwa.
      Wiesz, coś jest w tym dorastaniu i wyrastaniu. Michała też to dotyczy, w tych ostatnich latach. A co do dzikości - zastanawiam się, czy to po części nie przez to, że zwykle go widać w oczach innych lub w marcu, czyli specyficznym momencie, a nie właśnie tak jak teraz - zwyczajnie, na co dzień, z przypalonymi ziemniakami i kłótniami z Julkiem. I z obawą o Sebastiana, i nawet zazdrością o niego - elementami, których rzeczywiście można się było nie spodziewać :)
      Szczerze mówiąc, gdy o tym myślę, to raczej z perspektywy Sebastiana dotąd nie pisałam, natomiast może niektóre elementy kojarzą Ci się z "Dialogami" oraz "Ojcami - Mirkiem"? I tym kawałkiem "Kumpla", gdy Michał jest w żałobie po śmierci ciotki. Sebastian swoją perspektywę jeszcze dostanie, między innymi w owym nieszczęsnym tekście o marcu, ale to przed nami.
      Dziękuję, i wena, i komentarze się przydadzą :D I jeszcze raz serdeczne dzięki za Twój komentarz (i to taki dłuuugi!), zrobił mi dzień na cały tydzień :D

      Usuń
  2. Ciężko mi to skomentować bo to jest ten Michał, którego zdaje się uśmierciłaś, prawda? A ja chyba właśnie z nim przeczytałam pierwszą historię u Ciebie - Bo to twój kumpel. Tyle przeszedł, przez długi czas szukał sposobu na siebie, czy raczej odkrywal siebie.Co mnie cieszy ze znalazł swoje miejsce, znalazł swoją miłość, choć jak widać nie od razu o tym wiedział xd Jakoś tak, z miejsca zdobył moją sympatię. I jak sobie pomyślę, że to się skończyło, że nie ma tego żyją długo i szczęśliwie to sama robię się nieszczęśliwa... Może tak - tekst mi się podoba, ale nie potrafię na niego spojrzeć z innej strony i wywołuje we mnie smutek. Może dlatego tyle czasu zajęło mi skomentowanie tego? Dzięki za Twoją pracę i zdrowych spokojnych świąt życzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ten sam Michał. Ale tu pełen życia i humoru :)
      No niestety, tak się z Michałem stało. A "długo i szczęśliwie" - było szczęśliwie, po prostu nie było długo. Myślę jednak - i Michał chyba zgodziłby się ze mną - że ta jakość była istotniejsza niż ilość. (Chociaż Sebastian pewnie by mnie w łeb za to stwierdzenie strzelił...)
      Dziękuję za komentarz! I również - radosnych, spokojnych świąt :)

      Usuń
  3. Oretyretyrety!; pierwszoosobowy Michał jest taki... ludzki! Jest taki... normalny. :D Lubię jego bardzo lekką i naturalną, współczesną stylizację, choć na początku trudno mi się było do niej przyzwyczaić. Może dlatego, że nigdy nie widziałam jej aż tak w dialogu, na przykład w Kiedy zapominam, że widzę innego mam wrażenie, że tamten Michał był bardziej sztywny. Ale zaraz znalazłam sobie na to teorię: to też pewnie dlatego, że Lala była nowa, inna, a Sebastian – to zupełnie inna półka. I pewnie wrażenie też stąd, że wtedy ten Michał był trzecioosobowy, a tutaj jednak siedzimy w jego głowie i jest intymnie, i są myśli, i to wszystko jest takie jego. Podoba mi się ten obraz w myśl, że człowiek sam w swojej głowie jest zupełnie inny niż z zewnątrz. I to jest takie bardzo świetne, że mogę poznać Michała z tej strony! :) I może też pewnie dlatego tak czuję różnicę, że tamten tekst o Lali jest po prostu starszy? W każdym razie nie wiem, dlaczego chociażby po notce o Włóczykiju Michał wydawał mi się odklejony od rzeczywistości (pewnie dlatego, że w marce odklejał się od niej celowo) i jakiś-taki nie-w-moim-typie, a tutaj nagle: o rety, jak ja go jednak bardzo lubię! :)
    I wprost kocham to, jak Michał się wybiela sam przed sobą, że pocztówki nie naruszają mu marców. Nie musiałby się tłumaczyć, ale jednak, i chyba bardziej sobie niż mi, bo mnie naruszanie nawet nie przyszłoby do głowy. To czyni go bardziej urokliwym – takie niuanse, a cieszą.
    Na mycie wanny kwikłam głośno. (Dobrze, że w biurze siedzę sama). Za to przy testamencie mnie zmroziło. (Dosłownie – ciarka gdzieś od karku aż po lewy nadgarstek). Aż mam wrażenie, że grasz ze mną w kotka i myszkę, na moich emocjach, bo przecież obie wiemy o marcu, ale wciąż nie padła ta scena i, wiesz, wcale nie musisz się spieszyć.
    Przy długach zapisanych Wardeckiemu nieco lepiej, weselej, ale już nie tak samo jak przy wannie. :/ fail. Potem po operacji było już lżej, ale jakoś do końca ciężkawo. Trochę przescrollowałam, przyznam ci się, akapit z BDSM, ledwo zerkając, bo choć seks jest cholernie ważnym elementem związku, a poza tym to tekst Michała i generalnie ma sobie prawo pisać w nim co chce, to jednak mnie ten wątek interesuje mniej i wystarczyła mi wzmianka o tym, że są z Sebastianem ze sobą na ogół szczęśliwi i dogadują się w łóżku. :) Ale to już gusta i guściki; generalnie tekst łyknęłam w całości. I postanawiam, gdy tylko znajdę kolejną chwilę, nadrobić ze dwa poprzednie, bo jestem w plecy.

    A poza tym, Ome, jestem pełna podziwu, jak ty wszystko potrafisz tak ładnie zawiązać. Przypominają mi się drobiazgi takie jak ten: Raz mi nawet przyszło do głowy, że moi przyjaciele mają swoje specjalizacje, w których ich umieszczam i z których nie pozwalam im zrobić choćby kroku w inną specjalność. To było bezpieczne. VS W pewnym momencie ja, humanista (...) wpadam w pułapkę pozycji boskiej, w narrację auktorialną, w patrzenie nie „wśród”, a „ponad, nad, poza”. (...) Za wygodnie mi się zrobiło, za prosto, za bezproblemowo, za kusząca okazała się etykietka „kulturoznawca, ten, który ma odgórne prawo oraz w indeksie i na przyszłym dyplomie zagwarantowaną niezaprzeczalną zdolność jedynego właściwego oceniania”. Ale to jest wręcz fenomenalne. <3

    OdpowiedzUsuń

Back
to top