sobota, 30 stycznia 2016, 16:13

Udało mi się – są dwa teksty w jednym miesiącu. I jeszcze lepiej – kolejny nowy tekst już mam skończony, a kolejny kolejny kończę (może do jutra go zamknę). Jednym słowem – luty ustawiony. Teksty wprawdzie są krótsze – ale są.
Cieszę się, że wreszcie ogarnęłyśmy z Agnieszką ten pierwszy rozdział. Ciekawa jestem, jak odbierzecie moją czołową genderową betonówę.
PS Pamiętajcie, komentarze dokarmiają chęci i energię do pisania!






„Jeśli o mnie chodzi, to nie przychodzą mi do głowy żadne wzniosłe okrzyki na temat naszego partnerstwa, równości czy obowiązku doskonalenia świata. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to proste prozaiczne stwierdzenie, że nie ma nic ważniejszego nad bycie sobą”.
Virginia Woolf, „Własny pokój”



Trzy tygodnie po zakończeniu sprawy rozwodowej Agnieszka urządziła sobie „babski wieczór”. Był piątek, zaraz po dobranocce, podczas której pożarła pudełko czekoladowych lodów, rodzice wyszli do znajomych, całe mieszkanie – to mieszkanie, w którym spędziła dużą część swojego panieńskiego, przedmałżeńskiego życia – miała dla siebie, i nagle pojawiła się myśl: mam ochotę na babski wieczór. Taki naprawdę babski, skupiony tylko na mnie, tylko dla mnie, odprężający, cieszący i z masą rzeczy zupełnie mi niepotrzebnych.
Już obejrzenie ukochanych w dzieciństwie „Muminków”, które Jedynka akurat znów puszczała w ramach dobranocki, i zjedzenie litrowego pojemnika czekoladowych lodów wpisywało się w te odprężające, cieszące i niepotrzebne sprawy. Ale to za mało i za zwyczajnie. Agnieszka uświadomiła sobie, że rzeczą, o której marzyła od jakiegoś czasu, była kąpiel – wanna wypełniona po brzegi gorącą wodą, z solami i pachnącym płynem, długie moczenie się aż po czubek nosa, gazeta albo książka pod ręką, ulubiona płyta nastawiona w odtwarzaczu, rozkoszowanie się ciepłem, rozluźnieniem i spokojem. Tak, o tym właśnie marzyła, zwłaszcza w ostatnich tygodniach sprawy rozwodowej i w tym krótkim okresie „po”, gdy zaczynała się dopiero przyzwyczajać do swojej nowej życiowej sytuacji i zastanawiać się, co chciałaby z nią zrobić.
Wtedy jeszcze nie wiedziała, że zafundowany sobie raz babski wieczór stanie się za jakiś czas swoistym rytuałem, powtarzanym regularnie co piątek, niemal bez wyjątku, ani że będzie jedną z wielu „rzeczy trzecich”, które pojawią się w jej codzienności, ani że przyczyni się do narodzin koncepcji samych „rzeczy trzecich”, koncepcji, o której dwa lata później powstanie artykuł do „Zadry”.
Wtedy jeszcze o tym nie wiedziała. Wtedy po prostu napuściła wodę do wanny, wsypała sole, nalała dużo płynu, nastawiła Trzetrzelewską, wyłączyła światła w całym mieszkaniu, w łazience zamiast górnego oświetlenia włączyła przyniesioną z sypialni rodziców nocną lamkę, położyła na pralce przy wannie trzy ostatnie numery „Charakterów” i nowe „Cosmo”, do postawionej przy gazetach szklanki z sokiem z czarnej porzeczki dorzuciła kilka kostek lodu, zanurzyła się po szyję w gorącej wodzie – i przestała myśleć o czymkolwiek. Przez dłuższą chwilę, gdy każda część ciała zdawała się oddzielać od pozostałych, rozluźniać, uwalniać od własnego ciężaru, w głowie Agnieszki uspokajała się ta wielotygodniowa gonitwa myśli, a obecne gdzieś na poziomie gardła i obojczyków napięcie oraz podenerwowanie nagle ucichły. To był cudowny moment, zupełnie jakby zmyła z siebie wszystkie problemy, niepokoje, wyzwania, jakby schroniła się przed nimi pod taflą wody.
Oczywiście, jedna kąpiel nie rozwiązała problemów z szukaniem nowej pracy, tymczasowym przemieszkiwaniem kątem u koleżanki, rozważaniem przeprowadzki z Jeleniej Góry, potencjalnym powrotem do Szczecina, rozwodowym wymęczeniem psychicznym, paskudnymi scysjami z byłymi – bogom dzięki – teściami i byłym mężem, finansową niepewnością oraz całą resztą. Kąpiel niczego nie rozwiązała, nie mogła rozwiązać i w zasadzie nie miała rozwiązać; kąpiel pozwoliła po prostu przez chwilę o tym nie myśleć, odprężyć się – i nacieszyć jakimś prostym, banalnym, zwyczajnie miłym, a do tego zupełnie niepotrzebnym elementem codzienności.
Zupełnie niepotrzebnym, no właśnie. Jakże potrzebowała takiego niepotrzebnego czegoś...

„Nasza codzienność wypełniona jest rzeczami o różnym ciężarze ważności i potrzebności” – pisała Agnieszka w lipcu dwa tysiące dziesiątego roku w przygotowywanym do „Zadry” artykule „Kobiece rzeczy trzecie, czyli obowiązkowa powtórka z Virginii Woolf”. – „Wszystko to, co robimy, co nas otacza, co wybieramy lub co nas wybiera, co musimy, chcemy, czego nie musimy i nie chcemy – wszystko to podzielić można na trzy kategorie, trzy grupy rzeczy (słowo „rzeczy” rozumiem tu jako uogólnienie, obejmujące także czynności, myśli, przedmioty materialne i niematerialne, ludzi, zwierzęta, słowem wszystko, co w jakiś sposób wchodzi w zakres naszego bytowania). Rzeczy pierwsze to  te, które są i niezbędne, bardzo potrzebne, i ważne, niemożliwe do pominięcia dla naszego (prze)życia. Nawiązując do piramidy potrzeb Maslowa – rzeczy pierwsze to oczywiście zaspokojenie potrzeb biologicznych, to także zdobycie jakiegoś wykształcenia czy fachu, praca, zarobki pozwalające żyć na przynajmniej podstawowym poziomie; to także kwestie prawno-społeczne – posiadanie praw, które umożliwiają godne życie. To także te codzienne elementy, które mniej czy bardziej świadomie, ale trzeba odfajkować: zapłacenie rachunków, zrobienie posiłku, pilnowanie swojego i/lub czyjegoś stanu zdrowia; w przypadku osób odpowiedzialnych za inną osobę (zwierzę, dziecko czy dorosłego) to również takie rzeczy jak nakarmienie, umycie, zapewnienie bezpieczeństwa. To wszystkie te czynności, przedmioty, sprawy, których zaniedbanie może prędzej czy później (ale raczej prędzej) i dość bezpośrednio doprowadzić do problemów lub tragedii. Rzeczy pierwszych się nie przeskoczy i po prostu trzeba je zrobić, zadbać o nie, walczyć, zabiegać. Całe nasze życie opiera się na pytaniu, czy mamy te rzeczy pierwsze zapewnione i załatwione, czy nie. Wszyscy jesteśmy od nich zależni mniej więcej w tym samym stopniu, a w przypadku ich utraty – wszystkim nam grożą takie same konsekwencje: kłopoty z prawem, ze zdrowiem, z pieniędzmi, utrata pewnych życiowych podstaw, śmierć.
Rzeczy drugie to te, które są ważne i potrzebne, ale mimo pewnych punktów wspólnych każdy zaspokaja je w swoim zakresie i na swój sposób. Relacje z ludźmi, rodzina / przyjaciele, miłość, seks, praca dająca spełnienie, rozwój zawodowy, zainteresowania, czas dla siebie – to właśnie rzeczy drugie. Ich brak nie prowadzi – w każdym razie nie tak diametralnie i ostatecznie – do tragedii; ich zaspokojenie możliwe jest w różnym natężeniu, można z nich wybierać, można podchodzić do nich z różnych stron: małżeństwo, wolny związek albo singielstwo, rodzina, grupa przyjaciół albo samotniczy tryb życia, praca dająca spełnienie w większym albo mniejszym wymiarze. Co więcej, z rzeczy drugich można – przynajmniej okresowo – rezygnować, świadomie lub nieświadomie, ale można, choć w większości wypadków rezygnacja zbyt długa i/lub zbyt jednokierunkowa potrafi wywołać na przykład stany depresyjne, poczucie wypalenia i podobne. Za braki w rzeczach drugich płaci się zresztą właśnie tak: w formie o wiele bardziej wydłużonej czasowo niż w przypadku braku rzeczy pierwszych, w formie bardziej podstępnej, bo z początku często niewidocznej i niedocenianej (stopniowa utrata kontaktów towarzyskich, powolny wzrost uczucia bezsensu tego, co się robi, nierzucająca się w oczy utrata kolejnych i kolejnych drobnych kawałków siebie). Mimo wszystko jednak – przy braku rzeczy drugich da się żyć, przynajmniej egzystować.
I wreszcie rzeczy trzecie – te, które nie są ani potrzebne, ani ważne”.

To była banalna historia, stwierdziła Agnieszka po jakimś roku od rozwodu, banalna, powtarzalna i przewidywalna. Może nawet nudna – w końcu ile takich historii wydarzało się codziennie, ile gorszych, ile jeszcze gorszych. Ale ta historia była jej historią, i przecież bardzo istotnie wpłynęła na sposób, w jaki obecnie Agnieszka postrzegała feminizm, zgrzyty na linii damsko-męskiej, kwestie dotyczące osobistej niezależności, swoje singielstwo i wybory życiowe.
W niemal wszystkich baśniach i niemal wszystkich filmach komediowo-romantycznych – określenie, od którego bolały ją zęby – wydarza się trochę rzeczy, spotykają się ona i on, wydarza się jeszcze trochę rzeczy, a potem ona i on są razem i żyją długo i szczęśliwie, koniec. U Agnieszki było inaczej, nieco na odwrót, nieco na skos i nieco na lewą stronę.
Najpierw, owszem, trochę się wydarzyło. Skończyła liceum, Jedynkę na Piastów; po czterech latach wypełnionych przyjaźniami, radościami, stresami i młodzieżowymi szaleństwami, opuściła ten olbrzymi budynek – budynek, w którym w ciągu dnia życie szkolne buchało na wszystkie strony, a wieczorami, jeśli się zostawało do późna na dodatkowych zajęciach czy gdzieś na korytarzu, można się było poczuć jak w opowieści grozy, ten zapadający w sen moloch tak niesamowicie działał na zmysły.
Po maturze dostała się na filologię polską, jej wymarzone niemal od początku klasy maturalnej studia, z ukochaną literaturą i bardzo mało lubianą gramatyką, którą jakoś trzeba było przecierpieć. Przeżyła kilka mniej i bardziej poważnych związków – te licealne „chodzenia ze sobą” i studenckie „bycia ze sobą” – ale dopiero na ostatnim roku trafiła się znajomość, która mocno wpłynęła na jej życia.
On miał na imię Tadeusz, pochodził z Jeleniej Góry, studiował matematykę na Wydziale Matematyczno-Fizycznym, był wysoki, dobrze zbudowany, z ciemnobrązowymi włosami, zielonymi oczami i zniewalającym uśmiechem, tak przynajmniej uznała Agnieszka, gdy spotkali się na imprezie noworocznej u wspólnej koleżanki. Dobrze się tańczyło, dobrze rozmawiało, dobrze witało dwa tysiące czwarty i dobrze piło szampana z jednej butelki. Potem, pomiędzy pisaniem kolejnych rozdziałów magisterki i zajęciami, były kolejne randki, wielkie zakochanie, świetny seks, planowanie wspólnej przyszłości i w ogóle cała masa tych słodkich do mdłości rzeczy, które są tak wspaniałe, gdy człowiek ma różowe okulary na nosie. Albo kiedy jest młody i naiwny. Albo zakochany. Albo, po prostu – kiedy wierzy w tę drugą osobę.
Po obronie Agnieszka złożyła papiery w kilku szkołach, w dwóch nawet chcieli ją przyjąć; ale to było w gruncie rzeczy tak na wszelki wypadek, bo już wtedy Tadeusz namawiał, by wyjechali razem do Jeleniej Góry i tam sobie układali razem życie, z pomocą jego rodziców. Agnieszka trochę się wahała, jednak chęć wyrwania się ze Szczecina – tego biedamiasta, jak je przez pewien czas oceniała – i spróbowania czegoś zupełnie innego przeważyła. Tadeusz miał już zaklepaną pracę, dzięki ojcu, więc zaraz po przeprowadzce zaczął uczyć matematyki w podobno najlepszym liceum w mieście. Agnieszka przez parę tygodni siedziała w świeżo wynajętym mieszkaniu, bez pracy, bez znajomych, bez punktu zaczepienia, i zastanawiała się, co ona tu, do cholery, robi. Zanosiła wprawdzie swoje CV do szkół, ale jakoś nic nie chciało nigdzie wyjść i czuła się coraz gorzej. Potem zaczęła zostawiać papiery w innych, nieszkolnych miejscach, i to było słuszne posunięcie – znalazła pracę w Urzędzie Miejskim, przy projektach unijnych, na których znała się, łagodnie mówiąc, bardzo mało, ale za to jej niemiecki okazał się silną kartą przetargową.
Uczenie się tych wszystkich rzeczy o projektach, wyszukiwanie informacji i reszta rzeczy wchodzących w zakres jej nowych obowiązków były całkiem interesujące, choć też czaso- i energożerne. Ale miała pracę, wreszcie miała pracę, nie siedziała w mieszkaniu, gapiąc się na ścianę lub sufit z uczuciem nieprzystawalności do rzeczywistości. Kilka tygodni bezrobocia wystarczyło, by Agnieszka zrozumiała, jakie to koszmarne i wpędzające w depresję doświadczenie.
Parę miesięcy później, w marcu dwa tysiące piątego, pobrali się z Tadeuszem. Zgodnie z baśniami, tu powinno nastąpić owo „i żyli długo i szczęśliwie”. Jednak u Agnieszki od tego momentu bajka wywróciła się na lewą stronę i zaczęła się szybko pruć.
Właściwie, zastanawiała się pod koniec małżeństwa i jeszcze długo po jego rozpadzie, właściwie jak to jest, że człowiek tyle czasu nie widzi takich sygnałów – albo ich naprawdę nie ma? – a od pewnego momentu, od zawarcia małżeństwa właśnie, zaczyna je nagle widzieć, wszystkie, coraz intensywniej, zupełnie jakby otworzył oczy? Jak to jest, że przez tyle miesięcy razem, i jeszcze w Szczecinie, i już w Jeleniej Górze, póki byli ze sobą bez ślubu, nie widziała tego wszystkiego – a wraz z założeniem obrączki zobaczyła wyraźnie? Czy to ona zaczęła uważnie patrzeć, czy Tadeusz przestał się maskować, czy wyskoczyli z roli „wolny związek i staramy się ładnie przed sobą wyglądać” do roli „małżeństwo i wyglądamy już tak, jak jest naprawdę”, czy jeszcze coś innego? Nie wiedziała. Nie umiała wytłumaczyć, ani wtedy, ani później. Później po prostu uznała, że ludzie po ślubie bardzo często się zmieniają – i bardzo często na gorsze.
Dopiero po ślubie bowiem zobaczyła rzeczy, których nie umiała – nie chciała – nie mogła dostrzec wcześniej. Przede wszystkim zobaczyła, jak silnie i wręcz upupiająco Tadeusz był uzależniony od ojca. Teść Agnieszki był prawnikiem, dobrze znanym i cenionym w mieście, kolegującym się z niektórymi osobami ze świata polityki i kultury. Przy pierwszym kontakcie wydawał się interesujący, czarujący, prawdziwa dusza towarzystwa i wielki dżentelmen. Przy dłuższym i bliższym oglądzie widziało się coraz wyraźniej wielkie ego, przekonanie o własnej nieomylności, takie „pozjadałem wszystkie rozumy”, apodyktyczność i autorytarny stosunek do ludzi. Tadeusz rzadko się ojcu sprzeciwiał, a jeśli już, to słabo i przez krótki czas. Zdecydowanie miał jakiś kompleks, kompleks związany z samym prawem, na które – zgodnie z życzeniem ojca – zdawał trzy razy, za trzecim nawet się dostał, ale na sesji zimowej zawalił egzaminy z czterech najcięższych przedmiotów, aż wreszcie, zniechęcony i sfrustrowany, złożył papiery na matematykę. Na to dostał się bez problemu i zgodnie z własnym upodobaniem, ale zawód, jaki zrobił ojcu, dawało się wyczuć z wielu mniej lub bardziej kąśliwych uwag tego ostatniego podczas rodzinnych spotkań. Tadeusz pozwalał pokpiwać publicznie ze swojego kierunku studiów, swojego wykształcenia i swojej pracy, uśmiechał się blado i ani razu się nie postawił. Agnieszka z niedowierzaniem przyglądała się mężowi – ten na studiach wygadany, błyskotliwie odpierający złośliwości kolegów chłopak teraz, twarzą twarz z ojcem, kładł uszy po sobie i przybierał przepraszająco-uległą postawę. Agnieszka parę razy nie wytrzymała, sama coś odparowała na uwagi teścia – i została ochrzaniona przez obie strony, zwłaszcza przez własną „drugą połowę” już w domu.
– Staję w twojej obronie, jak ty sam nie masz jaj, żeby powiedzieć własnemu ojcu, żeby przestał cię traktować jak gówniarza i upośledzonego intelektualnie! – krzyknęła za którymś razem, doprowadzona do furii. Tadeusz odburczał coś na temat braku szacunku dla jego rodziców i wtrącania się w nie swoje sprawy, więc Agnieszka cisnęła w niego pantoflem i w mało cenzuralny sposób zapewniła, że od tej pory cała Jelenia Góra może sobie robić z Tadeusza idiotę, ona nie kiwnie palcem.
Żeby to było tylko to. Paradoksalnie, Tadeusz nie tylko upupiał się – lub dawał się upupiać – przy swoim ojcu, lecz jednocześnie przejmował niektóre jego odpychające zachowania, tylko że ich ostrze kierował przeciwko Agnieszce. W ogóle wiele rzeczy zaczęło pokazywać swoje drugie, mało sympatyczne oblicze. Dawna błyskotliwa złośliwość zamieniła się w takie wredne, domowe czepialstwo, do tego chwilami wręcz podłe. Coś, co kiedyś, jeszcze w Szczecinie, wydawało się dżentelmeńskimi gestem – nienarzucanie własnych pomysłów i czekanie, aż ona wyjdzie z inicjatywą – teraz okazywało się zwykłym wewnętrznym rozleniwieniem, które sprawiało, że zaraz po powrocie do domu Tadeusz rozsiadał się przed telewizorem i spędzał wieczory z pilotem w ręku. Deklarowana kiedyś niechęć do wyścigu szczurów zaczęła smakować banalnym brakiem dalszych ambicji i „niechcemisiem”. A to, co w rozmowach z dala od rodzinnego domu wyglądało na synowskie przywiązanie i dobre stosunki z ojcem, coraz wyraźniej zdradzało jakąś toksyczną relację, w którą i ona była wciągana.
Tadeusz nabrał też wielkopańskich nawyków, jak to określała, najpierw pod nosem, potem na głos. Równy podział obowiązków domowych – w Szczecinie, w rozmowach, rzecz tak „ależ oczywiście i naturalnie” jasna – tu, już razem, pod jednym dachem i z obrączką, stawała się coraz większym problemem. „Nie będę cię obsługiwać jak twoja matka twojego ojca” – wywarczała kiedyś Agnieszka podczas większej domowej kłótni o rozkład prac. Tadeusz się obraził. Za pierwszym razem, za drugim czy trzecim rzucił coś głupkowatego o „babskich fanaberiach i PMS-ie”. Agnieszka miała ochotę cisnąć w niego wazonem, tym wielkim, kryształowym, który dostali od jakiejś dalekiej ciotki, ale szkoda było takiego ładnego przedmiotu. Zamiast tego poczęstowała męża słodką poradą, by nie starał się tak upodobnić w głupich odzywkach do własnego ojca, bo i tak nawet tego miernego poziomu nie zdoła osiągnąć. To było wredny cios poniżej pasa, wiedziała o tym. Przez parę dni ostentacyjnie nie odzywali się do siebie, spali osobno i wymijali się w kuchni lub łazience, udając, że się nie widzą. Potem się pogodzili. I wszystko się powtórzyło, znowu, znowu i znowu.
Napięcie rosło; nawet gdy nadchodziły chwile rozluźnienia, polepszenia nastrojów, szybko wydarzało się coś, co przywracało ten „normalny” stan. Oliwy do ognia dodali w pewnym momencie rodzice Tadeusza – ojciec, znów ojciec – sygnalizując, coraz to wyraźniej, że oczekują wnuka. Naciski na zajście w ciążę i urodzenie dziecka Agnieszka odparowywała najpierw z humorem, potem z coraz większą irytacją. Co to w ogóle ma znaczyć, że ktoś jej mówi, że ma mieć dziecko i kiedy ma mieć dziecko? Jak można się wtrącać do tak prywatnych spraw i to na zasadzie „zamówienie w pizzerii, realizacja ma być błyskawiczna, bo klient nie da napiwku?”. Na te pytania Tadeusz wzruszał ramionami, odmrukiwał coś obronnie i odbijał piłeczkę, burcząc: „No to ojciec pyta, po co my się w ogóle pobieraliśmy, jak nie chcemy mieć dzieci? No i w sumie ma rację. Bo to ty ciągle nie chcesz, bo twoja praca, twoje to i twoje tamto są wiecznie ważniejsze”.
Twoja praca, twoje to, twoje tamto... To był jeden z tych momentów, gdy Agnieszka bardzo boleśnie odczuwała, jak daleko od siebie odeszli. Te snute razem wyidealizowane wizje wspólnego rozwoju, uczenia innych i uczenia siebie, zrobienia może doktoratów, może wyprawy dookoła świata, może nauczenia się dziesięciu obcych języków, próbowania ciągle czegoś nowego, założenia domowego przytułku dla bezdomnych psów i kotów, cała masa wariackich pomysłów, popijanych winem w czasie wspólnych nocy albo przerywanych pocałunkami podczas długich spacerów po mieście – gdzie się to wszystko podziało? Gdzie się to wszystko podziało, pytała się Agnieszka, gdy po powrocie do domu zastawała męża z tym cholernym pilotem w ręku, przed tym cholernym telewizorem, zastawała w „małżeńskim domu” faceta, któremu już się nic nie chciało (no o co chodzi, przecież studia zrobił, magisterkę obronił, pracę znalazł, pracuje, ma żonę, po pracy jest zmęczony i chce odpocząć, a nie jakieś dzikie, dziecinno-studenckie fanaberie). Gdzie się podział chłopak, z którym miała podbijać świat? Albo przynajmniej z którym mogła o wszystkim pogadać?
Zgubili się nawzajem w pewnej chwili, choć nie sposób określić, w jakiej. Zresztą to musiał być dłuższy proces, narastający i nawarstwiający się. W którymś momencie Agnieszka po prostu uświadomiła sobie, że już nie rozmawiają, jedynie wymieniają informacje: o pogodzie, o zakupach, o spotkaniach rodzinnych, o tym, co trzeba w domu zrobić, kto kiedy wróci z pracy i ile pieniędzy zostało na koncie. Nie było już rozmów o książkach, filmach, marzeniach. Nie było wspólnej przestrzeni.
Agnieszka przestała Tadeuszowi opowiadać o sobie, o swoich ważnych rzeczach. Zaczęła się też z tymi rzeczami kryć – nie bez powodu: miała dosyć protekcjonalnych albo złośliwych uwag, które od pewnego momentu padały coraz częściej. Na pewno pierwsze uwagi wyszły od teścia – jakieś podkpinki z jej zainteresowań, z czegoś, co akurat robiła, z planów, z których się wcześniej zwierzyła mężowi. Takie pozornie nic nieznaczące, niby to dowcipne i ponoć wcale nie ze złej woli wypowiadane uwagi – uwagi, które jednak bolały, osiadały gdzieś w głowie, psuły przyjemność. Do tego – podważały poczucie prawa do robienia rzeczy „niepotrzebnych”. O, bo potrzebne byłoby na przykład zrobienie sobie dziecka, ale jakiś kurs, wyjazd czy projekt? Też coś.
Agnieszka nie przepadała za dziećmi i w gruncie rzeczy nie była pewna, czy w ogóle chce je kiedykolwiek mieć; z pewnością natomiast nie chciała mieć ich wtedy – i, jak wreszcie szczerze sobie powiedziała, na pewno nie chciała mieć ich z Tadeuszem.
Za to chciała, na przykład, nauczyć się jazdy na rolkach. Pojechać na wycieczkę bez celu, gdzie drogi powiozą. Napisać książkę. I zrobić jeszcze masę innych „niepotrzebnych” rzeczy.
Miała taką ogromną potrzebę rzeczy „niepotrzebnych” – i coraz bardziej tę potrzebę w sobie zduszała. To był dalszy, gorszy etap – bo póki tylko tę potrzebę ukrywała przed innymi i realizowała po cichu, póty jeszcze zachowywała coś dla siebie; ale potem nadszedł moment, gdy w ogóle tę potrzebę odsuwała, ignorowała, spychała gdzieś na samo dno świadomości. Aż w końcu poczuła, że się dusi, dławi, kurczy sama w sobie – i albo raz porządnie ryknie i się uwolni, albo pozwoli, by to dziwne coś, co nazywało się jej małżeńskim życiem, wessało ją w jakąś równie dziwną psychiczną próżnię.
Wtedy właśnie uświadomiła sobie, jak ważne, niezbędne są w życiu wszystkie nieważne i zbędne rzeczy. Moment, w którym nagle powiedziała na głos, sama do siebie: „Jasna cholera, ja chcę robić bezsensowne pierdoły, które są mi na nic i tylko mnie głupio cieszą!” – ten moment był pierwszym krokiem do odzyskania zgubionej gdzieś w ciągu niecałych dwóch lat małżeństwa siebie.

„Rzeczy trzecie to te, które nie są ani ważne, ani potrzebne – z punktu widzenia domowego budżetu finansowego i czasowego, z punktu widzenia rodziny i znajomych, z punktu widzenia pracy i rozwoju zawodowego, nawet z punktu widzenia nas samych. Rzeczy trzecie to coś, co się robi, mimo że nie trzeba ich robić, mimo że niczego konkretnego nie wniosą w nasze życie (przynajmniej w założeniu), mimo że to nieraz zwykła strata czasu (i według innych, i według nas samych). Mimo to – i jednocześnie właśnie dlatego – te rzeczy się robi. Zrobienie czasem czegoś, co jest niepotrzebne, zbędne, bezsensowne – to luksus, gest wolności, higiena umysłowa.
Najprościej można poznać rzeczy trzecie po pytaniu, które w związku z nimi pada: »po co ci to?« (wersja łagodna i uprzejma). Oraz po odpowiedzi: »po nic, tak sobie« (też wersja łagodna i uprzejma), nieraz wzbogaconej lub zastąpionej przez towarzyszące wzruszeniu ramion: »bo lubię«.  Jeżeli z jednej strony pada takie pytanie, a z drugiej taka odpowiedź – możecie mieć pewność, że macie do czynienia z rzeczami trzecimi.
Rzeczy trzecie to swoisty »własny pokój«. Niedawna powtórka eseju Virginii Woolf uświadomiła mi, że we współczesnym zachodnim świecie trochę przesunęły się granice: kwestia czysto przestrzenna nie jest już tak problematyczna, bo własna przestrzeń materialna jest czymś, co zdecydowanie tkwi w naszych głowach i nie wywołuje problemów (nie twierdzę, że bez wyjątków), za to problematyczny »własny pokój« dotyczy czasu i sposobu jego spędzania. Czas na rzeczy pierwsze po prostu musimy znaleźć, tego nikt nie neguje. Czas na rzeczy drugie też powinien się znaleźć, przynajmniej jakoś dookoła rzeczy pierwszych, bo przecież to są kwestie niezbędne lub prawie niezbędne. Gdy brakuje czasu na rzeczy drugie, mówimy o upadku wartości, zaburzeniu równowagi życiowej, dominacji jednej sfery życia nad inną (jak choćby kwestie zakładania rodziny).
Czas na rzeczy trzecie jest fanaberią. Czas na rzeczy trzecie jest w niektórych grupach społecznych powodem do wstydu, bo oznacza, że człowiek zajmuje się pierdołami; w innych – powodem do dumy, bo oznacza, że człowiek ma dość pieniędzy, by zajmować się pierdołami. W głównym nurcie świadomości społecznej są to jednak dalej pierdoły, ot, takie tam, rzeczy robione bez sensu, bez celu i bez korzyści. Mogą je do woli robić małe dzieci; dzieci dorastające powinny już uczyć się równoważyć pierdoły i ważne sprawy; człowiek dorosły powinien robić wyłącznie to, co ważne, ostatecznie pierdoły może robić czasem, ale rzadko, po cichu i z poczuciem winy. Taki jest w naszym społeczeństwie ogólny i przeciętny odbiór »rzeczy trzecich«.
[przykłady. Pogadać z dziewczynami, może na urodzinach Marty? Przykłady współczesne, z książek, z filmów. Jakiś cytat z Biblii o lenistwie? Może dać najpierw przykłady i resztę, a potem ten akapit od »czas na rzeczy trzecie jest (zatem) fanaberią«?]
[zapłacić za wodę!!!]”.

Decyzja nie była ani łatwa, ani nagła, ani pozbawiona wątpliwości. Na początku to w ogóle nie była decyzja – na początku to była nieśmiała myśl, wstydliwe marzenie, spychane gdzieś na granice świadomości życzenie. Odejść. Uwolnić się. Zostawić to wszystko za sobą i się odciąć, na dobre, na zawsze, na amen.
Śmieszne, pierwszy poważny krok pomógł jej zrobić film. „Wojna państwa Rose” była potwornym, męczącym i bolesnym uderzeniem, które Agnieszka zafundowała sobie pewnego wieczoru zupełnie niezamierzenie, gdy po kolejnej kłótni schowała się laptopem w sypialni, a Tadeusz oglądał coś w drugim pokoju. Parę dni wcześniej widziała w telewizji jakiś fragment czy zapowiedź, więc – tak po prostu w ramach odprężenia, odmóżdżenia i odwrócenia uwagi – wpisała w Google’a ten tytuł na YouTubie.
To było koszmarne.
To było genialne.
To był właśnie ten cios, którego potrzebowała – nawet nie by przejrzeć, tylko by dopuścić do siebie myśl, że w ogóle widzi.
Jedna z wypowiedzi bohaterki ścigała ją przez kolejne dni, tygodnie, miesiące. „Śniło mi się, że umarłeś” – mówiła postać grana przez Kathleen Turner do filmowego męża, Michaela Douglasa. – „Obudziłam się i rozpłakałam. Bo to był tylko sen, a ty leżałeś obok i dalej żyłeś”. Jakoś tak to szło. Ten kawałek pamiętała bardzo długo. Jeszcze parę lat po rozwodzie.
Co to za małżeństwo, w którym myśl o śmierci „drugiej połowy” przynosi nie rozpacz, tylko smak wyzwolenia, odzyskania siebie? – myślała wtedy, wpatrując się w ekran, we własne odbicie w lustrze, w twarz męża podczas śniadania. – Co to za małżeństwo, co to za myśl, co to za straszny stan psychiczny, w którym jego śmierć byłaby powodem do radosnego podskakiwania zamiast do rozpaczliwego płakania?
– Gdzie ja jestem? – zapytała się w którymś momencie na głos w łazience. Woda przelewała się z kubka i spływała po dłoni do umywalki. Agnieszka miała szeroko otwarte oczy, zaczerwienione w kącikach po zmyciu makijażu, i jakoś dziwnie wykrzywione usta, z resztką pasty do zębów na dolnej wardze. Wyglądała jakoś trupio, takie miała wrażenie. I jakby przyłapana w samym środku czegoś, co ją przerażało. Gdzie ja jestem, gdzie ja jestem, gdzie, czym, kim, z kim, po jakąś cholerę i dlaczego, dlaczego z tego, co na początku było takim pięknym spojeniem „bratnich dusz”, przeklęta Ania Shirley i jej ckliwe określenia, z tego czegoś tak pięknego i dobrego wyrodziło się coś tak koślawego, parszywego i trującego?
Martwy rekin.
W „Annie Hall” Woody’ego Allena, przypomniała sobie, był taki moment, gdy para bohaterów leciała samolotem i zdawała sobie sprawę z tego, że ich związek właśnie się rozpada, w zasadzie już się rozpadł, a oni tylko ciągną za sobą truchło, przypomniała sobie nagle. I gdy o tym rozmawiają, bohater Allena mówi: „Związek jest jak rekin, żeby żyć, musi płynąć. To, co jest teraz między nami, to martwy rekin”.
Martwy rekin. Martwy rekin, martwy rekin, martwy rekin.
Wybuchnęła histerycznym śmiechem. Szczoteczka spadła gdzieś na podłogę, kubek szczęknął niepokojąco w umywalce, a ona śmiała się prosto w lustro, ze łzami zapychającymi oczy, nos i gardło.
Martwy rekin, martwy rekin, martwy rekin, rybia padlina.
Potem to „martwy rekin” towarzyszyło jej niczym mantra, niczym hasło przywracające do równowagi i sygnał pionujący w trudnych chwilach. Martwy rekin, nigdy więcej. Nigdy więcej martwych rekinów w jej życiu, w jej związkach, w jej myślach.
Kilka tygodni później pojechała na weekend do rodziców, sama. Tadeusz wcale nie zdradzał chęci wybrania się z nią – całe szczęście, jedna kłótnia mniej. Inna rzecz – wtedy to zaczęło do niej wyraźnie docierać – że jego i jej rodzina nie przepadali za sobą. Jej rodzina uważała jego rodziców za zarozumialców, jego rodzina jej rodziców – pewnie za prostaków. Albo coś w tym stylu. Nigdy nie dopytywała jednej ani drugiej strony, wystarczyło to, co widziała i czego się domyślała.
W domu... w domu, tym rodzinnym domu, panował taki spokój, psychiczne i emocjonalne poukładanie, codzienna wspólność i rozdzielność zarazem – można się było dzielić myślami, uczuciami, obawami i można się było nimi nie dzielić, w zależności od  potrzeby, i nikt nie miał pretensji ani o to, co dzielone, ani o to, co zatrzymywane. Pierwszy wspólny wieczór był odprężający i wprawiał w dobry humor, ale następnego dnia Agnieszka nagle się rozkleiła, zupełnie jak małe dziecko, i nim się zorientowała, siedziała z rodzicami w ich pokoju, wtulona w mamę, z tatą tuż obok, i wyrzucała z siebie wszystko, bez ładu i składu, bez analizowania, blokowania i cenzurowania.
Sama potem nie mogła uwierzyć, jak bardzo potrzebowała takiego psychicznego wybebeszenia się. Sama potem nie mogła uwierzyć, że nie wiedziała, jak bardzo go potrzebuje.
Była wdzięczna rodzicom za to, że powstrzymali się wtedy od wszelkich pouczeń, uciszań, przypominań „a nie mówiliśmy” i tym podobnych. Za to, że dali jej to wszystko z siebie wyrzucić, potem jakiś czas trawić na zmianę samotnie i wspólnie, wreszcie samodzielnie podjąć decyzję i zająć się jej realizacją. I za to, że później, gdy już cała machina proceduralna ruszyła, zawsze byli przy niej, po jej stronie, nie podważali jej decyzji, nie okazywali rozczarowania czy niezadowolenia, nie popychali do jakiegoś sztucznego „naprawiania”.
No, na dobrą sprawę nie należało się dziwić. Mama była silna i stanowcza, wyznawała, jak sama mówiła, starą dentystyczną zasadę: „wyrwij, to przestanie boleć”, a poza tym od samego początku uważała, że ten Agnieszkowy ślub był trochę za szybko. Tata natomiast... no, tata nigdy nie przepadał za Tadeuszem, taka miękka ciapa w ładnym opakowaniu, mówił, a już rodziców Tadeusza – ojca, ojca! – nie znosił. Wszystko to powychodziło na wierzch dopiero wtedy, dopiero wtedy tak wyraźnie i niezaprzeczalnie, jakby kumulowało się długi czas nie tylko w samej Agnieszce, lecz również w jej bliskich.
Na ile to były rzeczywiście obecne od dawna niechęci, a na ile przyjęcie do wiadomości nowej sytuacji i dostosowanie się do niej – nie wiedziała. Nie chciała wiedzieć, wnikać, rozdrabniać. Potrzebowała swojej rodziny przy sobie, wszystkich razem, jednym murem, wspierających i przeganiających wątpliwości. Dostała to. I tylko ten fakt się liczył.
Najśmieszniej zareagował Darek, gdy mu powiedziała, że postanowiła się rozwieść. Zachował się trochę jak zazdrosny młodszy brat, który widzi, że właśnie odzyskuje ukochaną siostrę. Zazdrosny młodszy brat, którym chyba nigdy nie przestał być.
 – No i dobrze, to głupi kutas – wypalił wtedy, najwyraźniej bez zastanowienia, bo zaraz próbował zatuszować swego rodzaju nietakt (w końcu wyszła za tego „głupiego kutasa”, prawda?), ale próba wypadła tak żałośnie, że Agnieszka nie mogła się nie roześmiać. Kochany Daro, na niego zawsze można było liczyć – jeśli było coś, czego nie należało mówić, w dziewięciu przypadkach na dziesięć on to mówił. W dzieciństwie ciągle go podpuszczała, by palnął jakiś antykomplement nielubianym krewnym w czasie świątecznych spotkań rodzinnych. Ależ miała ubaw. Darek mniejszy, bo dostawał ochrzan.  W ramach zadośćuczynienia oddawała mu część swoich prezentowych słodyczy. I wszyscy byli zadowoleni, może poza niesympatyczną ciotką czy głupkowatym wujkiem.

„Wspominane wcześniej określenie »higiena umysłu« w odniesieniu do rzeczy trzecich nie pojawiło się przypadkiem. Jesteśmy obecnie społeczeństwem pracującym dużo i niemal bez przerwy, wręcz harującym, ludźmi ścigającymi się z czasem i nawałem obowiązków, specjalistami od multitaskingu, podłączonymi do komórek, Internetu, poczty elektronicznej i wszystkiego, co się da. To nie jest złe – jesteśmy mobilni, elastyczni, kreatywni, pracowici, funkcjonujemy w sposób, który rzuciłby na kolana naszych przodków sprzed stu czy dwustu lat. To jest złe – jesteśmy zagonieni, nastawieni na kolejne punkty z czeklisty, skupieni wyłącznie na tym, co »potrzebne, niezbędne, sensowne«, funkcjonujemy w sposób, który nasi przodkowie sprzed stu czy dwustu lat uznaliby za chorobę psychiczną, dowód opętania przez szatana... albo zwyczajnie za głupotę.
Nie ma jednej prawidłowej odpowiedzi, wersji i drogi, w każdym razie ja nie pokuszę się o jej wskazanie. Chodzi mi jedynie o ten prosty banał – nasze życie jest pełne pędu, obowiązków i rzeczy ważnych. To nie jest złe, pod warunkiem, że poza tymi ważnymi sprawami, informacjami i zadaniami pozwala się też umysłowi trochę wypocząć, dba się o jego higienę. Daje mu się rzeczy trzecie.
To takie popuszczenie cugli, spuszczenie odrobiny powietrza, by nasz wewnętrzny balon nie pękł. Przewietrzenie pokoju, o, przewietrzenie własnego pokoju, to chyba najlepsze porównanie.
Teoretycznie wszyscy o tym wiemy, w praktyce mamy problem, aby tę wiedzę realizować. Mamy też problem, gdy realizują ją inni – ci niepoważni, którzy czytają książki z dzieciństwa (albo książki w ogóle), ci uzależnieni, którzy oglądają jakiś serial, ci skrzywieni, którzy grają w erpega, ci zdziwaczali, którzy czytają albo piszą blogi. Ci bezczelni, którzy mają śmiałość robić rzeczy trzecie, i jeszcze się z tego cieszyć, i jeszcze mówić o tym głośno.
Ci, którzy wiedzą, że jest granica, której przekroczenia żaden umysł nie wytrzyma. Rzeczy trzecie odsuwają od tej granicy. To jest ich ukryta potrzeba, niezbędność, sensowność.
Zresztą, pal diabli jakiekolwiek uzasadnienie, to właśnie przez szukanie uzasadnień mamy problem z zaakceptowaniem u siebie rzeczy trzecich. A zatem: rzeczy trzecie są po nic. I koniec. Czasem trzeba porobić nic, jak Kubuś Puchatek”.

Po paru miesiącach – bo jednak potrzebowała czasu, by to wszystko sobie ułożyć w głowie, przetrawić, zebrać się i przygotować psychicznie – po paru miesiącach powiedziała Tadeuszowi, że chce rozwodu. Tadeusz był, oczywiście, niemile zaskoczony, szczerze zdziwiony, urażony w swej męsko-mężowskiej dumie i tak dalej, ale to nie z nim Agnieszka musiała stoczyć prawdziwą walkę, wręcz wojnę – tylko z jego ojcem.
W całym tym rozwodowym mętliku właśnie starcia z teściem – bogom dzięki, już były teściem – Agnieszka wspominała jako najgorsze, najbardziej wyniszczające psychicznie... i zarazem dające, w ostatecznym rozrachunku, najwięcej mściwej radości oraz poczucia własnej siły. Bo wygrała. Diabli wiedzą jak – ale wygrała.
Teść był wściekły, gdy się dowiedział. To Agnieszka mogła zrozumieć. Natomiast nie mogła zrozumieć – i potrzebowała paru dni, by się otrząsnąć z szoku – jak można tak bardzo wyraźnie i bez ogródek dawać do zrozumienia, że się wykorzysta wszystkie swoje znajomości i możliwości, by całą sprawę jak najbardziej utrudnić, a Agnieszce zatruć życie, i przed rozwodem, i po. „Nie będziesz tu miała czego szukać po tym wszystkim, to ci mogę obiecać” – usłyszała w czasie tej pierwszej rozmowy. – „Stracisz tę pracę, nie znajdziesz żadnej innej, dorobię ci taką reputację, że się nie pozbierasz, i tu, i gdziekolwiek indziej”. Obrzydzenie, zmieszane z jakimś nieprzyjemnym posmakiem obaw, ustąpiło po dyskusji z rodzicami. W czasie drugiego starcia z teściem Agnieszka była już przygotowana – wzięła dyktafon.
Ten facet był po prostu chory, uznała później, gdy z daleka, z innego miasta, innego stanu cywilnego, innego życia analizowała wszystko od początku. Miał jakąś chorą potrzebę kontroli wszystkiego, najdrobniejszych spraw domowego życia, wyborów własnego syna, działań bliższego i dalszego otoczenia. Do tego, przy całej swojej cwaniakowatości i aroganckiej potrzebie sprawowania kontroli, był dość głupi, a może tylko bezmyślnie zadufany i przekonany o swojej nienaruszalności – więc dał się sprowokować i powtórzył wtedy, gdy Agnieszka miała już włączony dyktafon, niemal całą swoją poprzednią tyradę. Od tej pory Agnieszka nie rozstawała się z dyktafonem, ani podczas spotkań z teściami, ani z Tadeuszem. Przez jakiś czas to była już zwykła obsesja, wiecznie mieć przy sobie dyktafon i wiecznie być gotową na jego włączenie, i wiecznie uważać na własne słowa – ale jakoś to wytrzymała. Z kilkoma takimi nagraniami zjawiły się pewnego dnia – ona oraz prawniczka, matka jednej z bliskich koleżanek z polonistyki, osoba ze Szczecina, więc spoza tych jeleniogórskich układów – u ojca Tadeusza i przestawiły sytuację o sto osiemdziesiąt stopni. No to co, że nagrania to żaden dowód dla sądu? Za to wystarczający materiał dla prasy, radia, telewizji, Internetu, wystarczający, żeby narobić smrodu wokół pana adwokata Zygmunta Brzeskiego, uruchomić lawinę dyskusji o zastraszaniu, naruszaniu etyki zawodowej, mobbingowaniu, kto wie, czy i nie molestowaniu, padło wtedy tak dużo paskudnych, etykietujących i osądzających słów, że kręciło się w głowie. Zagrały va banque. To było dobre posunięcie, paskudne, ale dobre, bo zablokowały coś, co zapowiadało naprawdę poważne kłopoty.
Agnieszka była zdeterminowana i oświadczyła to wyraźnie: jeśli nie dostanie rozwodu, bez orzekania o winie, po prostu rozwiązania małżeństwa i możliwości odcięcia się raz na zawsze od całej rodziny Brzeskich, to jest gotowa na wszystko. Na awanturę medialną, na ciąganie się po wszystkich możliwych sądach, na zrobienie z własnego życia pożywki dla brukowej prasy, jeśli nie będzie miała innego wyjścia. Wtedy naprawdę wierzyła, że jest na to gotowa, że nie ma granicy, której by nie przekroczyła, aby odzyskać wolność i dawną siebie.
Kiedy po wszystkim przypominała sobie tamten okres, miała pewne poczucie nierealności. W zasadzie niewiele wtedy myślała, parła do przodu niczym rozpędzony czołg, czuła się trochę jak wtedy, gdy raz, w liceum, zapaliła marihuanę – jakby wyskoczyła ze swojego ciała i nie miała niczego, co można by chwycić, aby się zatrzymać. Jazda po autostradzie, przy maksymalnej prędkości i bez hamulców. Chyba nie zdołałaby przejść przez to ponownie.
W porównaniu z tym pierwszym etapem, walką z teściem, cała reszta historii rozwodowej wydawała się już banalnie prosta i mało bolesna. W zasadzie nawet nieszczególnie do Agnieszki docierała. Podział majątku okazał się łatwy: ich wynajmowane z początku mieszkanie zaraz po ślubie wykupili w prezencie dla młodej pary rodzice Tadeusza, więc to zostawało po stronie Brzeskich. Agnieszka zabrała swoje książki, ciuchy, laptopa – to na szczęście był prezent od jej rodziców, i to prezent z okazji obrony magisterki, i miała na to fakturę, więc wara teściowi od jej ukochanego i wiernego Spocka. Ze wspólnie kupowanych domowych rzeczy wybrała sobie, po uzgodnieniu z mężem, parę drobiazgów, które szczególnie lubiła; resztę jednak, z wielką ulgą, zostawiła w Jeleniej Górze. Niech Tadeusz sam sobie gnije w tych rupieciach. W gruncie rzeczy niczego szczególnie istotnego się nie dorobili, pal diabli telewizor, na telewizor już patrzeć nie mogła. W ogóle nie mogła już na to wszystko patrzeć, chwilami miała wrażenie, że potrafiłaby to wszystko zostawić, nawet książki i laptopa, nawet ubranie, które miała na sobie, żeby tylko już raz na zawsze wyjść, odejść, uwolnić się. Nadmierną chęć ucieczki stopowali rodzice i prawniczka. Całe szczęście, przynajmniej nie miała potem wyrzutów sumienia, że za bardzo odpuściła i straciła ważne dla siebie rzeczy.
Zresztą, musiała to uczciwie przyznać, pod pierwszym okresie obrazy i złości Tadeusz też się trochę uspokoił, pogodził z sytuacją, w końcu zaczął chyba nawet dostrzegać sens tej decyzji. Może pewne znaczenie miało to, że podczas którejś kłótni z początkowego etapu rozwodu Agnieszka straciła nad sobą panowanie i uświadomiła mężowi, jak wyglądały jej pierwsze rozmowy z teściem, po czym – tego jednak przez dłuższy czas żałowała – odtworzyła mu jeden z fragmentów nagrania. Tadeusz słuchał z dziwną miną, wyglądał tak, jakby... jakby coś mu się zawaliło. Jakby stracił wiarę w coś ważnego, w kogoś ważnego, pomyślała Agnieszka w pewnej chwili i natychmiast wyłączyła dyktafon. Ale było już za późno – Tadeusz nic nie powiedział, tylko pokręcił powoli głową, a potem w jakiś ociężały, zrezygnowany sposób wstał od stołu w kuchni, poszedł do przedpokoju, założył buty, kurtkę i wyszedł z mieszkania. Miała wtedy ochotę pójść za nim, powiedzieć, żeby nie zwracał uwagi, że to już nieważne, że jego ojciec po prostu też stracił nad sobą panowanie – ale odniosła wrażenie, że chyba lepiej zostawić Tadeusza samego. Rzeczywiście – wrócił do domu mniej więcej po godzinie, smutniejszy, lecz spokojniejszy. Wcześniejszej kłótni już nie podjęli; potem wprawdzie starli się jeszcze parę razy, jednak bez wciągania w to wspomnień o innych osobach, szczególnie o ojcu Tadeusza; a później, krok po kroku, zaczęli rozmawiać ze sobą normalniej, zwyczajniej, mniej nerwowo.
Po tamtym incydencie Agnieszka tylko raz wspomniała o teściu, podczas pierwszego spotkania w sądzie. Pytanie „Twojego ojca nie będzie?” wyrwało jej się naprawdę odruchowo, poza tym była już nastawiona na konfrontację w teściem na „jego” terenie. Tadeusz spojrzał na nią ponuro i odpowiedział sucho: „Powiedziałem tacie, że mój rozwód to moja sprawa, nie jego, i nie potrzebuję przyprowadzenia do sądu za rączkę”. Pokiwała tylko głową, nie było co komentować. Najwyraźniej, doszła wtedy do wniosku, przez to nieszczęsne nagranie na synowskim przywiązaniu Tadka do ojca pojawiła się jakaś rysa, i to dosyć paskudna. Może i dobrze – może Tadeusz powinien trochę się uniezależnić od wpływu ojca. Ale może i niedobrze – niedobrze z powodu sposobu, w jaki to się stało. Mimo wszystko żałowała swojej porywczości, swojego nieopanowania, swojej perfidnie i mściwie zadowolonej myśli „Pokażę ci, jaki jest ten twój tatuś, masz, posłuchaj sobie nagrania i zobacz, jak ten dupek rozmawia z ludźmi”, która pchnęła ją wtedy do podsunięcia mężowi dyktafonu.
No dobrze, byłam wkurwiona – powiedziała sobie Agnieszka szczerze któregoś wieczoru przed lustrem w łazience. – Ale żałuję, cholera, bo to było niepotrzebne i trochę podłe. Kurde, szkoda jednak, że się nie ugryzłam w język albo w rękę.
Dobrze chociaż, że nie musiała z tą myślą stawać codziennie twarzą w twarz z Tadeuszem. W ogóle dobrze, i to z pewnością dla nich obojga, że zaraz po podjęciu decyzji o rozstaniu wyprowadziła się z mieszkania. Tak było prościej, łatwiej, spokojniej; nawet po najgorszych kłótniach mogli od siebie odpocząć, zebrać myśli, trochę zapanować nad złością, nie musieli się oglądać rano i wieczorem, sztucznie wymijać w drodze do kuchni czy łazienki, z wymuszoną uprzejmością ignorować podczas przebywania w tym samym pokoju.
Zresztą, śmieszna sprawa, gdy już te pierwsze, najgorsze nerwy przeszły, gdy machina sądowa ruszyła pełną parą – zaczęli się z Tadeuszem lepiej dogadywać, w każdym razie o niebo lepiej niż w ostatnich miesiącach „normalnego” małżeństwa. Pod sam koniec, gdy dzielili się jakimiś drobiazgami z mieszkania, nawet zdarzało im się zażartować albo powspominać coś z uśmiechem, z rozbawieniem, z lekką melancholią.
– O, a pamiętasz to? – powiedział raz Tadeusz, wyciągając z najniższej szuflady komody, która stała w dużym pokoju, paskudny obrus w biało-niebieską kratę. – Pamiętasz, jak ciotka Magda wcisnęła nam to podczas swojej wizyty tuż po ślubie i mówiła, że niby taki znany, drogi projektant od gospodarstwa domowego?
Agnieszka wybuchnęła śmiechem.
– A ten znany, drogi projektant nazywał się przecena w Biedronce – dokończyła. – Idziemy na drugi dzień do Biedronki, a tam te obrusy ciągną się przez pół sklepu. I wszystkie ładne, tylko te niebieskie wyglądają jak wyplute, i ona oczywiście musiała wybrać te wyplute.
Skąpstwo ciotki Magdy, kuzynki ojca Tadeusza, było dla nich w początkach małżeństwa powodem do złośliwych kpin. Miło się wróciło, chociaż na chwilę, do tamtego klimatu, do tamtego porozumienia, do tamtego wspólnego żartowania. Niekiedy miała wrażenie, że odchodząc od Tadeusza, odchodząc od niego jako od męża, w jakiś sposób go odzyskuje – jako człowieka, znajomego, kogoś w pewien sposób bliskiego. Może on miał podobne wrażenie w odniesieniu do niej? Czasami tak jej się wydawało.
To było dobre uczucie. Koniec końców, kiedyś wyszła za niego – kiedyś świetnie się z nim dogadywała – kiedyś go kochała, pragnęła. Dobrze, myślała chwilami, gdy wspólnie przeglądali i dzielili jakieś drobiazgi, dobrze, że znów mogła go tak po prostu lubić. Tak po prostu, jak drugiego człowieka, z którym dzieliła jakiś kawałek przeszłości.
Cały rozwód i pierwsze miesiące porozwodowe przemieszkała kątem u przyjaciółki. Alicja pracowała z nią w Urzędzie Miejskim; bardzo szybko znalazły wspólny język, sprawnie użerały się razem z projektami, godzinami mogły rozmawiać o poważnych i błahych sprawach, chodzić na długie spacery i wygłupiać się niczym małe dziewczynki. Alicja wypełniła towarzyską lukę, w której Agnieszka trwała przez pewien czas. Później wprawdzie pojawiło się wokół więcej znajomych, więcej koleżanek, ale Alicja była wyjątkowa.
Tadeusz Alicji nie lubił, z wzajemnością. Na słowa: „Rozwodzę się i muszę się gdzieś przechować przez jakiś czas, bo nie mogę mieszkać z Tadkiem pod jednym dachem, albo się pozabijamy, albo zwariuję” Ala błyskawicznie zareagowała: „U mnie jest miejsce i nie ma żadnego problemu”. Miała małe mieszkanie, dwa pokoje, a właściwie pokój i półpokój, jak to nazywała, półpokój służył głównie jako magazyn rzeczy chwilowo niepotrzebnych albo jako tymczasowy pokój gościnny – i tym właśnie stał się dla Agnieszki. Trochę to przypominało studenckie wspólne życie, dzieliły się rachunkami, gotowaniem, sprzątaniem, było sympatycznie, babsko – bardzo pozytywnie babsko – i spokojnie. I wspierająco, bo Ali można było opowiedzieć o tych rozwodowych wybojach, a ona potrafiła podtrzymać na duchu.
– Wiesz – powiedziała Agnieszka któregoś wieczoru, po kolejnej porcji „rozwodowych relacji”, gdy siedziały na podłodze, oparte plecami o kanapę, i kończyły wyjadać chipsy z miski – ja w sumie wiem, że tak oglądane z boku, to to wszystko może się wydawać głupie albo niepoważne, bo ludzie mają poważniejsze i gorsze rzeczy w życiu...
– No to co? – przerwała jej Ala stanowczo. – Ale to to jest twoja sprawa, a dla ciebie twoje sprawy mają pełne prawo być najważniejsze. Czytałam kiedyś taką książkę – dodała nagle, dolewając im obu wina do kubków, bo kieliszki były brudne – nie pamiętam autora, to była „Zmiana” czy „Zamiana”, w każdym razie tam był taki moment, gdy ktoś mówi czy myśli: „czym jest śmierć cudzej matki, gdy twoja córka idzie do szkoły muzycznej”. Niby nie ma porównania, śmierć i pójście do szkoły, nie? Ale dla mnie też ważniejsze byłoby, że moje dziecko idzie do szkoły, niż że czyjaś matka umiera, bo to moje dziecko jest moje, a nie czyjaś matka. – Wzruszyła ramionami. – To niby brzmi paskudnie, nieczuło i prostacko, ale mam to gdzieś. Trzymam się tej zasady i moje sprawy są dla mnie najważniejsze, bo są moje, a nie dlatego, że są ważne z czyjegoś punktu widzenia. Też się tego trzymaj przy swoim rozwodzie i reszcie. I pij, jak się ma takiego teścia jak ty, to człowiek ma święte prawo się upić.
Więc piły wino, jadły chipsy, gadały i było wspaniale. Wieczorne posiedzenia z Alicją dodawały sił.
W dniu, gdy rozwód został oficjalnie zatwierdzony, Agnieszka wybrała się na długi samotny spacer po mieście. Nie za wiele widziała dookoła – po prostu szła naprzód, byle przed siebie, byle był jakiś chodnik, jakaś ulica, jakieś drogi. Niesamowite uczucie, wolna, wolna, wolna. Gdy doszła do bardzo odludnego zakątka miasta, wyciągnęła trzymaną dotąd w kieszeni kurtki obrączkę i z całych sił cisnęła ją w wielkie krzaki. To był dziecinny gest, bardzo melodramatyczny i tak dalej – ale potrzebny. Po prostu – lepiej się wtedy poczuła. Symboliczne potwierdzenie i przypieczętowanie zamknięcia tamtego okresu życia.
Nigdy wcześniej nie myślała, że można tak radośnie świętować zakończenie związku. Kilka dni później zrobiły z Alą i kilkoma innymi koleżankami „wielkie oblewanie rozwodu”. To była najlepsza impreza, w jakiej Agnieszka brała udział od przeprowadzki do Jeleniej Góry. Lepsza od ślubu i wesela, jak stwierdziła ze złośliwym uśmiechem.
Parę znajomych w pracy próbowało okazać jej współczucie z powodu rozstania z mężem. Agnieszka przyjmowała te oznaki ze zdziwieniem i lekkim rozbawieniem. Po wywołaniu raz czy dwa konsternacji stwierdzeniem „To najlepsza rzecz, jaka mnie spotkała od ukończenia studiów” darowała sobie komentarze i tylko zbywała ręką kolejne „słowa pocieszenia”. Ludzie albo nie wierzyli, albo nie rozumieli. No tak, skoro od dziecka karmi się nas przekazami, w których tylko związek może dać kobiecie szczęście, a rozstanie to tragedia, dowód na życiowe niepowodzenie i powód do rozpaczy – mówiła sobie Agnieszka – to co się dziwić, że tak wiele osób nie może ogarnąć, że ktoś może się z tego zwyczajnie cieszyć? Że czasem lepiej jest się rozstać niż być ze sobą na siłę i z krzywdą dla obu stron? Że nie mieć faceta w ogóle jest lepsze niż mieć faceta tylko po to, by go mieć, choćby cholera wie jak unieszczęśliwiał?
Ale, kurde, to jest tak szowinistycznie nie fair – stwierdzała – że facetowi z jej wydziału po rozwodzie koledzy gratulowali „odzyskanej wolności”, a dziewczyny zaczynały patrzeć na niego jak na wolny kąsek, do którego można startować, a na nią jedni i drudzy spoglądali ze współczującym „biedna porzucona baba, której ktoś nie chciał”. Chociaż to ona wystąpiła o rozwód.
Może była w tamtym okresie przewrażliwiona. A może nie.
Na dobrą sprawę nie miało to jednak znaczenia. Była wolna. Czuła się tak, jakby odzyskała pełnię widzenia, ba, pełnię każdego zmysłu. Wszystko wyglądało i smakowało inaczej, inne były dźwięki, zapachy, wrażenia dotykowe. Świat znów się stał ciekawy, różnorodny, pełen możliwości.
Na nowo znalazła miejsce i czas na rzeczy zupełnie zbędne. To było cudowne – ponownie robić coś, co dawało zwykłą, banalną, bezcelową przyjemność. Jak oglądanie z Alą po raz któryś z kolei starych horrorów z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – rozrywka, którą sobie fundowały po szczególnie męczących dniach w pracy. Jak chodzenie na długie spacery, w deszczu, bez parasola, tylko z kapturem płaszcza na głowie. Jak malowanie paznokci u stóp, przy jednoczesnym śpiewaniu wraz z Sinatrą, na cały głos i z pewnością okropnie, ale jakie to miało znaczenie: „And more, much more than this, I did it my way!”. Jak czytanie w Internecie angielskich fików do Star Treka, szczególnie tych slashujących Spocka z Kirkiem albo McCoyem. Jak spisywanie w formie teatrzyku absurdu różnych scenek z życia urzędu, które potem czytała Ali na głos i zaśmiewały się do łez.
Jak gorąca, długa kąpiel z gazetą, sokiem i Trzetrzelewską, którą sprezentowała sobie podczas pierwszych porozwodowych odwiedzin w domu. Wzięła wtedy w urzędzie parę dni urlopu, pojechała do Szczecina, nacieszyła się rodzicami i bratem, a gdy została zupełnie sama w mieszkaniu – nacieszyła się tą właśnie samotnością, której już jej trochę zaczynało brakować.

„Jeszcze jedną charakterystyczną cechą rzeczy trzecich jest to, że – przeważnie – robi się je w samotności. One nie są po to, by budować związki z ludźmi (choć przy okazji może im się to zdarzyć); one są po to, by człowiek pobył sam na sam ze sobą, tak zwyczajnie, po kumpelsku i bez zobowiązań (choć formy poważniejsze też się mogą zdarzyć, tak mimochodem, bo nie jest to prymarny cel rzeczy trzecich). Fakt, że do rzeczy trzecich nie potrzebuje się innych ludzi albo potrzebuje się ich w niewielkim stopniu, to coś niesamowitego. W świecie, w którym niemal wszystkie dziedziny życia nastawione są na komunikację interpersonalną, na ciągły kontakt z ludźmi oraz na tworzenie różnorodnych relacji, możliwość odcięcia się na chwilę od świata i spędzenia czasu tylko w swoim towarzystwie ma naprawdę olbrzymią wartość.
[ZAPŁAĆ RACHUNEK ZA WODĘ KUŹWA KUŹWA KUŹWA!!!]”

Tęsknota za samotnością, za możliwością przebywania sam na sam ze sobą z czasem stawała się coraz silniejsza. Ala była kochana i mieszkanie z nią okazało się świetną przygodą, ale po dwóch latach wypełnionych nadobecnością Tadeusza oraz po kolejnych miesiącach ciągle z kimś i kimś obok Agnieszka czuła coraz większą potrzebę znalezienia zupełnie własnego kąta, w którym byłaby tylko ona. Wraz z tym pragnieniem pojawiło się uczucie przesytu Jelenią Górą – uczucie z pewnością wywołane całą małżeńsko-rozwodową historią, pewnym niesmakiem, jakiego nabrała do tego miasta przez swego byłego teścia, a także zawodem związanym z pracą. Bo czuła, coraz wyraźniej czuła, że się wypala i traci serce do tego, co robi w Urzędzie Miasta. Po początkowym okresie nerwowego i całkiem interesującego wdrażania się w nowe obowiązki, a następnie krótkotrwałym poczuciu „wiem, co robię i dobrze to robię, i dobrze mi z tym, że to robię”, zaczął się spadek satysfakcji, narastające poczucie bezsensowności oraz wrażenie, że tkwi się w schemacie „od ósmej do szesnastej i jak najszybciej do domu”. Agnieszka przyłapywała się na tym, że ciągle spogląda na zegar, odlicza godziny do wyjścia, miarkuje robotę. Praca szła jej sprawnie, ale nie dawała przyjemności, więc gdy można było coś zrobić szybciej, ale nie było takiej konieczności – działała na zwolnionych obrotach. Po co miała marnować energię. Albo wysiadywać dupogodziny, jeśli skończyła coś szybciej i musiała dotrwać do końca dnia roboczego. Albo ryzykować, że spadnie na nią cudza robota, bo skoro wcześniej się uporała z czymś swoim, to może pomóc podgonić inną rzecz komuś, kto się nie wyrabia. Albo w ogóle się starać, gdy tak bardzo nie chciało jej się starać.
Do tego pieniądze były kiepskie, pensja z rzędu „po zapłaceniu za rachunki zostaje na waciki”. Miała dość wykonywania pracy, której już nie czuła, której coraz bardziej nie lubiła i za którą nawet nie mogła się normalnie utrzymać. Miała też dość siedzenia w mieście, które wypełnione było nieprzyjemnymi wspomnieniami i kojarzyło się głównie z kiepsko zagospodarowanymi dwoma latami. Miała absolutnie dość zapadania się, niczym w ruchome piaski, w schemat typowego Polaka, typowej Polki, która pracuje, bo musi, ale praca jest tylko przykrą koniecznością, a najszczęśliwszy moment w ciągu dnia to chwila, gdy można z tej pracy już wyjść.
Ja nie chcę tak żyć – myślała Agnieszka z rozpaczą, złością, nienawiścią, zwłaszcza w poniedziałki rano. – Ja nie chcę tkwić w tym do końca życia, nie chcę przez resztę swojego życia, przez osiem godzin dziennie, robić czegoś, co mnie już gówno obchodzi, daje gówniane pieniądze i ma się jak pięść do nosa do moich dawnych marzeń. Boże, ja nie chcę być typowym, przeciętnym, szarym Polakiem, który nie lubi swojej pracy i robi od-do, byle tylko dotrwać do szesnastej. Ja nie chcę, ja nie chcę, ja nie chcę żyć byle jak, byle tylko jakoś przeżyć!
Po kolejnym i kolejnym przegadaniu sprawy, i z mamą, i z Alą, postanowiła dać sobie czas. Na spokojnie, bez żadnych gwałtownych ruchów, decyzji, których potem będzie się żałować, a nie da się cofnąć. Potrzebowała pracy, a z pracą dla humanistów, zwłaszcza dla polonistów, było już na rynku kiepsko. Więc spokojnie. Jeszcze kilka miesięcy męczyła się w tym przeklętym urzędzie, ale jednocześnie zaczęła składać CV w różnych miejscach, przede wszystkim w Szczecinie i przede wszystkim w szkołach, bo tego jej właśnie brakowało – uczenia. Uświadomiła to sobie po serii warsztatów dla licealistów, które pomogła przygotować i przeprowadzić jednej ze znajomych. Brakowało jej tego, co tak fascynowało podczas praktyk i kiedyś zupełnie na poważnie kusiło jako droga zawodowa.
W końcu się udało. Znalazła pracę, w Szczecinie, w liceum numer siedem, co prawda tylko na pół etatu i na zastępstwo, ale za to od początku roku szkolnego i z możliwością zrobienia stażu. To była trudna decyzja – tu pewna już praca, pełnoetatowa, z umową na czas nieokreślony i z pewnością, że będzie, bo czego jak czego, mówili sobie z innymi pracownikami czasem w kuchni albo na korytarzu z kwaśnym uśmiechem, gdy pojawiała się jakaś wkurzająca sytuacja, ale Urząd Miasta będzie zawsze, razem z ZUS-em i Urzędem Skarbowym, tych trzech cholerstw nawet bomba atomowa nie ruszy. A tam – tam pół etatu, tylko na rok, niepewne później, problemy z godzinami na cały etat, i wszystko od nowa, i znów w domu z rodzicami, bo przecież za co wynajmie teraz mieszkanie czy nawet pokój, i w ogóle wszystko takie niepewne, w zawieszeniu, w prowizorce. I aż strach coś zmieniać.
Jednak zmieniła. Nie wytrzymałaby – wiedziała, że nie wytrzyma dłużej. Uznała, że może z dwojga złego lepiej żałować decyzji o zmianie, podjęciu ryzyka i niewygodach niż decyzji o wycofaniu się, przegapieniu możliwości, niewykorzystaniu szansy na coś innego.
Może po prostu tak już się dusiła w dotychczasowym trybie życia, że wykonałaby nawet najbardziej szaleńczy ruch, byle tylko coś zmienić. Więc zrezygnowała z pracy w Urzędzie Miejskim, wyjechała do Szczecina, przyjęła te pół etatu w Siódemce, wprowadziła się do rodziców i postanowiła walczyć. O takie życie, z którego będzie zadowolona. O siebie, taką, jaką chciała szanować. O swoje marzenia, które musiała na nowo znaleźć, odzyskać, znów nauczyć się realizować.
O to wszystko, dla czego się rozwiodła.
Zniknęła Jelenia Góra, zniknęła Agnieszka Brzeska, zniknęła urzędniczka z Urzędu Miasta. Do Szczecina wróciła, jako polonistka na stażu, Agnieszka Wisłok-Karecka – i pomyśleć, że kiedyś denerwowało ją to podwójne nazwisko, z którego w podstawówce czy liceum niektórzy podkpiwali słowami „Aga, kiedy wyszłaś za mąż?”. Teraz to był jeden z wyraźnych sygnałów odzyskanej siebie – panieńskie nazwisko, jej nazwisko, z którym się urodziła, które widniało na wszystkich świadectwach i dyplomach, które było po prostu jej. Właściwie to nawet lepiej, że jeleniogórsko-małżeńską porażkę przebyła pod cudzym nazwiskiem, przyszła jej parę razy do głowy komiczna myśl, przynajmniej z własnym może zacząć od nowa.
Wkrótce po podjęciu pracy w liceum Agnieszka się zakochała. Błyskawicznie, na zabój i na dobre.
Uczenie było miłością jej życia, jak sobie uświadomiła – jak sobie uświadamiała podczas kolejnych lekcji, przerw, wywiadówek, sprawdzania prac klasowych, rozmów z uczniami. To było właśnie to coś, czego potrzebowała, aby w pełni oddychać.
Jestem urodzonym belfrem. Urodzoną belfrzycą – poprawiła się. – Ja chcę to robić do końca życia i jeden dzień dłużej!
Zaczęła więc belfersko szaleć – zwłaszcza po pierwszym roku, gdy zrobiła staż i w innym liceum dostała pełny etat. Do siódemki wróciła po macierzyńskim nauczycielka, którą Agnieszka zastępowała, więc ze swoimi pierwszymi klasami musiała się pożegnać – bardzo trudno się je zostawiało – ale na szczęście nowa szkoła wynagrodziła utratę poprzedniej. Najśmieszniejsze, że Agnieszka wróciła na stare śmieci – do jedynki.
Jak inaczej, a jednocześnie tak samo wszystko wyglądało! Jak się dziwnie chodziło po korytarzach własnego ogólniaka, w którym kiedyś szalało się jako postrzelona nastolatka, a teraz... należałoby powiedzieć: szło się statecznym krokiem dojrzałej kobiety, tylko że to bzdura, więc Agnieszka mówiła szczerze: a teraz szalało się jako postrzelona dwudziestoparolatka, nauczycielka, polonistka, wychowawczyni, człowiek, który odnalazł swoje miejsce.
Jasne, były negatywne strony: nerwy, kwestie finansowe, nudne obowiązki – z papierologią na czele – jednym słowem, normalne cienie, obecne w każdej pracy. Ale przede wszystkim, przede wszystkim – sama ta praca! Lekcje, dyskusje, omawianie książek, wymyślanie przebiegłych sposobów, by zmusić uczniów do czytania, lekcje wychowawcze i wszelkie kontrowersyjne tematy, jakie tylko udało się wygrzebać, gazetka szkolna, którą Agnieszka przejęła po zniechęconej koleżance i w ciągu roku przerobiła na szkolny blog, całkiem popularny i lubiany przez licealistów, koło pisarskie, które założyła, koło genderowe, które też chciała założyć, ale tu część nauczycieli, z księdzem na czele, zaczęła kręcić nosem, więc Agnieszka się wkurzyła i zaproponowała zainteresowanym uczniom: pogadam z ludźmi na uniwerku i tam coś wykombinujemy, tak żebyście mogli chodzić, słuchać i rozmawiać, a żeby nikt się od nas nie mógł przyczepić. W ten sposób Agnieszka przypuściła szturm na Wydział Filologiczny.
Zanim go jednak przypuściła, poukładała samą siebie – tak naprawdę, porządnie i w pełni świadomie. Musiała, inaczej ani koła genderowego, ani wielu innych rzeczy w ogóle nie dałoby się stworzyć.
Poukładała przede wszystkim własną codzienność i siebie jako singla. To słowo, które ją kiedyś trochę śmieszyło, a trochę drażniło, bo wydawało się dorabianiem ideologii do faktu, że ktoś akurat nie ma faceta lub dzieci – teraz nabrało sensu i smaku. Bycie singlem okazało się zupełnie innym stanem świadomości niż bycie „akurat przejściowo bez partnera”. Nie oznaczało to zakazu odczuwania chęci bycia z kimś ani samego bycia z kimś; oznaczało po prostu pełną akceptację siebie jako siebie, jako jednostki pełnej – nie żadnej „połówki czekającej na drugą połówkę” – która może przebywać tylko w swoim towarzystwie i nie zmaga się wtedy z atakami paniki „ojej, ojej, nikt mnie nie chce, nikogo nie mam, co to ze mną będzie”.
W pierwszym roku po powrocie do Szczecina poznała pewnego faceta. Dobrze się z nim rozmawiało, spędzało czas, uprawiało seks i żartowało. Dobrze, i Agnieszka w gruncie rzeczy mogłaby powiedzieć, że jest zauroczona, może nawet zakochana – ale przede wszystkim, jak doszła w pewnej chwili do wniosku, była zmęczona: zmęczona cudzą tego rodzaju obecnością w swoim życiu, przyduszona poczuciem uparowienia, podirytowana koniecznością uwzględniania ciągle i ciągle innej osoby podczas planowania swoich dni. Miała też chwilami wrażenie, że zaczyna wchodzić w stare wzorce, schematy, koleiny bycia razem. Zdziwione pytanie „Tak sama na tę wystawę poszłaś?”, które usłyszała raz od swojego ówczesnego chłopaka, podziałało jak płachta na byka. No doprawdy, jakby potrzebowała dowodu na własne istnienie w postaci kogoś obok podczas wyjścia do muzeum...
Zerwała z nim po jakimś czasie. Nie była nawet zła, była po prostu zmęczona – i tęskniła: do samotności, do całkowicie autonomicznego zarządzania własnym czasem, do przebywania w licznym i różnorodnym towarzystwie, a nie tylko „we dwoje, jedynie my razem”. Tęskniła do samej świadomości bycia solo. Chwilami miała wrażenie, że będąc z kimś, jest zaledwie w połowie sobą i w połowie ze sobą – samotnie zaś jest sobą i ze sobą w pełni. W gruncie rzeczy nie było to bardziej paradoksalne niż zakładanie, że dopiero we dwoje jest się całością.
Życie singla, jak najzwyczajniej w świecie odkryła, miało wiele niesamowitych i pociągających uroków. Przede wszystkim kontakt z własnymi potrzebami, marzeniami i pomysłami okazywał się niezwykle intensywny. Poczucie niezależności  i swobody upajało. Możliwość podjęcia w każdej chwili jakiegoś zobowiązania, które ją zainteresowało, smakowała wspaniale. A wieczory sam na sam ze sobą służyły albo porządnemu detoksowi po całym dniu lub tygodniu napięć, pędu i ciężkiej roboty, albo banalnemu cieszeniu się z najdrobniejszych drobiazgów.
Polubiła swoje singielskie życie, ot i wszystko. Było jej dobrze, czuła się zadowolona. Przemyślała ten wybór i podjęła decyzję świadomie, spokojnie, bez żadnego, jak niektórzy jej sugerowali, „porozwodowego zacietrzewienia”. Nie, dlaczego miałaby być zacietrzewiona? Właśnie po rozwodzie potężne wewnętrzne zdenerwowanie i swoista agresja przeszły, minęły, zostawiły ją w spokoju. Teraz mogła podejmować decyzje nieobarczone nadmiarem złych emocji. Zwyczajnie uznała, że obecnie nie ma ochoty z nikim być; trudno powiedzieć, czy nie ma ochoty na całe życie, niczego nie zakłada ostatecznie ani na „tak”, ani na „nie”, po prostu nie narzuca sobie czegoś, „bo inni”, nie przymusza się do życia, które jej nie odpowiada.
Później miała parę krótszych lub dłuższych romansów, ale od mężczyzn, z którymi się spotykała, nie chciała ani nie oczekiwała niczego poza miłą, dającą radość znajomością. To jej odpowiadało – i nie czuła się zobowiązana do tłumaczenia się z tego, opowiadania, przepraszania. Nawet nie miała zbytniej potrzeby szczegółowo tego analizować, sama czy z kimś – tak po prostu było i koniec. Przecież gdyby chciała koniecznie wyjść za mąż, pewnie nikt nie wymagałby od niej precyzyjnego rozłożenia tej potrzeby na części pierwsze...
Seks, traktowany jako przyjemność, którą można było sobie sprezentować bez dodatkowych zobowiązań, okazał się dobrze pasować do tego singielskiego życia – podobnie jak brak seksu. O tak, okazało się, że można przeżyć tygodnie, miesiące i dłużej bez seksu, bez randek, bez jakiegoś „sygnału męskiego zainteresowania”, jak to określała kiedyś babcia Agnieszki, i czuć się jak najbardziej kobiecą, atrakcyjną, zadowoloną z życia oraz pełną energii.
Zabawna sprawa, stwierdziła Agnieszka w pewnej chwili. Przez cały okres dorastania i początek dorosłości kobieta pędzi jak dzika za tym „sygnałem męskiego zainteresowania”, by nagle stwierdzić: ale heloł, mogę sobie spokojnie żyć bez tego i też jest fajnie. A czasami nawet fajniej. I, co najśmieszniejsze, niekiedy dopiero wtedy zaczyna się atak tego zainteresowania.
Może to zresztą nawet nie był atak zainteresowania, tylko to, że nawiązując nowe znajomości, nie miała już irytującej, a kiedyś przecież wręcz odruchowej, potrzeby zastanawiania się: „Pasuje na potencjalnego chłopaka czy nie?”. Przy czym większość tak „przykładanych próbnie” chłopaków czy mężczyzn wcale jej wtedy nie interesowała, po prostu czuła jakąś wewnętrzną konieczność sprawdzenia, czy aby przypadkiem nie pasuje i czy jest, a przynajmniej byłby, nią zainteresowany – jakby w ten sposób za każdym razem potwierdzała swoją atrakcyjność i wartość. Obecnie miała w nosie, czy ktoś jest nią zainteresowany jako kobietą, chciała tylko zainteresowania jako człowiek, koleżanka, współpracownica. Nie starała się wypaść jakoś szczególnie ładnie, szczególnie dowcipnie czy oryginalnie, jak niegdyś, zwłaszcza w liceum. Może właśnie dzięki obecnemu uczuciu całkowitej swobody w kontaktach z ludźmi, bez względu na ich płeć, wydawała się wielu osobom atrakcyjniejsza?
Nawet jeśli tak było i nawet jeśli w jakiś sposób komuś się podobała – albo nic z tym nie robiła, albo robiła tylko w odpowiadających jej granicach. Zdecydowanie zasmakowała w życiu singla i postanowiła żyć po prostu tak, jak ma ochotę, bez żadnych tłumaczeń, przeprosin i poczucia winy, że się nie wpasowuje.
Paru znajomych zadawało czasem pytania w stylu: „No ale jak, całe życie chcesz już być sama? A kto się będzie tobą na stare lata opiekował, kto pomagał, kto zmieniał pieluchy? Taka sama będziesz, bez nikogo?”. Agnieszka odpowiadała wtedy, że z doświadczenia wie już dobrze jedno: żyjąc z kimś w związku, nawet oficjalnie zalegalizowanym, można być tak samo osamotnionym, skazanym tylko na siebie i pozbawionym jakiegokolwiek, psychicznego czy fizycznego, wsparcia. A jeśli ma się z kimś wiązać tylko po to, by miał jej kto zmieniać pieluchy – to woli już teraz odkładać pieniądze i na starość albo zatrudnić opiekunkę, albo wynieść się do domu starców. Niemieckiego, bo tam są naprawdę dobre warunki. A rodzenie dziecka, dodawała z humorem, tylko po to, „by miał się niż kto zaopiekować na starość”, jest kompletną bzdurą: raz, że nigdy nie ma gwarancji, co z takiego dzieciaka wyrośnie, a dwa – tyle lat zachodu dla kilku chwil potencjalnego wsparcia na starość, której nawet nie wiadomo, czy się dożyje. Nie, ona dziękuje.
Gdy humor nie pomagał i rozmówca stawał się napastliwy, Agnieszka ucinała krótko: „Nie umrzesz za mnie, więc się odpieprz i nie próbuj mi mówić, jak mam żyć”. Ostatnie lata były dobrą szkołą twardego bronienia własnego zdania i uwolniły od dopadającej kiedyś obawy „a nuż kogoś urażę swoim poglądem?”. Nie przejmowała się już, czy kogoś „urażała”. Inni jakoś nie przejmowali się, czy ją urażają, bolą albo denerwują cudze uwagi – więc skoro ktoś się z nią nie patyczkował, nie widziała powodu, dla którego ona miałaby się troszczyć o odczucia wszystkich wokoło. Jeżeli ludzie uważali, że mają prawo do własnego zdania, własnych uczuć i swobodnego mówienia, co myślą – to ona też takie prawo miała. I skoro ludzie uważali, że mają prawo mieć w dupie, jak ona to odbiera – Agnieszka też miała prawo mieć w dupie, jak oni to odbierają.
W ten sposób może nie zawsze udawało się zawsze zachować dobrą atmosferę w kontaktach, ale za to udawało się zachować równowagę. A równowaga interesowała obecnie Agnieszkę o wiele bardziej niż dobra atmosfera.
Po pierwszym okresie ogarniania nowego życia przeniosła się od rodziców do wynajętej kawalerki. Wtedy w pełni poczuła, jak jej dobrze sam na sam ze sobą: rozkład dnia tak, jak sobie ustaliła, urządzenie mieszkania tak, jak sobie wymyśliła, domowa codzienność tak, jak jej odpowiadała, nawet wybór filmu do kolacji, muzyki lub ciszy do snu, miejsca w łazience dla doniczki z kaktusem – to wszystko było absolutnie jej. Dlaczego miała się z tego nie cieszyć? Skoro wolno jej było cieszyć się kiedyś ze wspólnego urządzania małżeńskiego mieszkania, to dlaczego nie miałoby jej być wolno cieszyć się teraz z urządzania mieszkania singla?
Singiel, lubiła to słowo. Była właśnie jak taki muzyczny singiel, jeden utwór na całej płycie: tak pełna, cała i kompletna, że mogła świetnie funkcjonować sama. Samotność jej zresztą nie przerażała; przerażało ją jedynie dwuosobowe osamotnienie.
Zaczęła zbierać wokół siebie grupę bliższych i dalszych znajomych. Lubiła ludzi i nadal chciała ich mieć w pobliżu – do wspólnych rozmów, spotkań, wygłupów, cieszenia się i smucenia. Byle zachować własną przestrzeń, nie zagubić granicy między sobą a innymi.
W ciągu tych pierwszych dwóch lat poukładała na nowo również swój stosunek do feminizmu. Gdyby miała ująć rzecz najprościej, musiałaby powiedzieć, że stała się orędowniczką słowa, które kiedyś bardzo ją śmieszyło.

„Powtórka z Woolf uświadomiła mi coś jeszcze – przy rzeczach trzecich, podobnie jak przy wielu kwestiach, różnica między męską i żeńską wersją problemu jest bardzo wyraźna i wiele mówiąca. Ujmując rzecz najprościej: tam, gdzie mężczyzna może liczyć na wybaczenie, zrozumienie, a nawet poszanowanie dla swoich rzeczy trzecich, tam kobieta liczyć na nic podobnego nie może albo może liczyć w znacznie mniejszym zakresie.
Tak, rzeczy trzecie podlegają ocenie płciowej. Niestety.
Łowienie ryb, grzebanie w jakimś starym sprzęcie (z mniej lub bardziej uzasadnionym zamiarem naprawy), siedzenie przy radiostacji, przerzucanie kanałów w telewizorze – te czynności, kojarzone (mniejsza, na ile stereotypowo) z mężczyznami, nie budzą ani protekcjonalnych uśmiechów, ani zdziwienia, ani oburzenia. Zbieranie znaczków, kapsli, popisy na deskorolce. To są wszystko uzasadnione sposoby odprężenia się po ciężkiej, odpowiedzialnej pracy. To takie męskie przecież, prawda.
Z jakiegoś powodu wydaje się to nawet brzmieć poważniej. Bo czymże jest oglądanie »Seksu w wielkim mieście« przy oglądaniu meczu piłkarskiego? Albo »babskie ploty« przy »męskich rozmowach”? Albo polowanie w antykwariatach na zabytkowe cukiernice przy sklejaniu modeli papierowych samolocików? Przecież widać, że te babskie to takie miałko-nijakie, a te męskie to takie fajno-poważne. Dlaczego? Bo babskie albo męskie, wiadomo. A dlaczego? A dlatego, i już.
Co więcej, na kobiecych rzeczach trzecich spoczywa nie tylko etykietka »mniej poważne / niepoważne«, lecz również swego rodzaju odium społeczne, wypływające z jakiegoś, wciąż tkwiącego w naszej kulturze, przekonania czy oczekiwania, że kobieta powinna poświęcać wszelki swój wolny czas partnerowi, dzieciom, rodzinie. W takiej sytuacji każda rzecz robiona nie dla innych, lecz dla siebie, i nie niezbędna do przeżycia, lecz wykonywana »tak sobie, bo lubię«, i jeszcze nie z partnerem i/lub z dziećmi, lecz tylko z samą sobą (ewentualnie z jakąś przyjaciółką) – każda taka (trzecia) rzecz staje się dowodem egoizmu, spychania rodziny na drugie miejsce i »wojującego feminizmu« (kto uwielbia to określenie tak samo jak ja, ręka w górę). Na szczęście wiele się w ostatnich dekadach, a zwłaszcza w ostatnich latach zmieniło, wiele się wciąż zmienia – jednak to odium wciąż unosi się gdzieś w powietrzu. Nawet jeśli nie jest artykułowane wyraźnie, trafia do kobiet pośrednio, w formie przekazów nie wprost, w postaci swoistych odczuć z serii »mam wrażenie, że nie wypada / wydaje mi się, że należy lub nie należy«. To chyba nawet gorsza sytuacja, bo z przekazem nadawanym wprost łatwiej dyskutować, łatwiej go merytorycznie skontrargumentować, łatwiej go od siebie odeprzeć. Z czymś, co przenika do naszej świadomości w sposób półświadomy, walczyć o wiele trudniej, ba – trudniej to sobie w ogóle uświadomić. To dlatego część czytelniczek mogła już parę akapitów wcześniej zastanawiać się: o czym ta kobieta pisze, przecież mamy dwudziesty pierwszy wiek, dwa tysiące dziesiąty rok, a nie połowę wieku dziewiętnastego!
To trochę jak z samym feminizmem – na pierwszy rzut oka: o co tu walczyć i się awanturować, przecież równouprawnienie, dwudziesty pierwszy wiek i żadnych ograniczeń. Dopiero po uważniejszym rozejrzeniu się: ups, szklany sufit. Ups, różnica wynagrodzeń. Ups, bardzo subtelne (o ile coś takiego może być »subtelne«) formy dyskryminacji: chce pani pracować w naszej firmie? Fajnie. A czy planuje pani w najbliższym dziesięcioleciu dziecko? Niefajnie. Nie, pani kolegi o to nie zapytamy, przecież jemu to w pracy nie zaszkodzi.
I, między dalszymi innymi – ups, damskie rzeczy trzecie sprawiają problem.
Wracając do klasycznego stwierdzenia »prywatne jest publiczne«, zaryzykowałabym wyciągnięcie kobiecego robienia rzeczy trzecich do rangi swoistego manifestu. Walczymy o własny pokój (tak, nadal, droga Virginio. Też mi przykro). Walczymy o równość na co dzień i od święta. Walczymy o prawo do robienia tego, czego robić nie musimy ani nie potrzebujemy, po prostu tak sobie chcemy. Bo na tym polega pełna wolność – na prawie do »robienia nawet niczego«”.

W liceum „feminizm” było nieraz słowem-straszakiem, którego się używało, by nieelegancko podsumować jakąś dziewczynę; chwytali się tego sposobu nie tylko chłopacy, dziewczyny też nie pozostawały bez winy. Poza tym „feminizm” śmieszył, no bo po co feminizm, mamy przecież równouprawnienie i co tam baby chciały, i wobec tego skąd wymaganie otwierania drzwi czy ustępowania gdzieś miejsca? A seksizm? Agnieszka nie była pewna, czy w jej liceum pojawiało się w ogóle słowo „seksizm”. Za to na pewno pojawiały się, ze strony kolegów, głupie żarty o kobietach i blondynkach; ze strony nauczycielek i nauczycieli natomiast dominowało ignorowanie pewnych tematów. Analizować genderowo lekturę? Nie, to jeszcze nie te czasy, w każdym razie nie w jej szkole, nie w jej klasie.
W domu sytuacja wyglądała inaczej, bo od matki dostawała wyraźny przekaz z serii „silna kobieta”, a ojciec zdecydowanie wpisywał się w to, co obecnie nazywała „feministyczną świadomością mężczyzny”. Nie było w domu podziałów na zajęcia „męskie” i „żeńskie” – i ona, i Darek musieli sprzątać własne pokoje, zmywać naczynia, wyrzucać śmieci, pomagać w kuchni. Chociaż nie, pewne delikatne rozdziały były – to z Darkiem tata grzebał przy samochodzie, to z mamą Agnieszka uczyła się szyć na maszynie. Wprawdzie Agnieszki nie interesowały samochody, a Darka – szycie, tylko, z drugiej strony, ile w tym było samodzielnego zainteresowania, a ile podświadomych etykietek „zajęcia męskie – zajęcia damskie”? Nie wiedziała. Z pewnością jednak nie czuła się nigdy spychana do jakiejś „babskiej” roli. Jej nauka, problemy, studia, marzenia, wybory – to wszystko było dla rodziców równie ważne, jak w przypadku Darka. Jej oblany pierwszy egzamin z prawa jazdy został skwitowany przez rodziców krótkim: „Musisz się jeszcze douczyć”; jedyną osobą, która wtedy rzuciła głupi żarcik o babach za kierownicą, był młodszy brat, ale reakcją na to była kpiąca uwaga  „Już ty nie bądź taki macho” i od mamy, i od ojca. Ślub, a potem rozwód nie wywołały w domu ani żadnych histerii szczęścia z serii „nasza córka w końcu wychodzi za mąż, złapała dobrą partię!”, ani rozpaczy w rodzaju „nasza córka się rozwiodła, zmarnowane życie!”. Agnieszka nie pomyślałaby nawet o możliwości takich reakcji, gdyby nie nasłuchała się wcześniej różnych, w tym wręcz niesamowitych, opowieści od niektórych rozwiedzionych koleżanek.
Do feminizmu musiała jednak dojrzeć, jak stwierdziła w pierwszym okresie po powrocie do Szczecina. Wtedy właśnie, gdy miała za sobą małżeńskie i okołomałżeńskie doświadczenia związane z rozdziałem na „męskie” i „kobiece”, gdy zaczęła niezbyt kanonicznie układać sobie nowe życie – zainteresowała się tą tematyką. Pewne podstawy teoretycznie zdobyła wcześniej, w czasie studiów, bo na polonistyce genderowa analiza literatury już się pojawiła i rozwijała, ale wtedy Agnieszka nie zwracała na gender studies zbytniej uwagi, nieraz zresztą taki kierunek badań wydawał jej się przesadą i szukaniem dziury w całym.

„Kobieta, która nie daje sobie prawa do robienia rzeczy trzecich, odziera samą siebie z prawa do własnej przestrzeni, własnego czasu i własnej niezależności. Kobieta, która robi rzeczy trzecie po cichu, w ukryciu i w napięciu, że zaraz ją ktoś przyłapie (a gdyby przyłapał, ma już gotową wymówkę wpisującą całe wydarzenie w rzeczy pierwsze lub drugie) – taka kobieta zachowuje się niczym paląca po kryjomu nastolatka. Wiem, że nie wolno, że rodzice zabronili, ale póki nikt nie widzi, to sobie zapalę. I szybko wywietrzę, żeby mamusia się nie złościła, a tatuś nie groził palcem.
Naprawdę wolna i dorosła – w psychicznym sensie, dorosła do roli dorosłego człowieka, który sam o sobie decyduje i sam o siebie dba, czasami nawet wbrew woli albo ku niezadowoleniu innych, niekiedy nawet bliskich ludzi – naprawdę wolna i dorosła jest kobieta, która swoje rzeczy trzecie robi z takim samym poczuciem prawa i pewności, z jakim robi rzeczy pierwsze i drugie. Kobieta, mężczyzna, po prostu człowiek, który bez obaw sygnalizuje: a teraz, drogi świecie i nawet ukochane osoby, spadajcie na trochę, bo chcę pobyć sam na sam ze sobą, obejrzeć głupi serial, pogrzebać w stercie kabli, napisać opowiadanie na blog, przemeblować książki na półkach, pouczyć się języka, który mi się absolutnie do niczego nie przyda, zapisać się na taniec brzucha, posiedzieć samotnie w kawiarni i spróbować wszystkich herbat po kolei, poleżeć na kanapie i powyobrażać sobie, że jestem Czarodziejką z Plutona (jak w podstawówce) albo porobić coś innego – taka kobieta, taki mężczyzna, taki człowiek jest wolny. Wolny, niezależny wewnętrznie (to przecież podstawa i kwintesencja niezależności) i szczęśliwy. Bo świadomość, że we własnym życiu ma się czas i miejsce na robienie rzeczy zupełnie zbędnych i tylko bezużytecznie przyjemnych – taka świadomość jest niesamowitą siłą.
O ten specyficzny »własny pokój« powinien dbać każdy, szczególnie jednak – kobiety. Przez wieki byłyśmy uczone, żeby rezygnować z własnych rzeczy trzecich, za to troszczyć się o rzeczy trzecie innych. Teraz, dla odmiany, zatroszczmy się o te swoje”.

Odgrzebała stare listy lektur, przejrzała w Internecie trochę stron o tematyce feministycznej; znalazła wtedy między innymi eFKę, Feminotekę; dowiedziała się o „Zadrze”, pierwszym polskim czasopiśmie feministycznym... i machina ruszyła.
Czytała zawzięcie, zaprenumerowała „Zadrę”, półki zapchała kupionymi i wypożyczonymi książkami, założyła folder na zakładki do feministyczno-genderowych stron w sieci. Zaczęła wprowadzać te zagadnienia na lekcjach wychowawczych, na polskim, na zajęciach dodatkowych. Potem, wraz z zainteresowanymi uczniami, próbowała założyć w szkole koło genderowe – ale ten projekt nie wypalił, za co przez długi czas patrzyła z niechęcią na kilka osób w pokoju nauczycielskim. Okazało się jednak, że szkolna porażka przyniosła więcej korzyści niż strat, bo właśnie wtedy Agnieszka postanowiła nawiązać kontakt ze swoją dawną uczelnią i poznała tam Agatę. No, oczywiście, poznała też sporo innych interesujących osób, z którymi się zakolegowała lub zaprzyjaźniła – ale Agata była wyjątkowa, a spotkanie z nią zaowocowało tak wieloma rzeczami, wydarzeniami i przeżyciami, że obecnie Agnieszka nie potrafiła sobie wyobrazić, jak mogłoby wyglądać jej życie bez Agaty.
Cala ta „historia z Agatą i o Agacie” zasługiwała wręcz na napisanie książki. Albo opowiadania. Albo chociaż postu na blog.
Ale to był projekt, do którego Agnieszka postanowiła wrócić po skończeniu artykułu do „Zadry”.

„Stałam się kolekcjonerką rzeczy trzecich, własnych i cudzych. Kupiłam sobie niedawno piękny notatnik A4, z kolorowymi kartkami, ładne pióro na naboje (przypomnienie pierwszych klas podstawówki, gdy na pisaniu długopisem ciążyło odium »psuje ładny charakter pisma«) i zaczęłam zapisywać rzeczy trzecie – na początku tylko te, które sama robię, potem także te, które robi moja rodzina, moje przyjaciółki i przyjaciele, znajome i znajomi, ostatnio również ludzie zupełnie obcy, z którymi gdzieś przypadkiem pogadam w autobusie, w kolejce w sklepie albo na ulicy. Rzeczy trzecie mnie otaczają – to wspaniałe uczucie. Rozważam założenie na Facebooku społeczności rzeczy trzecich.
(Korci mnie też namówienie innych autorek i stworzenie »Zadrowej listy rzeczy trzecich«, więc jeśli któraś czytelniczka byłaby zainteresowana dorzuceniem swoich – nomen omen – trzech groszy, to mailujcie).
[czy ten nawias zostawić? Może wrzucić do przypisu albo notki pod tekstem?]
Wśród moich rzeczy trzecich znajdują się między innymi: czytanie po raz enty Agathy Christie, szczególnie historii z panną Marple; prowadzenie blogu (feministycznego, a jakże); granie w RPG; ocenianie blogów na jednej z blogowych ocenialni; robienie sobie »babskich piątkowych wieczorów«; pisanie dziennika (takiego staroświeckiego, ręcznego, w wielkim zeszycie); bawienie się z psicą w łapanie ciasteczek; czytanie blogów z opowiadaniami; czytanie blogów z ocenami; czytanie blogów z analizami; jazda na rolkach; urządzanie babskich spędów domowych (albo pozadomowych); samotne spacery w deszczu; zapisywanie własnych i cudzych rzeczy trzecich w notesie.
Do wszystkich tych czynności idealnie pasuje pytanie: »po co ci to?« – i równie idealnie pasuje odpowiedź: po nic. Bo lubię. Tak sobie.
Żadnego przymusu. Żadnego planu. Żadnego poczucia winy, gdy nie, gdy coś innego, gdy nie tak i gdy tak. To fenomenalna relacja – rzeczy trzecie są i zawsze na ciebie czekają, gdy cię nie ma, nie mają pretensji, gdy jesteś, po prostu się cieszą. Bo jesteś. Ty, żadna inna.
To prawie jak mieć psa, tylko bez konieczności wyprowadzania i szczepienia.
(Na marginesie: mieć psa to rzecz druga, troszczyć się o wyprowadzanie i szczepienie psa – rzecz pierwsza. Ale bezsensowna zabawa w »kto pierwszy nakryje ręką / łapą ciasteczko« to tylko i wyłącznie rzecz trzecia. Dla obu stron).
[zostawić ten nawiasowy akapit?]
Higiena psychiczna, jaką dają rzeczy trzecie, jest jedyna w swoim rodzaju. Nie wolno z niej rezygnować; szczególnie – zaryzykuję to nieco szowinistyczne stwierdzenie z pełną świadomością i gotowością poniesienia za nie konsekwencji – szczególnie nie wolno rezygnować z niej kobietom, które nasza kultura wciąż jeszcze (i wciąż bardziej niż mężczyzn) popycha do rezygnowania z rzeczy trzecich, z własnego pokoju, z prawa do pogapienia się bezmyślnie w sufit, jeśli akurat taką mają ochotę.
Pogapmy się w sufit. Zachowajmy własny pokój. Róbmy rzeczy trzecie. I czytajmy Virginię Woolf, której esej boleśnie bardzo nie chce się zdezaktualizować.
[bibliografia do spisania, bleee]
[pokazać tekst Agacie i przegadać. Czy ton / styl może być?]”

W przedostatnim dniu lipca Agnieszka w swoim dzienniku z satysfakcją zanotowała, że w ramach rzeczy pierwszych zapłaciła za wodę i umówiła się do dentysty; w ramach rzeczy drugich skończyła pisać artykuł do „Zadry” i wysłała go Agacie do oceny; a w ramach rzeczy trzecich zjadła kilka kanapek z kremem czekoladowym, doczytała „Tajemniczego przeciwnika” Christie, pobawiła się z Finką szarpaczem i skomentowała na ulubionym livejournalu nowy fik slashujący Spocka z McCoyem. Jednym słowem – zadbała o rzeczy pierwsze, drugie i trzecie. O pierwsze – bo są niezbędne. O drugie – bo są ważne. O trzecie – bo są trzecie. Tak cudownie trzecie.
W następnym tygodniu, zachęcona przez Agatę, Agnieszka założyła na Facebooku grupę „Rzeczy trzecie”. Zainteresowanie stroną, liczba członków i intensywność lajków były powodem do szczerej radości. I do konieczności wprowadzenia drobnej poprawki w napisanym artykule.
Może spodoba Ci się także:

2 komentarze

  1. Cześć! Na Pomackamy ukazała się ocena twojego bloga, zapraszam!
    http://pomackamy.blogspot.no/2016/02/0098-musivumpl.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny tekst, bardzo miło się czytało :)

    http://owcewgorach.pl/ moją pasją!
    Pozdrawiam i zapraszam

    OdpowiedzUsuń

Ostrzeżenia / zachęcenia

Teksty zawierają treści przeznaczone dla dorosłych, związane z seksualnością, rozgrzebywaniem psychiki postaci oraz obsesyjną bibliopatią.
Tematyka: psychologia; humanistyka od strony naukowej, uczelnianej i codziennej; płeć i seksualność; LGBT; relacje homoseksualne, biseksualne i heteroseksualne; gender, queer i feminizm; Szczecin; eksperymenty z formą; historia i teoria literatury; bibliopatia i księgozbiory; pisanie; książki istniejące i nieistniejące.

Inspiracje

Z postmodernistycznego punktu widzenia celem nie jest już integracja, synteza i całość. Uwaga skoncentrowana jest na drobinach.
Franklin R. Ankersmit, Historiografia i postmodernizm

Przyjemność to dostęp do wszystkich historii, wyznaczenie sobie – narratorce – takich warunków, które nie czekają na zatwierdzenie. Przyjemność pisania nie ma strażników i nie jest stanem raz na zawsze zdefiniowanym.
Inga Iwasiów, Gender dla średnio zaawansowanych

Pisanie o płci i seksualności to także bogaty projekt poznawczy.
Mieczysław Dąbrowski, Komparatystyka dyskursu. Dyskurs komparatystyki

Myślę, że fragment to forma najlepiej oddająca ową rzeczywistość w ruchu, jaką przeżywamy i jaką sami stanowimy. Bardziej niż zarodek fragment to zabłąkana cząstka określająca się tylko wobec innych części: jest niczym, jeśli nie pozostaje z nimi w pewnej relacji.
Octavio Paz (Ryszard Kapuściński, Lapidaria IV–VI

Relacje z życia nie są uporządkowaną opowieścią od narodzin do śmierci. To raczej przypadkowo zebrane fragmenty.
William S. Burroughs (Ryszard Kapuściński, Lapidaria IV–VI)

Porządek, w jakim wiersz został wydrukowany, nie zawsze odpowiada temu, w jakim był pisany; nie ma to jednak znaczenia, bo każda formuła jest jedną z wielu ewentualnych kombinacji tych układów [...] każda jednostka musi być zdolna do odpowiedniego przyjęcia poprzedniej (którą może być, oczywiście, którakolwiek z pozostałych) oraz do przekazania pałeczki następnej (patrz wyżej).
Julio Cortázar, Poezja kombinatoryczna

Moment istotny polega przecież na formie.
Immanuel Kant, Krytyka władzy sądzenia

Prawa autorskie

Wszystkie zamieszczone na „Musivum” teksty są oryginalną twórczością autorki i jako takie objęte są prawami autorskimi.
Nagłówek Zdjęcia.biz. Obsługiwane przez usługę Blogger.
Blogger template made by manvspixel with Paix Graphic logo