środa, 4 listopada 2015, 20:13


No i jest – pierwszy tekst na własnej domenie!
Ale najpierw dwie inne sprawy, A i B.

Sprawa A: „Sojusz” Jettee powrócił do żywych! (I przeniósł się na Wordpress, gdzie wygląda świetnie). Po paru latach zawieszenia znów zobaczyć „Sojusz” w akcji i mieć nadzieję na poznanie dalszych wydarzeń to wspaniała wiadomość. Wszyscy, którzy już kiedyś czytali tę historię, z pewnością świetnie mnie rozumieją, a ci, którzy nie czytali – niech natychmiast przeczytają, to zrozumieją. Gorąco polecam!

Sprawa B: dedykacje. Bo ten rozdział też ma rozbudowany zestaw.
Pierwsza dedykacja jest dla Hellen Dust. Jeszcze raz ogromnie, ogromnie Ci dziękuję za pomoc (czytajcie: odwalenie całej czarnej roboty) przy przenoszeniu domeny i cierpliwość do moich panikarskich maili „czemu to jeszcze nie działa, czy to się nie zepsuło na amen?!”.
A druga dedykacja tego rozdziału jest dla wszystkich, którzy go skomentują! (Tak, to taki cwany chwyt marketingowy. Zaczął się listopad, listopad jest dla mnie zawsze bardzo trudny i często dość smutny, więc postanowiłam się upomnieć o dopieszczenie autorskiego ego, o).
(A jeśli moje ego jest za słabym argumentem, to przypomnę niewinnie, że Andrzej miał w poniedziałek urodziny. To z pewnością jest silny argument!)




„Potem kochałem się jeszcze parę razy. Nie wszystkie te miłości były na tyle atrakcyjne, by warto je wspominać. Ale każda zostawiała takie samo uczucie pustki i niepokoju. Że oczekiwanie nigdy się nie spełnia i że pragnieniami kierują złudzenia. Wstyd, że własne i cudze słowa tracą nagle wartość.
Wyobrażamy sobie, że istnieje ktoś, kto jest zdolny zaspokoić nasze tęsknoty. Ktoś, kogo wcześniej czy później spotkamy. Wyobrażamy sobie wiele rzeczy, które nigdy się nie spełniają”.
Stanisław Dygat, „Disneyland”



Chęć wyjaśnienia i ugruntowania naszej relacji dopadała mnie wielokrotnie, w tamtym okresie nie była już nawet chęcią, tylko potrzebą, taką palącą i dręczącą potrzebą. Parę razy się zbierałem, by zacząć rozmowę, i zawsze w ostatniej chwili wycofywałem się z tego zamiaru w panice. Obawiałem się, że Andrzej skwituje to śmiechem, złośliwą uwagą i zabraniem swoich rzeczy – albo stanowczym stwierdzeniem „To tylko seks, wypchaj się swoimi uczuciami”. Więc milczałem i czekałem na idealny moment, który oczywiście nie nadchodził.
Z idealnymi momentami jest tak, że im dłużej się na nie czeka, tym bardziej prawdopodobne nie tylko to, że nie nadejdą, ale i to, że w zastępstwie przyjdzie jakiś moment najbardziej z dupy wzięty. Ten mój taki był.
Na początku sierpnia wziąłem urlop, więc jeździliśmy wtedy za miasto znacznie częściej; było bardzo ciepło, mało ludzi na drogach, słońce, spokój i świeże powietrze, wcale nie żałowałem, że teoretycznie spędzałem to wolne w domu. Zwłaszcza że nie spędzałem sam. Andrzej, łasy na dalsze ćwiczenia za kierownicą, marudził bardzo mało i czysto dla zasady, żeby nie wypaść z rytmu. Niestety, tak mnie to wszystko rozbestwiło, że trochę przestałem kontrolować sytuację i w pewnym momencie nie dopatrzyłem czegoś w samochodzie. I tak jednego dnia dojechaliśmy wprawdzie do jakiegoś leśnego zakątka, ale zaraz po dojechaniu samochód zaczął rzęzić, po czym umilkł. Na dobre.
Nie było wtedy tych wszechobecnych komórek. Moja komórka służbowa, przypominająca miniczołg, miała kiepski zasięg, w lesie, co kiedyś sprawdziłem, zasięgu nie miała w ogóle. Zresztą i tak leżała w jednej z szuflad biurka, bo nie zabierałem jej ze sobą na te wycieczki. Ulicą, którą tu dotarliśmy, przejeżdżało pół samochodu na trzy godziny, zresztą do ulicy było daleko, bo zapędziłem się w to leśne ustronie aż do przesady.
Byliśmy udupieni.
Po zajrzeniu pod maskę podejrzewałem tyle, że to akumulator. Albo rozrusznik. Albo cewki zapłonowe. Albo jeszcze coś innego. Nie wiedziałem, co dokładnie i nie wiedziałem, co na to poradzić. Nigdy mnie specjalnie nie ciągnęło do samochodów, poza samą jazdą i prowadzeniem; wychodziłem z założenia, że po to tyram jak wół i zarabiam, żeby móc komuś zapłacić za użeranie się z moim autem. Andrzej wiedział tyle, co ja, jeśli nie mniej. I tak sobie staliśmy przez dłuższą chwilę, paląc papierosy i patrząc ponuro na podniesioną klapę maski, dwie samochodowe niedołęgi, które nie miały pojęcia, co zrobić.
W końcu zaczęliśmy pchać ten nieszczęsny samochód przez ten nieszczęsny las do tej nieszczęsnej ulicy. Trzeba było dopchać go gdzieś, gdzie byłaby szansa na znalezienie ludzi albo budki telefonicznej. Co prawda Andrzej na początku stwierdził, że można by tu, w lesie, zostawić samochód i albo coś łapać na drodze, albo szukać na piechotę telefonu czy czegoś innego, ale ponieważ obaj nie mieliśmy pojęcia, gdzie jesteśmy i czy zdołamy trafić z powrotem, a poza tym dwóch facetów na drodze z zepsutym samochodem wygląda mniej podejrzanie niż po prostu dwóch facetów na drodze, a poza tym zwyczajnie nie chciałem zostawiać samochodu na pastwę diabli wiedzą czego, w końcu po tym lesie mogły łazić jakieś dziki czy inne, nie mówiąc o nastoletnich bachorach, które lubią urywać cudze lusterka, wybijać cudze szyby i przebijać cudze opony – no, jednym słowem, z tych wszystkich powodów jednak pchaliśmy tego przeklętego grata, w jakiego w ciągu paru chwil zamienił się mój całkiem przyzwoity opel, pchaliśmy go, robiliśmy przerwę na papierosa albo coś do jedzenia czy picia, i pchaliśmy dalej. Wolno szło. Było gorąco, już wyszliśmy z tego najbardziej zacienionego kawałka i słońce prażyło nam prosto w plecy. Andrzej robił się coraz bardziej zły, domyślałem się tego po jego minie, po sposobie, w jaki ciskał na ziemię niedopalonego papierosa i po zniecierpliwionym, gniewnym westchnieniu, jakie z siebie wydawał, gdy zaczynaliśmy znów pchać. W końcu stracił nad sobą panowanie.
– Kurwa! – rzucił wściekle i się zatrzymał. – Czy ty nie potrafisz sprawdzić stanu własnego samochodu, zanim gdzieś mnie nim wywieziesz?
Przez chwilę łapałem oddech, wsparty dłońmi o maskę – pchaliśmy tyłem do przodu, bo nie daliśmy rady wykręcić; potem obszedłem samochód, wygrzebałem butelkę z wodą i przysiadłem na bagażniku. Andrzej stanął przede mną, zabrał butelkę, napił się, oddał, zapalił i zaatakował:
– Pytam, do ciężkiej cholery, czy nie potrafisz sprawdzić własnego samochodu? To twoje pieprzone obijanie się po największych zadupiach w województwie to nie tylko jakaś obsesja, ale i szczyt głupoty, skoro wcześniej nawet się nie wysilisz na dopilnowanie, czy ten cholerny gruchot będzie w stanie gdziekolwiek dojechać!
– Nie wściekaj się tak – poprosiłem zmęczonym głosem. – Teraz to już po ptakach, stało się i tyle. Trzeba jakoś dopchać go do drogi i potem coś zorganizować.
– Sam go sobie dalej pchaj – odparował Andrzej ze złością. – Ja już mam dosyć. Cholera jasna, najpierw zawracasz mi głowę i wyciągasz znowu na te zadupia, a potem fundujesz mi coś takiego.
Nie wytknąłem mu, że całkiem chętnie ze mną jeździł, zwłaszcza odkąd uczył się prowadzić. Nie wytknąłem mu, że w sumie też się mógł zainteresować, czy z samochodem wszystko w porządku. Nie wytknąłem mu, że jest młodszy, silniejszy i w lepszej kondycji, więc z nas dwóch to ja prędzej mógłbym mieć dosyć. Wytknąłem mu tylko to, co mnie rozbawiło:
– Sporo przeklinasz.
No tak, jak na swoje standardy, naklął się całkiem nieźle.
– Mam powody – odwarknął. – Może tobie się podoba to pchanie zdechłego samochodu przez pół lasu, ale mnie nie.
– Nie, nie podoba mi się – odpowiedziałem ze znużeniem. – Ale jest, jak jest. I nic ci na to nie poradzę. – Wyprostowałem się, wrzuciłem butelkę do samochodu i podszedłem do maski. Chwilę pchałem sam, potem Andrzej się dołączyć, już bez słowa, tylko z zaciśniętymi ze złości ustami. Przez jakiś czas jakoś szło, a potem się zrobiło naprawdę źle. Papierosy się skończyły.
Andrzej najpierw grzebał z niedowierzaniem w swojej paczce, potem w mojej, potem w samochodzie, potem jeszcze raz w swojej. Potem oparł się pośladkami o maskę, popatrzył przed siebie, pokręcił głową i mruknął:
– Kurwa... Teraz to już naprawdę szlag mnie trafi.
Widziałem, że te papierosy mocno go ruszyły, więc wsiadłem do samochodu, wygrzebałem zapasową paczkę, taką na naprawdę czarną czarną godzinę, przezornie schowaną pod fotelem kierowcy, i wróciłem do Andrzeja.
– Trzymaj – powiedziałem, wcisnąłem mu te pety w rękę i przymierzyłem się znów do pchania. – Staraj się palić w miarę oszczędnie, to zapas awaryjny, zostało zaledwie parę sztuk, więcej nie mam.
Chwycił paczkę chciwie, niczym wędrujący po pustyni ostatnią butelkę wody.
– A ty? – spytał po chwili, gdy już zapalił i z głębokim westchnieniem ulgi wypuścił pierwszy dym z ust.
– Ja sobie poradzę – skłamałem, choć też miałem ochotę znów zapalić. Nie chciałem jednak pozbawiać Andrzeja tytoniu, wiedziałem, że trochę go to uspokoi, złagodzi zły humor i zajmie myśli. – Możesz dmuchać dymem w moim kierunku, wystarczy mi.
Palił w milczeniu. Czekałem, aż skończy, przecież na dobrą sprawę nigdzie nam się nie spieszyło. Pięć minut w tę czy we w tę to żadna różnica.
Przyglądałem mu się i nie mogłem zapanować nad uśmiechem. No dobrze, zgoda, ugrzęźliśmy w środku lasu na jakimś zadupiu ze spieprzonym samochodem, czekało nas cholera wie ile pchania, a potem ile ganiania, żeby sprowadzić pomoc drogową; było gorąco, byliśmy zmęczeni, spoceni i mieliśmy ochotę to wszystko pieprznąć w diabły. I pety się kończyły. Ale byliśmy tam razem i jakaś głupio-sentymentalna część mnie miała ochotę po prostu gapić się na Andrzeja, gdy tak stał, wyprostowany, patrząc przed siebie, gdzieś w niebo czy oddalone drzewa, z jedną ręką w kieszeni, a drugą z papierosem co chwila unoszonym do ust. Więc się gapiłem. I jeszcze myślałem, że jednak zapytał, co z moją potrzebą palenia, zapytał tak kompletnie sam z siebie. Głupio-sentymentalna część mnie coraz bardziej się rozrastała.
– Co tak patrzysz? – spytał naraz Andrzej podejrzliwie.
– Kocham cię – palnąłem, zanim się zorientowałem, że to mówię.
Zapadła cisza.
Wreszcie Andrzej opuścił rękę z papierosem, uniósł brwi w wyrazie uprzejmego zdziwienia i zapytał kpiąco:
– Myślisz, że odrobina taniego sentymentalizmu na łonie natury sprawi, że ja się przestanę wściekać, a samochód zacznie działać? Nie chcę cię rozczarować, ale to jest rzeczywistość, a nie harlequin.
Wyprostowałem się; koniec końców, pchanie samochodu niezbyt pasowało do wyznawania miłości, więc nawet jeśli zacząłem w trak niefortunnych klimatach, teraz jeszcze można było nadrobić. No i było za późno, by się gryźć w język – a szczerze już żałowałem, że tego nie zrobiłem – więc trzeba było wziąć byka za rogi.
– Nie, Andrzej, mówię poważnie – odpowiedziałem spokojnie, chociaż czułem, jak żołądek ściska mi się i skręca, zupełnie jak kiedyś przed egzaminami, a potem w kilku szczególnie stresujących życiowych momentach. Przesunąłem palcami po masce, zmusiłem się, by znów na niego spojrzeć, i podjąłem: – Mówię poważnie i nie wyskakuję z tym na zasadzie „coś mi właśnie strzeliło do głowy, więc się podzielę”. Ja już to sobie przemyślałem i poukładałem, i to ładny kawał czasu temu. A uwierz, było co układać – dorzuciłem, żeby trochę rozładować sytuację. – Nie tak łatwo przyjąć do wiadomości fakt, że można się było zakochać w takim zarozumiałym, złośliwym i czepialskim egzemplarzu jak ty.
Nie zareagował. Nadal stał do mnie bokiem, palił i tylko patrzył, póki mówiłem. Potem rzucił niedopałek na ziemię, zgniótł butem – elegancik, cholera, przemknęło mi znów przez głowę, chętnie bym cię przegonił przez ten las, żebyś pozbierał wszystkie pety, które tu porozrzucały takie mądrale jak ty, no odezwij się wreszcie, ty cholerny smarkaczu, odezwij się, zamiast przeciągać tę przeklętą ciszę! – wsadził ręce w kieszenie spodni i gapił się gdzieś przed siebie. I dalej milczał. Podszedłem do niego, już nieźle wkurzony (i z coraz większym poczuciem własnego idiotyzmu oraz idiotyzmu całej sytuacji), chwyciłem go za podbródek i zmusiłem, by na mnie spojrzał.
– Słyszałeś, co do ciebie mówię? – spytałem tonem, który zdecydowanie nie pasował do miłosnych wyznań. Bliżej mi już zresztą było do awantury. Andrzej szarpnął się z irytacją, więc zabrałem dłoń, żeby nie prowokować ani jego, ani siebie. – Pytam, czy słyszałeś? – powtórzyłem nieco spokojniej.
Popatrzył jakoś dziwnie, nie umiałem wtedy tego określić. Z takim jakby absolutnym zaskoczeniem, kompletnym niezrozumieniem... obawą? Nie, to nie była obawa – to raczej przypominało minę dziecka, które nie ma zielonego pojęcia, czego się od niego wymaga. Czego, po co i dlaczego.
– O co ci chodzi? – odpowiedział wreszcie obronnym tonem. – No słyszałem, słyszałem, czego ty ode mnie chcesz?
Złość mi już kompletnie przeszła. Przesunąłem palcami po jego policzku, ale Andrzej znów odsunął twarz, tym razem mniej nerwowo.
– Chcę, żebyś wiedział – wyjaśniłem, nie komentując tego unikania prostej pieszczoty. Nie był pieszczotliwym typem, trudno. – I żebyś... no nie wiem, żebyś po prostu o tym pomyślał. O tym, że fajnie nam jest razem i że może być jeszcze fajniej. Zależy mi na tobie, lubię twoje towarzystwo, nawet te twoje liczne kanty lubię. I wiesz, ja poczekam – dorzuciłem łagodnie, bo przyszło mi do głowy, że może się poczuć przytłoczony. – Pomyśl o tym na spokojnie. OK? Ja nie oczekuję jakiejś twojej deklaracji tu i teraz, przetraw to sobie na spokojnie i swoim tempie. Zgoda?
Wzruszył ramionami, mruknął „Yhym” i odwrócił się do mnie plecami.
– Pchamy dalej tego grata? – zapytał ze zniecierpliwieniem, zupełnie jakby przed chwilą nic się nie wydarzyło. Pocałowałem go lekko w kark. Dzieciak.
– Pchamy – potwierdziłem, stanąłem po drugiej stronie maski i jeszcze na niego zerknąłem. – Powiedz, jak będziesz chciał zrobić przerwę na papierosa – dorzuciłem zachęcająco. Znów mruknął to swoje „Yhym”, nie zaszczycając mnie spojrzeniem. I zaczęliśmy znów pchać.
Akcja „wypchać samochód z głębi lasu, znaleźć telefon i wezwać pomoc” zeżarła nam cały dzień; do domu wróciliśmy koło jedenastej wieczorem, umęczeni, głodni i wkurzeni jak diabli, bo po drodze zdążyliśmy się jeszcze cztery razy pokłócić, nawrzucać sobie nawzajem – od starych, bezmyślnych i nieprzewidujących dziadów oraz zarozumiałych, egoistycznych i równie nieprzewidujących smarkaczy – a poza tym obu nas już nosiło z braku papierosów (tytoniowy zestaw awaryjny skończył się, zanim zaczął być naprawdę potrzebny). Gdy tylko weszliśmy do mieszkania, Andrzej wpakował się do kuchni w butach, chwycił paczkę i zapalił w takim pośpiechu, jakby już brakowało mu tlenu.
– Może byś zdjął te uświnione trepy – warknąłem. – I może byś też mi podał papierosy, nie jesteś sam na świecie.
Rzucił we mnie paczką i zaczął rozwiązywać buty. Zaciągnąłem się porządnie. Uspokajało.
– Muszę się napić – stwierdziłem po chwili. – To był koszmarny dzień.
– Który ty nam zafundowałeś – uzupełnił Andrzej uprzejmie.
– Nie zaczynaj – ostrzegłem. – Nie mam ochotę na powtórkę z rozrywki, ale jak nie wytrzymam, to obaj zafundujemy sobie historyczną awanturę. Ja jestem zmęczony i wkurwiony, ty jesteś zmęczony i wkurwiony, ja się napchałem tego pieprzonego samochodu jak dureń, ty się go napchałeś, ja cię zbluzgałem, ty mnie zbluzgałeś, bilans jest wyrównany. I koniec. Jasne?
Musiałem wyglądać na naprawdę rozwścieczonego, bo Andrzej nie podchwycił propozycji awantury. Może zresztą sam był na to zbyt zmęczony. Popatrzył na mnie tylko niechętnie, wzruszył ramionami i powiesił kurtkę na wieszaku.
– Idę się umyć – powiedział i poszedł do łazienki. – Jestem głodny – dorzucił przez ramię, zanim zamknął za sobą drzwi.
Miałem ochotę za nim krzyknąć, że nie mieszka tu sam i mógłby mi chociaż dać umyć ręce. I niech sam sobie robi jedzenie, ja też jestem głodny. I że po dzisiejszym dniu mam go cholernie i całkowicie dosyć.
Zamiast tego wszedłem do pokoju, wyciągnąłem z barku butelkę wina, przez chwilę kląłem, szukając korkociągu, wreszcie znalazłem, niemal wyrwałem korek z szyjki i nalałem sobie pełny kieliszek. Potem drugi. Potem odetchnąłem głęboko, poszedłem do kuchni, umyłem ręce nad zlewem i zacząłem robić coś do jedzenia. Miałem już trochę lepszy nastrój.
Humor poprawił mi się jeszcze bardziej, gdy Andrzej wyszedł z łazienki, w samym ręczniku owiniętym wokół bioder. No nie, nie miałem go całkowicie dosyć. W ogóle nie miałem go dosyć. Wkurzył mnie, fakt, ja jego w końcu też, dzień był po prostu parszywy i tyle. Ale dzień się kończył, już się skończył, a Andrzej dalej tu był. A do tego – powiedziałem mu. I nie zabił mnie śmiechem ani nie posłał do wszystkich diabłów. To był dobry znak, stwierdziłem, gdy po chwili wrócił z pokoju w moim szlafroku. Lubił go nosić, bo szlafrok był miękki i ciepły, tylko szkoda, że zawsze miał na niego ochotę akurat wtedy, gdy i ja miałem, więc nieraz się o to ścieraliśmy. Ale tego dnia machnąłem ręką – niech sobie nosi. Zresztą, skoro lubi zakładać moje rzeczy, to też dobry znak. Spytałem więc tylko, czy mu zimno, na co mruknął twierdząco i usiadł przy stole naprzeciwko mnie. Rzuciliśmy się na kanapki oraz gorącą herbatę jak wygłodzone zwierzęta. ­­­­­­­­Potem jeszcze zapaliliśmy, ja wypiłem trzeci kieliszek wina, Andrzej dwa, potem poszedłem się umyć, a gdy po prysznicu wszedłem cicho do pokoju, już spał. Ledwo się położyłem obok niego, też zasnąłem. Przespaliśmy prawie całą niedzielę, wstaliśmy chyba koło trzeciej po południu i przez resztę dnia snuliśmy się sennie po domu. Snujący się sennie Andrzej wyglądał dość pociesznie, zwłaszcza gdy rozkładał się leniwie na kanapie i przysypiał z książką na twarzy.

Przez jakiś czas nie wracaliśmy do tego, co się wydarzyło w lesie. Kolejne dni toczyły się dość zwyczajnie. Reszta mojego urlopu minęła na lenieniu się: wstawaliśmy późno, kładliśmy się późno i jedliśmy w dziwnych porach. Gdy urlop się skończył, znów trochę wyprostowaliśmy codzienny rytm: wstawałem rano, szykowałem się do pracy, robiłem śniadanie dla siebie i dla Andrzeja, Andrzej zwlekał się z łóżka dopiero wtedy, gdy dochodził go zapach kawy, fundowaliśmy sobie często dłuższy albo krótszy poranny seks, jedliśmy i szedłem do pracy. W pracy a to walczyłem z dostawą lub jej brakiem, a to ustalałem szczegóły z jednym klientem, a to finalizowałem umowę z drugim, a to traciłem już w zasadzie gotowy kontrakt z trzecim, a to łaziłem po targach i nawiązywałem kontakty, a to zamęczałem naszymi propozycjami potencjalnych klientów, a to siedziałem w stosie papierów i kląłem jak szewc na biurokrację. Andrzej w tym czasie wylegiwał się na kanapie lub w łóżku z książkami, czasem odkurzył, czasem pozmywał, czasem zrobił zakupy. Czasem podobno nawet gdzieś wyszedł – oczywiście sam. Gdy wracałem, robiłem obiad (chyba że w przypływie wyjątkowego humoru zrobił go już Andrzej), jedliśmy, on coś czytał, ja czytałem, oglądałem, słuchałem albo zwyczajnie nie robiłem nic, potem jakieś rzeczy domowe, potem jeszcze jakieś domowe rozrywki, a potem spać. Seks wskakiwał nam w różnych momentach, nie było tu żadnej rutyny ani przewidywalności. Poza porannym szybkim numerkiem nachodziła nas ochota zaraz po moim powrocie z pracy, pomiędzy czytaniem, sprzątaniem, odpoczywaniem i spaniem. Andrzej nieraz przerywał coś, co robiłem – zmywanie, przeglądanie gazety, zasypianie, rozmowę – bo akurat miał ochotę. Ja też mu nieraz przerywałem – czytanie albo pisanie, zwłaszcza że przy komputerze wyglądał cholernie seksownie, albo wkuwanie słówek z angielskiego, albo to wylegiwanie się w zamyśleniu na kanapie – bo akurat miałem ochotę. Nieraz spotykaliśmy się w połowie drogi – w przenośni i dosłownie, on doszedł do przedpokoju z pokoju, ja z kuchni, lądowaliśmy pomiędzy zapchanymi już po brzegi regałami i Andrzej robił wszystko, bym uznał, że te regały to nawet całkiem niezły punkt podparcia. Albo i całkiem beznadziejny, gdy lądowaliśmy na dywanie, jak na przykład wtedy, gdy ten napalony chłopak nie chciał poczekać chwilę, aż obaj ściągniemy porządnie spodnie.
– Mówiłem ci, że się wypieprzymy! – powiedziałem ze złością, gdy już leżeliśmy poobijani na podłodze. Andrzej wybuchnął śmiechem. Rozcierałem sobie kilka obolałych miejsc, a on dalej się śmiał; usiadł, objął ramionami ugięte kolana, pochylił głowę i śmiał się jak dzieciak. Nie wytrzymałem, też się roześmiałem. Potem wróciliśmy do właściwego zajęcia, już na dywanie, ale momentami jeszcze dopadał nas śmiech, tak jakby to naprawdę było niesamowicie zabawne.
Pomyślałem wtedy, że ten jego beztroski, szczery śmiech w moim towarzystwie to dobry sygnał. Ogromnie dobry sygnał. I mogę mieć nadzieję – ba, mogę mieć wręcz pewność – że to się uda. Bo to musiało się udać, byłem tego wówczas pewien.

Pod koniec sierpnia temat znów wypłynął – i znów z mojej winy, bo za którymś razem, gdy się skończyliśmy kochać, nie wytrzymałem i ponownie wyrwały mi się te słowa. Andrzej zrobił dziwną minę, zsunął się ze mnie, usiadł, zapalił papierosa i wpatrywał się gdzieś przed siebie bez słowa. Usiadłem obok. Był środek nocy, mieliśmy tylko włączoną małą lampkę przy łóżku. Chwilę tak milczeliśmy.
– Nie będę pytał, czy słyszałeś, co powiedziałem, bo słyszałeś – powiedziałem wreszcie. Nie odezwał się ani na mnie nie spojrzał. – Więc może byś mi w końcu coś odpowiedział?
Zaciągnął się jeszcze raz czy dwa.
– A co chcesz usłyszeć? – mruknął wreszcie. To nie brzmiało jak kpina czy irytacja, raczej jak... zmęczenie.
– Prawdę – oświadczyłem trochę wbrew sobie, bo chciałem nie jakąkolwiek prawdę, tylko prawdę, która będzie potwierdzeniem moich nadziei. – Andrzej... – podjąłem – powiedz mi może w ten sposób: co ty do mnie czujesz?
Znów się zaciągnął, wypuścił dym z ust, strzepnął popiół do popielniczki na szafce. Potem ugiął jedną nogę, oparł dłoń z papierosem o kolano, chwilę tak siedział, w końcu wzruszył ramionami.
– Seks jest fajny – odpowiedział powoli. – Można z tobą pogadać. Wkurzasz mnie tymi swoimi akcjami wychowawczymi, uszczęśliwianiem mnie na siłę tymi wycieczkami na zadupia i zawracaniem mi głowy o jakieś głupoty. Ale masz też pozytywne momenty, jak z samochodem i komputerem. – Zawahał się. – Nie wiem, w sumie chyba cię lubię. Zwykle, chyba że mnie wkurzysz. Cholera jasna, co ja ci mam powiedzieć? – zdenerwował się nagle i spojrzał na mnie ze złością. – Pieprzę się z tobą od dłuższego czasu, więc jest dobrze, i tyle, nie ma tu co dorabiać jakiejś filozofii. Nie wystarczy ci to?
– Nie – powiedziałem bardzo cicho. – Teraz to już za mało.
– No to ja ci na to nic nie poradzę – odparł Andrzej znów tym zmęczonym tonem i wrócił do palenia.
– Może ty po prostu potrzebujesz więcej czasu? – podsunąłem z nadzieją, bo to, co powiedział, zabolało, ale przecież była tam jakaś szansa, jakieś pole do dyskusji. Wierzyłem, że była, musiała być. Andrzej odwrócił się do mnie bokiem, zdusił papierosa w popielniczce i usiadł jak poprzednio, z obiema dłońmi splecionymi na kolanie.
– Czasu na co? – spytał.
– Na zastanowienie się. Żebyś sobie to wszystko na spokojnie przemyślał, poukładał. Żebyś... żebyś się zorientował, upewnił, że chcesz być w tym związku.
– W jakim związku? – prychnął, ale natychmiast zerknął na mnie kątem oka i dorzucił ugodowo: – Dobra, dobra, ty to nazywasz związkiem, w porządku. Ja jestem antyzwiązkowy – dodał tonem wyjaśnienia.
– Więc co, to między nami to nie jest dla ciebie związek? – podchwyciłem z irytacją. – Więc co to niby jest?
– Świetny seks – odpowiedział od razu.
– I nic więcej? – drążyłem. Popatrzył na mnie znów w ten dziwny, bezradny czy nieogarniający sytuacji sposób, i wzruszył ramionami. To też było jakieś takie bezradne, jakby przyznawał, że sam nie wie, nie umie określić. Przesunąłem dłonią po jego plecach. – Zastanów się – poprosiłem. – Może nam być razem naprawdę fajnie. Zastanów się, na spokojnie, bez żadnej presji, tyle, ile potrzebujesz. Ja poczekam – obiecałem, zaniepokojony przedłużającym się milczeniem i znów odwróconym wzrokiem. – Poważnie, poczekam, ile będzie trzeba. Zgoda? Andrzej, zgoda? – spytałem z naciskiem. W końcu pokiwał głową i mruknął potwierdzające „yhym” czy „mmm”, w każdym razie się zgodził. Objąłem go mocno, przyciągnąłem do siebie i pocałowałem w tył głowy. Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy tak bez słowa, aż wreszcie zsunął się na poduszkę, z krótkim „Spać mi się chce” przyciągnął skopaną wcześniej na podłogę kołdrę, odwrócił się do mnie plecami, okrył się i wyłączył lampkę.
Leżałem obok Andrzeja w kompletnej ciemności i przez dłuższy czas nie mogłem zasnąć. Słyszałem jego spokojny oddech – ale jakoś wydawało mi się, że też nie śpi. Chyba usnąłem pierwszy.

Miałem wrażenie, że seks stał się jeszcze lepszy. Nie wiem już teraz, na ile to było moje myślenie życzeniowe, na ile wynikało z tego, że kochałem się z nim już z „oficjalnym zapleczem” w postaci tych dwóch słów, które już dwa razy powiedziałem, a na ile rzeczywiście stał się lepszy; wtedy po prostu czułem, że tak jest i że wskoczyliśmy na jakiś wyższy poziom bliskości.
To wrażenie większej bliskości, nie tylko w łóżku, ale i takiej ogólnej, pogłębiło się na początku września, gdy Andrzej się zaszczepił przeciwko grypie. Jak się okazało, nie za dobrze znosił takie szczepienia – przez dwa dni je odchorowywał: bardzo dużo spał, źle się czuł i nie miał apetytu, poza tym trochę bolała go ręka. Skakałem wokół niego niczym troskliwa kwoka, jak to w którymś momencie z irytacją podsumował. Wyraźnie nie był zadowolony ani z własnego kiepskiego samopoczucia, ani z tego, że musi się zdać na czyjąś pomoc; z drugiej strony nie odmawiał, gdy coś proponowałem albo przygotowywałem.
– Można by pomyśleć, że jesteś obrażony, że ci pomagam – skomentowałem w pewnej chwili, gdy przyniosłem mu koc i herbatę, a on wyburczał „Dzięki” mało wdzięcznym tonem. Poprawił sobie poduszkę pod głową i mruknął, nie patrząc na mnie:
– Nie znoszę być od kogoś zależnym.
– To nie zależność, to zwykła pomoc – odpowiedziałem łagodnie i okryłem go porządnie. – Wiesz, ludzie tak robią. Pomagają sobie.
– Znowu akcja wychowawcza? – jęknął i spojrzał na mnie. – Słuchaj, daj mi dzisiaj spokój, dobrze? Czuję się, jakbym dostał czymś w głowę, muszę dziś i jutro to odespać, daj mi po prostu przez dwa dni spokój.
– Dobrze, dobrze – uspokoiłem go. – Już nic nie mówię, tylko nie rób takiej obrażonej miny, gdy chcę ci pomóc. Zawsze tak znosisz szczepienia? – dorzuciłem, by skierować rozmowę na inny temat. Andrzej powoli usiadł i wziął kubek, który mu podałem.
– Te na grypę – odpowiedział, gdy już wypił trochę herbaty. – Tak jakoś.
– To może nie powinieneś się szczepić? – podsunąłem. – Ja się na przykład nie szczepię.
– To jesteś głupi – skwitował krótko, stanowczo i jak na tak złe samopoczucie całkiem zdrowym tonem. Nawet gdy się kiepsko czuł, nie przestawał być sobą. Niestety.
Ale pomoc i opiekę jednak przyjął. Cieszyłem się z tego.

Którejś nocy, gdy skończyliśmy się kochać i leżeliśmy już obok siebie – w pokoju było zupełnie ciemno, ale za oknem mocno świecił księżyc, więc widzieliśmy się całkiem nieźle – objąłem go w pasie, pocałowałem w ucho i znów to powiedziałem. Andrzej przez chwilę milczał. Potem obrócił głowę w moją stronę, przygryzł usta, spojrzał w okno, spojrzał w sufit, a potem odezwał się bardzo cicho:
– Ja ciebie też...
Przyciągnąłem go do siebie. I znów się kochaliśmy – spokojnie, delikatnie, czule. Puścił mnie wtedy na górę – i pozwolił, żebym to właśnie ja był pierwszym i jedynym facetem, z którym zrobił to w takim rozkładzie sił. A po wszystkim znów powiedział, że mnie kocha. A potem...
– Masz wyjątkowo kretyńską minę – usłyszałem naraz i pełen kpiny głos wyrwał mnie z marzeń na jawie podczas śniadania. Andrzej patrzył ze złośliwym uśmiechem; na zmianę gryzł kanapkę i zaciągał się papierosem, z łokciami opartymi na stole. – Naprawdę – podjął. – Jak stereotypowa dziewiętnastowieczna pensjonarka, która wyobraża sobie rycerza na białym koniu. Albo jeszcze gorzej.
– Nie pal przy jedzeniu – odburknąłem ze złością. – I zdejmij łokcie ze stołu.
– Nie – odpowiedział uprzejmie. – Wracając do tematu, uwierz, dawno nie widziałem równie głupiej miny. Obserwowałem cię przez ładnych parę minut i w którymś momencie o mało nie zadławiłem się pomidorem, gdy zacząłeś się jakoś tak tragicznie-romantycznie wykrzywiać.
– Odwal się – zaproponowałem obrażonym tonem. Zepsuł mi cały klimat.
– Musiałem ci przerwać dla własnego bezpieczeństwa – dokończył z rozbawieniem. – Jeszcze kilka takich twoich min i udławiłbym się przy śniadaniu.
– Szkoda, że sobie języka nie przygryzłeś – syknąłem i w tamtej chwili szczerze mu tego życzyłem. Ale, niestety, niczego sobie nie przygryzł, za to najwyraźniej nieźle się bawił moim kosztem.
Ta wyobrażona scena powracała do mnie wiele razy – najczęściej późnym wieczorem albo w nocy, bo wtedy sytuacja wyjątkowo temu sprzyjała, a poza tym mogłem mieć pewność, że Andrzej, ten realny, a nie wyobrażeniowy, nie właduje mi się w sam środek pięknej sceny ze swoimi komentarzami. Wyobrażałem więc sobie moment jego wyznania; dochodziło do tego w różnych sytuacjach, w różny sposób, w różnych słowach, ale efekt był zawsze ten sam: Andrzej w końcu mówił, że mnie kocha, i potem żyliśmy długo i szczęśliwie, w każdym razie mieliśmy na to wielką szansę. Czasem mówił mi to w łóżku, czasem w kuchni, czasem w łazience, czasem poza mieszkaniem, czasem w samochodzie, gdy znów go gdzieś wywoziłem, gdy przystawaliśmy w lesie, gdy ćwiczyliśmy jazdę samochodem. Mówił mi to wprost, dookoła, sam z siebie albo przymuszony, czule, ze złością, ze zdziwieniem, z niepewnością, z niepokojem, z bezradnością, z pozorowaną kpiną.
Przerobiłem tę scenę chyba we wszystkich możliwych kombinacjach; w paru niemożliwych też, bo niekiedy prawdziwy charakter Andrzeja trochę mi się wymykał spod kontroli i skręcał w jakieś mało Andrzejowe koleiny (on i czułe wyznanie! On i zakłopotanie! On i uległe patrzenie w oczy! W tym ostatnim wypadku za dużo wypiłem przed snem i miałem już naprawdę głupawe pomysły). W każdym razie przerobiłem to w głowie na wszelkie możliwe strony, do niektórych wersji powracałem z wyjątkową przyjemnością, nad pewnymi pracowałem po kawałku, inne przychodziły natychmiast, gotowe od początku do końca. Takie wyobrażenia pomagały uzbroić się w cierpliwość, ale tej cierpliwości powoli zaczynało mi brakować – a może raczej coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to, na co czekam, w końcu i tak nastąpi i my rzeczywiście już jesteśmy razem w ten sposób, o który mi chodzi? Bo powoli zaczynałem się tak zachowywać.

Któregoś ranka, niedługo po tym szczepieniu, leżeliśmy nago na łóżku, obaj na boku; ja z głową przy łydkach Andrzeja, on z łokciem obok mojego uda i policzkiem podpartym na pięści. Trzymał stopy na poduszce i czasem trącał mnie palcami w głowę, głównie wtedy, gdy chciał papierosa albo zapalniczkę. Pomiędzy nami znajdowała się popielniczka, którą to przyciągałem do siebie, to pchałem do niego, z sugestywnym „ekhem”. Nic nie mówiliśmy, obaj jeszcze zbieraliśmy siły po dopiero co zakończonym cholernie dobrym seksie, była sobota czy niedziela, nigdzie się nie musiałem spieszyć, więc tak leżeliśmy, paląc i gapiąc się bez celu, Andrzej gdzieś w ścianę albo sufit, ja w okno albo na Andrzeja. Nagle coś mi przyszło do głowy.
– Jak cię nazywają koledzy? – spytałem pod wpływem impulsu. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
– A jak mnie mają nazywać? – odpowiedział pytaniem. – Normalnie.
– Normalnie, czyli „Andrzej”? – upewniłem się.
– Nie, „Zuzia” – mruknął ze zniecierpliwieniem i zgniótł resztkę papierosa w popielniczce. – O co ci znowu chodzi?
– Byłem ciekaw, czy ci jakoś zdrabniają imię – wyjaśniłem i podsunąłem mu paczkę, ale pokręcił głową. – Albo czy masz jakąś ksywkę.
Uniósł po swojemu brew.
– Nie wiem, o co ci chodzi, i nie wiem, czy chcę wiedzieć – oświadczył i położył się na plecach. – O czym tym razem będzie lekcja wychowawcza?
– O niczym, po prostu przyszło mi do głowy, że „Andrzej” to strasznie oficjalne, tak w każdej sytuacji – powiedziałem i sięgnąłem za głowę, by przytrzymać jego stopę. – Przestań mnie stukać i pukać, to denerwujące. Pomyślałem sobie po prostu, że wolałbym cię jakoś zdrabniać i może koledzy cię jakoś inaczej nazywają. Ale zapomniałem, że ty nie masz kolegów – dorzuciłem złośliwie. Nie skomentował, tylko szturchnął mnie drugą stopą. – Cholera jasna, przestań. Więc jak?
– Co „więc jak”? – spytał z rozbawieniem i spróbował się wyszarpnąć, ale trzymałem go mocno już za kostki. To nie była zbyt wygodna pozycja, bo ręce miałem wykręcone do tyłu, więc w końcu usiadłem i przyciągnąłem jego nogi do swojego biodra.
– Jak by ci odpowiadało? – podjąłem. – „Andrzejek” to w sumie kiepski pomysł, bo jeszcze dłuższe, ale nawet fajnie brzmi.
– Zapomnij – mruknął.
– Jędrek? – zaproponowałem.
– Tym bardziej zapomnij – warknął.
– A jak się do ciebie zwracają rodzice? – zaryzykowałem. Uniósł się na łokciach i popatrzył na mnie ponuro.
– Peselem – burknął. – Odpieprz się w końcu od mojego imienia i przestań je przerabiać na jakieś kretyńskie formy. Remigiuszu – dorzucił złośliwym tonem.
– O właśnie, skoro przy tym jesteśmy – podchwyciłem, niezrażony jego fochami, i ułożyłem sobie poduszkę za plecami, by zagłówek łóżka nie wbijał mi się w łopatki. – Jeżeli ty się nie chcesz zdrabniać, to trudno, ale ja nie miałbym nic przeciwko, żebyś mówił do mnie czasem zdrobnieniem.
– Podobno nie lubisz swojego zdrobnienia – przypomniał Andrzej z krzywym uśmieszkiem.
– W twoim wykonaniu mogę polubić – odparowałem.
– Remek – powiedział pełnym niedowierzania głosem. – Remku. Odpada, umrę ze śmiechu. Ale... – Usiadł, skrzyżował nogi i pochylił się nieco do przodu, z rękami wspartymi o prześcieradło. – Skoro ci tak zależy... Migotku? – Próbował zachować pełen kpiny wyraz twarzy, ale nie wytrzymał i się roześmiał. Ja też. Potem przyłożyłem mu w głowę poduszką. Zgiął się w pół, zasłonił rękami, bo trzepnąłem go jeszcze parę razy, i śmialiśmy się dłuższą chwilę. W końcu Andrzej się wyprostował, wyrwał mi poduszkę z rąk i przez moment patrzyliśmy na siebie, z trudem zachowując powagę, po czym obaj ponownie parsknęliśmy śmiechem. – Masz jeszcze jakieś genialne propozycje? – spytał.
– Nie – odpowiedziałem dobitnie. – Oddawaj poduszkę.
Cisnął nią we mnie, opadł na plecy, wsunął ręce pod głowę i znów się krótko roześmiał. Gładziłem w milczeniu jego nogi. Miał dobry humor. Żartował ze mną. W jego złośliwości i kpinie było coś ciepłego, niewykluczającego, nieodpychającego, nieraniącego.
Byłem dobrej myśli. Bardzo dobrej.

No właśnie, może za dobrej. Może w pewnej chwili za bardzo przyspieszyłem, zacząłem za mocno naciskać, przekonany, że on już się zdecydował, opowiedział, wybrał, tylko jeszcze nie potrafi albo nie chce tego wyraźnie, głośno i jednoznacznie powiedzieć?
Z ręką na sercu muszę przyznać – teraz mogę to zrobić, teraz, gdy już jest za późno na łudzenie się i samooszukiwanie: starałem się wtedy nie widzieć sygnałów zaprzeczających mojemu przekonaniu, mojemu byciu dobrej myśli, mojemu zakładaniu, że sprawa jest już w gruncie rzeczy załatwiona, ustalona i pewna.
Nie zwracałem więc uwagi, gdy moje czulsze gesty, zwłaszcza po seksie, odpychał ze zniecierpliwionym „Znowu się kleisz”, „Daj mi spokój”, „Przestań się wiecznie do mnie przyklejać jak jakiś sentymentalny głupek”.
Nie zwracałem uwagi, gdy na moje próby porozmawiania o naszych uczuciach, o naszym związku, reagował albo milczeniem i miną „ignoruję cię, nie słucham, nikt tu niczego nie mówi, w każdym razie niczego wartego słuchania”, albo zirytowanym „Znowu ci się na gadanie zebrało?”, albo złośliwym „Jaki związek, jakie uczucia, my się pieprzymy i koniec tematu”.
Nie zwracałem uwagi, gdy próby dalszego pogłębiania tej relacji, próby dowiedzenia się o nim czegoś więcej, próby stworzenia większej wspólnej przestrzeni zbywał kpiną, znudzonym wyrazem twarzy albo obojętnym wzruszeniem ramion, takim „Nie rozumiem, o co ci chodzi, i nie chcę rozumieć”.
Po prostu – nie zwracałem uwagi na nic, co przeczyłoby stwierdzeniu, że tak, jesteśmy razem lub mamy szansę lada moment być razem, tak na amen.
Oczywiście, te zaprzeczające sygnały nie pojawiały się ciągle i bez przerwy – to były momenty, chwile, wyskoki zdarzające się co jakiś czas. Ale pojawiały się. I nie potrafię porządnie określić, jak często, jaki był procentowy stosunek tych sygnałów negatywnych do tych sygnałów pozytywnych, które budziły moją nadzieję, pozytywne wrażenia, przekonanie o wygraniu całej sprawy. Nie potrafię tego określić, zwyczajnie nie potrafię, tak dobrze tego wtedy nie widziałem, że teraz nie jestem w stanie uchwycić wyraźnych, konkretnych i umiejscowionych w czasie momentów, gdy Andrzej wysyłał przekazy na „nie”. Zdecydowanie mogę wskazać zaledwie parę takich chwil, reszta tonie w mroku tego mojego autowypierania. Wiem, że to było – po jego odejściu musiałem przecież wreszcie się przyznać do tego sam przed sobą – ale nie wiem, gdzie, ile razy i jak dokładnie. Taki się okazałem świetny w wybiórczym postrzeganiu faktów.

O, gdy zaczął się rok akademicki i Andrzej był po pierwszych zajęciach, nie chciał o nich nic opowiedzieć. „Odwal się, to są moje sprawy” – uraczył mnie wtedy poirytowanym wyjaśnieniem. Zaczęliśmy się kłócić, właściwie to ja się zacząłem kłócić, a on tylko ostentacyjnie mnie nie słuchał i jeszcze bardziej tym podjudzał.
Na początku października pojechał raz do domu. Po powrocie też odmówił opowiedzenia czegokolwiek i uraczył mnie starym „to moja sprawa”.
Jakoś nieco później chciałem go poznać z moim dobrym przyjacielem, który właśnie przyjechał do Szczecina – spotkaliśmy się przypadkiem gdzieś na mieście i radości było co niemiara, zwłaszcza że Włodek wrócił tu na dobre, z żoną i córką, i chciał, abym się z nimi jak najszybciej spotkał. Włodek był jedną z bardzo niewielu osób, którym powiedziałem o swojej orientacji (w zasadzie nieopatrznie mi się to przy nim wymsknęło, lata temu, gdy raz z jakiegoś powodu urżnęliśmy się przyjacielsko w trzy dupy; świetnie się zachował, oczywiście kiedy już wytrzeźwieliśmy, bo gdy byliśmy narąbani, przyjął to do wiadomości z podejrzanie uważną miną, a potem się porzygał na dywan. Ja też. Miks alkoholi, który dopiero co skończyliśmy sobie wtedy serwować, okazał się dla naszych żołądków morderczy).  W każdym razie wiedział o mnie, nie miał z tym problemów i dlatego chciałem mu przedstawić mojego chłopaka, tak jak on chciał mi przedstawić swoją żonę.
Andrzej po wysłuchaniu całej historii popatrzył na mnie w ten swój antypatyczny sposób i oświadczył krótko:
– Miłego spotkania w trójkę. Ja się nigdzie nie wybieram.
– Dlaczego? – zapytałem ze zdumieniem. – To naprawdę świetny facet, sam zobaczysz, jak się z nim dobrze ga...
– Niczego nie zobaczę, bo nigdzie nie idę – przerwał. – I koniec.
– O co ci chodzi? – zirytowałem się. Andrzej siedział na podłodze, na tym poplamionym dywanie, otoczony stertą pomieszanych kserówek, które właśnie rozdzielał na poszczególne artykuły. Usiadłem naprzeciwko niego, przytrzymałem jego ręce z papierzyskami i powtórzyłem: – O co ci chodzi? Co ci przeszkadza poznać jakichś moich przyjaciół?
Rzucił mi mało sympatyczne spojrzenie znad segregowanych materiałów.
– Bo nie – odpowiedział zimno. – Nie interesują mnie twoi znajomi i nie mam ochoty ich poznawać. Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?
– Tak, trudno – warknąłem, mocno już rozdrażniony. – Do ciężkiej cholery, Andrzej, przy tobie naprawdę człowieka może szlag trafić. Dlaczego nie chcesz?
– Bo nie chcę – odparował ze złością i cisnął plikiem kartek o dywan. – Daj mi wreszcie spokój z tymi swoimi krewnymi i znajomymi Królika, dobrze? Mam gdzieś twoich przyjaciół i zaplecze, nie chcę ich poznawać i koniec.
– Czy ty nie rozumiesz, że skoro jesteśmy razem, to trochę musimy wzajemnie poznać swoje otoczenie? – wyjaśniłem nieco łagodniej. Andrzej popatrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, a potem parsknął krótkim, nieprzyjemnym śmiechem.
– Ale my nie jesteśmy razem – odezwał się tonem wyraźnie parodiującym mój. – My się pieprzymy. I to jest wszystko. I to nie jest żaden powód do „wzajemnego poznawania swojego otoczenia”. – Teraz to już nie była kpina, to była jadowita złośliwość.
Przez moment wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem i czułem, jak mnie coraz bardziej szlag trafia. Andrzej przez parę minut składał te swoje kserówki z pozorną obojętnością, potem zerknął na mnie i mruknął: „Wyglądasz, jakbyś miał zaraz dostać apopleksji”. Wstałem bez słowa. Przez resztę dnia nie odzywałem się do niego. Tak mnie wkurzył, że wieczorem położyłem się na kanapie.
Andrzejowi chyba było trochę głupio – a może to tylko było tylko moje pobożne życzenie, ale jednak przez całe popołudnie z niczym nie wyskakiwał, siedział z nosem w kserach i książkach, przy jedzeniu też nie prowokował pyskówek. Za to wieczorem nie wytrzymał: ledwo naciągnąłem na siebie koc, wygrzebał się z łóżka, podszedł do kanapy i spytał zaczepnie:
– Będziesz teraz odgrywał wielką scenę obrazy jak z telenoweli?
– Idź spać – odburknąłem, nie patrząc na niego.
– Czyli będziesz – mruknął raczej do siebie. – Komiczny jesteś, zdajesz sobie z tego sprawę? I dziecinny.
– Za to ty jesteś ucieleśnieniem dorosłości – odciąłem się.
– Nie – mruknął Andrzej i usiadł mi okrakiem na udach. – Ja jestem ucieleśnieniem tego, o czym marzysz w łóżku. No już, nie zgrywaj się na wielce obrażonego, mam ochotę.
– Pocałuj się w dupę – warknąłem i odepchnąłem go trochę, gdy się nade mną pochylił.
– Myślałem, że ty masz ochotę to zrobić – roześmiał się cicho. A potem był cholernie przekonujący. Ale poznania moich przyjaciół nadal odmawiał.

Dwa czy trzy razy poszliśmy razem do kina, potem gdzieś na piwo. Niezbyt się palił do tych wspólnych wyjść, jeśli już, to wolał iść sam. Czasami dopadało mnie nieprzyjemne podejrzenie, że może ma kogoś gdzieś na boku, ale gdy go o to w końcu zapytałem wprost, wyśmiał mnie.
– Gdybym chciał się przespać z innym facetem, to po prostu bym się przespał i nie zapomniał ci się pochwalić – odpowiedział kpiąco. – Nie bawiłbym się w jakieś udawanie i zacieranie za sobą śladów. Jeżeli akurat chwilowo sypiam tylko z tobą, to widocznie mi to chwilowo odpowiada, ale w żaden sposób nie poczuwam się do ograniczeń. I nie miałbym żadnych wyrzutów sumienia, zapewniam cię.
– Miło z twojej strony – burknąłem, bardziej zdenerwowany niż uspokojony tym oświadczeniem. Pocieszało mnie tylko, że „chwilowo” trwało już u Andrzeja ładnych parę miesięcy. To jednak coś znaczyło – przynajmniej w moim przekonaniu.
Wypady do kina były średnio udane, bo Andrzej miał wkurzający zwyczaj komentowania półgłosem oglądanego filmu. W domu też tak robił, ale jakoś mniej mnie tym drażnił, może dlatego, że mogłem w każdej chwili zrobić głośniej, mniej lub bardziej dosadnie poprosić, żeby się zamknął, w ostateczności oglądać pod jego nieobecność. W kinie byłem skazany na Andrzejowe komentowanie. I na zirytowane spojrzenia i syknięcia innych widzów. Sam na niego syczałem chwilami, ale moje „Ciszej” i „Przymknij się” chyba tylko go nakręcały.
– Oglądanie z tobą filmu w kinie to czysty koszmar – powiedziałem mu ostro ostatnim razem, gdy włączono już światła. Staliśmy przy naszych fotelach i zakładaliśmy kurtki, ludzie wokół też się powoli ubierali i rozchodzili. – Wkurzałeś mnie tym swoim komentowaniem jak diabli.
– Mnie też – wtrąciła ze złością jakaś młoda kobieta z rzędu przed nami. – Cały film pan gadał, gdyby nie napisy, w ogóle bym nie wiedziała, o co chodzi. – Owinęła sobie szal wokół szyi, dorzuciła w moją stronę: – Bez obrazy, ale kiepsko pan wychował syna – i odeszła.
Przez chwilę patrzyłem za nią zbaraniały, potem spojrzałem na Andrzeja, który parsknął śmiechem.
– I co cię tak bawi? – warknąłem. – Zbieraj rzeczy, idziemy. – Wyminąłem go i ruszyłem w stronę wyjścia. Dopiero na placu przed kinem się zatrzymałem, by na niego poczekać, wyciągnąłem papierosy, a gdy Andrzej podszedł, zapaliliśmy wspólnie. Denerwowało mnie jego rozbawione spojrzenie, więc milczałem.
– Ładnie tu – odezwał się nagle. – Lubię to miejsce.
Fakt, plac przed „Kosmosem” był ładny, wyłożony równo jasną płytką chodnikową, z małymi klombami otoczonymi kolorowymi murkami. Kino też świetnie wyglądało – duży budynek z wielkimi drzwiami i oknami w ścianie frontowej. Już z daleka widziało się olbrzymią, kolorową mozaikę nad wejściem i czerwony napis „KOSMOS” jeszcze wyżej.
Też lubiłem kinowy plac, ale miałem w tamtym momencie zbyt kiepski humor, by odpowiedzieć. Andrzej strzepnął popiół do klombu – nie skomentowałem – znów na mnie spojrzał i zapytał kpiąco:
– Tak cię wkurzyło, że kiepsko wychowałeś syna?
Żachnąłem się. Ta uwaga wyprowadziła mnie z równowagi, bo dotąd nie pomyślałem, że można nas tak odebrać. Ja nie wyglądałem staro, on nie wyglądał smarkato. Ale, koniec końców, różnicę wieku – nawet jeśli nie dokładnie dwadzieścia lat – jednak było widać. I to mnie zaniepokoiło. Nie, mówiąc szczerze, przestraszyłem się. Przestraszyłem się, że on nagle pomyśli: „Facet, z którym sypiam, w zasadzie rzeczywiście mógłby być moim ojcem” – i się zniechęci. I odejdzie.
Podprądowe ciągoty Andrzeja znów dały o sobie znać – bo w odpowiedzi na mój rozdrażniony ruch głową podszedł blisko, znów się zaciągnął, dmuchnął mi dymem prosto w twarz i powiedział bardzo cicho:
– Nie histeryzuj. Łóżkowo masz świetną metrykę, to mi wystarcza.
Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Poczułem potwornie silną chęć, by go pocałować. Ale wszystko zepsuł, gdy uśmiechnął się kącikiem ust, odsunął nieco trzymanego w dwóch palcach papierosa i dodał:
– Przynajmniej na razie.
– W łóżku pogadamy o tym „na razie” – odszepnąłem, trochę pocieszony pierwszą uwagę, trochę zawiedziony drugą. Andrzej uniósł brew, tak jakby chciał powiedzieć „Zobaczymy”, zrobił parę kroków w tył i podniósł głowę.
– Co to ma w ogóle być? – mruknął bardziej do siebie niż do mnie. – Sceny z filmów?
Przyjrzałem się uważnie mozaice z frontu: obok siebie znajdowały się trzy lub cztery sceny, na których człekokształtne postacie robiły trudne do określenia rzeczy. Dominujące kolory, zielony, brązowy i żółty, kojarzyły mi się jakoś z ludami prymitywnymi.
–  Nie wiem –  przyznałem. –  Mnie to wygląda na coś na wzór rysunków w jaskiniach. O, tutaj chyba składają ofiarę albo coś ubijają – wskazałem na scenkę, która kończyła się pod literą „K”. Andrzej miał sceptyczną minę.
– Więc skąd okno? – mruknął, wskazując głową na środkowy obraz.
– To nie jest okno, to koło – zaprotestowałem bez przekonania.
– Okno – powtórzył i zaciągnął się po raz ostatni. – Zresztą to bez znaczenia. – Schylił się, zgniótł niedopałek na klombie i wrzucił do stojącego obok zielonego kosza na śmieci. – Idziemy na to piwo?
– Idziemy – zgodziłem się i pozbyłem się swojego papierosa. – Przy piwie na szczęście nie komentujesz wszystkiego jak w kinie.
– Film był beznadziejny – uświadomił mi, gdy ruszyliśmy w stronę przejścia dla pieszych.
– A twoje komentarze wkurzające – odpowiedziałem zgryźliwie. – Więcej nie idę z tobą do kina.
– Ostatnim razem też tak mówiłeś – stwierdził z rozbawieniem. – A potem znów mnie na siłę wyciągałeś.
– To był zdecydowanie ostatni raz – zapewniłem. – Ty się nie potrafisz ugryźć w kinie w język i dać ludziom oglądać.
Andrzej się oczywiście nie przejął moim narzekaniem. A ja nie miałem pojęcia, że to wyjście pod koniec października czy na początku listopada rzeczywiście będzie naszym ostatnim wspólnym wypadem do kina.
Zresztą tak samo nie miałem pojęcia, że trzy lata później to właśnie kino zostanie zamknięte, bo wygryzą je multipleksy. Przykro było przez kolejne lata patrzeć, jak budynek „Kosmosu” niszczeje. I odganiać pewne wspomnienia, które w umierających miejscach dopadają człowieka szczególnie chętnie.

Swoją drogą, nawet teraz, gdy wspominam te różne momenty, widzę jednak więcej sygnałów pozytywnych, na tak” i potwierdzających niż negatywnych, na „nie” i przeczących, że coś z tego wyjdzie. Czy ja nadal patrzę na całą sprawę wybiórczo? Nadal nie dostrzegam tego, czego dostrzegać nie chciałem? Nadal się łudzę, chociaż nie wiem, po co miałbym się łudzić po tylu latach?
Nie wydaje mi się. Naprawdę mi się nie wydaje. Tam była, tam musiała być duża szansa na to nasze „razem”. A ja musiałem gdzieś, kiedyś, jakoś popełnić błąd, zrobić fałszywy ruch, źle czymś pokierować. Tylko nadal nie wiem – gdzie, kiedy, jak. Nie wiem.

Może popełniłem błąd, gdy przebiegle doprowadziłem do spotkania z Włodkiem? Bo doprowadziłem. Zaprosiłem go po prostu wraz z żoną i córką do siebie, Andrzejowi niczego nie powiedziałem i gdy mój chłopak wrócił, mój przyjaciel ze swoją rodziną już tam siedzieli.
Magda, żona Włodka, była bardzo miła. Taka stereotypowa mała, drobna blondyneczka o niebieskich oczach, trudno było uwierzyć, że w rzeczywistości jest z niej twarda szefowa oddziału w banku. No, gdy się jej posłuchało, zaczynało się wierzyć – była konkretna, zdecydowana, ale też wesoła, miała fajne poczucie humoru i świetnie się z nią rozmawiało.
Włodek wyglądał przy niej jak duża beczułka. Sporo przytył, odkąd się ostatni raz widzieliśmy, włosy nieźle mu się przerzedziły i trochę posiwiały, ale tryskał energią, radością, gadał jak nakręcony i bez końca opowiadał o tym, jak będzie wyglądał ich dom, gdy go skończą remontować.
– Za sto lat – dorzuciła w którymś momencie Magda ze śmiechem. – Ale to będzie piękne sto lat.
Ich córka, Milka, czyli Emilka, miała jakieś sześć lat i była uroczym, pucołowatym, marchewkowym berbeciem. W ogóle bardziej przypominała ojca niż matkę, nie tylko kolorem włosów: miała usta Włodka, oczy Włodka i szczękę Włodka. Za to charakter i upór odziedziczyła po matce, jak twierdzili jej rodzice. Dowiodła tego, gdy pojawił się Andrzej.
Siedzieliśmy przy stole, z herbatami, kawami i ciastkami, gdy Andrzej wrócił. Ledwo usłyszałem szczęk klucza w zamku, wyskoczyłem do przedpokoju i zanim zdążył się rozejrzeć, zauważyć obce buty i kurki, zorientować się w sytuacji i dać nogę – wepchnąłem go do pokoju ze słowami „Mamy gości, poznajcie się, to jest mój przyjaciel Włodek, to jego żona Magda, a to jest mój chłopak Andrzej, a to jest Milka, a to jest drugi wujek”.
Andrzej podczas tej prezentacji stał sztywno, pewnie zbyt zaskoczony i zszokowany moją perfidią, by powiedzieć coś nieuprzejmego i zwiać. Potem – potem, podejrzewam, trochę w nim wygrało własne dobre mniemanie o sobie, bo zachował się dość uprzejmie, usiadł, zamienił parę słów z Włodkiem i Magdą, tylko na mnie nie patrzył. Ale nie był złośliwy, arogancki czy prowokujący. Chyba ciągle dochodził do siebie i przetrawiał sytuację. A może nie lubił dawać po sobie poznać, jak mocno coś go zdziwiło czy zaskoczyło? Albo był tak wściekły, że musiał z całych sił nad sobą panować, a najdrobniejsze popuszczenie nerwom wywołałoby z miejsca awanturę, którą planował uraczyć mnie po wyjściu gości? Zastanawiałem się nad tym, gdy piliśmy, jedliśmy i gadaliśmy, i nie mogłem go rozgryźć.
A potem Milce znudziło się układanie zestawu puzzli z „Czarodziejką z Księżyca”, które dostała ode mnie jako prezent przywitalny, więc zostawiła niedokończone układanki na podłodze, podeszła do stołu i skupiła swoje zainteresowanie na nowej osobie.
– Wujek – powiedziała do Andrzeja z bezczelnością, na jaką wobec rozjuszonych tygrysów mogą sobie pozwolić tylko dzieci i szaleńcy. – Na kolana. – Wyciągnęła ręce i patrzyła rozkazująco.
Andrzej wbił w nią pełne niedowierzania spojrzenie; wyglądał tak, jakby Milka zaproponowała mu zjedzenie morderczej dawki strychniny. Patrzyli przez chwilę na siebie, Milka z niecierpliwym oczekiwaniem, Andrzej z miną „zabierzcie to ode mnie”, Magda zaczęła interweniować, powiedziała córce, żeby wróciła do puzzli, żeby dała panu spokój, bo jest zmęczony... ale dziecko postawiło na swoim, wdrapało się Andrzejowi bezpardonowo na kolana i popatrzyło wokół z triumfem. Magda była zakłopotana, Włodek zadowolony, bo w jego przekonaniu wszyscy powinni się Milką zachwycać, ja z trudem się powstrzymałem przed wybuchnięciem śmiechem, a Andrzej patrzył na małą tak, jakby się zastanawiał, czy to jest zaraźliwe. Na moment zerknął też na mnie i wtedy odechciało mi się śmiać.
Rozmowa toczyła się dalej. Andrzej milczał, co mnie trochę denerwowało, bo to jego siedzenie bez słowa i z obrażoną miną zaczynało być nieuprzejme, a trochę uspokajało, bo obawiałem się jego antypatycznych zagrywek. Milka kręciła mu się na kolanach i nuciła piosenkę. W końcu chwycił małą pod pachy i ze słowami „Wystarczy już” odstawił na podłogę. Nie przejęła się, wróciła do swoich puzzli. Po cichu miałem wredną satysfakcję – dzieciak pokonał Andrzeja.
W każdym razie atmosfera trochę się popsuła przez te Andrzejowe sygnały niezadowolenia, robiło się też późno, więc niebawem Magda z Włodkiem zebrali Milkę i puzzle z podłogi, zapakowali się w kurtki, pożegnali, zapewnili, że wspaniale było się spotkać i musimy to wkrótce powtórzyć, po czym wyszli. Mała na pożegnanie uściskała Andrzejowi kolano. Nawet wtedy miał taką minę, jakby ktoś mówił do niego po chińsku.
Gdy zamknąłem za całą trójką drzwi, w mieszkaniu zapadła cisza. Nie za bardzo wiedziałem, czego się spodziewać. Z jednej strony byłem zadowolony – Andrzej wreszcie został wciągnięty w jakiś mój krąg znajomych, do tego postawiłem na swoim. Z drugiej byłem zirytowany – mógł się bardziej wysilić i jednak okazać więcej uprzejmości.  Z trzeciej – trochę się obawiałem, że przesadziłem i że teraz czeka nas niezła awantura, bo widziałem przecież, że był wkurzony całą sytuacją. Więc do pokoju wszedłem z pewnym niepokojem.
Uzasadnionym, jak się okazało, chociaż Andrzej przez całą rozmowę nawet nie podniósł głosu. Siedział na kanapie z nogą na nodze, wygodnie rozparty, dopijał swoją herbatę, ale gdy mnie zobaczył, odstawił szklankę na bok i zapytał zimno:
– Co to miał być za cyrk?
– Nie cyrk, tylko towarzyska wizyta – odpowiedziałem, wzruszając ramionami, i podszedłem do stołu. – Mówiłem ci, że spotkałem po latach dawnego przyjaciela i chciałem poznać jego rodzinę. I chciałem, żeby oni ciebie poznali.
– Ale ja nie chciałem ich poznawać – przypomniał mi z lodowatą uprzejmością. – O czym doskonale pamiętasz. I co doskonale zignorowałeś, nie mówiąc mi, że ich zaprosiłeś.
– Ja tu mieszkam, mogę zapraszać, kogo chcę – odparowałem ze złością i od razu wkurzyłem się jeszcze bardziej, na siebie, bo akurat tego argumentu wcale nie chciałem użyć. Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, dorzuciłem: – Cholera, Andrzej, przepraszam, to kretyńsko brzmi i nie o to mi chodziło, po prostu... po prostu chciałem, żebyś poznał moich przyjaciół. I żeby oni cię poznali. – Usiadłem obok niego. – Słuchaj, to jest mój najlepszy kumpel, znamy się od lat, nawet jak się przez jakiś czas nie widzieliśmy, to dalej się świetnie dogadujemy.
– A co ja mam do tego? – rzucił, nie patrząc na mnie.
– Dobrze wiesz, co masz do tego – odpowiedziałem spokojnie. – Jesteśmy razem. Kocham cię, mówiłem ci to już tyle razy, że chyba zdążyłeś wbić sobie do głowy. No i – przyznałem – wiedziałem, że jeśli cię uprzedzę, to wywiniesz jakiś numer, przyjdziesz do domu bardzo późno albo nie przyjdziesz w ogóle, przenocujesz u kogoś, żeby postawić na swoim. A tymczasem – nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem – to dzieciak postawił na swoim. Nie masz pojęcia, jak to komicznie wyglądało, miałeś taką minę, jakby na kolana władował ci się jadowity skorpion.
Spojrzał na mnie obojętnie.
– Nie lubię dzieci – powiedział spokojnie. Nie było w tym stwierdzeniu złośliwości, agresji czy wyniosłości, zabrzmiało jak stwierdzenie prostego faktu. Sięgnął po resztkę herbaty. – Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego ludzie odgórnie zakładają, że wszyscy muszą lubić dzieci, i atakują tymi swoimi dziećmi z każdej strony. – Upił trochę, skrzywił się i odstawił szklankę z powrotem na stół. – Kompletnie już wystygła. Gdyby to był pies albo kot – dodał, patrząc na mnie – większość osób najpierw by zapytała, czy lubię takie zwierzęta, czy nie mam alergii albo czy mi po prostu nie przeszkadzają. A gdy to jest dziecko, dostaję nim w twarz bez pytania, bo z założenia „wszyscy lubią”. Ja nie lubię. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że mam alergię na dzieci. I owszem, gdy jakiś bachor ładuje mi się na kolana, czuję się tak, jak czułby się alergik, któremu na kolana władował się wywołujący mocne uczulenie pies albo kot.
– Nie no, ja to w gruncie rzeczy rozumiem – przyznałem. – Jasne, nie każdy musi lubić dzieci. Ale wiesz... mimo wszystko warto było zobaczyć, jak sześcioletni brzdąc cię pokonuje i doprowadza do stanu, w którym brakuje ci słów – przyznałem ze szczerym rozbawieniem. Andrzej wzruszył ramionami i oparł głowę o tył kanapy.
– Nie podoba mi się ta cała zagrywka – powiedział po chwili wolno. –  Nie mówię o dziecku, mówię o tobie i tym spotkaniu. Jeżeli mówię ci, że nie mam na coś takiego ochoty, a ty podstępem ładujesz mnie jednak w takie spotkanie, to całe to swoje gadanie o wielkich uczuciach i reszcie możesz sobie w dupę wsadzić. – Obrócił głowę w moją stronę. Nie potrafiłem rozgryźć jego miny, wiedziałem tylko, że cholernie mi się nie podoba ten zimny, nieżyczliwy wzrok. – I to jest wszystko, co miałem ci do powiedzenia w tej kwestii. Mam nadzieję, że się zrozumieliśmy.
Po tych słowach wstał i wyszedł z pokoju. Siedziałem na kanapie, słyszałem dobiegający z łazienki szum prysznica i czułem się jak skarcony przez nauczyciela dzieciak. Fakt, może trochę przegiąłem. Z drugiej strony, w normalny sposób w ogóle by się nie dało nic zrobić. Może jednak nie należało, jeszcze nie teraz. Ale może ten nadęty egoista pomyślałby też czasem o mnie i o moich potrzebach?
Podejrzewałem, że się ostentacyjnie przeniesie na kanapę albo mnie tam wygoni, ale Andrzej po kąpieli położył się bez słowa do łóżka i nie zareagował, gdy ja położyłem się obok. Objąłem go w pasie i próbowałem pocałować; odsunął się – spokojnie, bez żadnych ostentacji – mruknął: „Chcę spać” i całkowicie mnie zgasił tym obojętno-ignorującym tonem.
Przez kolejne dwa czy trzy dni w ogóle był taki obojętno-ignorujący. Potem się rozkręcił i wróciliśmy do normalności – podejrzewałem, że trzy dni wstrzemięźliwości to było dla niego za dużo – ale nadal rzucał mi chwilami dziwne, niepokojące spojrzenie. Udawałem, że tego nie widzę, żeby nie prowokować powtórki z tamtej nieprzyjemnej rozmowy.

Błędem było też chyba poruszanie sprawy zmiany mieszkania. To mi przyszło do głowy któregoś dnia, gdy Andrzej stworzył nowy wieżowiec pod oknem. Podręczniki i teksty literackie, których potrzebował na drugim roku, były liczne i grube (zupełnie jak te z pierwszego), więc kolejne wieżowce zaczęły się wznosić w przerażającym tempie.
Musiałem powiedzieć sobie wreszcie szczerze: to mieszkanie było za małe dla dwóch dorosłych mężczyzn i setek książek, zwłaszcza że te ostatnie rozmnażały się w tempie królików. Chciałem mieszkać z Andrzejem. Mieszkać z Andrzejem oznaczało jednak, że trzeba mieszkać z jego książkami, a mieszkać z jego książkami oznaczało, że trzeba jakoś zwiększyć przestrzeń. Czyli – zmienić mieszkanie na większe. Najlepszy byłby Belweder, tam jakoś by się te książki przez najbliższe dziesięć lat pomieściły, ale niestety moje możliwości nie sięgały tak daleko. Musiałem się zadowolić jakimś M-3, ewentualnie M-4.
Zacząłem się rozglądać, przeglądać ogłoszenia biur nieruchomości, czytać ogłoszenia w telegazecie (wtedy jeszcze takie rzeczy znajdowało się w dziale ogłoszeń telegazety, nie w Internecie. Dziś interesujące mnie hasła guglam w wyszukiwarce. I czuję się dinozaurem, gdy widzę sześcio- czy ośmioletnie dzieciaki ze smartfonami w rękach. A gdy widzę, że te dzieciaki obsługują komórki czy netbooki lepiej ode mnie, czuję się skamieliną), pytać znajomych. Namierzyłem trochę fajnych ogłoszeń. Parę miejsc obejrzałem sam, ale wiedziałem, że to bez sensu: jeżeli mamy mieć wspólne mieszkanie, to musimy je wspólnie wybrać. Co oznaczało, że trzeba w końcu uświadomić Andrzejowi sytuację.
W któryś weekend – chyba w niedzielę, bo poranną ochotę Andrzeja na seks skwitowałem czymś w rodzaju „Jedni idą w niedzielę do kościoła, inni idą na zakupy, a ty idziesz do łazienki po zapasowe gumki” – gdy skończyliśmy się kochać i wylegiwaliśmy się obok siebie na plecach, powiedziałem w pewnej chwili:
– Tych twoich książek przybywa w zatrważającym tempie. Jeszcze trochę i kompletnie nie będzie się jak ruszyć.
– Wywalmy telewizor, będzie miejsce na książki – zaproponował Andrzej ze złośliwym uśmiechem, bo wiedział, że czepianie się telewizora mnie drażni. Tym razem nie dałem się sprowokować.
– Mam lepszy pomysł – oświadczyłem, przewróciłem się na bok i objąłem go w pasie. – Taki, który nie tylko pomieści obecne książki, ale i dużo przyszłych.
Obrócił głowę w moją stronę i uśmiechnął się lekko.
– Zlikwidujemy kuchnię?
– Nie bądź taki dowcipny – roześmiałem się. – Jeszcze lepiej. Przeprowadzimy się.
Andrzejowi uśmiech stężał na twarzy.
– Słucham? – zapytał, marszcząc brwi.
– Przeprowadzimy się – powtórzyłem. – Słuchaj, to jest jedyne sensowne rozwiązanie. Książek jest coraz więcej i więcej. Przestrzeni do poruszania się coraz mniej. Książek będzie jeszcze więcej, przestrzeni jeszcze mniej. A musimy mieć gdzie spać, gdzie jeść, gdzie odpocząć i gdzie zwyczajnie przejść z jednego punktu mieszkania do drugiego. To mieszkanie jest po prostu za małe na dwie osoby i dwa miliony książek, więc trzeba zmienić mieszkanie na większe. Kupimy nowe mieszkanie i będziemy mieć miejsce na wszystko.
– „My”? – podchwycił Andrzej tonem, który mi się nie spodobał, za dużo w nim było uprzejmo-chłodnego zdziwienia.
– Tak, „my” – potwierdziłem z lekką irytacją. – Ty, ja i twoje książki.
– Nie chcę cię rozczarować – powiedział z kpiną – ale ja dostaję forsę od rodziców i będę miał stypendium. Za takie pieniądze kupuje się książki, nie mieszkania.
– Daj spokój z pieniędzmi – powiedziałem ze zniecierpliwieniem. – Technicznie rzecz biorąc, ja je kupię, ale będzie nasze, razem je wybierzemy i razem w nim zamieszkamy.
– „My” – powtórzył, tym razem bardziej powątpiewająco.
– „My”, „my” – zgodziłem się spokojniej. – Teraz mieszkamy razem i potem będziemy mieszkać razem, nie będzie żadnej różnicy poza tym, że mieszkanie będzie większe. I nasze, wspólne.
Popatrzył na mnie bez słowa. Potem obrócił głowę w drugą stronę, w kierunku okna, następnie spojrzał na sufit.
– Podoba ci się ten pomysł? – spytałem wreszcie, zaniepokojony jego milczeniem. Andrzej wzruszył lekko ramionami.
– Jestem głodny – odpowiedział zupełnie nie na temat. – Co na śniadanie?
Potraktowałem to jako dobry znak – żadnego „mowy nie ma”, żadnej kłótni, żadnych nieprzyjemnych komentarzy, przyjął to nieźle, jest nieźle, będzie jeszcze lepiej – i poszedłem zrobić śniadanie. Po drodze potrąciłem niechcący jeden z wieżowców.
– No i sam widzisz – powiedziałem triumfalnie, układając zrzucone książki na czubku budowli, po czym ruszyłem ostrożniej do kuchni.
Pokazywałem mu później różne ogłoszenia, zdjęcia, informacje z biur nieruchomości; nie wykazywał zainteresowania. Parę razy zdołałem go wyciągnąć na wspólne obejrzenie jakiegoś mieszkania – pozostawał bierny, patrzył, ale nic nie mówił, chyba że go przycisnąłem, a i wtedy były to najwyżej zdawkowe „no ładne”, „ujdzie”, „takie sobie, paskudny widok z okien”.
W drugiej połowie listopada trafiliśmy na coś, co naprawdę wyglądało obiecująco: nowe budownictwo, trzypokojowe mieszkanie z balkonem w czteropiętrowym szeregowcu, blisko przystanek autobusowy, sporo zieleni, niedaleko kilka większych i mniejszych sklepów, sporo miejsca do parkowania. Pierwsze piętro, balkon wychodził na podwórko z piaskownicą, trawnikiem i ławkami. Mieszkanie w świetnym stanie. Pokoje duże. Łazienka z ładnymi kaflami. Kuchnia trochę mała, ale moja też była niewielka. We wnęce w przedpokoju zrobiona szafa, bardzo wygodna.
– Tu jest świetnie – powiedziałem, gdy oglądaliśmy najmniejszy pokój. Agenta zostawiła nas na chwilę samych, więc mogłem mówić swobodnie. – Zobacz, tu by można zrobić sypialnię, w tym największym taki dzienny pokój, a w tym średnim można by urządzić taki gabinet do pracy połączony z biblioteką – kusiłem. – Od góry do dołu półki. W sypialni też by się dało powiesić parę półek. I w dużym pokoju. W najgorszym razie za dziesięć lat zabudujemy balkon, żebyś tam też mógł trzymać książki.
Przyglądał mi się bez słowa. Trzymał ręce w kieszeniach długiego, czarnego płaszcza, który dostał od rodziców na urodziny, i milczał.
– No, co myślisz? – dopytywałem.
– Ty naprawdę jesteś zdecydowany? – odezwał wreszcie.
– Na to mieszkanie? W zasadzie tak, jeśli tylko ci się podoba – przyznałem.
– Pytam raczej... o to wspólne mieszkanie – uściślił. Uśmiechnąłem się lekko.
– Tak, jestem na to zdecydowany – odpowiedziałem czule. – Bo zwyczajnie chcę z tobą mieszkać. I chcę, żebyś miał miejsce na swoje książki.
Dalej na mnie patrzył, tak jakby chciał się przewiercić wzrokiem do czegoś w mojej głowie.
– No więc jak? – powtórzyłem po chwili, nieco zniecierpliwiony. – Jak ci się tu podoba?
Rozejrzał się powoli, z nieobecnym wyrazem twarzy.
– Nie – powiedział wreszcie spokojnym, rzeczowym tonem. – Wcale mi się tu nie podoba. – Po czym wyszedł z pokoju, pożegnał się z agentką i wyszedł z mieszkania. Pognałem za nim, kompletnie zaskoczony – mieszkanie było świetne i byłem przekonany, że jemu też przypadło do gustu, jakoś wierzyć mi się nie chciało w to „wcale mi się nie podoba” – dogoniłem go w drodze do samochodu, chwyciłem za ramię i wypaliłem ze złością:
– O co ci chodzi?
Przystanął, uwolnił swój łokieć z mojego uścisku i odpowiedział spokojnie, nie patrząc na mnie:
– O nic. Po prostu mieszkanie mi się nie podoba, i tyle. Możesz nie robić sceny na ulicy?
Poczekałem więc, aż wsiądziemy do samochodu, i wtedy od razu zaatakowałem ponownie:
– Co ty mi za bzdury opowiadasz, że ci się nie podoba? Widziałem przecież, że ci się podoba, możesz nie wciskać mi jakichś głupot?
Dopiero teraz na mnie spojrzał, obojętnie.
– Skoro wiesz lepiej ode mnie, co myślę, to nie widzę powodu, żebyś mnie o to pytał – stwierdził chłodno. Pokręciłem głową, uruchomiłem silnik i włączyłem ogrzewanie.
– Po prostu trudno mi uwierzyć, że takie dobre mieszkanie może ci się nie podobać – wyjaśniłem łagodnie. – Co ci się w nim konkretnie nie podoba? – Miałem nadzieje, że jeśli zmuszę go do jakiegoś szczegółowego wyjaśnienia, zdołam go przekonać, że to jakieś bzdurne zastrzeżenia. Andrzej wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Ogólnie. Po prostu mi się nie podoba. – Po czym zapiął pas i nie chciał kontynuować rozmowy na ten temat. Świetne M-4 musiało pójść w zapomnienie.
Byłem na niego zły za to „nie, bo nie”. I za to, że później już nie chciał nigdzie chodzić, a gdy jeszcze dwa czy trzy razy dał się wyciągnąć, cały czas marudził i wszystko z miejsca odrzucał. Rozmawiać o wspólnym mieszkaniu też nie chciał.

No i najwyraźniej błędem była rozmowa o świętach. Andrzej w ogóle świąt nie obchodził, ani tych kościelnych, ani tych prywatnych, jak mi uświadomił lekko poirytowanym tonem, gdy drugiego listopada wrócił z uczelni późnym wieczorem, a ja powitałem go tortem i małą paczką.
– Ja nie obchodzę urodzin – oświadczył wtedy, patrząc na tort i płonącą na nim świeczkę w kształcie dwudziestki trochę tak, jak podczas feralnego spotkania patrzył na siedzącą mu na kolanach Milkę.
– Daj spokój – powiedziałem stanowczo. – Dwadzieścia lat kończy się tylko raz w życiu. Tort i prezent ci nie zaszkodzą. A poza tym jesteś zwykły kłamczuch, byłeś w weekend u rodziców i jakoś te urodziny obchodziłeś, dostałeś prezent, przyjąłeś i chodzisz w nim cały czas – wytknąłem mu, wskazując ręką na ten czarny płaszcz, który wisiał na wieszaku w przedpokoju.
– Płaszcz i tak był mi potrzebny – odmruknął, wzruszając ramionami. – Matka mnie zaciągnęła do sklepu i kupiła, więc co miałem zrobić.
– Ale ci się podoba – naciskałem. Spojrzał na mnie i chyba mimowolnie lekko się uśmiechnął.
– Matka nie kupiłaby mi czegoś, co mi się nie podoba – odpowiedział. Z tego, że w jego głosie zabrzmiało coś minimalnie czulszego, prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy.
– Ja też nie kupiłem ci czegoś, co ci się nie spodoba – podchwyciłem i pociągnąłem go za rękę, tak by wreszcie usiadł obok mnie na kanapie. – Tylko najpierw pomyśl życzenie i zdmuchnij świeczkę.
– Zdurniałeś? – spytał ze szczerym zainteresowaniem.
– Nie, nie zdurniałem – odpowiedziałem spokojnie i pocałowałem go w nos. – Takie są zasady: myślisz życzenie, zdmuchujesz świeczki, dostajesz prezent. No już, dmuchaj, mam ochotę na ten tort. – On też miał, byłem tego pewien. Tort był czekoladowy, a Andrzej, choć się nie przyznawał, lubił słodycze. Najlepszy dowód, że gdy przynosiłem do domu czekoladę, zjadaliśmy całą w ciągu jednego wieczora. I to on pożerał więcej. – No zdmuchnij ją wreszcie – poganiałem. Andrzej prychnął cicho, pokręcił głową, po czym wyjął papierosa z leżącej na stole biało-czerwonej paczki, wsadził go do ust, pochylił się, przypalił Slima płonącym na świeczce ogniem, wyprostował się, ujął papierosa w dwa palce, dmuchnął mi dymem w twarz i zapytał kpiąco:
– Może być?
Nie mogłem powstrzymać śmiechu.
– Może – zgodziłem się. – Wiem, ze jesteś niereformowalny i musisz postawić na swoim. – Ostrożnie umieściłem wciąż płonącą świeczkę na brzegu tortu, ukroiłem kilka kawałków, rozłożyłem talerze i łyżeczki, nalałem wina do kieliszków. – To teraz prezent.
– Chcę tort – upomniał się Andrzej. Ślizgał się już wzrokiem po tej czekoladowej masie.
– Zaraz, najpierw prezent. – Podałem mu paczkę.
– Nie lubię prezentów – mruknął z wahaniem.
– Nie denerwuj mnie, tylko rozpakuj – nakazałem. – Jak ci się nie spodoba, możesz wyrzucić. – Trochę mnie rozdrażnił tym swoim „Nie lubię prezentów”, takich rzeczy nie mówi się wtedy, gdy właśnie się prezent dostaje. Delikatności i taktu zdecydowanie mu brakowało. Na szczęście nie dyskutował dalej, tylko rozpakowywał, z niezbyt zadowolonym wyrazem twarzy, ale i bez komentarzy. Dopiero gdy otworzył małe, białe pudełko i zdjął z leżącej w środku czarnej poduszeczki zegarek, zrobił sympatyczniejszą minę: uniósł brwi, gwizdnął cicho, uśmiechnął się lekko, rzucił mi krótkie spojrzenie, znów popatrzył na prezent i mruknął:
– Dzięki.
– Dobrze trafiłem? – zapytałem, choć znałem odpowiedź. Tydzień czy dwa wcześniej Andrzej zahaczył gdzieś pechowo ręką, chyba w autobusie; pasek od zegarka, który dotąd miał, zerwał się, koperta spadła i się potłukła, całość wylądowała w śmietniku na przystanku. „To był taki staroć – skwitował Andrzej, gdy mi to wieczorem opowiadał – i nosiłem go głównie z przyzwyczajenia, więc nie ma szczególnie czego żałować, tylko bez zegarka jest zwyczajnie niewygodnie, co chwila muszę kogoś pytać, która godzina”. Zamierzał kupić sobie nowy, ale zamiast tego kupił kolejne książki do poetyki, romantyzmu i gramatyki historycznej, więc był chwilowo spłukany.
Mówiąc szczerze, dla mnie okazało się to wybawieniem, bo wcześniej zachodziłem w głowę, co mu dać na urodziny. Z książkami wolałem nie ryzykować – albo wybrałbym taką, którą on gardził, albo taką, którą już czytał (i nie wiem, co bardziej prawdopodobne). A chciałem mu podarować coś, z czego korzystałby często i bez marudzenia. I co nie wydawałoby się zbyt sentymentalne. Zegarek był idealnym pomysłem.
Obszedłem kilka lepszych sklepów, wystałem się przy ladzie ładnych kilka godzin i doprowadziłem kilku sprzedawców do granic cierpliwości, ale w końcu znalazłem coś, co już na pierwszy rzut oka krzyczało do mnie „Jestem tym, czego szukasz!”. To był piękny zegarek, Seiko Automatic, dobra firma i słona cena, ale nie miałem ochoty żałować pieniędzy i kupować jakiegoś przeciętniaka. Teraz gratulowałem sobie w duchu – opłaciło się tyle szukać. Gruba srebrna bransoleta i srebrna koperta, po których Andrzej przesuwał delikatnie opuszkami palców, były ze stali szlachetnej, tarcza czarna, a okalające ją indeksy złote, tak jak duże, grube wskazówki i prostokątne znaczki oznaczające kolejne godziny. Po prawej stronie, przy godzinie trzeciej, znajdował się jeszcze datownik w złotej ramce, pokazujący pierwsze trzy litery angielskich nazw dni tygodnia oraz datę dzienną.  Jednym słowem, zegarek wyglądał wspaniale: prosty (z miejsca odrzucałem wszystkie egzemplarze z rozmaitymi dodatkami typu barometry, termometry, oznaczenia miesięcy, lat i układu planet, bo byłem przekonany, że taka pstrokacizna nie przypadnie Andrzejowi do gustu), duży, męski, wyrazisty, a dzięki tym złotym elementom przyciągał uwagę.
– Świetnie – powiedział Andrzej cicho, oglądając prezent na wszystkie strony.
– Jest wodoszczelny, a szkiełko utwardzane – wyjaśniłem i przysunąłem się bliżej. – W razie czego nie tak łatwo będzie sobie z nim poradzić, nawet w autobusie. Mogę? – Wyjąłem mu zegarek z dłoni i zapiąłem na nadgarstku. – I jak?
– Genialnie – odpowiedział, nie odrywając wzroku od swojej ręki.
– Wydawało mi się, że ci się spodoba – podpuściłem go z nadzieją na trochę bardziej emocjonalną reakcję. Andrzej wreszcie na mnie spojrzał, poważnie, bez uśmiechu.
– Jest piękny – powiedział spokojnie. – Bardzo mi się podoba. – Przeniósł wzrok gdzieś na moje kolano czy brzeg stołu, i dopiero wtedy dodał: – Dziękuję.
– Powinieneś się na mnie rzucić i wycałować, aż mi tchu zabraknie – oświadczyłem wesoło i szturchnąłem go w bok. – Ty coś chyba nie umiesz przyjmować prezentów, młody.
Znów na mnie spojrzał, znów z lekkim uśmiechem.
– Chyba nie – przyznał ku mojemu zaskoczeniu. – Ale naprawdę się z niego cieszę.
Przyciągnąłem go do siebie.
– To dobrze – wymruczałem mu w usta. – Lubię, kiedy się cieszysz.
Całowaliśmy się dłuższą chwilę; wreszcie odsunął się trochę i przypomniał tonem zniecierpliwionego dzieciaka:
– Tort.
– Jasne, tort – zgodziłem się ochoczo. – Masz, najedz się porządnie, a potem będziemy spalać kalorie. – Nałożyłem mu wielki kawałek, który zjadł błyskawicznie, tak jak dwa kolejne. Był łakomczuchem. Tylko się nie przyznawał.
Zegarek z pewnością ogromnie mu się podobał, to było widać – wystarczyło popatrzeć, jak go ostrożnie zakłada, jak co wieczór chowa do markowego pudełka, jak delikatnie się z nim obchodzi, jak czasem na niego patrzy.
– Pasuje do ciebie – skomentowałem któregoś dnia. Andrzej pokiwał głową, uśmiechnął się lekko i stwierdził:
– Ma klasę.
Podobał mi się z tym zegarkiem na nadgarstku. Zwłaszcza gdy nie miał na sobie nic poza nim.

Niestety, w przypadku świąt nie poszło nam tak ładnie, zgrabnie i bez problemów jak przy prezencie urodzinowym. Chociaż zapowiadało się całkiem nieźle.
Pomysł w ogóle wyszedł od Cyny. Gdy tuż pod koniec listopada rozmawialiśmy przez telefon, zapytała, czy wpadnę do niej na święta.
– Przez te dziesięć lat ile raz byłeś w Lublinie, ze trzy? – powiedziała. – Ja się do ciebie najeździłam, teraz twoja kolej. Zobaczysz wreszcie moje nowe mieszkanie, mam taras!
Rzeczywiście, rzadko jeździłem do Lublina. Szczecin stał się moim miastem „domowym”, tu się odnajdywałem, tu się dobrze czułem tu miałem pracę, znajomych, rozrywki. Ale czasem ogarniała mnie nostalgia za miejscami, które znałem z dzieciństwa.
– No tak, tylko wiesz, jest jeszcze Andrzej – odparłem. Niepowodzenie związane z szukaniem wspólnego mieszkania wolałem zachować dla siebie. – Chciałbym jakoś spędzić z nim te święta, jeśli nawet nie całość, to część.
Cyna przez chwilę milczała.
– Tak w gruncie rzeczy to myślałam, żebyście przyjechali obaj – odezwała się wreszcie. – Mój facet też będzie u mnie na święta. Pobawimy się w jedną wielką szczęśliwą rodzinkę – dorzuciła kpiąco. – Taką, co wiesz, ksiądz by widłami przegnał: siostra antymałżeńska, facet siostry w trakcie rozwodu, brat siostry gej i dwadzieścia lat młodszy facet brata. Bardzo mi się taka wizja podoba.
– A jak idzie ten rozwód? – spytałem współczująco.
– Koszmarnie, właśnie się awanturują, jak  podzielić telewizor i czyja rodzina dała im w prezencie ślubnym serwis do kawy, bo wtedy będzie wiadomo, kto może go zabrać. – Prychnęła w telefon. – I właśnie dlatego jestem przeciwko zinstytucjonalizowanym formom związków, jak chcesz się potem rozstać, to mało że musisz prosić innych o pozwolenie, to jeszcze szarpiesz się o każdą pierdołę, od mebli po ścierki do kurzu. – Zamruczałem ze zrozumieniem. Cyna westchnęła i podjęła: – Ale zostawmy to, niech się Darek martwi, to jego rozwód, nie mój. Wracając do świąt, to co, przyjedziesz z tym swoim dzikusem? On nadal taki dziki?
– Nadal – potwierdziłem z rozbawieniem. – Ale zaczyna się cywilizować, choć miewa lepsze i gorsze dni.
– Jak my wszyscy. To przyjedź z nim. Był już w Lublinie?
– Raczej nie.
– No właśnie, to sobie przy okazji nowe miasto zobaczy. A ja zobaczę, co ty w nim takiego widzisz, że tak ci zawrócił w głowie.
Roześmiałem się.
– Nie wiem, czy po zobaczeniu uwierzysz – zażartowałem. – Nie od strony wizualnej, ale fonia i akcja pozostawiają nieraz sporo do życzenia.
– Zawsze byłeś dziwakiem, więc jakoś uwierzę – zapewniła. – No, co tak milczysz?
– Nic – powiedziałem spokojnie, może trochę ciszej. – Dzięki. Za to zaproszenie.
Teraz to ona na moment zamilkła.
– Wiesz, ja nadal nie do końca to rozumiem – powiedziała po chwili. – Nie wiem, czy to jest z natury, bo tak i już, czy to jakieś odmienności biologiczne, co to się czasem trafiają, czy choroba, czy nie choroba, za każdym razem piszą i mówią inaczej, zależy, jaka książka, jaka partia, jakie wyznanie, jakie poglądy. Ale tak szczerze, doszłam do wniosku, że mam to w dupie. – Jej głos zabrzmiał twardo, jak zawsze, gdy mówiła o czymś, co do czego podjęła ostateczną decyzję, od której żadna siła nie zdołałaby jej odwieść. – Jesteś moim bratem, Remek. Moim starszym bratem, czytałeś mi „Muminki”, jak byłam mała, tłukłeś w szkole chłopaków, którzy mi dokuczali, poszedłeś ze mną na studniówkę, jak mnie ten kretyn, z którym wtedy chodziłam, w ostatniej chwili po chamsku wystawił. Wszystkie dziewczyny z klasy zazdrościły mi wtedy takiego brata – dorzuciła z czułością, którą na co dzień rzadko u niej słyszałem. – Więc mam w dupie, na czym to dokładnie polega i co mówią inni ludzie. Masz potrzebę z facetem, a nie z dziewczyną, to sobie miej. A jak masz faceta, z którym chcesz spędzić święta, to przywieź go na te święta do mnie. Ja będę sobie trzymać za rączkę mojego faceta, a ty swojego. Bylebyśmy się po sylwestrowym chlaniu nie pomylili w drodze do łóżka, czyj jest czyj – dodała i oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Nie przyznałem się przed nią do tego, ale wzruszyła mnie ta rozmowa. I uspokoiła. Z najbliższej rodziny mieliśmy już tylko siebie – i przez kilka pierwszych miesięcy po moim coming oucie naprawdę się bałem, że straciłem siostrę. Ale ona po prostu potrzebowała czasu, by to sobie poukładać.
To mnie nastrajało pozytywnie, bo oznaczało, że upływ czasu rzeczywiście dobrze działa na rozwój relacji. Ta myśl bardzo mi odpowiadała.
Moja wyobraźnia zaczęła szybko działać: wyjeżdżamy do Lublina. Dwuosobowy przedział sypialny, bo to koszmarna, wielogodzinna droga. Andrzej milczy, czyta, pali. Dojeżdżamy. Milczy dalej, obserwuje moją siostrę, jej faceta, mnie, mieszkanie, miasto. Są święta, milczy albo trochę się odzywa, mało porywająco, ale za to nieodpychająco. A potem – po Wigilii, po pierwszym albo drugim dniu świąt, w którymś międzyświątecznym momencie, po sylwestrze – gdy wchodzimy do pokoju, gdzie przemieszkujemy – Andrzej staje pod ścianą. Chwilę znów milczy. Przyciąga mnie do siebie, za rękę, za koszulę, i mówi cicho: „Remigiusz”. Jest w tym coś cieplejszego, nawet jeśli nie czułego; coś, co sprawia, że go obejmuję, że się uśmiecham, że zapewniam, jak bardzo się cieszę z jego obecności. I słyszę proste: „Ja też”. Albo coś w tym stylu. I lądujemy w łóżku. I każdego kolejnego dnia podczas tych wspólnych świąt dostaję ze strony Andrzeja sygnał zadowolenia. Zapewnienia. Potwierdzenia.
A po powrocie do Szczecina Andrzej stwierdza, że ten pomysł z większym mieszkaniem to w sumie niezła myśl, bo książki mu się już nie mieszczą. I że w nowym mieszkaniu też będzie czytał przy jedzeniu i palił w łóżku, lepiej, żebym zdawał sobie z tego sprawę. Zapewniam go, że zdaję sobie z tego sprawę i liczę się z tym. I jakoś to przeżyję.
A potem się przeprowadzamy. Andrzej studiuje, ja pracuję, uprawiamy seks, gdy tylko się da, i jest super. Cywilizuję mojego dzikusa – nie za bardzo, bo i się nie da, zresztą jego dzikość zwyczajnie lubię, ale cywilizuję go na tyle, żeby potrafił od wielkiego święta powiedzieć „kocham cię” i żeby można było dalej z nim żyć na co dzień.
No i żyjemy sobie długo i szczęśliwie. I różnica wieku, oczywiście, nigdy nie jest problemem.
Piękne było to wyobrażenie, cieszyłem się nim jak dziecko nową zabawką.
Gdy następnego dnia Andrzej wrócił z uczelni, najpierw dałem mu obiad, potem dałem mu poczytać, bo chciał coś pilnie skończyć, potem wylądowaliśmy w łóżku, a potem zapytałem niewinnie, czy ma zamiar jechać na święta do rodziców.
– Nie mam ochoty – wymruczał. Leżał na brzuchu, podbródek opierał na obejmowanej obiema rękami poduszce. Przez chwilę milczał, patrząc na ścianę przed sobą. – Chyba powiem, że mam jakieś zaliczenia między świętami. Ale na święta to nie wypali... Ale mógłbym się na święta rozchorować. – Uśmiechnął się sam do siebie, niezbyt przyjemnie, i dalej rozważał na głos: – Zapalenie płuc albo coś w tym stylu, z tym przecież nie można się tłuc kilka godzin pociągami. Tylko żeby mojej matce nie przyszło do głowy przyjechać tutaj – dodał nagle z lekkim skrzywieniem. – Chyba powiem, że gdzieś wyjeżdżam. Do znajomych, coś w tym stylu. I będę miał święty spokój. A co? – Spojrzał na mnie, jakby dopiero teraz uświadamiając sobie moją obecność.
– Moja siostra zaprosiła mnie na święta – odpowiedziałem spokojnie. – I ciebie też.
– Mnie? – spytał z niedowierzaniem i kpiną.
– Tak, ciebie – potwierdziłem. – Powiedziała, żebym przyjechał z moim chłopakiem. Którym ty jesteś. I chcę, żebyś ze mną pojechał – dodałem stanowczo.
Przez chwilę przyglądał mi się w milczeniu, z dziwną miną, której nie umiałem rozgryźć. W końcu odezwał się cicho:
– Po co?
– Jak to po co, żeby spędzić razem święta – roześmiałem się. – Żeby odpocząć, zobaczyć Lublin, wieki tam nie byłem, a ty chyba w ogóle. Brakuje mi ostatnio takich rodzinnych świąt, takich z wielką choinką, więcej niż jedną osobą przy stole, z tym całym przedświątecznym zamieszaniem i przygotowaniami na ostatnią chwilę, ze wspólną kolacją, z jakimiś rozmowami o niczym, z rozpakowywaniem prezentów jak stado dzieciaków, z oglądaniem po raz setny „Kevina”, z obżeraniem się do granic możliwości i spaniem w pierwszy dzień świąt do południa albo dłużej – wyliczyłem niemal jednym tchem. I chyba dopiero wtedy przyznałem sam przed sobą, że rzeczywiście bardzo mi już tego brakowało.
Andrzej wysłuchał w milczeniu, tylko przewiercał mnie wzrokiem na wylot. W końcu powiedział jeszcze ciszej:
– To wszystko możesz tam mieć i beze mnie.
– Ale chcę z tobą – uciąłem dalszą dyskusję. – Chcę z tobą i koniec, zrozumiano? Jedziesz ze mną do Cyny na święta, zobaczysz sobie Lublin i będziesz miał używanie w lubelskich antykwariatach. – Nie przegapiłem okazji, by go trochę bardziej skusić.
– A jeżeli odmówię? – zapytał, nadal tym ściszonym głosem, bez złośliwych uśmiechów czy min – raczej tak, jakby testował wytrzymałość czegoś, z czym po raz pierwszy miał do czynienia. Spojrzałem na niego surowo.
–  Nie przyjmuję odmowy –  oświadczyłem stanowczym tonem. – Skoro, jak sam mówisz, nie chcesz spędzać świąt ze swoimi rodzicami, to spędzisz je ze swoim chłopakiem. Jeżeli przypadkiem zastanawiałeś się nad prezentem pod choinkę dla mnie, to masz już sprawę z głowy: moim prezentem będzie to, że poznasz moją siostrę i spędzisz ze mną święta.
Patrzył na mnie bez słowa przez krótką chwilę, potem znów przeniósł wzrok na ścianę. Potem uniósł się, usiadł, tak że pośladkami przysiadł na piętach, przyciągnął poduszkę do kolan i dalej patrzył przed siebie, na ścianę, jakby tam nie wiem co zobaczył.
– Nie wiem, o co ci chodzi – odezwał się wreszcie, znów tym ściszonym, jakby trochę zmęczonym głosem. – Z tym wszystkim.
– Z czym? – zdziwiłem się. – Ze świętami? Mówię, że chcę poje...
– Ze wszystkim – przerwał mi w pół słowa. – Ze świętami. Z mieszkaniem. Z poznawaniem twoich kolegów. Z poznawaniem twojej siostry. Z wyciąganiem mnie wszędzie z tobą. Z wypytywaniem mnie o wszystko. Z tym... z tym wszystkim. Czego ty chcesz? – powtórzył, tym razem głośno, z wyraźną złością, i spojrzał na mnie w końcu, ze ściągniętymi brwiami; ale mimo tego tonu i tej miny wydał mi się nagle taki... pogubiony. Jakby szedł gdzieś po omacku i nie miał pojęcia, co się przed nim zaraz znajdzie. Przysunąłem się, tak by móc spojrzeć mu w oczy.
– Andrzej, spokojnie –  powiedziałem łagodnie. Obdarzył mnie mało życzliwym spojrzeniem, ale się nie zraziłem. –   Chcę po prostu ciebie. Ciebie, z tymi twoimi wszystkimi kantami, z twoim zarozumialstwem, nadęciem, przekonaniem o własnej nieomylności, paskudnym charakterkiem i dominatorskimi zapędami.
Andrzej wyraźnie próbował zachować powagę, ale nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
– To ma być wyznanie miłosne czy wpis do księgi skarg i zażaleń? – zapytał z całkiem sympatycznym uśmiechem.
– Dwa w jednym – wyjaśniłem, pochyliłem się, pocałowałem go w obojczyk, a potem pchnąłem na plecy. Próbował się podnieść, więc przycisnąłem jego nadgarstki do materaca, usiadłem mu na biodrach i pocałowałem porządnie; nie miałbym z nim szans w bezpośrednim dłuższym starciu, więc musiałem jakoś odwrócić uwagę, by przestał się wyrywać. W końcu przestał, po prostu się tak całowaliśmy dłuższą chwilę; gdy się wreszcie trochę odsunąłem, w oczach Andrzeja nie było już ani złości, ani pogubienia. Przyciągnął mnie, przerzucił na plecy i teraz to on siedział mi na biodrach, z dłońmi na mojej klatce piersiowej; uniósł się nieco, jedną ręką podparł o prześcieradło przy moim ramieniu, i tak na moment zawisł.
– Wpatrujesz się we mnie jak tygrys szykujący się do skoku na sarnę – mruknąłem, przesuwając palcami po jego brzuchu i udach. Uśmiechnął się kątem ust.
– To będzie bardzo długie polowanie – powiedział cicho.
Był tamtej nocy wyjątkowo jak na niego czuły. Nawet delikatny. I wolny, bardzo, bardzo wolny. Wybrał nietypowe dla siebie tempo, i chyba jeszcze sprawdzał moją cierpliwość, to, jak długo wytrzymam – bo doprowadził mnie do takiego stanu, że najpierw prosiłem, by skończył, by wreszcie mnie porządnie zerżnął i przestał się bawić, droczyć, znęcać – a później zacząłem na niego warczeć, z tym samym żądaniem, tylko w ostrzejszej formie – a później, już naprawdę na granicy wytrzymałości, zagroziłem, że jeśli natychmiast nie zrobi tego, co od cholera wie jak dawna miał zrobić, to się zaraz zamienimy miejscami i ja za niego dokończę; wtedy tylko roześmiał mi się cicho w kark, po czym chwycił mnie jakoś tak dziwnie, że w zasadzie nie mogłem się ruszyć – podejrzewałem, że zafundował mi jakiś chwyt z tych swoich treningów – i dalej robił po swojemu, czyli zupełnie nie po swojemu, dalej, aż do samego końca. Miałem ochotę go zabić. I miałem ochotę krzyczeć ze zniecierpliwienia. I z zachwytu. Zresztą, chyba krzyczałem. Nie miałem pojęcia, kompletnie mi się wtedy wyłączyło myślenie, więc to, że wreszcie jednak skończyliśmy, że miałem niesamowity orgazm i że w gardle kompletnie mi zaschło, uświadomiłem sobie dopiero po dłuższym czasie. Leżeliśmy na łóżku obok siebie, ja na brzuchu, on na plecach, i oddychaliśmy tak ciężko, jakbyśmy właśnie padli za metą po maratonie. Przewróciłem się z trudem na bok, wyciągnąłem rękę i przesunąłem palcami po szyi Andrzeja. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko.
–  Mam nadzieję, że nie było za szybko – mruknął z wyraźnym rozbawieniem.
– Nie wiem, czy cię za to tempo zamordować, czy pocałować – stwierdziłem. Roześmiał się krótko, cicho.
– Wystarczy mi mocna kawa na śniadanie – powiedział. Odwrócił się, zebrał skopaną na podłogę kołdrę, byle jak zarzucił ją na siebie i na mnie, po czym zrobił coś, co mu się czasem zdarzało i co z reguły nieźle mnie wkurzało: wyciągnął spod kołdry nogę, sięgnął kabla od włączonej lampki, chwycił ten kabel palcami u stóp i wyszarpnął wtyczkę z gniazdka za nocną szafką. Bo nie chciało mu się ruszyć tyłka i wyłączyć lampki normalnie, z pstryczka, ręką. Z zasady opieprzałem go za to, bo w którymś momencie na pewno wyrwałby w końcu gniazdko ze ściany, i diabli wiedzą, czy przy okazji nie uszkodziłby czegoś, najpewniej kabla, tak, że dostałby prądem w dupę, aż iskry by poszły. Tak mu w każdym razie powtarzałem w czasie tego opieprzania. Ale tamtej nocy nie miałem siły – ani nastroju, ani ochoty na zwracanie mu uwagi. Przysunąłem się trochę, objąłem Andrzeja ręką w pasie, pocałowałem w ucho i mruknąłem tylko:
– Nie wyrywaj mi się, tak jak wyrywasz ten kabel.
– Przecież się nie wyrywam – odmruczał sennie. Nie wiem, który z nas pierwszy usnął, obaj byliśmy ledwo żywi; ale zasypiałem wtedy z takim niesamowitym poczuciem szczęścia i przekonania, że teraz już wszystko jest między nami jasne, zatwierdzone, pewne. Bo Andrzej zgodził się pojechać ze mną na święta do mojej siostry. I tak się niesamowicie kochaliśmy. I tak zgodnie zasypialiśmy.
A na drugi dzień tak się pięknie pokłóciliśmy. Gdy jechaliśmy rano na uniwerek, powiedziałem, że chcę jeszcze w tym tygodniu kupić bilety, bo potem może nie być miejsc w sypialnych, a ja nie wytrzymam fizycznie i psychicznie tylu godzin siedzenia na tyłku, w zatłoczonym przedziale, i jeszcze w atmosferze tego przedświątecznego napięcia, które w pociągach sprawia, że ludzie mają się ochotę wzajemnie powyrzucać z wagonów.
Pokłóciliśmy się w samochodzie. Przed wyjściem nie było czasu – zaspaliśmy, wychodziliśmy z domu w nerwach, na chybcika robiłem sobie i Andrzejowi śniadanie, a on w ekspresowym tempie pił swoją poranną kawę, sycząc za każdym razem, gdy z tego pośpiechu sparzył się kawą. Dopiero w aucie, gdy się okazało, że dzięki przyspieszeniu mamy całkiem niezły czas, zdołaliśmy trochę ochłonąć i się odprężyć. Wiozłem Andrzeja na Piastów, bo  miał o ósmej piętnaście pierwszy wykład; mimo porannego stresu byłem cały w skowronkach, więc gdy udało mi się wskoczyć na rondo na placu Sprzymierzonych, powiedziałem o tych biletach i zapytałem, którego dokładnie kończą się zajęcia na uczelni, bo dzień-dwa później moglibyśmy już pojechać do Lublina. Andrzej przez dłuższą chwilę milczał.
– Ja nigdzie nie jadę – powiedział wreszcie. Z wrażenia aż puściłem sprzęgło i samochód mi zgasł na środku ulicy. Z moimi przekleństwami i nerwowym obracaniem kluczyka w stacyjce zlały się dźwięki klaksonów innych samochodów.
– Jak to „nie jedziesz”? – zapytałem bardziej jeszcze ze zdumieniem niż ze zdenerwowaniem, gdy udało mi się już ruszyć i jechać dalej normalnie. – Przecież ustaliliśmy, wczoraj się zgodziłeś. – Rzucałem na niego co chwila okiem, ale Andrzej na mnie nie spojrzał, tylko uparcie wpatrywał się w przednią szybę.
– Na nic się nie zgadzałem – odpowiedział obojętnym, nieprzyjemnym tonem, i poprawił leżącą na kolanach aktówkę.
– Jak to nie?
– Nie przypominam sobie, żebym w którymś momencie powiedział: „Dobrze, zgoda, pojadę z tobą do twojej siostry” – wyjaśnił tak paskudnie wzgardliwym tonem, że aż się we mnie zagotowało.
– Jak to się nie zgodziłeś? – powtórzyłem, już wkurzony. – Do ciężkiej cholery, gdy wczoraj rozmawialiśmy, nie powiedziałeś, że nie pojedziesz!
– Nie powiedziałem też, że pojadę – odparł, znów z tą parszywą obojętnością. Tak mi podniósł ciśnienie, że przejechałem skrzyżowanie bez zatrzymywania się i bez rozglądania wokół, dopiero kolejna kanonada klaksonów uświadomiła mi, że albo było czerwone, albo wymusiłem pierwszeństwo, albo o mało kogoś nie stuknąłem, albo wszystko naraz. Trochę mnie to przywołało do porządku, więc wbiłem wzrok w ulicę i zwolniłem, ale nadal nie mogłem się za bardzo skupić na drodze. – Kurwa, Andrzej, przestań się wydurniać – rzuciłem wściekle. – Zaraz w coś wjadę przez te twoje wymysły!
– Raczej przez twoją własną nieuwagę – burknął. Stanęliśmy na światłach na Kościuszki, więc mogłem wreszcie przyjrzeć mu się uważnie.
– Andrzej, o co ci chodzi? – zapytałem, siląc się na spokój. – Przecież wczoraj rozmawialiśmy, nic nie mówiłeś, że nie chcesz... powiedziałbym raczej, że zachowywałeś się tak, jakbyś chciał – dodałem nieco czulej. Rzucił mi krótkie, wyjątkowo nieżyczliwe i pełne złości spojrzenie, jakbym go na czymś perfidnie przyłapał.
– Wczoraj miałem zwyczajnie ochotę na dobry seks – wyjaśnił z obraźliwą uprzejmością. – Gdybym ci powiedział od razu, że nie jadę, zacząłbyś znowu prezentować wielką obrazę majestatu, jak już kiedyś przy temacie poznawania twojej siostry i twoich znajomych, i z seksu byłyby nici. Lepiej było się wstrzymać, szkoda nocy.
– To jest zwykłe oszustwo – warknąłem. – Chcesz się pieprzyć, udajesz, że się zgadzasz, kończymy się pieprzyć, stwierdzasz, że się nie zgadzasz, kurwicy można z tobą dostać.
– Przecież ja się nawet nie zgodziłem – odpowiedział z paskudnym, krzywym uśmieszkiem na ustach. Dalej gapił się w przednią szybę, choć raz czy dwa rzucił mi krótkie, mało życzliwe spojrzenia. – Ja po prostu nie powiedziałem wyraźnie „nie”, to ty sobie dopisałeś całą piękną nadinterpretację.
Aż mną zatrzęsło z wściekłości. Podjechałem kawałek, bo część samochodów przejechała na zielonym świetle, ale my się nie załapaliśmy i znów staliśmy na czerwonym na placu Kościuszki, z pizzerią Marco Polo po jednej stronie, KFC po drugiej, torowiskiem pośrodku i ulicą prowadzącą do kilku wydziałów Politechniki oraz Uniwersytetu Szczecińskiego na wprost. Dochodziła ósma, na chodnikach i w tramwajach było pełno studentów, a mój student siedział obok i doprowadzał mnie do szewskiej pasji.
– Z tobą nie da się normalnie porozmawiać jak z człowiekiem, wiecznie musisz uprawiać te swoje gierki – rzuciłem ze złością. – O co ci znowu, kurwa, chodzi? Co ci się nagle odwidziało w ciągu paru godzin, że nie chcesz jechać?
– Nic mi się nie odwidziało – prychnął. – Po prostu nie chcę. Nie chciałem i nie chcę.
– Ale czemu? – drążyłem.
– Bo nie mam ochoty – stwierdził, wzruszając ramionami. – Nie mam ochoty gdziekolwiek z tobą jechać, poznawać twoich znajomych i tak dalej. – Wreszcie na mnie spojrzał, z tak pogardliwą miną, że aż zabolało. – Interesuje mnie seks z tobą, a nie święta z tobą – powiedział takim tonem, jakby mi uświadamiał podstawowe sprawy. – Interesuje mnie twoja dupa, a nie twoja siostra, twoje miasto i twoja wersja idealnej Gwiazdki. Dociera to do ciebie, Remigiuszu, czy mam się wyrażać jaśniej i w sposób bardziej dostosowany do twojego poziomu?
Czułem, że tracę panowanie nad sobą.
– Posłuchaj mnie, gówniarzu – wywarczałem – zaczynają mnie naprawdę wkurwiać te twoje zagrywki. Brać potrafisz, z tym, żeby skorzystać z czegoś, co ci się pod nos podsuwa, nie masz problemów, tylko jak potem trzeba się jakoś odwdzięczyć czy choćby zachować fair, to się okazuje, że nie ma komu. – Trąbienie uświadomiło mi, że znów jest zielone, więc podjechałem kilka metrów i znów staliśmy na czerwonym, tym razem jako drugie czy trzecie auto przed światłami. – Masz zwyczajnie poprzewracane w tym swoim durnym, zarozumiałym łbie, a te twoje popisy chamstwa i bucery robią się już nudne. Skoro tak bardzo jesteś niezainteresowany mną poza łóżkiem i tak masz mnie w dupie, jak to właśnie pokazujesz, to nie rozumiem, co w ogóle robisz w moim samochodzie.
Andrzej natychmiast obrócił głowę i popatrzył na mnie przez krótką chwilę, pogardliwie i wyzywająco, po czym gwałtownie odpiął pas, otworzył drzwi i wysiadł. Przeszedł przez ulicę na skos, opieprzany przez klaksony ruszających właśnie na zielonym samochodów, kolejne pasy też minął na czerwonym dla pieszych i szedł, nie oglądając się, przed siebie. Do uczelni miał niedaleko, filologia znajdowała się raptem dwa przystanki od placu Kościuszki, więc nie miałem się co martwić, że się nachodzi; zresztą wtedy akurat zupełnie się o niego nie martwiłem, wtedy byłem na niego wściekły i śledziłem wzrokiem znikającą w tłumie sylwetkę, żałując, że nie mogę go dogonić i nakopać mu w to głupie dupsko. Dopiero przeciągłe trąbienie uświadomiło mi, że znów straciłem kontakt z rzeczywistością: stałem na środku ulicy, przede mną ładnych kilka metrów wolnej drogi, a zielone dla samochodów właśnie się zmieniało na żółte. Ktoś mnie wyprzedził, znów trąbiąc, przez szybę mignęła mi zaciśnięta pięść, a światło przeskoczyło na czerwone. I dalej stałem na Kościuszki przed przejściem dla pieszych, na czerwonym, wypatrywałem na darmo Andrzeja i byłem tak rozwścieczony, jak dawno mi się nie zdarzyło.
Przez cały dzień w pracy nosiło mnie z wściekłości. Aż mi się nie chciało wracać do domu, bo na myśl o tym, że będę musiał patrzeć na Andrzeja albo, jeszcze gorzej, z nim rozmawiać, czułem jednocześnie złość i zniechęcenie. W końcu jednak wyszedłem z pracy i w drodze powrotnej z trudem mogłem się skupić na prowadzeniu, bo wyobrażałem sobie różne warianty awantury, którą temu bydlakowi zrobię. Albo którą on mi zrobi, no bo halo, przez moje „nadinterpretacje” jaśnie pan musiał dojść do uczelni dwa przystanki na piechotę!
Gdy wróciłem, Andrzeja jeszcze nie było. Nawet naszła mnie przez chwilę głupia obawa, więc od razu rzuciłem się do regałów, do okna i do meblościanki – ale nie, wszystkie książki były na swoim miejscu, inne rzeczy, na które zerknąłem w następnej kolejności, też stały tam, gdzie zawsze. Zrobiłem sobie obiad, zapaliłem, włączyłem telewizor, próbowałem udawać, że interesuje mnie to, co bezkształtnie migało na ekranie, wreszcie się poddałem, wyłączyłem, znów zapaliłem i siedziałem tak na kanapie, z papierosami, stygnącą resztką herbaty, ponurymi myślami i pewnie równie ponurą miną.
Andrzejowi najwyraźniej też nie uśmiechał się powrót do domu, bo przyszedł późno, chyba koło ósmej czy dziewiątej. Wszedł cicho; nigdy nie robił wejścia w stylu „To ja, jestem w domu, buzi wszystkim!”, ale jakieś tam zdawkowe „Cześć” czy mniej zdawkowe „Jestem głodny, co na obiad / gdzie kolacja?” rzucał, gdy już zdjął buty i odwiesił płaszcz. Teraz jednak milczał. Słyszałem, jak zamyka za sobą drzwi, jak się rozbiera w przedpokoju, jak idzie do łazienki i myje ręce, a potem kręci się przez parę minut po przedpokoju i kuchni, zresztą miałem wrażenie, że kompletnie bez celu. Nie reagowałem. Wyjąłem kolejnego Slima z paczki – z tej czerwonej paczki, którą kupowałem zamiast innych odmian specjalnie dla tego bydlaka – znów zapaliłem, oparłem łokcie o uda, w jednej ręce trzymałem papierosa, drugą bezmyślnie przesuwałem pilota od telewizora na stoliku. Nie zamierzałem się pierwszy odzywać. Mówiąc szczerze, chyba w ogóle nie zamierzałem się odzywać. Ani dać się sprowokować. Odechciało mi się już kłótni, odechciało mi się w ogóle wszystkiego, z towarzystwem Andrzeja na czele, i przez moment zacząłem się nawet zastanawiać, czy to jednak nie jest sygnał, że ten związek nie ma szans ani sensu i że nadszedł czas, by zakończyć tę znajomość. Zabolała mnie ta myśl paskudnie i od razu ją od siebie odepchnąłem, ale nieprzyjemne uczucie i przykry niepokój jeszcze przez chwilę się utrzymywały.
Andrzej w końcu wszedł do pokoju. Nie odzywał się, ja też nie, nawet na niego nie spojrzałem. Usiadł obok mnie na kanapie, nie za blisko – gdyby to zrobił, chybabym się odsunął, choć nie miałem wcale ochoty na ostentację, wolałem go zwyczajnie ignorować, zaczynałem nawet trochę żałować, że nie przenocowałem u kogoś ze znajomych czy nawet w firmie. Andrzej sięgnął po papierosy, wyjął jednego, zapalił, odłożył zapalniczkę na stolik; przez chwilę obaj paliliśmy w milczeniu.
– Dobra – odezwał się nagle cicho, spokojnie. – Przegiąłem.
Popatrzyłem na niego z niedowierzaniem. Siedział prosto, pochylony do przodu, z rękami skrzyżowanymi na kolanach, i tylko powoli unosił albo opuszczał prawą dłoń z papierosem. Nie odpowiedziałem, nie wiedziałem nawet, co mu odpowiedzieć. Przyznawał się do błędu? Andrzej? Zrobili mu pranie mózgu na tej filologii czy co?
Obrócił trochę głowę i zerknął na mnie, po czym odwrócił wzrok, zaciągnął się mocno, sięgnął po popielniczkę, zdusił w niej niedopałek, wydmuchując jednocześnie potężną chmurę dymu z płuc, i dopiero wtedy spojrzał na mnie ponownie. Patrzyliśmy na siebie przez dłuższą chwilę bez słowa, jakbyśmy się pierwszy raz w życiu widzieli. Ja w każdym razie miałem wrażenie, że w pewien sposób widzę go po raz pierwszy. On z kolei zdawał się przetrawiać w sobie jakieś słowa.
– I to jest wszystko, co masz mi do powiedzenia? – zapytałem wreszcie. Przeniósł wzrok na popielniczkę i wzruszył ramionami.
– Przegiąłem, przecież mówię – mruknął z lekkim zniecierpliwieniem. – Co mam ci niby jeszcze powiedzieć?
– Nic – odpowiedziałem zimno. – Nic nie musisz mówić.
Zgniotłem niedopałek i wbiłem wzrok w wyłączony telewizor. No jasne, sądzi, że powie „Przegiąłem”, a ja się rzucę na niego radośnie i zapewnię, że nie ma o czym mówić. Osiągnął chyba apogeum swojego parszywego charakteru, pomyślałem z narastająca złością.
Poczułem lekkie szturchnięcie w ramię, więc spojrzałem na Andrzeja, który dopiero po chwili puścił rękaw mojej koszuli. W prawej ręce trzymał nowego papierosa. Lewa zsunęła się z mojego ramienia na kanapę. Patrzył przez moment bez słowa.
– Przepraszam – powiedział wreszcie, wyjątkowo dziwnym jak na siebie tonem. To nie było kajanie się ani nic w tym stylu, zabrzmiało raczej jak rzeczowe i obiektywne przyznanie racji – ale coś, jakaś nuta w tonie, kazała mi uwierzyć, że mówi to szczerze. Nie spuszczał ze mnie wzroku; zapalony papieros żarzył się między palcami, a Andrzej patrzył mi w oczy uparcie, tak jakby czekał na egzaminie na decydujące: „zdał pan / nie zdał pan”. Nie wiem, skąd mi się wzięło to skojarzenie, ale nie mogłem go odegnać. I widziałem, wiem, jestem przekonany, z całą pewnością widziałem w jego oczach, w jego minie, w jego twarzy – że przeprosił dlatego, że chciał, a nie dlatego, żeby mieć święty spokój. Byłem pewien, do dziś jestem tego pewien.
Czułem nadal żal i przykrość z powodu tej porannej sceny – ale już nie złość. Za mocno trafiło do mnie to, co powiedział i przede wszystkim to, jak powiedział, bym mógł się dalej złościć.
– Chodź tu do mnie – powiedziałem spokojnie i wyciągnąłem rękę. Skrzywił się lekko, w taki sposób, w jaki nastolatek krzywi się, gdy rodzice chcą go publicznie uściskać, ale odłożył papierosa do popielniczki i trochę się przysunął. Wsunąłem rękę w jego włosy i lekko szarpnąłem, aż syknął. – Jesteś paskudnym smarkaczem – uświadomiłem mu surowo, trzymając mocno ten niereformowalny łeb. – Paskudnym, egoistycznym, widzącym tylko czubek własnego nosa i pozbawionym empatii smarkaczem. Z parszywym charakterem. I z niewyparzonym językiem. Po prostu wybitnie wstrętny egzemplarz.
Słuchał spokojnie, nie wyrywał się, za to wpatrywał się we mnie tak, jakby chciał przewiercić wzrokiem. Naraz uśmiechnął się lekko.
– I nadal chcesz, żeby ten wybitnie wstrętny egzemplarz jechał z tobą na święta do rodziny? – zapytał cicho, z rozbawieniem.
– Tak, nadal chcę – odpowiedziałem poważnie. – Bo nadal ten wybitnie wstrętny egzemplarz kocham. Chociaż z ręką na sercu, w tej chwili sam nie wiem, za co. – Rozluźniłem uchwyt, przesunąłem dłonią po czuprynie Andrzeja, po jego szyi i policzku. Nadal się uśmiechał, tak zwyczajnie, bez złośliwości, kpiny czy pogardy. – Straszny z ciebie dzieciak – szepnąłem z czułością, przyciągnąłem go do siebie i pocałowałem. A potem, zanim zdążył się dobrze zorientować w tym, co robię, pociągnąłem go z całych sił i posadziłem sobie okrakiem na kolanach. Andrzej przyglądał mi się przez chwilę z naprawdę niebotycznym zdumieniem w oczach, po czym parsknął krótkim śmiechem.
– Co to ma niby być? – mruknął z rozbawieniem.
– To się nazywa odrobina czułości – wyjaśniłem spokojnie. – Poza tym podoba mi się mieć cię na kolanach. Tobie nie?
Uniósł po swojemu brew.
– Ile ja niby mam lat?
– Według metryki dwadzieścia, według kompetencji interpersonalnych tak z sześć – odparowałem błyskawicznie. – Już się umiesz komunikować, ale jeszcze tkwisz w samym środku „jaizmu”: „ja, ja, ja”.
Znów się lekko uśmiechnął.
– Naprawdę minąłeś się z powołaniem – stwierdził, ale kpina w jego głosie była całkiem sympatyczna, nieodrzucająca. – Powinieneś zostać belfrem.
– Wolę zostać tym, kim jestem – powiedziałem cicho. – I z tym, z kim jestem. – Ująłem jego twarz w obie ręce; o dziwo, nawet się nie odsunął, tylko znów się uśmiechnął, z rozbawieniem. – Pojedziesz ze mną na święta do Lublina? – zapytałem łagodnie. Spochmurniał na moment, odwrócił wzrok, potem znów na mnie spojrzał i pokręcił głową, unosząc słabo kąciki ust, jakby z rezygnacją.
– Pojadę – mruknął. – Niech ci będzie. Ale pretensje z powodu efektów tych świąt będziesz mógł mieć tylko do siebie – zastrzegł się szybko.
– Dobra, dobra – uciszyłem go. – Będzie świetnie, zobaczysz. – Objąłem go mocno w pasie, przyciągnąłem jeszcze trochę, pocałowałem porządnie, po czym dodałem ciszej: – Kocham cię, Andrzej. No co – dorzuciłem z mimowolnym rozbawieniem, gdy zobaczyłem jego minę – nic mi nie odpowiesz?
W zasadzie chciałem się z nim tylko podroczyć, bo podejrzewałem, że ograniczy się do zbycia mnie kpiną czy złośliwością. Ale Andrzej zerknął w bok, potem na mnie, wzruszył ramionami i wymruczał:
– Lubię cię... czasami. A czasami mnie wkurzasz – dorzucił szybko.
– Ty mnie też czasami wkurzasz – odpowiedziałem z rozbawieniem. – Bardzo częstymi czasami. Ale i tak cię kocham. Nawet wtedy, kiedy doprowadzasz mnie do szewskiej pasji.
W milczeniu, które na chwilę zapadło, nie było tym razem napięcia, złości czy urazy. Zsunąłem dłonie na klatkę piersiową Andrzeja i powoli zacząłem rozpinać koszulę. Przyglądał się przez chwilę moim palcom odpinającym kolejne guziki, potem uniósł głowę.
– Remek... – odezwał się z jakimś ledwo uchwytnym wahaniem w głosie. – Ja nie lubię świąt. – Spojrzałem na niego z zaskoczeniem. – Nie lubię tego całego cyrku – wyjaśnił spokojnie. – Tych kretyńskich przygotowań, biegania po sklepach, odstawiania szopki ze szczęśliwą rodziną i całej reszty. Rozumiesz?
Skończyłem z guzikami i zsunąłem mu koszulę z ramion.
– Rozumiem – powiedziałem łagodnie. – Spokojnie, nie będzie żadnych kretyńskich przygotowań, Cyna ma wszystko zawsze przygotowane i zapięte na ostatni guzik miesiąc przed czasem. Biegać po sklepach nie musimy, prezenty mam już upatrzone, a jedyna szopka, jaką odstawimy, będzie się nazywać „zadowoleni ze swoich świąt nienormatywni”. – Pocałowałem wgłębienie między obojczykami. Ogromnie lubiłem zapach jego skóry i to wrażenie, gdy czułem ją pod ustami. – Będzie naprawdę fajnie – zapewniłem, zaciskając dłonie na jego nagich ramionach. Uniosłem głowę, tak by móc spojrzeć Andrzejowi w oczy, i dodałem wesoło: – Ale słuchaj, mnie dopiero teraz oświeciło, jak ty zacząłeś do mnie ładnie mówić.
– Jak? – Uśmiechnął się krzywo, pewnie dobrze wiedząc, o co mi chodzi.
– „Remek” – przypomniałem. – Chyba pierwszy raz w życiu słyszę to od ciebie. – Pochyliłem się i wymruczałem mu w usta: – Podoba mi się. Pod choinkę chcę słyszeć tylko tę wersję.
Rzeczywiście, to był pierwszy raz, gdy użył zdrobnienia. Zwykle mówił „Remigiusz”, a kiedy chciał mi dogryźć (lub mnie wkurzyć), używał wołacza. Jego „Remigiuszu” miało w sobie paskudny posmak wyższości, złośliwości, pogardy albo wszystkiego naraz. Ale tamtego dnia powiedział „Remek” – i zabrzmiało to naprawdę przyjaźnie.
Na moją uwagę o podchoinkowym zdrobnieniu Andrzej prychnął z rozbawieniem, nie skomentował jednak w żaden nieprzyjemny sposób; chwycił mnie tylko za kark, pocałował mocno, mruknął „Czego ci się zachciewa pod tę choinkę” i pchnął na tylne oparcie kanapy. Ja go po chwili pociągnąłem na bok. I oczywiście po kilku minutach szukania najlepszej pozycji zwaliliśmy się z tej kanapy na podłogę. Zleciałem na Andrzeja, więc miałem trochę łagodniejsze lądowanie, ale on aż się skrzywił i mruknął, że dzięki mojemu wierceniu się na wszystkie strony teraz go tyłek boli.
– Co ty wiesz o bolącym tyłku – powiedziałem filozoficznym tonem i zabrałem się do ściągania z niego reszty ciuchów.
Tym razem trzymał się bardziej typowego dla siebie tempa – i całe szczęście, bo nie wytrzymałbym dwa razy pod rząd takiego powolnego znęcania się nade mną. Mimo zimnej podłogi, uderzenia się parę razy ręką czy nogą o stolik albo kanapę i mimo że obaj, jak się potem okazało, byliśmy głodni, seks był świetny. Od pewnego czasu, od długiego czasu zawsze był świetny. Przynajmniej ja nie pamiętam kiepskiego albo średniego.
Leżeliśmy potem obok siebie na podłodze, Andrzej z ręką pod głową, ja z dłonią na jego brzuchu. Nie chciało nam się jeszcze wstawać, chociaż czułem, że od paneli zaczynam marznąć.
– Będzie fajnie – zapewniłem go ponownie; sam nie wiedziałem, czemu dopadła mnie potrzeba powtórzenia tej obietnicy, może dlatego, że milczenie Andrzeja trochę mnie jednak znów zaniepokoiło. Uniosłem się na łokciu i spojrzałem mu w oczy. – Będzie bardzo fajnie, zobaczysz sobie Lublin, pokręcimy się po mieście, po antykwariatach, posiedzimy z Cyną tyle, ile będziesz miał ochoty, ona też nie ma zwyczaju zamęczać swoją obecnością ludzi, zresztą sama będzie chciała spędzić spokojnie trochę czasu ze swoim facetem, będziesz mógł cały czas czytać, palić i nawet komentować „Kevina”, gdy będziemy go oglądać, odpoczniesz porządnie i będziemy się pieprzyć do upadłego – wyliczyłem kusząco. Popatrzył na mnie z rozbawioną miną.
– Widzę, że masz już gotowy plan – mruknął. – Mam coś do powiedzenia?
Pochyliłem się i pocałowałem go lekko w nos.
– Możesz powiedzieć, kiedy dokładnie kończysz zajęcia, żebym mógł już kupić bilety – przypomniałem. – I jeszcze możesz powiedzieć, co byś chciał pod choinkę. Poza dobrym seksem, bo tego nie mogę ci podarować podczas ogólnego rozdawania prezentów, przy własnej siostrze i prawie szwagrze.
Roześmiał się cicho.
– Kajdanki – oświadczył nagle. Musiałem zrobić mocno zdziwioną minę, bo wyjaśnił, najwyraźniej świetnie się przy tym bawiąc: – Czasem za bardzo się wyrywasz, akurat wtedy, gdy chciałbym mieć wolne ręce.
– Słuchaj, draniu – odpowiedziałem, z trudem powstrzymując śmiech – kajdanki przejdą u Mikołaja, ale tylko pod warunkiem, że ja dla ciebie dostanę knebel. Bo czasem za bardzo mielesz jęzorem.
Roześmiał się. Tak zwyczajnie, normalnie, tak, jak naprawdę lubiłem.
– Przed paroma chwilami jakoś się na mój język nie skarżyłeś – mruknął tylko, przypominając mi tym samym kilka szczególnie gorących momentów podczas wspólnego tarzania się po podłodze.
– Kiedy nie gadasz, ten twój język potrafi być naprawdę uroczym towarzystwem – uświadomiłem Andrzejowi uprzejmie. Znów się uśmiechnął, i znów w taki po prostu sympatyczny sposób. Następnie pchnął mnie na plecy, usiadł mi na biodrach, pochylił się i powiedział cicho:
– W porządku, teraz przez chwilę nie będę gadał.
Rzeczywiście, nie gadał. Ilekroć przypominałem sobie później, co potrafił zrobić językiem – i nie tylko językiem – ogarniało mnie takie gorąco-dręczące uczucie: mieszanka podniecenia, tęsknoty i żalu. To, co zafundował mi tamtego wieczoru na podłodze, było jednym ze szczególnie intensywnych i zapadających w pamięć przeżyć.
Po wszystkich zarzuciliśmy na siebie ciuchy, zrobiliśmy sobie kolację, wypaliliśmy parę papierosów i poszliśmy spać, zbyt wykończeni całym dniem, szczególnie porankiem i wieczorem, by chciało nam się myć choćby zęby. Zasypiałem z dłonią na udzie Andrzeja, a on leżał na plecach, nie odwracał się do mnie tyłem. Nie miałem siły już nic mówić, byłem koszmarnie śpiący, ale po głowie snuły mi się luźne, przedsenne wyobrażenia o tym, jakie te święta będą wspaniałe.

Przez ostatnie dni listopada i jakieś trzy tygodnie grudnia żyłem w stanie kompletnego, ogłupiającego zadowolenia. Andrzej zgodził się pojechać ze mną na święta do mojej siostry, do mojego rodzinnego miasta, ze mną, ze mną, ze mną, powtarzałem sobie chwilami niczym mantrę. Zdarzyło mu się jeszcze mówić do mnie „Remek”, tak w codziennych sytuacjach. W łóżku nie mówił ani tak, ani inaczej, w łóżku w ogóle nie lubił rozmawiać; w łóżku, jak sam mi parokrotnie powtarzał, chciał się skupić na seksie, a nie na konwersacji. Zadowolenie okazywał w mało zwerbalizowany sposób, dużo w tym było pomruków, jęków, stęknięć, westchnięć, mało zwrotów bezpośrednich, a już czułych za grosz. To ja byłem tym, który się produkował w stylu „o boże, Andrzej, jak dobrze, jeszcze, mocniej, wracaj tu, bydlaku, jesteś cudowny, mocniej, nie-tak-kurwa-mocno, jeszcze, jeszcze, o właśnie tak, jeszcze”.
Na każde jego „Remek” poziom ogłupienia ze szczęścia podskakiwał mi o jakieś sto procent. Któregoś dnia po takim zaremkowaniu przyparłem go do ściany, mocno pocałowałem, a w odpowiedzi na zaskoczone spojrzenie oświadczyłem:
– Uwielbiam, gdy mówisz do mnie zdrobnieniem. W końcu.
Wzruszył ramionami, nie odrywając ode mnie rozbawionego wzroku.
– Jest krócej i szybciej – odpowiedział. – O tej porze roku nie chce mi się za bardzo wysilać. – Jego kpiący ton wcale nie bolał, było w tym raczej coś życzliwego.
Ale w tym ogłupieniu ze szczęścia nie mogłem nie zauważyć pewnych niepokojących sygnałów. Nie mogłem, a jednak jakoś nie zauważałem, dopiero po wszystkim, po zakończeniu całej historii, zaczęły do mnie powracać, o wiele wyraźniejsze we wspomnieniach niż wtedy, gdy działy się na moich oczach. Naprawdę musiałem starać się ich nie widzieć, nie obawiać, nie rozumieć...
Andrzej zrobił się jak na siebie dość cichy. Czasami popadał w zamyślenie, takie głębokie, z którego ciężko było go wybić i po którym potrzebował chwili, by się ogarnąć. Rzadziej dawał się wciągnąć w potyczki słowne, sam też rzadziej je inicjował czy prowokował. Niekiedy na jakąś moją uwagę czy aluzję odnośnie świąt trochę pochmurniał. Parokrotnie odsunął moją rękę, gdy chciałem go w łóżku po seksie objąć, odwrócił się do mnie plecami z krótkim, suchym „Chcę spać, nie szturchaj mnie”. Zrzucałem to na karby zmęczenia nauką – przed świętami miał mieć duże koło z romantyzmu – i nerwów przed nową, pewnie nietypową dla niego sytuacją. Więc czasem zostawiałem go w spokoju, a czasem po raz kolejny opowiadałem mu, jakie to będą fajne święta.

Raz obudziłem się w środku nocy; zasnąłem, gdy tylko skończyliśmy się kochać, i zaraz po wybudzeniu się nie mogłem skojarzyć, co to za dzień, która godzina i czemu leżę w łóżku, skoro miał być seks. No tak, ale seks był. Świetny seks. I gorąca skóra Andrzeja, którą czułem przy sobie, gdy zasypiałem. I Andrzej. Andrzej, którego nie było. W łóżku nie było.
Był przy oknie. Stał bokiem do parapetu, wsparty ramieniem o framugę, lewą ręką podtrzymywał łokieć prawej, w której trzymał papierosa; palił i patrzył przez szybę. Widziałem go całkiem nieźle, bo choć w pokoju wszystkie światła zostały wyłączone, to księżyc za oknem świecił dość mocno.
Milczał, palił i spoglądał na zewnątrz. W całej jego postawie było coś dziwnie zawieszonego, zamyślonego właśnie; ten ruch ręki, gdy unosił lub odsuwał papierosa, wydawał się jakby roztargniony. Uniosłem się na łokciu i powiedziałem cicho:
– Andrzej?
Nie zareagował. Włączyłem nocną lampkę i powtórzyłem głośniej:
– Andrzej?
Powoli odwrócił głowę w moim kierunku i spojrzał na mnie uważnie.
– Nie śpisz? – zapytał, ale w jego głosie nie czuło się zaskoczenia.
– Obudziłem się właśnie – mruknąłem i okryłem się trochę porządniej kołdrą. – A ty? Czemu nie śpisz?
Znów przeniósł wzrok na szybę i wzruszył ramionami.
– Jakoś mi się nie chce – mruknął.
– Długo tak tam stoisz?
Znów wzruszenie ramionami.
– Czy ja wiem... – Zaciągnął się, wypuścił dym z ust. – Może kilka papierosów. Może kilkanaście.
– Co się dzieje? – spytałem nagle podejrzliwie, bo coś mi się w jego postawie nie podobało. Spojrzał na mnie.
– Nic się nie dzieje – odpowiedział spokojnie. – Dlaczego miałoby się coś dziać? – I znów wpatrywał się w coś za szybą.
Obserwowałem go przez dłuższą chwilę bez słowa. Nie odrywał wzroku od okna, nawet gdy zduszał niedopałek w stojącej na parapecie popielniczce, wyciągał z paczki nowego papierosa, sięgał po zapalniczkę i zapalał. Ja nie odrywałem wzroku od niego.
Był nagi. Nigdy nie miał z tym problemu, by stanąć przede mną kompletnie bez ubrania, nawet gdy nie zamierzaliśmy się kochać; nie peszyły go moje spojrzenia, raczej chyba pochlebiały jego próżności. Nie paradował bez gaci jakoś rozmyślnie i często, ale gdy już się zdarzyło, jak teraz, że nic na sobie nie miał – najwyraźniej zupełnie go to nie ruszało i w niczym nie przeszkadzało. Miałem wrażenie, że w swoim ciele i ze swoim ciałem czuje się wyjątkowo swobodnie, dobrze – i pewnie.
Wcale mnie to nie dziwiło, tak swoją drogą. Wysoki, szczupły, z dobrze wyrobionymi mięśniami, które teraz można było w pełni podziwiać, pobudzał apetyt. Spokojne, nieco roztargnione ruchy trzymającej papierosa ręki i nieobecne spojrzenie sprawiały, że wydawał się nieco nierealny, przynajmniej w tamtej scenerii: środek nocy, półmrok, niewielkie światło lampki, odrobinę zamglone światło księżyca, on palący w zamyśleniu. Mocna, trochę ostra linia nosa i szczęki miała w sobie coś drapieżnego, przynajmniej czasem nachodziło mnie takie wrażenie. Poza tym za każdym razem, gdy na niego patrzyłem, uderzała mnie ta smakowita i podniecająca mieszanka, mieszanka czegoś jeszcze młodzieńczego i już dorosłego, męskiego, w jego twarzy, w jego ciele, w nim całym. Był na pograniczu – i niesamowicie mu z tym pograniczem było do twarzy.
Lubiłem tę ciemną linię włosów, która ciągnęła się przez jego brzuch i podbrzusze. W ogóle podobało mi się to, że miał porządnie, choć jednocześnie bez przesady, zarośniętą klatkę piersiową, brzuch, krocze i nogi. Nie podobali mi się faceci nadmiernie owłosieni – kiedyś trafiłem na takiego, który miał nawet włochate plecy i za każdym razie, gdy lądowaliśmy w łóżku, miałem wrażenie, że obejmuję małpę; ale jeszcze bardziej nie podobali mi się chłopacy nadmiernie gładcy, golący sobie nogi, pachy, klatki, a nawet genitalia. Taka chodząca i mówiąca gumowa lalka, dopadało mnie zawsze nieżyczliwe porównanie. Mężczyzna to ma być jednak mężczyzna, chciałem widzieć i czuć pod ręką, że mam do czynienia z ciałem męskim, a nie kobiecym lub takim... pośrednim.
Przyglądałem mu się z ogromną przyjemnością. Miałem go, miałem jego ciało każdej nocy, w sobie, na sobie – przy sobie. Nawet gdy się nie kochaliśmy, był obok, trzymałem dłoń na jego udzie, biodrze, brzuchu, obejmowałem go w pasie, wtulałem twarz w jego plecy lub zagłębienie między szyją a ramieniem. Miałem go i to nie tylko fizycznie – psychicznie, emocjonalnie przecież też był przy mnie, ze mną, blisko mnie. Przecież był, na obu poziomach, przecież sam widziałem, wiedziałem i czułem, przecież dawał mi tego dowody.
– Andrzej – odezwałem się wreszcie. – O czym tak dumasz?
Musiałem go wybić z tych rozmyślań, bo spojrzał na mnie, najpierw jakby zaskoczony i zdezorientowany; przez chwilę milczał, po czym odpowiedział spokojnie, ze wzrokiem ponownie utkwionym w oknie:
– O niczym.
– Od kiedy to taka mądrala jak ty myśli o niczym? – roześmiałem się. Nie zareagował. – No, przyznaj się, kombinujesz, czego by sobie zażyczyć pod choinkę, skoro kajdanki już odpadły – zasugerowałem, ale on dalej nie zwracał uwagi. Kajdanki rzeczywiście wypadły z listy potencjalnych prezentów, bo podarowałem je Andrzejowi na imieniny. Zrobił z nich dobry użytek. Cholernie dobry i aż za dobry, nie myślałem dotąd, że niemożność ruszenia ręką może być tak rozwścieczająca i wykańczająca. A Andrzej najwyraźniej nie myślał, że następnej nocy role się mogą odwrócić i to on wyląduje ze skutymi rękami, a ja zafunduję mu bardzo, bardzo wolny, doprowadzający wręcz do szału tym spowolnionym tempem dostęp do mojego tyłka.
Znów nie zareagował. Jeszcze parę razy próbowałem się z nim podroczyć, trochę go wybić z tego dziwnego zamyślenia, znieruchomienia i zamilczenia, ale się nie dało. Albo w ogóle mnie nie słyszał, albo mnie ignorował, choć podejrzewałem, że jednak raczej nie słyszał. Patrzył przez okno, palił – wypalił kolejne dwa lub trzy papierosy – i tylko czasami rzucał w moim kierunku roztargnione, nieobecne, niezauważające nikogo i niczego spojrzenie. Nie podobało mi się to. W końcu straciłem  cierpliwość – a może raczej poczułem zbyt silny niepokój, by pozwolić mu tam dalej tak stać bez ruchu, bez słowa, bez kontaktu.
– Andrzej, starczy tego kopcenia po nocy i odmrażania sobie gołego tyłka – powiedziałem głośno, stanowczo, i uderzyłem ręką w pościel. – Natychmiast marsz mi tutaj, do łóżka. Bo jeszcze ci się od tego zimna coś skurczy i będziesz miał problem – dorzuciłem złośliwie, ale nie podchwycił moich słów i nie podjął dyskusji. Znów na mnie popatrzył – to było długie, zamyślone i trochę obce spojrzenie – przeniósł ponownie wzrok na okno, zaciągnął się jeszcze raz, zdusił papierosa w popielniczce i wolnym krokiem podszedł do łóżka. Odsunąłem kołdrę z prześcieradła, a gdy usiadł na materacu, pchnąłem go na poduszkę i porządnie okryłem. Dopiero to go jakoś wyrwało z dotychczasowego dziwacznego nastroju.
– Co to, znowu niewyżyty instynkt rodzicielski? – zapytał rozbawionym tonem i uśmiechnął się kpiąco.
– Nie rodzicielski, tylko partnerski – poprawiłem. – Jeśli przemarzniesz i się przeziębisz, to ja też będę cierpiał, bo chorego nie będę mógł zaciągać do łóżka, a jak sobie coś odmrozisz, to mogę jeszcze bardziej nie mieć z ciebie pożytku.
Roześmiał się, uniósł rękę i wsunął mi palce we włosy. A potem, z wrednym uśmieszkiem, lekko szarpnął.
– Ja ci rano pokażę ten pożytek – mruknął. – A teraz daj mi spać. – Położył się na boku, twarzą do okna, zażądał jeszcze wyłączenia lampki, a gdy to zrobiłem, naciągnął na siebie mocniej kołdrę. Przytuliłem się do jego pleców. Prychnął tylko w poduszkę i zapytał sennie: „Czy ja jestem twoim pluszowym misiem?”, ale się nie odsunął. Gdy objąłem go w pasie, położył dłoń na mojej ręce. Zasnął błyskawicznie i wsłuchiwałem się w jego spokojny, miarowy oddech, zanim sam nie usnąłem.

Gdy któregoś dnia wróciłem z pracy, w domu przywitał mnie paskudny smród przypalającego się w najlepsze żarcia. Kuchnia była już nieźle zadymiona, a Andrzej stał przy kuchence, w dłoni miał patelnię, na patelni coś, co, sądząc po leżących w zlewie skorupek, kiedyś było jajkami, a teraz zamieniało się właśnie w czarne, zwęglone i śmierdzące resztki, które mój chłopak dźgał bezmyślnie trzymanym w drugiej ręce widelcem.
– Andrzej, cholera jasna, zdurniałeś? – krzyknąłem, podszedłem szybko i wyłączyłem ogień. – Chcesz spalić mieszkanie? – Wyrwałem mu patelnię, odkręciłem wodę w zlewie i zalałem dogorywające eksjajka, by przestały się wreszcie tak ohydnie fajczyć. – Co ci do łba strzeliło, żeby gapić się na palące się żarcie i nic nie robić? – rzuciłem wściekle w jego kierunku i zakląłem, bo nieopatrznie dotknąłem brzegu patelni. Syknąłem z bólu, znów zakląłem, wsadziłem rękę pod zimną wodę i warczałem dalej ze złością: – Czy ty oczu nie masz, przecież to ci się spalało przed nosem, co ty do cholery wyprawiasz?
Stał obok kuchenki bez słowa i miał taką minę, jakby nie za bardzo ogarniał, o co chodzi; wreszcie skrzywił się lekko i wyszedł z kuchni. Słyszałem, jak otwiera okna w pokoju i uchyla drzwi od mieszkania, dzięki czemu po chwili smród spalenizny osłabł, a dym częściowo zniknął. Andrzej znów stanął przy blacie kuchennym i popatrzył na zlew.
– Mocno się oparzyłeś? – zapytał spokojnie.
– Mocno – warknąłem, bo jeszcze bolało.
– Odkupię ci patelnię – powiedział, tak jakby naprawdę to było najważniejsze. Spojrzałem na niego ze złością.
– W dupie mam głupią patelnię, to jest akurat najmniej ważne – burknąłem. – Mogłeś puścić z dymem mieszkanie. Mogłeś puścić z dymem siebie, idioto! Jakbyś jeszcze jakiś czas tak postał, wdychając tę spaleniznę i dym, to mógłbyś się zaczadzić albo zatruć. – Wściekłość już mi trochę przeszła, ból też, więc dodałem spokojniej: – Andrzej, patrz i myśl, co robisz, bo zrobisz sobie krzywdę. Nie jest ci niedobrze albo słabo?
– Nie – odpowiedział i uśmiechnął się lekko. – Nic mi nie jest, bez przesady. To raczej ty masz problem – dorzucił, gdy po wyjęciu dłoni spod kranu znów się skrzywiłem. No tak, uczucie, że coś pali i buzuje pod skórą, wróciło, gdy tylko zniknął lodowaty strumień.
– Daj mi Panthenol, jest w łazience, w szafce pod umywalką – poprosiłem. Przyniósł butelkę i sam z siebie psiknął mi pianką na dłoń; potem ostrożnie zapakował patelnię do worka na śmieci i wyniósł z mieszkania. Doceniłem to. Obaj nie lubiliśmy wyrzucania śmieci, szczególnie gdy trzeba było iść w zimnym wieczór do stojącego parę klatek za naszą wielkiego śmietnika. Ale wyniósł te sfajczone resztki, bez dyskusji, bez marudzenia, bez proszenia. Szkoda, że od razu nie wziął reszty śmieci, ale nie wypomniałem mu tego, gdy wrócił, żeby nie miał wrażenia, że cokolwiek zrobi, ja marudzę. Zresztą inne śmieci mogły zaczekać, resztki patelni natomiast wymagały natychmiastowej eksmisji.
Chyba się przejął, albo tym przypaleniem, albo moją ręką, albo jednym i drugim, bo zrobił mi herbatę i parę kanapek – oświadczyłem, że nie chcę nic na gorąco, w ogóle przez najbliższe dziesięć lat nie chcę widzieć, jak się zbliża do kuchenki i coś przy niej kombinuje – a potem zapaliliśmy i posiedzieliśmy chwilę w milczeniu.
– No dobra, młody, to co to była za akcja? – zapytałem wreszcie. – Czemu zachciało ci się palić gary?
Siedział do mnie bokiem, wsparty łokciem o brzeg stołu; rzucił mi szybkie spojrzenie, strzepnął popiół do popielniczki i mruknął:
– Nie wiem. Zamyśliłem się.
– Stres przedkołowy? – podsunąłem łagodnie. Uśmiechnął się kątem ust.
– Nie. Mam ten romantyzm w małym palcu – oświadczył butnie. Wierzyłem, że tak jest, że ma perfekcyjnie opanowany cały materiał swoich studiów, ale zawsze bawił mnie tą pewnością siebie i pawimi odruchami. Pawie prezentowały ogony, Andrzej prezentował swoją wszechwiedzę. Ale pracował na tę wszechwiedzę ciężko i bez przerwy, to mu musiałem przyznać.
– Jasne, że masz w małym palcu – powiedziałem z czułością. Spojrzał na mnie podejrzliwie, jakby sprawdzał, czy sobie nie kpię, po czym uśmiechnął się już tak normalnie, całkiem sympatycznie.
– Nadal piecze? – spytał, wskazując ruchem głowy na moją rękę. Rozsmarowałem sobie chwilę wcześniej Panthenol na skórze, bo tak jeszcze szybciej się goiło.
– Właściwie już prawie nie – stwierdziłem zgodnie z prawdą. – Ale psiknę jeszcze parę razy, jutro czy pojutrze nie będzie w ogóle śladu.
Myślałem, że skomentuje to oparzenie jakoś złośliwie, w stylu „starzejesz się i refleks nawala na całej linii”, ale nic nie powiedział. Zamiast tego pokiwał głową, jakby zadowolony z moich słów, i dalej palił.
– O czym tak myślałeś, że aż zabiłeś patelnię? – zainteresowałem się. Ręka, w której trzymał papierosa, znieruchomiała w pół drogi do ust. Wzruszył ramionami.
– O niczym szczególnym – mruknął i znów się zaciągnął.
– O świętach? – zapytałem, bo nagle mnie naszło takie podejrzenie. Andrzej nie odrywał wzroku od szafek na przeciwległej ścianie.
– Nie – odpowiedział, ale jakoś nie zabrzmiało to dla mnie zbyt przekonująco.
– Nie denerwuj się – poprosiłem. – Nie ma powodu, to będą naprawdę fajne święta, sam zobaczysz.
– Yhym – wymruczał i zgniótł resztkę papierosa w popielniczce. – Chcesz jeszcze herbatę?
– Wolałbym buzi – odparowałem natychmiast. Uniósł głowę, minę miał zaskoczoną i rozbawioną. – No wiesz, tak na pociechę. Oparzyłem się, z twojej winy zresztą, należy mi się za to jakieś zadośćuczynienie.
– Zadośćuczynienie? – powtórzył Andrzej nieco niepokojącym tonem i powoli wstał. – W porządku. Ale pamiętaj, że sam się o to prosiłeś.
Pamiętałem. Pamiętałem też, że seks na stole kuchennym nie należy do najwygodniejszych, zwłaszcza gdy jedną rękę próbuje się wyłączyć z całej zabawy, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Męczyło mnie tyko wrażenie, że ten seks był trochę sposobem na odsunięcie rozmowy o przyczynie całego zajścia i uniknięciem przez Andrzeja odpowiadania na pytanie, o czym wtedy myślał. Zresztą, może wtedy, tamtego wieczoru i przez następne dni, wcale tak tego nie odbierałem; możliwe, że dopiero po wszystkim, gdy analizowałem kolejne wydarzenia, słowa, spojrzenia, gesty – że dopiero wtedy zacząłem odkrywać ukryte znaczenia pewnych zachowań albo przypisywać im drugie dno. Sam nie wiem.

Koło z romantyzmu zostało sprawdzone szybko, więc jeszcze tydzień przed końcem zajęć mogliśmy uczcić Andrzejową piątkę. Kupiłem mu wielką czekoladę z orzechami, którą przyjął z kpiącym: „Co ja jestem, dziecko?”, a potem pożarł na jednym posiedzeniu. Gdy po skończonym świętowaniu leżeliśmy rozciągnięci obok siebie na łóżku, ze stopami na poduszkach, dojadał właśnie resztki prezentu. Podsunął mi w pewnej chwili opakowanie z pytaniem „Chcesz?”; odmówiłem, nie miałem ochoty, zresztą szkoda było wyjadać samemu, gdy można było patrzeć, jak Andrzej „Gardzę Dziecinnymi Rozrywkami” pochłania czekoladę niczym dzieciak właśnie.
– Zastanawiam się czasami, gdzie ty to mieścisz – stwierdziłem, kiedy już ostatni kawałek zniknął i Andrzej składał sreberko w kostkę.
– Co gdzie mieszczę? – zapytał z roztargnieniem.
– Tę czekoladę – odpowiedziałem i poklepałem go po nagich pośladkach. – Masz niezły spust, ale nic po tobie nie widać.
Spojrzał na mnie z rozbawieniem.
– Dużo spalam, jakbyś nie zauważył – przypomniał mi. – W dużym stopniu na tobie.
Roześmiałem się i pocałowałem go w ramię.
– Jesteś strasznym łakomczuchem, Andrzejku – powiedziałem czule. Zdrobnienie jakoś tak mi się wyrwało, pasowało do chwili. Lekko zniesmaczoną miną i kpiącym prychnięciem głównego zainteresowanego nie zamierzałem się przejmować.
– Mam nadzieję, że nie zamierzasz zrobić z tych swoich infantylnych uwag zasady podczas rozmów ze mną – oświadczył, patrząc na mnie krytycznie. – I nie lubię, gdy mi się robi z porządnego, normalnego imienia jakieś dziecinady.
– Pytałem cię kiedyś, jak mogę się do ciebie zwracać mniej oficjalnie, ale nie zaproponowałeś niczego – roześmiałem się. – Więc teraz już za późno na marudzenie, przegapiłeś moment, gdy jeszcze mogłeś wpłynąć na wybór formy. Mnie się „Andrzejek” podoba. „Remek i Andrzejek”, to nawet nieźle brzmi. Przedstawię nas tak chłopakowi mojej siostry.
Rzucił mi mało życzliwe spojrzenie, co wprawiło mnie w jeszcze lepszy humor.
– A pod choinkę dostaniesz największą czekoladę, jaką zdołam znaleźć – obiecałem. – I będziesz ją na mnie spalał przez całe święta, Andrzejku.
Nie odpowiedział. Wbił wzrok w to złożone już w kilkoro sreberko i zaczął je zginać w jeszcze mniejszą kostkę. Nie dał się już wciągnąć w żadne słowne potyczki; po kilku minutach cisnął sreberko na podłogę, obok rzuconego tam już wcześniej opakowania, wsunął się pod kołdrę i zażądał wyłączenia światła.
– Nie chcesz się położyć normalnie, z głową na poduszce? – spytałem, gdy już to zrobiłem i wróciłem do łóżka; włącznik górnego światła znajdował się na drugim końcu pokoju, a Andrzej oczywiście nie pomyślał o tym, żeby mi zapalić na moment lampkę nocną, ja zresztą też nie, ale na szczęście zza okna dochodziło trochę światła, więc zdołałem nie rozwalić po drodze żadnego wieżowca.
– Tak jest mi dobrze – mruknął. Leżał na brzuchu, więc kiedy się położyłem obok, pogłaskałem go po plecach. – Daj mi spać – burknął zirytowanym głosem. – Jak mnie tak szturchasz, to mi przeszkadzasz zasnąć.
– Nie bądź taki nieużyty, młody – szepnąłem i pocałowałem go w kark. – Przecież wiesz, że lubię się do ciebie kleić. Mam dzięki temu ciekawsze sny.
Zamruczał tylko z niezadowoleniem. Zabrałem rękę, żeby nie marudził, ale nie mogłem sobie darować rzucenia jeszcze z mieszaniną czułości i złośliwości:
– Dobranoc, Andrzejku.
– Spadaj – warknął. Roześmiałem się i już go nie drażniłem.

W grudniu tamtego roku wigilia przypadała na przedostatnią niedzielę. Andrzej kończył zajęcia parę dni wcześniej, w środę; w czwartek dostali dzień rektorski, więc zamierzaliśmy wtedy wszystko ogarnąć i spakować, bilety kupiłem na piątek. Wagon sypialny, dwuosobowy. Pogoniłem Andrzeja, gdy chciał mi zwrócić za swój bilet. „Pocałujesz mnie pod jemiołą, to rachunek będzie wyrównany” – zażartowałem, ale nie podchwycił tego.
W gruncie rzeczy byłem gotów już tydzień przed wyjazdem. W weekend posprzątałem całe mieszkanie, zostawiłem w lodówce tylko to, co do wyjazdu mieliśmy dojeść, zrobiłem kilka prań, spakowałem większość rzeczy, więc duża walizka czekała już tylko na kilka ostatnich drobiazgów do wrzucenia tuż przed wyjściem. Mała walizka stała gotowa w kącie pokoju. Były w niej między innymi prezenty – w tym ten dla Andrzeja. Czekoladę zamierzałem kupić już w Lublinie, bo w czasie podróży mogła się połamać albo roztopić, natomiast ten prawdziwy, właściwy prezent znalazłem na początku grudnia i niemal codziennie musiałem się gryźć w język, żeby nie wyskoczyć z czymś w rodzaju „Nie masz pojęcia, co genialnego znalazłem dla ciebie pod choinkę”. Załatwiałem ostatnie sprawy w pracy z niesamowitym uczuciem nierealności, tak jakby to wszystko już w zasadzie nie istniało, istniało tylko oczekiwanie na wyjazd, sam wyjazd i święta. Razem.
Nie zwracałem wtedy zbytnio uwagi na Andrzeja. Coś tam jeszcze doczytywał na zajęcia, coś sobie notował do kolejnego tekstu do tego literackiego czasopisma. Poprzednia recenzja została zamieszczona w ostatnim numerze z dwutysięcznego i byłem z Andrzeja diabelnie dumny, ale rozśmieszył mnie do łez swoim komentarzem „To nic wielkiego”, połączonym ze wzruszeniem ramionami. Powiedziałem mu wtedy wprost: przecież widziałem, jak nad tym ostro pracowałeś i jak ci zależało, i jak się cieszysz, przestań się zgrywać i miej odwagę normalnie przyznać, że jesteś zadowolony, naprawdę myślisz, że po tylu miesiącach razem ja się dam nabrać na to twoje „phi, mam w dupie?”. Trochę wtedy położył uszy po sobie i wymruczał, że owszem, jest zadowolony i tak dalej, tylko ja to przeżywam aż do przesady. Bo cię kocham i cieszę się z twoich sukcesów, uświadomiłem mu trochę już zirytowanym tonem. Bo ludzie się cieszą, gdy ktoś dla nich ważny coś osiągnie, to taki haczyk w byciu razem, wyobraź sobie, młody. Usłyszałem wtedy, że znów mu prawię kazania. Ale już nie wracał do tej swojej zblazowanej pozy.
Podejrzewałem, że nie chce się przyznać, nawet sam przed sobą, do tego, jak bardzo czuje się dumny i może w pewien sposób uspokojony czy upewniony. Jego tekst został przyjęty, pochwalony przez tę ulubioną profesor i jeszcze ze dwóch wykładowców, zaproponowano mu napisanie czegoś do kolejnego numeru, jednym słowem – to oznaczało, że rzeczywiście jest dobry w tym, co robi, rzeczywiście jest kimś więcej niż tylko kolejnym z wielu studentów filologii polskiej, potrafi mówić o książkach w sposób, który nie stanowi powielania tego, co znalazł w innych książkach, tylko jest jego własnym głosem, potrafi wejść na taki poziom mówienia o książkach, który jest interesujący i wartościowy zdaniem jego wykładowców. To oznaczało, że nadaje się do tych studiów, do tej pracy, do badania literatury. To znaczy, że naprawdę ma szansę zostać na uczelni, pracować naukowo, wykładać.
To wszystko było po nim tak bardzo widać, wystarczyło tylko przez chwilę na niego popatrzeć. Zwykle gdy chciał, umiał przybrać pokerową twarz i schować uczucia – ale wtedy, przy tej recenzji, przy całej tej sprawie, nie potrafił. Twarz go zdradzała, głos go zdradzał, nawet to, jak brał do ręki egzemplarz ze swoim tekstem, jak otwierał na właściwej stronie, jak podsuwał mi pod nos, żebym zobaczył jego wydrukowane nazwisko – nawet to go zdradzało. I on mi próbował zamydlić oczy tym swoim „Phi, to nic wielkiego”? Andrzejku, za dobrze zdążyłem cię poznać, żeby się na to nabrać.
Przy drugim tekście sam przyszedł do mnie z pytaniem, czy może skorzystać z komputera. Doprawdy, jakby musiał o to pytać. Ale doceniłem, że jednak pyta, i to nie takim swoim typowym, obrażonym tonem, tylko zupełnie normalnie, rzeczowo. Posadziłem go przed monitorem, pocałowałem w głowę, życzyłem udanej pracy i wróciłem do dalszych przedwyjazdowych przygotowań.
Tym bardziej więc nie zwracałem na niego uwagi przez kilka kolejnych dni, bo albo czytał coś na zajęcia czy zimowe egzaminy, albo czytał rzeczy do nowego tekstu, albo wystukiwał ten tekst na klawiaturze. Nie zamierzałem zawracać mu głowy przygotowaniami – i tak poprałem jego ciuchy wraz ze swoimi, nawet mu coś niecoś poprasowałem, choć podejrzewałem, że zaraz po wypakowaniu się po przyjeździe zażąda od Cyny żelazka i deski, żeby poprawić po mnie wszystkie niedopatrzenia. Wyobrażałem sobie minę siostry i komentarze w stylu: „Ten twój chłopak ma jakieś odpały, czy on się kiedyś odkleja od żelazka?”. Miałem tylko nadzieję, że facet Cyny się nie przerazi, bo czekało go towarzystwo bardzo specyficznej gromady: Cyna, która nigdy nie owijała w bawełnę i miała wisielczo-montypythonowskie poczucie humoru, ja, uganiający się za o połowę młodszymi chłopakami i Andrzej, który będzie co chwila marudził, żeby mu dać żelazko, bo ja mu źle wyprasowałem spodnie, kanty nie są tak idealnie ostre, by ciąć powietrze. Zapowiadały się wariackie święta, a ja się wariacko na nie cieszyłem.
We wtorek wieczorem Andrzej mnie w łóżku wykończył. Jakby się zawziął, żebym po wszystkim nie miał nawet siły głębiej odetchnąć czy naciągnąć na siebie kołdry.
– Testujesz moją czy swoją wytrzymałość? – zapytałem ze słabym uśmiechem, gdy wreszcie udało mi się trochę dojść do siebie. Leżałem na łóżku jakoś na skos, na boku, i przesuwałem palcami po biodrze Andrzeja, który po wyłączeniu górnego światła i włączeniu lampki (obaj z reguły robiliśmy to w tej kolejności, zamiast wygodniej, na odwrót) przysiadł na skraju materaca. Obejrzał się przez ramię, z papierosem w ustach, przypalił go, odłożył zapalniczkę na materac i spojrzał jakoś dziwnie.
– Lubię się z tobą pieprzyć – powiedział spokojnie, cicho. Coś dziwnego było również w jego tonie, coś, co mnie wtedy rozczuliło, nie zaniepokoiło.
– Ja z tobą też, Andrzejku – odpowiedziałem. Nie zareagował w żaden sposób na zdrobnienie, choć jeszcze parę godzin wcześniej warczał „Przestań mnie tak nazywać, do ciężkiej cholery”. – Chodź tu do mnie, ja nie mam siły się ruszyć.
Pokiwał głową, odwrócił się znów do okna i w milczeniu wypalił papierosa. Potem wyłączył lampkę, położył się, dał się objąć, dał się pocałować w ucho, poklepał mnie po ręce i mruknął: „Dobrze, dobrze, śpij”. Zanim na dobre zasnąłem, czułem jeszcze, jak przesuwa palcami po moich włosach i szyi.
A następnego dnia zrobił woltę o sto osiemdziesiąt stopni – zupełnie bez uprzedzenia, bez powodu, po prostu bez sensu.
Odwiozłem go rano na uczelnię i wszystko było normalnie, może tylko był bardziej niż zwykle milczący, bo nawet nie skomentował dwóch czy trzech zdecydowanie uzdolnionych inaczej kierowców, zwłaszcza kretyna, który bez kierunkowskazu i na ciągłej robił slalom po pasach; ale te milczące momenty już mu się od pewnego czasu zdarzały, więc nie zwróciłem uwagi. Wrócić miał sam, bo kończył zajęcia koło południa, więc mieliśmy się spotkać dopiero w domu.
No i owszem, spotkaliśmy się. Gdy wróciłem, Andrzej czekał na mnie w przedpokoju; stał oparty o regał, już w płaszczu i butach, ze swoją walizką w ręku. Na moje zdziwione „Co jest?” odpowiedział, nie patrząc mi w oczy:
– Nic. Jadę na święta do rodziców.
Zamurowało mnie na moment, myślałem nawet, że się przesłyszałem albo że się wydurnia.
– Jak to do rodziców? – zapytałem, gdy wreszcie odzyskałem głos. – Przecież jedziemy na święta do mojej siostry, do Lublina. W piątek. Czekaj, chcesz przed świętami jeszcze do nich wpaść? Coś się stało w domu? – Przez chwilę wydawało mi się, że zrozumiałem, ale Andrzej pokręcił głową.
– Nie. Po prostu jadę do nich na święta. Nie jadę z tobą do Lublina – powiedział spokojnym, dobitnym głosem, ale nadal unikał mojego wzroku.
– Co ty wygadujesz? – Wciąż byłem jeszcze bardziej zdumiony niż zły, wciąż docierał do mnie sens jego słów. – Przecież wszystko ustaliliśmy prawie miesiąc temu, co ci nagle strzeliło do głowy?
– Nic – odmruknął. – Po prostu się rozmyśliłem.
– Jakie, kurwa, „rozmyśliłem”? – warknąłem, bo w końcu otrząsnąłem się z zaskoczenia i została mi tylko wściekłość. Podszedłem do niego, chwyciłem go mocno jedną ręką za ramię, drugą za podbródek i zmusiłem, by mi wreszcie spojrzał w twarz. – Do ciężkiej cholery, co ci odbija? Przecież ustaliliśmy wszystko, zgodziłeś się, mamy bilety, moja siostra wszystko przygotowała i na nas czeka – wyliczałem z rosnącym gniewem. – Przecież... przecież chciałeś jechać, jeszcze wczoraj chciałeś... – Przez moment zabrakło mi pomysłu, co i jak powiedzieć, jak go przekonać, jak go wyrwać z tego dziwacznego stanu, z tego czegoś, co sprawiło, że w ciągu kilkunastu godzin tak diametralnie zmienił zdanie. Andrzej odsunął moją rękę od swojej twarzy.
– Wcale nie chciałem – oświadczył. – Ty to sobie wymyśliłeś i uznałeś, że wszystko jest załatwione i tak ma być. Ja nie chciałem nigdzie jechać. I nie chcę. I nie pojadę.
Patrzyliśmy na siebie przez chwilę bez słowa. Miał wyjątkowo nieprzyjemną minę. A ja nie wiedziałem, co powiedzieć.
– Andrzej... tak się nie robi – wydusiłem wreszcie. – Nie w ostatniej chwili. Nie dwa dni przed wyjazdem, gdy już wszystko jest ustalone i... i w ogóle – zakończyłem nieporadnie. – Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej? Ustalilibyśmy coś innego albo... no nie wiem, coś by się wymyśliło, ale dlaczego nie powiedziałeś mi nic wcześniej?
Spojrzał gdzieś w bok, wzruszył lekko ramionami. Dalej się w niego wpatrywałem, szturchnąłem go w ramię, powtórzyłem raz czy dwa „Dlaczego?”. Odepchnął moją rękę, uśmiechnął się wyjątkowo paskudnie i nagle wypalił:
– Bo pewnie cały czas byś marudził, wściekał się albo nawet wywalił mnie z mieszkania, a chciałem mieć spokojne lokum i spokojną atmosferę do nauki.
Wtedy nie wytrzymałem – naprawdę poniosły mnie nerwy, ta uwaga zabolała koszmarnie i postawiła pod znakiem zapytania wszystkie minione miesiące, podważyła wartość jakichkolwiek ważnych słów, które ja powiedziałem jemu i które on powiedział mnie; nie wytrzymałem, na moment straciłem panowanie nad sobą, kompletnie, tak jak mi się przez ostatnie lata nigdy nie zdarzyło – i trzepnąłem go w twarz.
To nie było mocne uderzenie, przede wszystkim nie pięścią, tylko otwartą dłonią, wnętrzem otwartej dłoni – gdzieś na granicy świadomości wiedziałem, pamiętałem, że nie chcę mu zrobić krzywdy; i nie uderzyłem z dużego rozmachu, raczej tak, jakbym chciał go otrzeźwić; i od razu poczułem wstyd i złość, i na niego, że doprowadził mnie do takiego stanu, i na siebie, że nad sobą nie zapanowałem.
Andrzej nawet nie syknął, gdy oberwał, za to zaraz po tym rzucił mi pełne niechęci i wzgardy spojrzenie.
– Zakładam, że teraz jesteśmy kwita – powiedział lodowato.
– Przepraszam – odpowiedziałem i dotknąłem palcami jego lekko zaczerwienionego policzka, ale żachnął się z irytacją. – Andrzej, naprawdę cię przepraszam, poniosło mnie... ale, cholera, nie bez powodu! – zdenerwowałem się. – Do ciężkiej cholery, czy ty zdajesz sobie sprawę, co mi właśnie dałeś do zrozumienia?
Znów odwrócił wzrok trochę w bok i wzruszył ramionami.
– Muszę już iść – odezwał się po krótkiej chwili. – Za niecałą godzinę mam pociąg. Chciałem ci tylko dać znać, że nie jadę, a na kartce nie było sensu, bo i tak byś się nie rozczytał.
– To jestem ci cholernie wdzięczny, że się pofatygowałeś, żeby mi to powiedzieć w twarz, zamiast zostawiać kartkę jak sprzątaczce listę zadań – powiedziałem wściekle, bo coraz bardziej przeginał. Nie zareagował na moje słowa, mruknął tylko:
– Muszę już iść – i ruszył do drzwi. Gdy wyszedł, chwyciłem z wieszaka kurtkę – butów na szczęście nie zdążyłem zdjęć – zamknąłem za sobą drzwi i dogoniłem Andrzeja na klatce schodowej. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem; chwyciłem go mocno za ramię i syknąłem:
– Poczekaj, odwiozę cię – i musiałem zabrzmieć naprawdę groźnie, bo nie zaoponował, dał się doprowadzić do samochodu i wepchnąć do środka, i dopiero gdy sam wsiadłem i uruchomiłem silnik, mruknął, że nie trzeba. – Zamknij się i nie odzywaj do mnie, póki ci nie powiem – wywarczałem. – Dla własnego dobra. Daj mi się najpierw uspokoić, bo nie ręczę za siebie.
Przyjął to w milczeniu, wcisnął się w fotel i wbił wzrok w szybę. Potrzebowałem naprawdę sporo czasu, żeby ochłonąć na tyle, by móc znów rozmawiać. Dojechaliśmy już do Bramy Portowej i stanęliśmy na światłach; dopiero wtedy wziąłem głęboki oddech i podjąłem temat.
– Możesz mi wytłumaczyć, tylko normalnie, po ludzku i bez tych twoich parszywych zagrywek słownych, o co ci tak naprawdę chodzi? Co ci się nagle w ciągu niecałej doby odmieniło?
– Nic – mruknął.
– Nic? – podchwyciłem. – To jest dla ciebie nic? – I nagle naszło mnie paskudne podejrzenie. – Kiedy kupiłeś bilet?
Rzucił mi szybkie, krótkie i chyba dość spłoszone spojrzenie, takie, jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziałem.
– Wczoraj – powiedział cicho. Zakląłem, ale wskoczyło zielone, więc przez moment musiałem się skupić na przejechaniu skrzyżowania. Gdy już jechaliśmy prawym pasem na Wyszyńskiego, zakląłem jeszcze raz i popatrzyłem na niego na tyle uważnie, na ile było to możliwe, gdy się siedziało za kierownicą.
– Wczoraj? – powtórzyłem. – Wczoraj? I ty mi o tym mówisz, kurwa, dopiero dzisiaj, dopiero pięć minut przed wyjazdem? A wczoraj to co to, kurwa, było, impreza pożegnalna?
Milczał i dalej patrzył przed siebie, jakby na tej ulicy były takie cuda do oglądania. Wydało mi się tylko, że wcisnął się w ten fotel jeszcze bardziej. W ogóle zachowywał się dość dziwnie, miałem wrażenie, że chce jak najszybciej wysiąść. Za przystankiem autobusowym i światłami skręciłem w prawo, w stronę dworca, z taką siłą, że ktoś za mną ostro i długo zatrąbił.
– Spierdalaj – warknąłem pod adresem tamtego kierowcy. Andrzej znów zerknął na mnie kątem oka, ale nic nie powiedział. Na parkingu przy dworcu nie było wolnych miejsc, więc stanąłem na zakreskowanym pasie dla autobusów.
– Nie możesz tu parkować – wymruczał Andrzej, odpinając pas.
– Mam w dupie, gdzie nie mogę parkować – uświadomiłem mu w miarę spokojnie. – Kurwa mać, Andrzej, pytam cię po raz ostatni, o co chodzi? – Też odpiąłem pas, chwyciłem go za ramię i niezbyt delikatnie potrząsnąłem. – Co ci odpierdoliło w ostatniej chwili? Czy ty nie możesz normalnie porozmawiać, powiedzieć, że czegoś chcesz albo nie chcesz, tylko musisz robić takie cyrki? – Próbował się wyszarpnąć, więc zacisnąłem dłoń jeszcze mocniej. – Poczekaj chwilę, bo jak nie w samochodzie, to porozmawiamy na ulicy – ostrzegłem. – A wtedy daję ci słowo, że zrobię taką scenę, że przegonisz swój pociąg, żeby tylko jak najszybciej stąd zniknąć.
Chyba byłem dość przekonujący, bo się uspokoił i zamknął uchylone już drzwi pasażera. Poluzowałem uchwyt, ale nadal go trzymałem.
– No więc? – drążyłem. – No, słucham, o co chodzi? I może byś, kurwa, na mnie spojrzał z łaski swojej?
Spojrzał. W zasadzie na moje ucho czy szyję, nie w oczy, ale zawsze to coś. Minę miał taką, jakbym próbował wepchnąć w niego wyjątkowo znienawidzoną potrawę.
– No więc? Do ciężkiej cholery, może być się wreszcie odezwał, zawsze masz tyle do powiedzenia – podjąłem wściekle. – O co ci chodzi?
– O nic – powtórzył i tą kretyńską formułką jeszcze bardziej mnie zezłościł.
– Jeżeli jeszcze raz usłyszę to twoje „nic”, to chyba cię zatłukę – wycedziłem przez zaciśnięte zęby. – Pytam, o co chodzi naprawdę, i chcę usłyszeć sensowną odpowiedź, nie to „nic”. – Dalej się nie odzywał, tylko gapił się przed siebie. Westchnąłem głęboko i spróbowałem inaczej. – Andrzej, słuchaj... skoro chodzi o święta, skoro chodzi po prostu o to, że nie chcesz jechać do Lublina, to naprawdę trzeba było powiedzieć wcześniej, zrozumiałbym... w każdym razie postarałbym się. I nigdzie byśmy nie jechali. I nie musimy – dodałem łagodniej, z nadzieją, że wreszcie utrafiłem w sedno. – Słuchaj, dajmy spokój, i temu Lublinowi, i twoim rodzicom. Zostaniemy tu, na miejscu, w Szczecinie, nie będziemy urządzać żadnych świąt, po prostu przeleżymy trzy dni w łóżku, obżerając się jak prosiaki i nic nie robiąc. No, co ty na to? – Przysunąłem się i położyłem mu rękę na głowie. – Andrzej? Bardziej by ci to odpowiadało?
Przez chwilę milczał.
– I co, nie będziesz się niby wściekał o ten swój Lublin i swoją siostrę? – mruknął wreszcie.
– Nie, jasne, że nie – odpowiedziałem natychmiast ciepło. Byłem pewien, przez moment byłem naprawdę całkowicie pewien, że problem został rozwiązany i zaraz wrócimy do domu, a w domu podrzemy wszystkie bilety na strzępki i wskoczymy do łóżka. – Pal diabli to wszystko, spędzimy święta tylko we dwóch, to mi w zupełności wystarczy.
Znów zapadła cisza. Raz czy dwa zdawało mi się, że Andrzej chce coś powiedzieć; i wreszcie owszem, powiedział, ale zupełnie nie to, czego oczekiwałem:
– Muszę już iść, niedługo mam pociąg. – Spojrzał na mnie krótko, uważnie i z pewnym niepokojem, jakby sprawdzał, czy dalej zagrażam mu tą awanturą, a potem otworzył drzwi od swojej strony. – Cześć – rzucił jeszcze cicho, wysiadł, szybko zabrał swoją walizkę z bagażnika i odszedł. Stałem przodem do budynku Dworca Głównego, a latarnie świeciły mocno, więc wyraźnie widziałem, jak idzie chodnikiem, wchodzi po schodach, czeka chwilę, aż gromada ludzi mniej więcej w jego wieku, też poobarczanych walizkami i torbami, wyjdzie, chwyta jedno skrzydło podwójnych drzwi i sam wchodzi do środka. I tyle go przez resztę roku widziałem.
Siedziałem w samochodzie bez jednej w miarę konkretnej i poukładanej myśli w głowie; nie wiem, ile tak tam tkwiłem, bo z tego stanu zawieszenia wyrwało mnie dopiero głośne pukanie w szybę. Przed moim samochodem stał wkurzony facet, a za moim samochodem – autobus.
– Panie, kurwa, ja tu muszę zaparkować! – krzyknął facet, gdy opuściłem szybę. – Spieprzaj pan z tego miejsca, zanim kogoś wezwę!
Bez słowa uruchomiłem silnik i odjechałem. We wstecznym lusterku widziałem jeszcze, jak kierowca wygraża mi pięściami. Wyglądał komicznie, aż parsknąłem śmiechem i dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że ten śmiech brzmi wyjątkowo histerycznie.
Ale to, co się tego popołudnia wydarzyło, zaczęło do mnie naprawdę i w pełni docierać dopiero wtedy, gdy wróciłem do domu. Moje walizki stały na swoim miejscu. Walizki Andrzeja nie było. Rzeczy Andrzeja, które miał zabrać do Lublina, nie było. Andrzeja nie było.
Usiadłem na kanapie z niedawno napoczętą butelką wina i dwiema paczkami papierosów – wszystkim, co mi z używek zostało w domu po przedwyjazdowych porządkach. Wypiłem całą tę butelkę i wypaliłem obie paczki, a potem zasnąłem na kanapie, ciężkim, nieprzyjemnym i niedającym żadnego odpoczynku snem. Rano poczułem się jeszcze gorzej, do tego paskudnie bolała mnie szyja po leżeniu w niewygodnej pozycji.
A Andrzeja nie było.

Pojechałem do Cyny na święta, co miałem zrobić. Myśl, że będę siedział samotnie w mieszkaniu i przetrawiał ślady nieobecności Andrzeja, sprawiała, że chciałem z tego mieszkania uciec. Poza tym i tak jakoś musiałbym się siostrze wytłumaczyć, a wolałem na żywo. No i chciałem ją zobaczyć. I miałem nadzieję, że będę mógł się jej wygadać.
Dobrze, że odebrała mnie z dworca sama, bez swojego faceta. W pierwszej chwili oboje się nie rozpoznaliśmy – ona zmieniła fryzurę i kolor włosów, a ja, jak mi potem powiedziała, wyglądałem tak, jakbym właśnie przeszedł powódź czy trzęsienie ziemi. Ale gdy już się upewniliśmy, że my to my, uścisnęła mnie mocno, a potem rozejrzała się wokół.
– A gdzie twój dzikus? – zapytała ze zdziwieniem. Pokręciłem głową.
– Nie ma – mruknąłem i, widząc jej minę, szybko dodałem: – Cyna, obiecuję, że wszystko ci dokładnie opowiem, ale nie teraz, błagam cię, nie zadawaj żadnych pytań, nie komentuj, nic nie mów.
Musiało być coś w moim spojrzeniu, w mojej twarzy, w moim głosie, bo tylko pokiwała głową, powiedziała łagodnie: „Jasne, spokojnie, później pogadamy”, objęła mnie ramieniem, pocałowała w skroń (nawet nie musiała po to stawać na palcach, miała metr osiemdziesiąt jeden i nosiła zwykle wysokie szpilki, więc byliśmy w tamtej chwili niemal tego samego wzrostu) i ruszyliśmy do samochodu.
Jej chłopak dojechał do nas dopiero pod wieczór i Cyna najwyraźniej wzięła go od razu na bok, by udzielić instrukcji, bo gdy wszedł do kuchni, gdzie właśnie pilnowałem gotujących się warzyw, przedstawił się krótko „Darek”, chwilę pogadaliśmy i ani słowem nie wspomniał o nieobecnym drugim gościu. Cyna też. Byłem jej wdzięczny, jeszcze nie miałem nastroju na przerabianie tego tematu.
Dopiero w drugi dzień świąt, w zasadzie już późno w nocy, gdy siedzieliśmy już tylko we dwójkę przed telewizorem, oglądając powtórkę „Kevina w Nowym Jorku” i dojadając świąteczne resztki, nabrałem ochoty do mówienia. Opowiedziałem jej wszystko, tym razem bez pomijania, pomniejszania czy polepszania różnych elementów. Kevin zdążył już zrobić chryję w hotelu, wpaść w ręce przestępców i spotkać w parku po nocy prostytutki, a ja dalej opowiadałem. Gdy skończyłem, moja siostra pokręciła głową, prychnęła głośno, wypiła kolejny kieliszek wina – alkohol świąteczny też dokańczaliśmy, może dlatego wreszcie rozwiązał mi się język – i powiedziała:
– Remek, ten twój Andrzej to jakiś skończony złamas, bardzo mi przykro, ale to zwykły głupi fiut.
– Wcale nie – wymruczałem, grzebiąc w niemal pustej paczce bakalii. – Po prostu coś w którymś momencie źle zrobiłem...
– Gówno źle zrobiłeś – zezłościła się Cyna i wyrwała mi opakowanie. – Spójrz na mnie na moment i wbij sobie do łba: gówno źle zrobiłeś. Ten chłopak to po prostu egoistyczny, podły i głupi smarkacz, który sam nie wie, czego chce. I nie maż mi się tutaj – dodała groźnie, patrząc na mnie surowo. – Ja rozumiem, że się zakochałeś, ale są, kurde, granice. Jesteś świetnym facetem, a to był jakiś niedorobiony gówniarz, który sobie znalazł chwilową rozrywkę.
– Na prawie dziesięć miesięcy? – przypomniałem żałośnie, ale Cyna rzuciła we mnie zmiętą w ręku serwetką. – No dobrze, dobrze, już go nie bronię. Dolej mi jeszcze.
Dopiliśmy butelkę, dojedliśmy niezbyt dobry jabłecznik i boski sernik, popatrzyliśmy, jak u Kevina wszystko się odkręca i wraca do normy, ze świąteczną awanturą o poranku włącznie, a potem oparłem siostrze głowę na ramieniu i przyznałem się:
– Tęsknię za nim.
– Zwalam to na wino – syknęła. – I mam nadzieję, że jak wytrzeźwiejesz, to będziesz tylko wkurwiony, a nie stęskniony.
– Nie będę – uprzedziłem. – Zakochałem się, to tak łatwo nie przechodzi.
– Wiem, wiem – odpowiedziała łagodniej i objęła mnie ramieniem. – Ale dla mnie to wygląda po prostu na głupiego fiuta, który nie wie, czego chce.
Dobrze było móc się jej wyżalić. Cieszyłem się, że Darek nie siedział z nami bite dwadzieścia cztery godziny na dobę, bo musiał też wpaść do własnych rodziców – dzięki temu mieliśmy trochę czasu wyłącznie dla siebie. I mogłem pomarudzić, jaki jestem zły i jak tęsknię.
Bo tęskniłem. Również wtedy, gdy wytrzeźwiałem. Brakowało mi Andrzeja, jego kpin, dogryzania i fochów. Brakowało mi go, tak po prostu, zwłaszcza gdy przypominałem sobie te wszystkie piękne plany i urokliwe wyobrażenia o wspólnych świętach. Patrzyłem na Cynę i Darka i myślałem z żalem: cholera, ja też miałem być tak kretyńsko-związkowo-świąteczno szczęśliwy. Ja też tak chciałem i zamierzałem, więc dlaczego wszystko mi diabli wzięli?
Cały czas chodziły mi po głowie różne „wizje pocieszenia”. Andrzej przyjeżdża do Lublina – najpierw zdąża na święta, potem przyjeżdża po świętach. Ktoś dzwoni do drzwi, otwieram, a tam Andrzej. Stoi z ponurą mina i mówi coś w stylu „Rozmyśliłem się, nie jadę do rodziców / Byłem u rodziców, więc się spóźniłem na Wigilię”. Albo po prostu stoi, milczy, patrzy obrażonym wzrokiem i pyta: „Masz chwilę?”. Mam chwilę, mam całą masę chwil dla niego. On mówi, że trochę spanikował. Albo że przegiął. Albo że... albo nic, nic nie mówi, pyta tylko, czy jest jeszcze przewidziany w kwaterunku, czy ma iść spać na dworzec. A ja go przyciągam, obejmuję, całuję, wciągam do mieszkania, do pokoju, do łóżka. A on odpowiada na te pocałunki, sam się wpycha do domu, przygniata mnie na materacu i zanim zacznie mnie rozbierać, oświadcza stanowczo, że nie będzie się z niczego tłumaczył mojej siostrze, sam mam to załatwić. I że po seksie chce tę obiecaną czekoladę, bo przecież miała być.
A po seksie, i może po czekoladzie, mówi, że cieszy się, że przyjechał. I nie odpycha mnie, gdy go znów całuję, gdy mówię mu, że go kocham.
Albo dzwoni. Jakoś zdobywa telefon mojej siostry i dzwoni, i mówi, że jak wrócę do domu, do Szczecina, to chciałby pogadać. Wyprostować tę sytuację sprzed wyjazdu. Że po prostu jest i czeka. Że po prostu chciał wiedzieć, kiedy dokładnie wracam, bo... bo lodówka jest pusta, więc zrobi zakupy. Że za rok możemy pogadać o tych wspólnych świętach. Że teraz było za wcześnie, ale za rok nie będzie. Na pewno nie będzie.
A czasem myślałem to tym, jak mogłem inaczej rozegrać tę scenę w samochodzie. Mogłem być czulszy. Mogłem być bardziej stanowczy. Mogłem być bardziej wyrozumiały. Mogłem być mniej przepraszający. Mogłem... mogłem w którymś momencie zrobić coś po prostu inaczej.
Mogłem go przytrzymać, zmusić, żeby spojrzał mi w oczy, i powtarzać mu, że go kocham, dopóki to by do niego nie dotarło. Mogłem nawarczeć na niego tak, żeby naprawdę się przestraszył. Mogłem po prostu ruszyć gwałtownie spod tego dworca i jechać prędko, tak żeby nie mógł wysiąść, i zawieźć go z powrotem do domu, i tam dalej ładować do tej paskudnej łepetyny odrobinę rozsądku.
Nawet miałem taką bardzo konkretną wizję: proponuję mu to pozostanie w Szczecinie inaczej, jakoś lepiej, wyraźniej, bardziej przekonująco. Andrzej milczy przez dłuższą chwilę, jak wtedy. Kładę mu dłoń na ręce. Obejmuję go mocniej. Całuję go delikatnie w policzek. Pytam wreszcie, czy zostanie, czy zostaniemy. A on w odpowiedzi wyciąga swój bilet do Białego Boru i na moich oczach drze na dwie albo cztery części. I podaje mi bez słowa. Albo wyrzuca przez okno. I pyta, próbując kpiną zamaskować własne poruszenie: „Będziesz się znowu awanturował, że wywalam śmieci przez okno?”. A ja odpowiadam, że nie, tym razem absolutnie nie. Wracamy do domu. Nie wypuszczam go z mieszkania, z łóżka, z objęć przez całe święta.
Miałem jeszcze wiele innych pięknych wizji, przerabiałem je i przetrawiałem na wszystkie strony, jak kiedyś Andrzejowe wyznanie miłosne. Tylko wtedy wyobrażenia te nie były tak żałosne, pełne tęsknoty i zawodu. Tak mi go brakowało, a to bydlę wywinęło taki numer...
Między świętami wygrzebałem z mniejszej walizki coś, co dotąd wolałem trzymać na samym dnie i udawać, że wcale tego nie mam: prezent dla Andrzeja. Kupiłem mu piękną papierośnicę, sporą, taką na dwadzieścia papierosów, prostokątną, metalową. Przód i tył miała taki sam: wytłaczany srebrno-czarny, elegancki wzorek przecinały poziomo trzy srebrne paski, przypominające trochę płotek z ustawionych obok siebie papierosów. Zamknięcie było mocne, pewne, nie groziło otwarciem się bez uprzedzenia i rozsypaniem zawartości w teczce. No i wnętrze: proste, wyściełane materiałem dobrej jakości, z dość szerokim, mocnym uchwytem po każdej stronie do blokowania ułożonych papierosów. Śliczne wykonana rzecz, aż ciężko było oderwać oczy.
Cieszyłem się z tego prezentu jak głupi, zupełnie jakbym sam miał go dostać, wyobrażałem sobie minę Andrzeja, gdy rozpakuje paczkę i zobaczy, co jest w środku, wyobrażałem sobie, jak wkłada tam papierosy, jak wyciąga papierośnicę za każdym razem, gdy chce zapalić, i uśmiecha się lekko na jej widok lub patrzy na nią tak, jak patrzył na zegarek, i jak podając mi ją podczas częstowania papierosami, spogląda na mnie z czymś wyjątkowo sympatycznym i ciepłym w oczach... Wyobrażałem sobie to wszystko przez tyle dni, a teraz pozostało mi tylko gapić się na niepotrzebne pudełko bezmyślnie i jeszcze bardziej się dołować. W końcu cisnąłem ją z powrotem na samo dno, zatrzasnąłem walizkę i wepchnąłem paskudny przypominacz mojego zawodu pod łóżko. Pod to łóżko w pokoju gościnnym Cyny, na którym miałem spać z Andrzejem i kochać się z nim na tyle cicho, by nie obudzić lub nie wprawić w zakłopotanie mojej siostry. Łóżko, na którym miałem się kochać z Andrzejem, spać z Andrzejem, leżeć i odpoczywać z Andrzejem; łóżko, na którym nocowałem sam. Bez Andrzeja.
Wypaliłem za to wszystkie papierosy, którymi wcześniej wypełniłem tę papierośnicę. Ulubione odmiany Andrzeja. Żałosna namiastka Andrzeja.
To były paskudne święta. Sylwester też. I tym bardziej cieszyłem się, że przyjechałem do Lublina – z Cyną jakoś dawało się przez to wszystko przejść. Pomocna była nawet sama świadomość, że moja siostra jest gdzieś obok i trzyma moją stronę. Byłem jej za to niesamowicie wdzięczny.

Wróciłem do Szczecina zgodnie z planem i biletem, czyli czwartego stycznia, w czwartek przed południem. Andrzej miał mieć oficjalnie wolny wtorek, a nieoficjalnie poprzekładali sobie na roku różne rzeczy tak, że w środę i czwartek też nie musiał iść na żadne zajęcia. Jedynie w piątek zostały dwa wykłady, których nie dało się przełożyć i z których część roku postanowiła się po prostu zerwać. Andrzej zrywać się nie chciał i stanowczo mi to zapowiedział. Więc – ponieważ zależało mi na nim i na jego potrzebach – zgodziłem się od razu, OK, wracamy w środę wieczorem, będziemy w czwartek dość wcześnie i nawet zdążysz odpocząć przed zajęciami. Nieważne, że chętnie zostałbym z siostrą jeszcze przez pierwszy noworoczny weekend, bo oboje mieliśmy trochę zaległego wolnego do wykorzystania, chciałem mu dogodzić. Jak zwykle. Jak głupi.
Przeżuwałem sobie te myśli, gdy taksówka wiozła mnie do domu. W Szczecinie spadło trochę śniegu, ale zdążył już się częściowo roztopić i pozamieniać a to w burą breję, a to w zdradliwe, śliskie pasy na ulicach i chodnikach, a to w zlodowaciałe, brudne wzgórki na krawężnikach. Było szaro, ponuro, zimno i paskudnie. Nawet te wszystkie pozawieszane na latarniach i drzewach lampki, nawet te w kształcie kielicha, płatku śniegu czy aniołka, nie poprawiały wyglądu miasta. Było wstrętnie.
W gruncie rzeczy wiedziałem, a raczej podejrzewałem, że było wstrętnie, bo miałem parszywy nastrój. Pewnie gdybym wracał tą taksówką z Andrzejem, roztopione śniegi miałyby jakiś melancholijny urok, lampki dodawałyby urody różnym miejscom, a fakt, że gdzieś coś znowu było rozkopane i utrudniało ruch, wcale by mnie nie zmartwił – ot, po prostu chwila dłużej niecierpliwego wyczekiwania, by znaleźć się z Andrzejem sam na sam w mieszkaniu, a może i chwila przedłużenia uczucia „wracamy razem ze świątecznego wypadu do rodziny”. Tak, w zasadzie potrafiłem to sobie jakoś uzmysłowić, wytłumaczyć, uzasadnić. Ale i tak miałem to wyjaśnienie głęboko w dupie. Byłem nieszczęśliwy. Czułem się wyjątkowo źle, głównie psychicznie, ale fizycznie też, bo przez te wolne dni trochę za dużo jadłem, trochę za dużo piłem, trochę za dużo paliłem i trochę za dużo się gapiłem bezmyślnie w telewizor. Cyna starała się mnie pilnować, ale chyba w końcu uznała, że sam powinienem wiedzieć, co robię. Tylko z petami goniła mnie, jak zawsze, na balkon, to znaczy wtedy już na taras, bo sama nie paliła i nie znosiła, gdy ktoś jej w domu kopcił. Przez to wystawania na fajkę na balkonie zacząłem chyba też trochę łapać przeziębienie; może mi się zresztą tylko zdawało, ale i tak źle na tym nie wyszedłem – tuż przed wyjazdem zacząłem ograniczać papierosy. Przestałem też serwować sobie niezbyt przemyślane posiłki, na przykład śledzia połączonego z grzybkami marynowanymi, chlebem z dżemem lub kremem czekoladowym i paczką bakalii albo tabliczką czekolady, wszystko razem popijane mlekiem. Albo winem. Cyna na widok zawartości mojego talerza wzdrygała się z dreszczem szczerego obrzydzenia. W każdym razie miałem szczery po powrocie zamiar dalej ograniczać palenie, a potem je w końcu rzucić. I zdrowo się odżywiać. I nie pić alkoholu. Gdy już mi przejdzie parszywy nastrój po tych sprawach z Andrzejem. Czyli nieprędko.
Nie miałem ochoty wracać do Szczecina, tak szczerze mówiąc – nie miałem ochoty mierzyć się z tym, co mnie czekało w domu. I nie chciałem oglądać znów miejsc wypełnionych różnymi związanymi z Andrzejem wspomnieniami. I nie chciałem... no, po prostu nie chciałem sobie jeszcze tak wyraźnie uświadamiać, że szlag mi ten związek trafił.
Jednocześnie jednak coś mnie ciągnęło z powrotem. Jakaś naiwna nadzieja, że on tam jest. Jakieś kretyńskie wyobrażenie, jak to on czeka. Jakaś beznadziejna mrzonka, co to by się jeszcze mogło dać naprawić. Chciałem wracać, żeby się przekonać, czy i jak to się spełni. Nie chciałem wracać, żeby sobie nie uzmysłowić, że to się nie spełni.
Wróciłem, oczywiście, że wróciłem. Miałem tu przecież pracę, zobowiązania, codzienne życie, mieszkanie, rachunki i tak dalej. Nawet w momentach największego doła, bólu i tęsknoty powracała prosta myśl, że na Andrzeju świat się nie kończy, mam też inne obszary życia i sprawy do załatwiania. Ta myśl mnie czasem pocieszała, a czasem – w sumie częściej – wkurzała, raz, że co to za przyjemność myśleć o życiu bez Andrzeja, dwa – bo czułem się chwilami jak własny ojciec, który kiedyś, gdy w liceum cierpiałem z powodu złamanego (niejednokrotnie) serca, pocieszył mnie słowami: „Remik, synku, ja wiem, że taki zawód miłosny strasznie boli, ale zobacz, masz poza tym tyle innych fajnych i ciekawych spraw w życiu! Jesteś młody, jeszcze będziesz miewał złamane serce, ale traktuj to jako wkład do swojego rozwoju emocjonalnego i jako ważne doświadczenie!”. Ojciec wypróbowywał na mnie różne metody wychowawcze zalecane przez autorów anglosaskich, których tłumaczył w ramach jakiejś serii pedagogicznej czy psychologicznej, i strasznie mnie wkurzał tymi różnymi „porozmawiajmy o tym, wiem, co czujesz”. Nie myślałem wtedy, że w wieku taty sam się będę zaczytywał książkami w podobnym duchu. W każdym razie wówczas wkurzył mnie tym tekstem jak cholera. I mamę też, bo jak jej powtórzył z dumą swoją ojcowską superkwestię, mama powiedziała mu tylko, że na głowę upadł, zostawiła maszynę do szycia, tę domową, na której dokańczała różne rzeczy, gdy nie wyrabiała się w ciągu dnia w zakładzie, przyszła do mnie i oświadczyła, że dziewczyny w moim wieku to są głupie piczki i nie potrafią dostrzec ani docenić wartościowego chłopaka. Poprawiła mi tym trochę humor. Co prawda musiałem sobie przełożyć jej słowa na nieco inną rzeczywistość, bo ani tata, ani mama nie wiedzieli (i się nie dowiedzieli, nie zdobyłem się nigdy na odwagę, by im o sobie powiedzieć), że za to moje złamane serce odpowiada chłopak z równoległej klasy, który najpierw się ze mną przyjaźnił, wszędzie łaziliśmy razem, gadaliśmy i paliliśmy, i w ogóle już miałem wizję wielkiego uczucia, które lada moment wybuchnie z jego strony tak samo mocno jak z mojej – a ten sobie dziewczynę znalazł. I nagle ciągle się chciał spotykać tylko z nią albo z innymi, pod warunkiem, że też z nią.
No tak, w wieku czterdziestu lat brzmiałem chwilami jak własny ojciec. Wiedziałem, że są jeszcze te inne sprawy, chociaż w tamtej chwili nie wydawały mi się ani fajne, ani ciekawe. Ani ważne.
Gdy taksówka stanęła pod moim blokiem, miałem ochotę powiedzieć kierowcy: jedź pan dalej. Gdziekolwiek, byleby daleko stąd. I nie zawracamy. Chciałem, ale nie powiedziałem, po prostu zapłaciłem, wysiadłem, wziąłem swoje walizki z bagażnika i ruszyłem do klatki schodowej.
Drzwi od mieszkania otwierałem w napięciu. Tak, przyznaję, po tylu latach mogę przyznać się do tego sam przed sobą bez skrępowania: oczekiwałem, że Andrzej tam będzie. Miałem nadzieję, że Andrzej tam będzie. Marzyłem, że Andrzej tam będzie.
Andrzeja nie było. Nie było też – tak jak się podświadomie obawiałem – jego rzeczy. Ale mimo że w podświadomości gdzieś mi się to podejrzenie pojawiało, i tak poczułem spory szok.
Na regałach w przedpokoju nie było jego książek. Na wieszaku nie było jego ciuchów. Pod wieszakiem nie było jego butów i kapci. W łazience nie było jego przyborów toaletowych w szafce ani brudnych ciuchów w koszu na rzeczy do prania. W pokoju nie było jego książkowych  wieżowców na podłodze. Ani jego książek w meblościance. Ani jego książek na parapecie, na szafce nocnej, na łóżku, na telewizorze. W szafie nie było jego ubrań, jego parasola, jego aktówki. W kuchni nie było jego książek (lubił zostawiać sobie tam jakieś pozycje, które „wyjątkowo się nadają do czytania podczas jedzenia”) ani jego ulubionego białego kubka ze zdjęciem latarni morskiej, który kupił w czasie wakacyjnego wyjazdu na Hel przed pierwszym rokiem studiów.
W całym mieszkaniu nie było jego rzeczy.
W moim mieszkaniu nie było Andrzeja. Zupełnie, całkowicie i nieodwołalnie nie było, w taki sposób, który wyraźnie, dosadnie i ostatecznie mówił: to koniec znajomości.
I mimo że mniej czy bardziej podświadomie podejrzewałem to, obawiałem się tego, spodziewałem się tego – mimo wszystko byłem w szoku. I czułem się wyjątkowo paskudnie zraniony.
Bo nawet słowa, nic, absolutnie nic, milczenie, zabranie rzeczy i zostawienie bez jednego banalnego „Odchodzę”. Potraktował mnie jak śmiecia, jak szmatę, jak zbędny już przedmiot, powtarzałem sobie z goryczą, w myślach czy na głos, sam nie wiem, gdy chodziłem po całym mieszkaniu z kąta w kąt i trułem się kolejnymi dowodami nieobecności Andrzeja, bycia porzuconym przez Andrzeja, utraty Andrzeja.
Chyba pierwsze parę godzin po powrocie przesiedziałem bezmyślnie na kanapie, zapalając kolejne papierosy, które potem, niemal nietknięte, wypalały się w stojącej na stole popielniczce. Później trochę się otrząsnąłem z pierwszego szoku, może głównie dzięki temu, że zwyczajnie musiałem pójść do toalety i chciało mi się jeść. Potrzeby fizjologiczne to żałosne wspomaganie wychodzenia z szoku, ale lepsze to niż nic. Następnie, gdy już trochę się wkręciłem w mechaniczne i bezmyślne czynności, zacząłem się rozpakowywać. Parę przywiezionych z Lublina posylwestrowych resztek, piękny skórzany portfel od Cyny, butelka Bordeaux z bardzo ładnego rocznika od Darka, kilka kupionych w rodzinnym mieście drobiazgów, w tym duży, utrzymany w brązach obraz z wieżą Trynitarską, który nabyłem u jednego z ulicznych malarzy-handlarzy, brudne ciuchy do kosza w łazience, czyste ciuchy z powrotem do szafy... bardzo pustej szafy. Ani śladu po zaprasowanych z kantem spodni i sztywnych jak blachy koszul, jednolitych, eleganckich krawatów (ja, jeśli już musiałem, nosiłem najchętniej takie w wariackich kolorach albo z infantylnymi obrazkami, bo za krawatami na własnej szyi w ogóle nie przepadałem, a na te z siusiającym Tweetym czy palącą cygaro Małą Mi kontrahenci zwykle reagowali bardzo pozytywnie); ani śladu poskładanych idealnie skarpetek i slipów (moje były ułożone równo, ale te Andrzeja zawsze były równiej); ani śladu książek we wszystkich możliwych miejscach (brak wieżowców pod oknem sprawiał, że pokój wydawał mi się jakiś obcy).
Przestrzeń mojego własnego mieszkania boleśnie, bezustannie i bezlitośnie przypominała mi o tym, o czym przecież i tak doskonale wiedziałem. Andrzeja nie było.
Ale przyszedł. Jeszcze na chwilę i tylko na chwilę – ale przyszedł.
Pod wieczór od bezmyślnego porządkowania starych dokumentów (każde zajęcie wydawało się dobre, jeśli tylko mogło jakoś zająć ręce i pozorować zajęcie myśli) oderwał mnie dzwonek do drzwi. Oczywiście od razu dopadł mnie szereg lepszych i gorszych wyobrażeń, i w zasadzie wcale się tak bardzo nie zdziwiłem, gdy zobaczyłem za drzwiami Andrzeja. Chociaż jednocześnie czułem się zaskoczony. W zasadzie chyba miałem w głowie niezły mętlik i sam za dobrze nie wiedziałem, co myślę.
Przez chwilę staliśmy, ja po jednej stronie drzwi, on po drugiej, i mierzyliśmy się w milczeniu wzrokiem. Andrzej odezwał się pierwszy.
– Mogę wejść na chwilę? – Głos miał spokojny i trochę ściszony, ale nie wychwyciłem w nim niczego, co zapowiadałoby skruchę i chęć pogodzenia się. Nie odpowiedziałem, odsunąłem się tylko, otworzyłem szerzej drzwi i go wpuściłem. Gdy zamykałem, miałem przez moment ochotę przekręcić zamek, wszystkie zamki, wywalić klucze i zwyczajnie nie puścić go więcej od siebie. Ale, oczywiście, zapanowałem nad tą pokusą. Zresztą klucze miałem w pokoju i jedyne, co mogłem od ręki przekręcić, to był górny skobel, a to dawało się równie łatwo i z miejsca otworzyć, więc nie było sensu się wydurniać.
Andrzej oparł się plecami o ścianę; stał między framugą drzwi a wieszakiem i niewysoką szafką na buty i wydawał się trochę nierealny. Miał nieco krótsze włosy, pewnie między świętami poszedł do fryzjera, więc zniknęły opadające już na oczy kosmyki, twarz była bardziej odsłonięta i zdawała się surowsza czy odrobinę starsza. Był blady, chociaż to mogło być złudzenie, w końcu zawsze miał jasną cerę, a przez wolne dni pewne nie ruszył się z domu na krok, tylko kisił się z książkami na kanapach, fotelach czy łóżkach. Nie na moich kanapach, fotelach czy łóżkach. W twarzy widziałem coś zmęczonego, najwyraźniej nie tylko on nie wypoczął i nie odprężył się przez te święta. Jakoś mnie to przewrotnie ucieszyło. I głupkowato zmartwiło. No jasne, nie było komu dopilnować, żeby wychodził na świeże powietrze, nie zarywał całej nocy na czytanie i miał inne rozrywki niż tylko nauka. Ale przecież sam wybrał to, żeby nie było komu dopilnować.
– Przyszedłem oddać ci klucze – powiedział po kolejnej chwili ciszy. Wyjął te klucze z kieszeni płaszcza i położył na szafce. – Swoje rzeczy już zabrałem.
– Widziałem – odparłem mało życzliwym tonem. – Nawet się nie wysiliłeś na jakąś rozmowę czy wytłumaczenie, tylko zgarnąłeś swoje zabawki i koniec. Gdyby nie klucze, pewnie w ogóle bym cię tu już nie zobaczył, co?
Rzucił mi krótkie, dziwne spojrzenie, potem popatrzył gdzieś w bok.
– Chciałem ci jeszcze powiedzieć... – zawahał się, znów na mnie spojrzał, znów uciekł wzrokiem i dokończył: – Nie mówiłem wtedy poważnie. O tym spokojnym mieszkaniu i warunkach do nauki. Nie myślałem tak.
Patrzyłem na niego w milczeniu. Te słowa były pocieszeniem, były wielkim pocieszeniem, przywracały wartość temu, co było między nami – i przez chwilę pozwoliły mi się łudzić, że to „między nami” powróci, powraca.
– Cieszę się – odpowiedziałem wreszcie łagodniej i położyłem mu rękę na ramieniu. – Andrzej, słuchaj, w cholerę z tą całą przedświąteczną akcją, zapomnijmy o tym i po prostu wróćmy do normalności. – Drugą ręką przesunąłem po tej przystrzyżonej czuprynie; dobrze mu było w takiej fryzurze, ale jednak z odrobinę dłuższymi włosami wydawał się młodszy i... bardziej przystępny. – Przywieź z powrotem swoje rzeczy, przegadamy sprawę później, gdy będziesz miał ochotę, a na razie po prostu wrócimy do normalnego życia.
Odchylił lekko głowę w bok, jakby chciał uniknąć mojej dłoni.
– Od stycznia mieszkam na stancji – powiedział, znów patrząc gdzieś obok mnie. – Wynająłem pokój u znajomego. Wspominałem ci kiedyś o nim. Zabrałem rzeczy, zanim wróciłeś, żeby uniknąć jakichś głupich scen. Po co nam to. – Wzruszył ramionami. – Po prostu się skończyło, i tyle.
Oparłem dłonie o ścianę tuż przy jego ramionach, pochyliłem się i zapytałem wściekle:
– I to jest wszystko, co masz mi do powiedzenia? Tylko „skończyło się i już”?  Naprawdę jestem dla ciebie tak gówno wart, że tak kwitujesz dziesięć miesięcy znajomości ze mną?
Wreszcie spojrzał mi w oczy porządnie, twardo.
– Nie – odpowiedział spokojnie. – Nie kwituję tak tego. Nie o to chodzi.
Wbrew temu, czego się początkowo spodziewałem czy czego oczekiwałem, w jego zachowaniu, postawie, słowach, tonie czy wzroku nie było żadnej tak zwykle typowej kpiny, złośliwości czy pogardy. Był spokojny. Jakby trochę zmęczony, przygaszony... smutny? Może nie tyle smutny, ile... no właśnie, przygaszony. Nie zdradzał chęci do werbalnych potyczek ani udowadniania swojej wyższości. Przez to i przez jego ostatnie słowa i ja się trochę uspokoiłem.
– Więc o co chodzi? – spytałem cicho. Znów popatrzył w bok, wzruszył ramionami. – Andrzej, proszę cię, powiedz, o co chodzi. Bo ja wszystko mogę zrozumieć albo przynajmniej próbować zrozumieć, ale muszę mieć coś do rozumienia czy rozgryzania, coś konkretnego, a nie to twoje „skończyło się i cześć”. Proszę cię – powtórzyłem z naciskiem. – Powiedz, co się stało, co ja spieprzyłem albo, cholera, sam już nie wiem, co się po prostu spieprzyło?
Nie podobał mi się sposób, w jaki znów przelotnie na mnie spojrzał. Niepokoiło mnie to coś w jego oczach, ni to zagubienie, ni to zniechęcenie. Nie umiałem do tego dotrzeć, nie wiedziałem, jak, z której strony, w jaki sposób.
– Nie wiem – odburknął, wzruszając ramionami, ale po krótkiej chwili podjął innym tonem, mniej agresywnym, za to bardziej... znużonym?, tak, chyba znużonym: – Nie wiem, po prostu... za dużo było tego wszystkiego. Nie wiem. – Naraz wbił we mnie wzrok i powtórzył, z wyraźną złością: – Nie wiem, czego ty ode mnie chcesz. Dobrze się gadało i seks był świetny, nie wiem, o co ci jeszcze chodziło. To znaczy teoretycznie wiem, ale w gruncie rzeczy nie wiem, nie rozumiem... – Urwał, odwrócił głowę w bok, wzruszył ramionami i zakończył, spokojnym, zmęczonym głosem: – Nie rozumiem. I to nie ma sensu, ja ci niczego więcej nie wymyślę.
Nie wiem, ile staliśmy w milczeniu po tym oświadczeniu, ale ta cisza parszywie mi ciążyła. Wreszcie westchnąłem głęboko, wyprostowałem się, odsunąłem krok czy dwa do tyłu i popatrzyłem na Andrzeja uważnie.
– Ja cię kocham – powiedziałem cicho, prosząco. – Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć i zdecydować, jedno z dwojga, albo „ja też cię kocham”, albo „ja cię nie kocham”? Andrzej, przecież to jest proste i konkretne pytanie. Możesz mi choć raz na nie odpowiedzieć, możesz mi choć raz powiedzieć sensownie, co ty do mnie czujesz?
Przez moment widziałem na jego twarzy wyraz jakiegoś dziwnego udręczenia czy zniechęcenia.
 – Nie wiem – powtórzył i zaraz dodał, z większą irytacją: – Po prostu nie wiem, czego ty ode mnie chcesz.
Nie było sensu tego ciągnąć, właśnie w tamtym momencie to zrozumiałem. On najwyraźniej rzeczywiście nie rozumiał, choć ja nie rozumiałem, jak można nie rozumieć. Nie było sensu dalej go wypytywać, prosić, wyjaśniać, wyznawać, w ogóle kontynuować tematu. Nie było sensu nawet się łudzić, że zdołam cokolwiek zmienić. Bo to rzeczywiście był koniec.
– Dobrze ci chociaż na tej stancji? – spytałem po dłuższej chwili, gdy już miałem pewność, że głos mi się nie załamie. Zerknął na mnie ze zdziwieniem.
– Dobrze – odpowiedział powoli. – Warunki są niezłe.
Na pewno nie tak dobre jak u mnie, przemknęło mi przez głowę. I na pewno nikt ci nie przynosi rano kawy do łóżka. I nie robi drugiego śniadania na uczelnię. I nie wozi na uniwerek, do biblioteki czy gdzie potrzebujesz. I nie wywozi w weekendy na świeże powietrze. I nie uczy jazdy samochodem. I nie całuje cię rano na dzień dobry. I nie przytula się do ciebie na dobranoc. I nie kocha się z tobą, kiedy, gdzie i jak tylko najdzie cię ochota. I nie skacze wokół ciebie na wszystkie strony jak głupi. I nie kocha cię. Nie kocha cię tak jak ja i nie mówi ci o tym, niezrażony twoim brakiem odpowiedzi lub głupimi komentarzami. I nie czuje do ciebie sympatii nawet wtedy, gdy jesteś tak wybitnie, parszywie i odrzucająco paskudny, ty, z tym swoim wstrętnym charakterem, z tą swoją zarozumiałością i z tymi swoimi upośledzonymi kompetencjami komunikacyjnymi. Nikt, nikt, nikt, a ty mi tu pieprzysz, że warunki są znośne.
– To dobrze – wydusiłem z siebie z trudem. Na nic więcej nie mogłem się zdobyć.
Andrzej zrobił taki ruch, jakby chciał już iść, i naraz się zatrzymał.
– To też ci powinienem oddać – powiedział powoli, wyciągnął ręce z kieszeni płaszcza i zdjął zegarek. Wychwyciłem moment wahania i czegoś, co pewnie słusznie uznałem za mimowolny żal, gdy kładł zegarek na szafce, obok kluczy. – Pójdę już.
Zanim zdążył się ruszyć, przytrzymałem go za ręce. Miał ładne dłonie, duże, męskie, z kształtnymi, szczupłymi kciukami, palcami serdecznymi dłuższymi od wskazujących, bardzo długimi środkowymi i lekko, zabawnie zakrzywionymi do środka małymi palcami. Niebieskie linie żył były dość wyraźne, także na wewnętrznej i zewnętrznej części przedramion. Znałem te jego dłonie, jego ręce na pamięć, tak jak całe jego ciało. Znałem na pamięć, miałem przy sobie tyle razy, mógłbym wyliczyć po kolei wszystkie jego szczegóły, jak choćby ten pieprzyk na dolnej części pleców, po lewej stronie, który mnie nieraz rozczulał, bo był taki... uroczo niepoważny. Albo mały garbek tuż poniżej nasady nosa. Albo niedużą, wąską, białą bliznę na prawym kolanie, efekt wyjątkowo parszywego wywalenia się kiedyś na rowerze, jak się dowiedziałem podczas którejś z bardziej rozmownych nocy. Albo... zresztą, jakie to miało znaczenie, co jeszcze mógłbym wyliczyć, skoro nikt tego nie chciał. On tego nie chciał.
Uniosłem jego prawą rękę.
– Nie – powiedziałem, sięgnąłem po zegarek i zapiąłem go ostrożnie na przegubie Andrzeja. Popatrzył na mnie z zaskoczeniem. – Chcę, żebyś go zatrzymał. To był prezent... – Zamilkłem, bo czułem, że głos ma ochotę mnie zawieść, dopiero po chwili nad sobą zapanowałem. – Chcę, żebyś go miał – dodałem ciszej. Widziałem, że się waha, i naprawdę chciałem, by go wziął. Co by mi przyszło po tym zegarku? Nie umiałbym go oddać, nie potrafiłbym go nosić. I jakimś pocieszeniem – może i śmiesznym, głupim czy żałosnym, ale zawsze pocieszeniem – była myśl, że Andrzej będzie tego zegarka dalej używał. Że ile razy na niego spojrzy, będzie sobie przypominał – będzie musiał, choćby nawet nie chciał, przypomnieć sobie o mnie, pomyśleć o mnie. Chociaż tyle.
– Dzięki – mruknął; wydawał się zakłopotany, a jednocześnie w spojrzeniu, jakie szybko rzucił na zegarek, wychwyciłem zadowolenie, zresztą też zakłopotane. Popatrzył na mnie i powiedział łagodniej niż poprzednim razem: – Pójdę już.
Wtedy straciłem nad sobą panowanie. Popchnąłem go lekko, przyparłem do ściany, objąłem i pocałowałem. Odpowiedział na ten pocałunek; nie w pełni, nie tak, jak robił to zwykle, kiedyś, wcześniej – ale nie smakowało to jak zrezygnowana zgoda czy niechętne poddanie się na chwilę, to było po prostu łagodniejsze niż zazwyczaj, pozwalało jednak znaleźć coś, co dawało nadzieję. W każdym razie przeszło mi to przez głowę, zanim Andrzej mnie odepchnął; właściwie to nie odepchnął, tylko odsunął, delikatnie, ale stanowczo, obiema rękami. Przyciągnąłem go od razu i pocałowałem jeszcze raz, tyle że w kącik ust, bo odwrócił trochę głowę.
– Remigiusz... nie – wymruczał, gdy znów starałem się go porządnie pocałować; wreszcie chwycił mnie stanowczo za ramiona i sam zrobił krok w tył. Popatrzył na mnie bez złości, spokojnie, jakby ze zrozumieniem, i tylko pokręcił głową. Nie musiał zresztą niczego dodawać – zdołałem już się opanować i uspokoić. Puścił mnie, spojrzał gdzieś w kierunku pokoju, omiótł krótko wzrokiem przedpokój, popatrzył na mnie i powtórzył spokojnie: – Pójdę już. – Zrobił kilka kroków w kierunku drzwi, obejrzał się przez ramię i dorzucił cicho: – Dzięki... za wszystko.
I tym razem rzeczywiście już poszedł. A ja przez dłuższy czas stałem bez ruchu w przedpokoju, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą go widziałem, dotykałem, całowałem. Potem podszedłem do drzwi i zamknąłem je – chyba dopiero szczęk obracanego zamku wyrwał mnie z chwilowego otępienia. Potem poszedłem do pokoju, wypaliłem kilka papierosów, gapiłem się gdzieś bezmyślnie i miałem wrażenie, że sytuacja nadal do mnie w pełni nie dociera. Potem zasnąłem na kanapie, tak pół leżąc, pół siedząc, w wyjątkowo niewygodnej pozycji. Potem się obudziłem w środku nocy, zwlokłem z kanapy i tak jak stałem, w ciuchach, rzuciłem się na łóżko. Potem się obudziłem wczesnym popołudniem i przez resztę piątku oraz weekend włóczyłem się bez celu po domu. Powrót do pracy w poniedziałek powitałem z mało pocieszającą ulgą – wprawdzie wiedziałem, że nie uwolnię się od myśli o Andrzeju, ale istniała jakaś szansa na pojawienie się spraw, które przynajmniej na krótką chwilę zmuszą mnie do zajęcia się czymś innym.

A potem... a potem życie potoczyło się dalej. Jak zawsze. Andrzeja przez kolejne piętnaście lat nie spotkałem, nawet w klubie, do którego zresztą przez długi czas nie chodziłem, przez paradoksalną obawę, że go tam spotkam – i że go tam nie spotkam. Najpierw lepsze było pocieszanie się wizjami, że go spotykam i wracamy do siebie, a potem lepsze okazało się zwyczajne unikanie ryzyka, że mógłbym go spotkać – lub że mógłbym wpaść w pułapkę bezsensownej i boleśnie niespełniającej się nadziei na spotkanie.
A potem życie potoczyło się jeszcze dalej. I w którymś momencie mogłem przestać myśleć o Andrzeju – a potem mogłem o nim myśleć już bez bólu, żalu, złości i całej reszty tego typu uczuć.
Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek go spotkam. Albo raczej: sądziłem, że już nigdy więcej go nie spotkam. I wcale nie czułem potrzeby, ochoty czy obawy.

A jednak go spotkałem, po niemal piętnastu latach. Śmieszne to, trochę głupie, trochę banalne, trochę... nijakie. I trochę męczące.
I, mimo wszystko – jednak trochę miłe. Może dlatego, że nadal mam sporo czułości do wspomnień o nim, do całej tej historii miłosno-niemiłosnej. Nie kocham go już, od wielu lat go już nie kocham. Ale nadal pamiętam. I gdy wspominam – ogarnia mnie zwykłe rozczulenie, jakiś starczy sentyment oraz zwykły, prosty szacunek dla tego, co było dla mnie kiedyś ważne. Szanuję moją przeszłość, chcę ją szanować. Coś się może skończyć, coś może stracić znaczenie, ale to nie anuluje automatycznie znaczenia, które kiedyś miało. Tego akurat, jak niewielu rzeczy, jestem stuprocentowo pewien.

Wybrałem się wczoraj na Wektory Ruchu. Różne szkoły tańca, gimnastyczne i podobne miały się zaprezentować, pokazać swoje układy, rozdać ulotki. Byłem ciekaw. Pomyślałem, że może coś mnie zainteresuje, skusi, może nawet znajdę sobie coś nowego, bo bieganie zaczęło mi ostatnio trochę za mocno obciążać kolana i musiałem ograniczyć te rundy po Parku Kasprowicza i Różance, które tak lubiłem. Spotykałem tam często mniejsze i większe grupki biegaczy, młodszych, w moim wieku, a nawet starszych, ludzi na rowerach, ludzi z kijkami do nordic walkingu – i czułem się wtedy świetnie, w swoim żywiole, zaakceptowany. Na siłowniach niestety tego uczucia mi brakowało; nie wiem, na ile to było tylko moje przewrażliwienie, a na ile faktyczny stan rzeczy, ale odnosiłem wrażenie, że na odwiedzających siłownię facetów w moim wieku młodsza część ćwiczących patrzyła trochę kpiąco, trochę pogardliwie, trochę ze zdziwieniem. Oczywiście, nie wszyscy. Ale stałem się z upływem lat dość drażliwy i krzywe spojrzenia kilku smarkaczy potrafiły mi zepsuć humor oraz przyjemność z kolejnych zaliczonych na bieżni kilometrów. Zresztą, odkąd bieganie zrobiło się w Szczecinie modne, a przynajmniej codzienne i naturalne, przyjemniej się zasuwało na świeżym powietrzu. Mijałem czasem jakąś dziewczynę czy kobietę, chłopaka czy mężczyznę, nawet egzemplarz na oko starszy ode mnie, nieważne, ważne, że egzemplarz tak samo truchtający jak ja – i uśmiechaliśmy się do siebie przelotnie, kiwaliśmy sobie głowami, z tymi, których już naprawdę dobrze kojarzyłem, wymienialiśmy szybkie „cześć” czy „dzień dobry”. Nie zdarzało się to dzień w dzień i co chwila, ale się zdarzało i było ogromnie przyjemne. No i moja drażliwość się wtedy nie uaktywniała.
Za to poza siłownią uaktywniała się w relacjach, czy raczej próbach relacji, męsko-męskich. A właściwie w przestrzeniach potencjalnie branżowych. W klubach przestałem bywać, nie sprawiało mi to już żadnej przyjemności. Korzystałem z paru portali i forów branżowych oraz facebookowych społeczności LGBT i dawałem się wyprowadzać z równowagi każdym głupszym komentarzem jakiegoś młodszego użytkownika. Więc tę formę kontaktów też zacząłem ograniczać, zwłaszcza gdy na którymś forum czy portalu, po zawiązaniu całkiem fajnej – i w zasadzie zupełnie pozbawionej podtekstów czy oczekiwań – rozmowy z jakimś młodszym facetem dostawałem nagle w PM-ce pytanie: „A ile ty masz lat?”, odpisywałem zgodnie z prawdą – i już więcej żadnej PM-ki nie dostawałem. No, poza jedną z tekstem: „O kurwa, serio jesteś taki stary? xD”, przy której nie wytrzymałem i odwdzięczyłem się pytaniem: „O kurwa, serio jesteś taki głupi, że sobie nie potrafiłeś odjąć mojego roku urodzenia z profilu od bieżącego roku kalendarzowego?”. Chłopak odpisał z rozbrajającą (choć wcale nie w pozytywny sposób) szczerością: „Myślałem, że sobie jaja robisz. Czyli jesteś kolejnym starym facetem, który tu sobie szuka młodych dup?”.
„Tak, gromadzę sobie zapasowych dawców narządów” – odpisałem, naprawdę już wkurzony i urażony. Więcej PM-ek od tego przygłupiastego faceta nie dostałem. I całe szczęście.
Z upływem lat coraz trudniej i gorzej znoszę ludzką głupotę, zauważyłem to już jakiś czas temu i zauważam niemal codziennie. Nie mogę oglądać telewizji ani słuchać radia, bo gdy widzę i słyszę tych idiotów, którzy są w rządzie, którzy byli w rządzie i którzy chcą być w rządzie, podnosi mi się ciśnienie. A z ciśnieniem mam problem i lekarka domowa kazała mi uważać. Więc nie oglądam idiotów w telewizji i nie słucham ich w radiu. Jestem jeszcze w stanie czytać gazety i Internet – na szczęście, inaczej w ogóle nie wiedziałbym, co się wokół mnie dzieje. Jakoś te same informacje podawane na papierze czy na ekranie komputera wywołują znacznie mniej negatywnych emocji, pozwalają skupić się na treści i sensie, zamiast wywoływać coś między atakiem apopleksji i wścieklizny. Nie ufam bezmyślnie drukowanemu słowu, ale ufam mu bardziej jako przekaźnikowi informacji i chętniej po nie sięgam. Telewizor został mi do oglądania filmów, zwłaszcza tych starych, z klasyki polskiej kinematografii. Radio włączam tylko w samochodzie i słucham tylko muzyki. Z gazet zajmujących się polityką czytam tylko „Politykę” i „Newsweek”, czasem skuszę się na „Wprost”, choć mam przy nim zazwyczaj mieszane uczucia. I „Duży Format” w „Wyborczej”. Zwłaszcza felietony Vargi, którego niedawno odkryłem jako pisarza i zacząłem powoli nadrabiać. „Duży Format” zostawiam sobie zawsze na piątkowy wieczór przy herbacie, winie i czymś słodkim, i zaczynam właśnie od Vargi. A gdy akurat jest felieton kogoś innego, wygrzebuję stare numery „Formatu” i robię sobie powtórkę z któregoś wcześniejszego tekstu.
Wyrobiłem sobie sporo starokawalerskich nawyków, bo tak to należy określić. Wstaję o stałych godzinach, kładę się o stałych godzinach. Godziny pracy mam wprawdzie nieregularne, co oznaczałoby, że mam nadgodziny, gdyby nie fakt, że we własnej firmie nie ma się nadgodzin, tylko trzyma się rękę na pulsie; za to wolne godziny i dni wyglądają dość podobnie. W piątkowe wieczory czytam „Format” od deski do deski, potem jakąś książkę albo coś oglądam, lenię się na kanapie. W soboty rano sprzątam mieszkanie, potem wychodzę na miasto, na spacer, do kawiarni, restauracji, na jakieś wydarzenie kulturalne. W niedzielę do wczesnego popołudnia ogarniam kolejne sprawy firmowe, potem czasem wychodzę, częściej wyleguję się na kanapie, znów z książką, gazetą czy filmem. Chyba trochę zdziadziałem. Lubię spokój. Lubię świadomość, że wszystkie rzeczy są na swoim miejscu. Lubię pewność, że mam swój kąt, do którego każdego wieczoru wrócę. Nie ciągną mnie imprezy, nie czuję się dobrze w tłumie rozkrzyczanych ludzi, nie lubię gwałtownych i diametralnych zmian.
A jednak teraz sam sobie taką zmianę szykuję, i to ogromną. I szalenie się na nią cieszę. I czuję się trochę tak, jakbym powrócił do własnego dzieciństwa. Bo zamieszkam z Cyną.
Oczywiście, pewne obawy są. Nie wiem, jak to będzie znów mieszkać z kimś na stałe – odzwyczaiłem się już od tego. Biorąc pod uwagę moje starokawalerskie i jej staropanieńskie nawyki, z początku będzie ciężko, zwłaszcza że mieliśmy już podejścia próbne, gdy Cyna przemieszkiwała u mnie parę dni lub tygodni. Ale oboje zdajemy sobie sprawę z tych nawyków, oboje mamy dla siebie i dla nich sporo wyrozumiałości; i oboje chcemy razem zamieszkać. Ja pewnie trochę bardziej, ale myślę, że moja siostra powoli dochodzi do punktu, w którym i u niej ta potrzeba staje się bardzo silna.
Gdy byłem w połowie czterdziestki, jeszcze nawet w początkach drugiej połowy, nie czułem żadnego strachu związanego z byciem solo. Żal, zawód, tęsknotę za kimś na stałe – tak; strach – nie. Strach zaczął mnie dopadać dopiero pod koniec czterdziestki i najpierw przybrał formę jakiegoś uczucia niepokoju, które sprawiało, że włączałem głośno telewizor i pozwalałem, by filmy zapełniały swoimi dźwiękami ciszę mieszkania; potem  przyłapałem się na tym, że spokojniej czuję się w gromadzie ludzi, choćby w korku na ulicy albo w kolejce w sklepie, niż w mieszkaniu, sam na sam ze sobą. Potem dopadało mnie coraz więcej myśli w stylu „mam nieudane życie osobiste”, „nie zdołałem sobie ułożyć życia uczuciowego”, „nic mi nie wyszło z tych wszystkich związków, w których byłem, i moje życie jest do dupy”. A potem, dwa dni przed czterdziestymi dziewiątymi urodzinami, obudziłem się w środku nocy i dostałem ataku paniki.
Dochodziła trzecia nad ranem, pamiętam, że od razu, zaraz po obudzeniu się, sprawdziłem budzik. Więc dochodziła trzecia, za oknem było ciemno, w pokoju było ciemno, zza okna dochodziły jakieś drobne uliczne odgłosy, takie, jak to w nocy: z jednej strony ciche i rzadkie, z drugiej – przez sama swoją obecność o takiej porze mocno wyakcentowane i niepokojąco bliskie; w pokoju było cicho, słyszałem tylko tykanie budzika i zegara na ścianie. Chodziły nierówno, niesynchronicznie, i akurat wtedy jakoś mi to dodatkowo działało na nerwy.
Obudziłem się, sprawdziłem godzinę, poleżałem chwilę, nasłuchując denerwujących cyknięć wskazówek – i nagle pomyślałem: ja jestem kompletnie sam. Jestem tu, w tym pokoju, w tym mieszkaniu, w tym mieście, w ogóle w tym moim życiu zupełnie sam, osamotniony, bez nikogo. I gdybym teraz dostał jakiegoś ataku, zawału, apopleksji, a nawet gdybym się wywalił na podłogę, uderzył o coś głową i stracił przytomność – to nikt się o tym nie dowie. Nikt się mną nie zajmie. Nikt nic nie zrobi, bo nie będzie wiedział. Gdyby teraz tknął mnie jakiś paraliż, to leżałbym tu kilka dni albo tygodni, bez jedzenia, picia, pomocy, bez nikogo i niczego. Gdybym teraz umarł albo zaczął umierać, nikt by nie zadzwonił po karetkę, nikt by nie trzymał mnie za rękę, nikt by mi nawet nie naciągnął prześcieradła na martwą twarz. Nikt, dopóki w firmie nie zaniepokoiliby się, że szefa nie ma, gdy ważne papiery czekają na podpisanie, i dopóki sąsiedzi nie zaczęliby się zastanawiać, dlaczego z mojego mieszkania śmierdzi jakimś rozkładającym się truchłem. Nikt by się nie zajął, nikt by się nie przejął, nikt by się nie dowiedział. Bo jestem tu sam, kompletnie sam, osamotniony i niepotrzebny. I nie mam nikogo, kogo mógłbym poprosić o pomoc, komu mógłbym się wyżalić, do kogo mógłbym zadzwonić, nawet w środku nocy.
Ten paskudny atak paniki, który sprawił, że nie mogłem się ruszyć z łóżka i wpatrywałem się w ciemność z przerażeniem, jakby zaraz miało mnie coś z niej dopaść – ten atak w końcu minął, mocno złagodniał, na tyle, że byłem w stanie zacząć racjonalnie myśleć i coś racjonalnie zrobić. Więc pomyślałem. To nie była prawda, że nie miałem do kogo zadzwonić. I coś zrobiłem. Zadzwoniłem do Cyny. W środku nocy.
Była zaspana, w pierwszej chwili przestraszona, bo myślała, że coś mi się stało, potem zirytowana, bo rano musiała wcześnie wstać – ale wysłuchała mnie. I zrozumiała. I nawet trochę pocieszyła, przypominając mi dwie istotne rzeczy: po pierwsze, że nawet będąc z kimś, można być koszmarnie osamotnionym, a cudza obecność wcale nie jest gwarantem zabezpieczenia przed wszelkim złem tego świata; po drugie – że mam ją i tak, mogę do niej zawsze zadzwonić, nawet o barbarzyńskiej czwartej nad ranem.
Rozmowa była dość długa i dość uspokajająca – w każdym razie na tyle uspokajająca, że w ciągu dnia zdołałem do końca pozbierać myśli i postanowić coś sensownego. Więc wziąłem psa.
Pojechałem do schroniska jeszcze tego samego dnia, zaraz po pracy. Na dzień dobry od razu powiedziałem kobiecie, która mi wyjaśniała zasady adopcji: niech mi pani pokaże najstarszego, najmniej atrakcyjnego psa, jakiego tu macie, takiego, który nie ma już w zasadzie szans na adopcję. Niech mi pani pokaże takiego psa, który waszym zdaniem jest skazany na to, by umrzeć w schronisku, bo jest za stary, by znaleźć nowy dom. Niech mi go pani pokaże, a ja go wezmę.
Kobieta popatrzyła na mnie podejrzliwie i zapytała powoli, dlaczego chcę akurat tak. Bo ja też jestem starym dziadem, wyjaśniłem jej spokojnie, więc we dwóch starych dziadów będzie nam raźniej. Uśmiechnęła się wtedy, chyba trochę mimo woli, ale złagodniała. Dopiero parę miesięcy później, gdy znów się spotkaliśmy, tym razem gdzieś w parku Kasprowicza, przyznała, że chodziły jej po głowie różne nieprzyjemne myśli. Bo ludzie potrafią zrobić psom, z psami, wiele paskudnych rzeczy. I tyle się już tego naoglądała, że nie potrafi się uwolnić od podejrzliwości – a jednocześnie chce przecież dla tych psów jak najlepiej, chce, żeby znalazły dom, żeby z tego schroniska wyszły. Chce tego, a jednocześnie co chwila dopadają ją męczące podejrzenia i w każdym, nawet najprzyzwoiciej wyglądającym człowieku, który przychodzi po psa do schroniska, widzi potencjalnego psiego kata.
Ale zaprowadziła mnie wtedy do klatek czy kojców, w których były psy. Widok był koszmarny – widok tych pysków i łap unoszących się w nadziei, że los się uśmiechnie właśnie do nich, i widok tych zawiedzionych, smutnych oczu i opadających drętwo ogonów, gdy domniemany los odchodził dalej. Przy jednej z klatek zatrzymaliśmy się oboje. Leżący dotąd na legowisku stary, długowłosy, czarno-rudo-siwy wilczur uniósł się powoli, podszedł do krat, usiadł i zapiszczał.
– To Wiking – powiedziała kobieta. – Owczarek niemiecki, długowłosy. Ma dziewięć lat. Jakieś bydlę go przywiązało do drzewa w Puszczy Bukowej. W kolczatce. I na tak krótkiej smyczy, że pies nawet nie mógł się położyć. Spędził tak dwa czy trzy dni, nie dłużej, bo wył tak głośno, że w końcu paru ludzi poszło zobaczyć, co się dzieje. Ale szyję miał parszywie pokaleczoną. Wie pan – dodała nagle gwałtownym, pełnym nienawiści tonem – mam zawsze taką nadzieję, że tych skurwysynów, którzy przywiązują zwierzęta do drzew i każą im umierać w takich mękach, że tym skurwysynom ich dzieci zafundują to samo na starość. – Wzięła głęboki oddech, chyba dla uspokojenia się, bo po chwili podjęła już bardziej opanowanym głosem: – No i był wygłodzony i spragniony, i oczywiście zarobaczony jak wszyscy diabli, a futro tak skołtunione, że trzeba go było ostrzyc prawie do skóry, bo się nie dało umyć ani rozczesać. Ale już mu odrosło – dorzuciła ciepło, patrząc na siedzącego i dalej piszczącego psa. Pysk, wystający spomiędzy krat, mocno mnie rozczulił. – Siedzi tu zresztą tyle czasu... Wie pan, nikt nie chce starego psa, i to takiego wielkiego, ludzie się boją, że wilczur, że agresywny, że stary, że się nie przyzwyczai, że będzie atakował... A ten tak się garnie do ludzi, to ciapa, a nie wilczur – mruknęła i uśmiechnęła się z rozbawieniem. – To taki wielki misiek, a nie żaden wiking.
– Czemu tak piszczy? – spytałem, nie odrywając wzroku od psa. Było w nim coś... błagającego o uwagę.
– Zawsze tak robi, gdy widzi nowego człowieka – odpowiedziała. – Do nas już się przyzwyczaił i wie, że przychodzimy i odchodzimy, ale jak widzi kogoś obcego, to zawsze piszczy, żeby się przy nim zatrzymać. Tylko potem piszczy jeszcze bardziej, gdy ktoś się zatrzyma, pogłaszcze albo coś powie, a potem pójdzie dalej i już nie wróci. Czasem nawet wyje. Więc niech pan nic nie mówi i nie robi, jeśli go pan nie chce wziąć – uprzedziła – bo to go tylko dodatkowo zrani. Chce pan oglądać dalej?
– Nie – powiedziałem cicho i podszedłem do klatki. Pisk się wzmógł. Bez namysłu wsunąłem rękę między kraty i pogłaskałem delikatnie rudo-czarny łeb. Pies się poderwał, zaczął gwałtownie machać ogonem i głośno posapywać.
– Ma problemy ze stawami – powiedziała kobieta, podchodząc do nas. – I potrzebuje sporo ruchu. Najlepiej często, ale w małych dawkach, żeby stawów za mocno nie obciążać. I nie powinien zbyt często chodzić po schodach. Trzeba go czesać tak raz na siedem, dziesięć dni. I niech pan pamięta, że teraz jest radosny i miły, ale w domu może być początkowo przestraszony, więc może coś zniszczyć, załatwić się na podłogę czy nawet zachowywać się trochę agresywnie.
– Pani mnie chyba próbuje zniechęcić – mruknąłem, dalej głaszcząc psią głowę. Pies stał już bez ruchu, tylko ogon wachlował w obie strony, a posapywanie zrobiło się jeszcze głośniejsze.
– Nie lubię, kiedy tu wracają, bo „nie spodziewaliśmy się takich kłopotów” – powiedziała  kwaśno. Spojrzałem na nią. Patrzyła ze współczuciem na psa. – Albo kiedy nie wracają, tylko znów je znajdujemy przy jakimś drzewie, ogrodzeniu albo gdzie indziej. I czasem już nie mają trzeciej szansy, bo znajdujemy je za późno. Więc wolę od razu uprzedzić, że to nie jest taki amerykański serial o szczęśliwej rodzince z psem, bo pies potrafi też zwyczajnie nasrać, nasikać, narzygać, coś zniszczyć albo się rozchorować i wtedy trzeba nawet płacić za leczenie. Więc żeby nie było niespodzianek, że „nie spodziewaliśmy się takich kłopotów”.
– W porządku, zrozumiałem – zapewniłem ją. – Wezmę go i będę się spodziewał wszystkich kłopotów. I damy sobie z nimi radę, prawda, stary? – Poklepałem psa lekko po głowie. Wpatrywał się we mnie takim wzrokiem, że mimo niemal pięćdziesiątki na karku i bądź co bądź nabytej już sporej odporności na wzruszenia czułem, że chyba niewiele mi brakuje do tego, żeby się rozbeczeć. – Mieszkam na parterze. Przyda mi się więcej ruchu. I rzucę palenie, żeby odkładać na wizyty u weterynarza.
Nadal pamiętam ten żałosny, rozpaczliwy pisk Wikinga, gdy odchodziliśmy od klatki. No tak – był przekonany, że to kolejny zawód i kolejny utracony człowiek. I pamiętam, jak szybko podbiegł, mimo swojego wieku, przejść i problemów ze stawami, jak szybko podbiegł do mnie, gdy został przyprowadzony z kojca do gabinetu weterynarza. Weterynarzem była taka fajna, mała, ruda dziewczyna, która na widok mojego psa jęknęła, wyraźnie wzruszona: „Boże, Wiking jednak będzie miał dom!”.
Miał dom. Wziąłem go z czystego samolubstwa, z prostackiej obawy przed osamotnieniem i ze zwykłej, egoistycznej potrzeby posiadania kogoś, kogo będę mógł kochać i kto będzie mnie kochał – bezwarunkowo, wiernie i na zawsze. Jasne, wiedziałem, że pies nie rozwiąże wszystkich problemów, że jeśli dostanę zawału albo rozwalę sobie głowę o posadzkę w łazience, to pies nie zadzwoni po pogotowie, nie udzieli mi pierwszej pomocy, nie powiadomi rodziny; a jednak czułem się spokojniej, bezpieczniej i lepiej, wiedząc, że jest przy mnie. Gdy w nocy czasem budziłem się pełen niepokoju albo nie mogłem wieczorem zasnąć, wsłuchiwałem się w jego spokojny, głęboki, miarowy oddech albo z rozczuleniem słuchałem chrapania i cichego poszczekiwania przez sen. Niekiedy, gdy już naprawdę nie mogłem sobie poradzić z własnymi obawami, po prostu kładłem się na podłodze, na kocu albo na psiej poduszce, obok Wikinga, wsuwałem ręce w jego futro i leżałem tak krótszą czy dłuższą chwilę. Parę razy nawet tak zasnąłem. On wtedy tylko unosił głowę, wąchał mnie albo trącał nosem, a potem kładł się z powrotem i wzdychał głęboko. Często też sam przenosił się ze swojego posłania do mnie – kładł się przy łóżku, a ja mogłem wysunąć rękę spod kołdry i gładzić jego głowę, grzbiet, bok, brzuch czy zad, i to też mnie niesamowicie uspokajało.
Przeżyliśmy razem prawie trzy lata. To były piękne trzy lata, takie, jakich nie przeżyłem z nikim. Jest coś niesamowicie prawdziwego w tych wszystkich stwierdzeniach o niezwykłej więzi, jaką człowiek ma z psem, i o tym, że psia miłość jest jedyna w swoim rodzaju. I że pies ma tak wielkie właściwości terapeutyczne. Mogłem wrócić do domu wściekły, zmęczony, chory, z nastawieniem „cały świat to banda złamasów i mam wszystko w dupie” – ale gdy otwierałem drzwi i widziałem, jak Wiking przypada do podłogi, jak trzepie ogonem na lewo i prawo, jak się zrywa i tańczy wokół mnie, a nawet próbuje nieudolnie podskoczyć (problemy ze stawami miał rzeczywiście spore), i słyszałem, jak popiskuje i pomrukuje radośnie, jeszcze zanim przekręcę klucz w zamku – jak mógł mi wtedy nie wrócić dobry humor? Cały świat mógł być do dupy, ale w domu czekał na mnie mój pies, dla którego ja byłem całym światem, codziennie tak samo wyjątkowym, jedynym i najważniejszym.
Jasne, z początku nie było różowo, potem też zdarzały się trudniejsze momenty. Jak w każdym związku, przecież to jasne. Na początku miał problemy z samotnym zostawaniem w domu. Rano, gdy wychodziłem, długo wył i piszczał. Czasem z tych nerwów załatwiał się w przedpokoju albo coś gryzł, głównie drzwi od łazienki, bo tych wejściowych się nie dało. Gdy po powrocie znów gdzieś chciałem wyjść bez niego, awantura była jeszcze większa.
Szukaliśmy rozwiązań. Rano, bardzo wcześnie, wychodziłem z nim na dłuższy spacer, tak żeby się załatwił i zmęczył. Zostawiałem mu tylko pół miski wody i jedynie garść karmy na czas mojej nieobecności. Po powrocie zabierałem go na kolejny spacer; jeśli się dało, to i w czasie pracy wyskakiwałem na chwilę, żeby go wziąć na krótką wędrówkę wokół bloku. Wieczorem szliśmy na spacer przed snem. Porządny, duży posiłek dawałem mu po powrocie do domu, tak by zdążył strawić przed wieczornym lub porannym wyjściem. Nie zostawiałem w kuchni resztek jedzenia (parę razy coś ściągnął), zamykałem drzwi od pokojów (dzięki temu potencjalne szkody ograniczały się do przedpokoju), oddałem Wikingowi jedną z moich starych podkoszulek, niewypraną, więc pewnie nadal mocno pachnącą mną (nosił ją ze sobą w pysku po domu i kładł się na niej w różnych miejscach, gdy mnie nie było, najwyraźniej go to uspokajało). Zwykle nie pozwalałem mu wchodzić na meble, on sam zresztą nie zdradzał takich potrzeb; wyjątkiem były burze. Pierwszą wspólną burzę przeżyliśmy jakieś trzy tygodnie po wzajemnej adopcji (bo uważałem, że on tak samo zaadoptował mnie, jak ja jego); to była późnowiosenna czy wczesnoletnia burza, jakoś w połowie maja, ponura, pełna piorunów, błyskawic, zawodzącego wiatru i wielkich strug deszczu. Rozpętała się w nocy; w pewnej chwili obudziłem się, uświadomiłem sobie, że właśnie gdzieś grzmotnęło, że w okno stuka deszcz, że przez roletę widać błyski – a potem dotarło do mnie jeszcze coś: nie jestem w łóżku sam. Obok mnie, pod kołdrą, z pyskiem wciśniętym pod moje ramię, leży mój pies. Leży i trzęsie się jak liść na wietrze.
Bał się burz, i to bardzo – na spacerze daleki odgłos burzy sprawiał, że Wiking podkulał ogon i ciągnął z powrotem do domu, a w domu chował się w jakieś zakamarki – najchętniej do łóżka, pod koce, kołdry i poduszki, w razie możliwości także pode mnie. Pozwalałem mu na to. Przy pierwszej burzy wypchnąłem go przecież z łóżka trzy razy – i za każdym razem wracał pod kołdrę bez zastanowienia, jednym szybkim, zwinnym jak na niego skokiem dostawał się na materac, rozgrzebywał trochę pościel i nurkował pod nią. Po trzeciej takiej akcji nie miałem już serca go wyrzucać, więc tylko głaskałem jego łeb, drapałem lekko boki, powtarzałem „Dzielny Wiking, śliczny Wiking, moje psisko futrzaste, taki mały, zestrachany piesek” i czasem się trochę odsuwałem, żeby mógł swobodnie oddychać, ale wtedy gwałtownie się do mnie przysuwał, znów wpychał nos pod moją rękę, nogę czy plecy, zwijał się ciaśniej w kłębek i tak się chował przed burzą. Po pierwszym strachu, gdy już się dobrze pode mnie wcisnął i gdy go trochę wygłaskałem, przestawał się trząść, tylko jeszcze oddychał szybko i nerwowo. Zasypiałem z dłońmi i twarzą w jego futrze, ogrzewany przez ten psi grzejnik, a gdy się budziłem rano, Wiking wylegiwał się w nogach łóżka, z wielkim uśmiechem na rozchylonym pysku (tylko ludzie, którzy nie mieli psów, mogą twierdzić, że psy się nie uśmiechają. Wiking prezentował kilka rodzajów uśmiechu, a uśmiech „poburzowy” miał w sobie coś z porozumienia dwóch rozrabiaków, którzy poprzedniej nocy trochę spanikowali). Zganiałem go z łóżka ruchem głowy i krótkim „Na miejsce”, a on schodził od razu posłusznie, tylko jeszcze przed zejściem unosił głowę i patrzył na mnie przez chwilę tak, jakby chciał powiedzieć: „Spoko, stary, gdy przy następnej burzy będziesz miał cykora, znów wskoczę do łóżka, by dodać ci odwagi”. Cwana bestia.
Wbrew temu, co mówiła kobieta ze schroniska, Wiking wcale nie był takim miśkiem. Owszem, póki siedział za kratkami, piszczał do ludzi, wszystkich, jak leci; ale odkąd znalazł dom, odkąd miał swoje stado (mikroskopijne, bo mikroskopijne, ale zawsze), odkąd zamieszkaliśmy razem – inni ludzie kompletnie przestali go interesować; więcej nawet, nieszczególnie tych ludzi darzył sympatią. Niektórzy twierdzili, że jest o mnie zazdrosny; ja z Cyną podejrzewaliśmy, że uważa za swój obowiązek mnie bronić. Nie rzucał się na przechodniów ani nic takiego, po prostu niechętnie dawał się głaskać, patrzył na podchodzące do mnie osoby czujnie, jakby w każdej chwili gotów do odparcia ataku, no i nie spuszczał mnie z oczu. Nawet w lesie, gdy za daleko pobiegł albo ja się trochę oddaliłem, zawróciłem – natychmiast galopował z powrotem, z prędkością, na jaką pozwalał mu wiek i stawy.  Raz – przyznaję, z czystej i głupiej ciekawości, i parszywej bezmyślności – w czasie takiego wypadu do lasu, gdy trochę ode mnie odbiegł, schowałem się gdzieś między drzewami, żeby zobaczyć, jak zareaguje. Takiego zrozpaczonego skowytu, gdy się odwrócił, nie znalazł mnie i rzucił się w panice do miejsca, gdzie ostatnio stałem – takiego skowytu nie słyszałem od tamtego dnia w schronisku. Wylazłem spomiędzy drzew natychmiast, z poczuciem, że jestem skończonym sukinsynem, któremu się zachciewa durnych zabaw kosztem psa, i to psa, który przecież z lasem i drzewami ma bardzo złe doświadczenie; usiadłem na ziemi, przyciągnąłem do siebie popiskującego z ulgi i radości Wikinga, głaskałem, klepałem, całowałem i przepraszałem, że taki ze mnie durny złamas. Więcej nie robiłem mu podobnych numerów, a na spacerach sam starałem się trzymać w zasięgu jego wzroku.
Dość szybko zauważyłem, że nie cierpi kręcących się wokół sklepów, po parkingach czy przechodzących gdzieś ulicą pijaczków. Wstawionych facetów wyczuwał już z daleka i od razu zaczynał morderczo ujadać, a przy mniejszym dystansie chciał się koniecznie rzucić na nich i zagryźć. Ważył swoje i mimo wieku był dość silny, więc utrzymanie go i uniemożliwienie ataku wymagało trochę energii. Doszliśmy z Cyną do wniosku, że prawdopodobnie wtedy do drzewa został przywiązany przez jakiegoś pijaka albo z pijakami miał inne złe doświadczenia i kojarzą mu się z zagrożeniem. Na moje picie alkoholu początkowo reagował pewnym niepokojem – chodził wokół, węszył, a potem się chował gdzieś w kącie; później się trochę przyzwyczaił do tego, że czasem pachę alkoholem, ja natomiast prawie przestałem pić, moja butelka piwa czy kieliszek wina zdarzały się bardzo, bardzo rzadko i głównie poza domem, a potem żułem gumę miętową, niczym występny mąż dla uniknięcia awantury z żoną; znajomi czasem komentowali to ze śmiechem, w stylu „Remek musi się zakamuflować, że niby nie pił, bo pies mu każe spać na wycieraczce”. W ogóle miewali ubaw z mojego „opsienia się” – twierdzili, że zachowuję się niczym nadmiernie troskliwa kwoka. I że to nie pies ma problemy z zostawaniem w domu, tylko ja z wychodzeniem bez psa, więc trzeba mnie zapraszać w parze, z osobą towarzyszącą. I rzeczywiście, nieraz zapraszali, ci bez zwierząt. Wiking w gościach zachowywał się bardzo ładnie, tylko musiał wejść do domu jako ostatni – wtedy uznawał, że cały zastany zestaw ludzi jest u siebie, a on ma nad nimi pieczę jako nad swoimi. Jeśli ktoś przyszedł z wizytą po nas, był wrogiem i należało go zagryźć. Czasem dochodziło przez to do wariackich scen: ktoś dzwoni, że się spóźni, więc dostaje przykaz zadzwonienia jeszcze raz, gdy już będzie dochodził do mieszkania; gdy znów się melduje, ja z Wikingiem wychodzimy z mieszkania, czekamy, aż nowy gość wejdzie, i dopiero wtedy wchodzimy znowu. Wiking robi przegląd ludności, nowy egzemplarz uznaje za swój, kładzie się w kącie i obserwuje spod częściowo przymkniętych powiek otoczenie. Gość, o ile to jego pierwsze z nami spotkanie, jest ogłupiały; jeśli już nas zna, ma ubaw. Gospodarze i reszta gości też.  A gdy nadciąga kolejny spóźnialski – cała zabawa zaczyna się od początku.
Nie miałem do niego pretensji. Taki był, taką miał potrzebę dbania o swoje stado i teren, który mu przypadał w udziale; i chciał dać mi z siebie to, co najlepsze: swoje wciąż mocne kły, swoje groźne warknięcia, swoje ostre pazury, swoje agresywne szczeknięcia, swoją siłę, zwinność i odwagę.
Dawał mi znacznie więcej: swoją obecność, stałą, a zarazem nieobciążającą; swoje przywiązanie, takie absolutne i chwilami wręcz zawstydzające, bo czym ja sobie na tak niesamowite uczucie zasłużyłem?; swoje rozkoszne, komiczne i rozczulające nawyki, odruchy, zachowania, takie jak wywracanie się przez sen do góry brzuchem, z jedną przednią łapą wyciągniętą w geście „oto ja, patrzcie i podziwiajcie”, jak pochrapywanie, poszczekiwanie i gwałtowne ruszanie łapami przez sen, jak radosne sapanie i powitalny taniec szczęścia, gdy wracałem z pracy, jak wtulanie się we mnie w czasie burzy i wciskanie mi pyska między ręce, nogi i pościel. I dawał mi poczucie sensu, jakiegoś uporządkowania i bycia potrzebnym. A to naprawdę potrafiło mnie psychicznie wypionować.
Czasami mówiłem Cynie, pół żartem, pół serio, że gdy ma się psa, człowiek nie może popełnić samobójstwa ani zrobić innej głupoty, choćby z całego serca chciał i miał do tego więcej niż stuprocentowy powód. Bo widzisz, mówiłem, przez telefon alby gdy do mnie przyjeżdżała, ty sobie palniesz w łeb, wyskoczysz przez okno albo schlejesz się tak, że wątroba ci się wywinie na lewą stronę, a pies co? Co z psem? Kto wtedy wyjdzie z psem na siusiu, kto mu umyje pupę i łapy po spacerze, kto mu nasypie nową porcję karmy i naleje świeżą wodę do misek? Kto go wyczesze, pogłaszcze, przytuli w czasie burzy? Jak masz psa, to trudno, musisz ciągnąć to wszystko dalej, choćby nawet nie było co ciągnąć, bo trzeba się psem zająć. Nie można go zostawić na pastwę losu. Nie można i już.
– Ty go traktujesz jak zabezpieczenie psychiczne, psychoterapię i udoskonaloną wersję dziecka w jednym – stwierdziła raz Cyna, gdy przyjechała do mnie na Gwiazdkę, moją pierwszą Gwiazdkę z Wikingiem, i prawie spadła z krzesła, gdy zobaczyła, jak spod choinki wyciągam paczkę oznaczoną psim imieniem. Ale w kolejnym roku sama też postawiła pod choinką psi prezent i później wręczyła go Wikingowi z czułym „Wesołych świąt, futrzaku”.
Polubili się z Cyną. No, nie tak od razu, z początku Wiking był chyba i trochę zazdrosny, i trochę zdezorientowany (miewał taki wyraz pyska „Ej, Remek, wszyscy goście normalnie o tej porze wychodzą, a w kuchni siedzi jakaś obca baba i grzebie nam w lodówce!”), i trochę podejrzliwy. A Cyna z początku nie łapała, że on potrzebuje więcej czasu i trzeba poczekać, aż będzie chciał, by go głaskała lub aż weźmie od niej z ręki coś do jedzenia. Ale z czasem dotarli się, przyzwyczaili do siebie, Wiking zrobił się ufniejszy, a Cyna cierpliwsza. Sporo pomagało to, że znacznie częściej się widywaliśmy.
Cyna mieszkała wtedy już od paru lat w Poznaniu, więc o kontakt było znacznie łatwiej. Poza tym oboje byliśmy w podobnej sytuacji: single w średnim wieku, i nawet jeśli ona, w przeciwieństwie do mnie, swoje singielstwo wybrała sama i cieszyła się z niego, to też zaczynała już odczuwać pierwsze obawy związane z tym, że nie ma obok kogoś, od kogo mogłaby oczekiwać obowiązku stałej pomocy w razie jakichś wydarzeń (i nieważne, że ten obowiązek i ta pomoc były w gruncie rzeczy bardzo złudne, bo po przykładach naszych mężatych, żonatych i dzieciatych znajomych wiedzieliśmy, że żaden ślub, więzy rodzinne i dawne poświęcenia nie gwarantują, że się coś dostanie, cokolwiek – nieważne, bo ważna, dla psychiki, była ta złuda i możliwość wyobrażania sobie, że w razie czego ma się zagwarantowanego opiekuna).
W każdym razie widywaliśmy się częściej: ona jeździła do mnie, ja do niej, spędzaliśmy razem święta, czasem ustawialiśmy sobie urlopy tak, by móc we dwoje gdzieś się wybrać. Odkąd pojawił się Wiking, wyprawy odbywały się nieraz we trójkę, zwłaszcza że psisko dobrze znosiło podróż samochodem, pod warunkiem, że któreś okno było otwarte i ktoś dotrzymywał mu towarzystwa na tylnym siedzeniu. Wkrótce po wzięciu Wikinga zmieniłem samochód na taki, który miał wielki bagażnik, otwierany na zasadzie piątych drzwi. Inni ludzie wozili tam zakupy, ja – psa.
Natknąłem się niedawno na Facebooku na obrazek z psim pyskiem i podpisem „Pies złamie ci serce tylko raz – gdy jego przestanie bić”. To jest tak cholernie prawdziwa prawda, że choć minęło już parę lat od śmierci Wikinga, rozkleiłem się jak dziecko. Potem zadzwoniłem do Cyny, która mnie opieprzyła równo. Przestań marnować czas na grzebanie na fejsie, powiedziała ze złością, i przestań się tak wiecznie roztkliwiać jak smarkacz, ty się rzeczywiście starzejesz i ja nie wiem, jak wytrzymam dwadzieścia cztery godziny na dobę z taką podstarzałą beksą. A jak nowego psa też będziesz ośmieszał u weterynarza, mówiąc do niego „maleństwo”, to cię przy tym weterynarzu kopnę. Wikinga zawsze ośmieszałeś.
Fakt, mówiłem do niego u weterynarza „maleństwo”. Głównie po to, by uspokoić samego siebie, bo on był spokojny. Był spokojny nawet wtedy, gdy przyjechałem z nim po raz ostatni, spokojny i jakby świadomy, że nadchodzi koniec jego męczarni i że chodzi mi o jego dobro.
W ostatnim roku pojawiły się u niego paskudne problemy z nerkami. Robiłem, co mogłem, woziłem go do weterynarza na zabiegi, nie żałowałem pieniędzy i czasu, by mu zapewnić jak najlepsze leczenie i jak najlepsze warunki. Należało mu się to ode mnie, należało mu się jeszcze więcej, w gruncie rzeczy za tę miłość, którą mi dał, w żaden sposób nie byłem w stanie odpowiednio się odpłacić.
Ale mimo starań i mimo chwilowych popraw wszystko zmierzało do paskudnego końca. W pewnej chwili weterynarz powiedziała mi dobitnie: dla niego nie ma już szans. To kwestia dni, może tygodni. I on się męczy, on się męczy tak parszywie, że zmuszanie go do przeżycia kolejnego dnia to zwykłe znęcanie się, potrzebne człowiekowi po to, by miał czyste sumienie, że „on nie uśpił swojego psa, pies umarł naturalnie, w strasznych mękach, ale nie, ja nie przyłożyłem do tego ręki, jestem porządnym człowiekiem”.
Potrzebowałem dwóch dni, by to przetrawić. Bo wszystko się we mnie buntowało na myśl o tym, by wejść do gabinetu i powiedzieć: „Proszę mi zabić psa”; a jednocześnie wszystko się we mnie buntowało, gdy widziałem, jak on się męczy, jak już nie ma na nic siły, chociaż na mój widok unosi lekko łeb z posłania i merda niemrawo ogonem.
Nawet po paru latach nie umiem spokojnie, konkretnie i z dystansem o tym wszystkim myśleć. Był chory, coraz bardziej chory, w końcu był w beznadziejnym stanie; i w końcu, gdy już dotarła do mnie w pełni jego męka i po prostu to, że umiera, zabrałem go do weterynarza na ostatnią wizytę. Po podaniu środka nasennego lekarka zostawiła nas samych; i chociaż w domu już się wyryczałem tak, że oczy mnie piekły, w gabinecie poryczałem się znowu. Siedziałem przy nim, głaskałem, tłumaczyłem, że to dla jego dobra, przepraszałem, w kółko przepraszałem, że nie potrafię mu inaczej, lepiej, porządniej pomóc. Zasypiał bardzo spokojnie, zdążył jeszcze parę razy polizać mnie po ręce. A potem siedziałem gdzieś na zapleczu gabinetu, inna lekarka dała mi jakiś ziołowy środek na uspokojenie i paczkę chusteczek, siedziałem, płakałem i czułem się parszywie. Wyrzuty sumienia – że może jeszcze dałoby się coś zrobić, że się za szybko zgodziłem, że górę wzięła własna wygoda, że zwyczajnie zawiodłem psie zaufanie i dałem go uśpić, żeby już nie musieć się nim zajmować – prześladowały mnie jeszcze przez parę miesięcy. Zresztą i dziś czasem dopada mnie bolesna myśl: a może, gdybym jeszcze poszukał, popytał, poradził się kilku innych lekarzy, może jeszcze coś dałoby się zrobić? Może poszedłem na łatwiznę, może zrobiłem Wikingowi krzywdę – ja, który miałem być gwarantem jego szczęścia, zdrowia i bezpieczeństwa? Czasami mnie to dopada i wtedy przez dzień lub dwa nie mogę znaleźć sobie miejsca.
Cyna też to ciężko przeżyła, choć lepiej nad sobą panowała. Nie mogła wyrwać się z pracy i przyjechać, więc co wieczór wisieliśmy na telefonie, ja głównie rozpaczałem, a ona próbowała mnie podtrzymać na duchu. Przede wszystkim próbowała mi wytłumaczyć, że zrobiłem dobrze, że tak jest dla psa lepiej, bo nie cierpi. Ale gdy to mówiła, i jej łamał się głos.
– Gdzie go pochowałeś? – spytała jakoś na początku. – Gdzieś w lesie?
– Nie. – To też była ciężka decyzja i trudny temat do omówienia. – Skremowano go. – Cyna zareagowała sporym niezadowoleniem, więc jej wyjaśniłem: – Słuchaj, ja na początku też nie chciałem, gdy mnie lekarka zapytała, chciałem go zabrać i sam gdzieś pochować, mam gdzieś, że to nielegalne. Są gdzieś zresztą jakieś cmentarze dla zwierząt, chociaż nie wiem, czy w Szczecinie już też. Ale potem pomyślałem tak: pochowam go w ziemi, a potem jakieś robactwo będzie go po kawałku zżerać, jak jakieś wyrzucone na śmietnik stare mięso. Tak go kocham, tak o niego dbałem, pilnowałem, żeby nawet pod pazurami miał zawsze dokładnie wytarte, żeby mu się tam nie gromadziło błoto i brudy, a teraz dam go wsadzić do ziemi, żeby to futro, te łapy, pyszczek i ogon się tam rozkładały dzień po dniu? I nie mogłem sobie tego wyobrazić, rozumiesz, ja bym nie spał po nocach, myśląc o tym, rozumiesz? Dopiero co spał sobie na poduszce obok mojego łóżka, a teraz ma leżeć pod ziemią z robactwem? Pochówki są obrzydliwe, to jest zwykła zniewaga dla ciała, dla każdego ciała. Więc poprosiłem, żeby go skremowano, żeby to było czyste i pozwalające zachować jakąś godność, żeby nie leżał gdzieś sam, po ciemku, w zimnie, gryziony przez jakieś świństwo. Może zmarłemu i jest wszystko jedno, ale ja bym się czuł po prostu podle, i tak już się czuję podle, bardziej podle nie wytrzymam. I nie wiem, może sobie głupio tę kremację tłumaczę i źle na to patrzę, ale po prostu mam wrażenie, że to jest odrobinę bardziej w porządku, ochronić jego martwe ciało przed tym, skoro żywego ciała nie umiałem ochronić przed chorobą. Rozumiesz?
Rozumiała. W każdym razie starała się okazać mi jak najwięcej zrozumienia. Nie wracaliśmy już do tematu kremacji. Kiedy w końcu się spotkaliśmy, opowiedziałem jej tylko dokładnie o ostatnich chwilach Wikinga, o tym, jak spokojnie czekał na zastrzyk, jak na mnie patrzył, gdy do niego mówiłem, jak jego oddech stawał się coraz słabszy i cichszy, aż zupełnie zamarł. Wałkowałem to bardzo długo, aż już nie miałem siły mówić ani płakać.
Pustka po psie to coś potwornie bolesnego. Schowałem wszystkie jego rzeczy, zabawki, zdjęcia, starałem się odsuwać wspomnienia, zwłaszcza w porach naszych dawnych spacerów, ale nie zdołałem schować czy usunąć świadomości koszmarnej pustki. Gdy wstawałem rano. Gdy wychodziłem do pracy. Gdy wracałem do domu. Gdy się kładłem spać. Gdy coś jadłem, zwłaszcza coś, co szczególnie lubił. Gdy mijałem sklepy dla zwierząt. Gdy mijałem ludzi z psami. Gdy mijałem same psy. Gdy widziałem albo słyszałem gdzieś psa. Gdy ktoś mówił o psie. Gdy pojawiało się cokolwiek, co w najdrobniejszy sposób przypominało albo kojarzyło się z psami. Czułem się czasem tak, jakby świat się na mnie uwziął, bo wszędzie były psy, wszędzie – tylko nie u mnie, tylko nie ze mną. Wokół były różne psy, tylko mojego nie było.
Potem powoli te wszystkie emocje opadały, łagodniały, byłem w stanie już ciągle o tym nie myśleć, potrafiłem nawet patrzeć na cudze psy bez wcześniejszej zazdrości, rozpaczy i niechęci. Ból pozostał, ale to był ból, z którym dawało się normalnie żyć. Ból jest nadal, gdzieś na samym dnie myśli, i to chyba nawet dobrze – nie chciałbym zapomnieć, nie chciałbym przestać myśleć o Wikingu. Po prostu teraz, gdy oglądam jego zdjęcia, przypominam sobie przede wszystkim to, jaki był, gdy żył, a nie – gdy umierał. I potrafimy z Cyną opowiadać sobie o jego zachowaniach, odruchach, pomysłach z rozczuleniem, na zasadzie „A pamiętasz, jak Wiking drapał sobie tylną łapą ucho, a jednocześnie przednią sobie gryzł albo lizał, i jeszcze przy tym pomrukiwał, jakby narzekał, że ma tyle roboty?”.
Trochę dziwnie się czuję ze świadomością, że za parę dni znów będę miał psa. Będziemy mieli. Od śmierci Wikinga minęły ponad trzy lata i jeszcze do niedawna nie wyobrażałem sobie, że mógłbym mieć kolejnego psa, to się wydawało wręcz zdradą. Ale jakiś czas temu zacząłem przyglądać się psom spotykanym na ulicach, w parkach, u znajomych, i chwilami dopadała mnie taka głęboka tęsknota za psim towarzystwem. I myśl: dobrze byłoby dać dom innemu nieszczęśliwemu psu. Na stronie TOZ-u znalazłem raz obrazek z „psim testamentem”, który wyglądał mniej więcej tak: pies dziękuje swojemu właścicielowi za wszystko, co dostał od niego za życia, i prosi, żeby teraz jego posłanie, jego smycz, jego zabawki, jego niedojedzona kość, jego grzebień i jego wspaniały dom przypadły w spadku kolejnemu bezdomnemu psu. Żeby ten pies mógł być równie szczęśliwy, jak on był.
Oczywiście, rozkleiłem się przed komputerem. Potem zadzwoniłem do Cyny, posłusznie przyjąłem opieprz („Naprawdę, Remek, z ciebie się robi beksa pięćdziesiąt plus, po sześćdziesiątce to chyba zaczniesz oglądać znów Disneya i ryczeć na „Królu Lwie”, albo jeszcze gorzej”), a potem powiedziałem: a może byśmy wzięli psa, gdy już zamieszkamy razem? Najpierw usłyszałem, że nigdy w życiu, więcej przez taki koszmar psiego umierania przechodzić nie zamierza, tym bardziej bezpośrednio. Ale później, wraz z kolejnymi rozmowami i planami, doszliśmy jednak do zgodnego stwierdzenia: tak, chcemy mieć psa. Wspólnego psa. W naszym wspólnym mieszkaniu i w naszym wspólnym życiu. Pojedziemy po niego dopiero na początku października, gdy Cyna znajdzie w końcu nabywców na swoje poznańskie mieszkanie (uznała, że jak do tego czasu nie zdoła sprzedać, to zacznie je wynajmować) i na stałe przeniesie się do Szczecina. Na razie przemieszkamy trochę u mnie, za szukanie nowego, wspólnego i większego domu weźmiemy się na spokojnie po Nowym Roku. Ale psa weźmiemy od razu. Pies się przywiązuje do człowieka, nie do miejsca, więc nie będzie problemu.
Najchętniej już teraz wybrałbym się do schroniska, ale z całych sił się powstrzymuję. Ustaliliśmy, że pojedziemy na poszukiwania razem. W końcu to ma być wspólny pies, nasz pies, mamy go razem wybrać. A poza tym, na co mi Cyna słusznie zwróciła uwagę, pies musi od razu, na  dzień dobry, już przy zabieraniu ze schroniska, zobaczyć i poznać całą swoją nową rodzinę – tak żeby wiedział, że to jest jego pełne stado, równe sobie, nikt nie jest „dodatkiem”. „Bo ja dla Wikinga zawsze jednak byłam kimś z zewnątrz, dodatkową osobą, nie stadem. Bo to ty po niego pojechałeś, ty go wziąłeś ze schroniska, do ciebie się przyzwyczaił, ciebie w pierwszym okresie miał w domu cały czas. Siłą rzeczy to ty byłeś dla niego pełnym stadem, inni tylko dodatkowymi osobami” – stwierdziła raz moja siostra i musiałem jej przyznać rację. Wiking ją lubił, owszem – ale to ja byłem jego światem, jego stadem. Więc rzeczywiście, teraz, gdy chcemy mieszkać razem i mieć razem psa – ten pies musi uważać za stado nas oboje. Więc musi już w pierwszej chwili zobaczyć nas razem.
To wspólne zamieszkanie zaczęło nam chodzić po głowie jakiś rok temu. Gdy Cyna dobiła okolic pięćdziesiątki, też zrobiła się trochę wrażliwsza i drażliwsza na kwestie wieku, singielstwa i spraw z tym związanych. Nie żałowała swojego wyboru życia solo – tak mówiła, a ja jej wierzyłem, moja siostra nie miała nigdy problemów z powiedzeniem „Spierdolilam, trzeba było zrobić inaczej, muszę to teraz jakoś odkręcić”, więc jestem pewien, że gdyby była niezadowolona z własnej sytuacji, to przyznałaby się do tego i zaczęła odkręcać (a to by oznaczało, że gdyby postanowiła „W tym roku wychodzę za mąż” – to pewnie by wyszła. Czasami mnie przerażała swoją umiejętnością zdobycia tego, co chciała. Może była w tym chwilami podobna do Andrzeja – taka myśl przeszła mi przez głowę kiedyś, dawno, gdy jeszcze byliśmy razem, w czasie tego oczekiwania na wspólne święta i zastanawiania się, jak moja siostra i mój chłopak się dogadają. Więc tak, może była w tym do niego trochę podobna. Tylko kompetencje w komunikacji interpersonalnej miała na o wiele wyższym poziomie – porównywanie kompetencji Andrzeja i Cyny przypominało próby porównania Rowu Mariańskiego z Kilimandżaro. Z Mount Everestem nie, Cynie brakowało jednak chwilami delikatności i taktu).
W każdym razie, choć zadowolona z bycia singlem, Cyna zaczęła od pewnego czasu przyznawać, że życie w pojedynkę ma w pewnym wieku swoje wady. Dwa lata temu przeszła poważną operacją ginekologiczną – siedziałem wtedy u niej w Poznaniu, później jeździłem w tę i z powrotem pomiędzy miastami; operacja załatwiła problemy, ale trochę ją wybiła z rytmu „kompletna samowystarczalność”. Większość jej przyjaciółek miała mężów, partnerów czy dzieci, więc nie można było raczej liczyć, że w razie czego to Cyna i jej problemy staną się sprawą priorytetową. W Poznaniu nie czuła się tak swojsko jak w Lublinie. Poza tym w pracy zaczęła odczuwać „bycie w pewnym wieku” – jak sama stwierdziła, niby nic się nie dzieje, ale dopada ją coraz częściej wrażenie bycia odsuwaną na boczny tor, zmuszaną do robienia miejsca tym „zdolnym młodym”.
– Może jestem przewrażliwiona – powiedziała mi za którymś razem, gdy zrobiliśmy sobie wspólny weekend, u niej – ale naprawdę mam wrażenie, że te ledwo odrosłe od nocnika dwudziestoparolatki patrzą na mnie jak na dinozaura. Albo jak na uzurpatorkę, która bezprawnie zajmuje należne im miejsce pracy. Albo nie wiem, jak na staruchę, która pieprzy od rzeczy. Ale wiesz, nie zawsze – zastrzegła się od razu. – Czasem są fajne momenty, czasem pracujemy nad czymś w zespole, te młode mają dobre pomysły, ja mam doświadczenie, na jakie oni potrzebują jeszcze ze dwudziestu lat, i widzę, że doceniają moje propozycje i moją wiedzę. I wtedy jest takie uczucie, że kurde, super, rzeczywiście tworzymy zgrany, różnorodny zespół. A kiedy indziej jest jakieś zebranie czy burza mózgów i mam wrażenie, że wszystkie egzemplarze poniżej trzydziestki patrzą na mnie i myślą: „Co to stare pudło bredzi albo co tak siedzi i milczy bez jednej myśli w głowie, powinna robić na drutach rękawiczki wnukom, a nie wtrącać się do poważnych spraw firmowych”. I chyba – podsumowała, dolewając sobie wina – po prostu nie lubię młodych ludzi. Bo mam ciągle wrażenie, że już na dzień dobry mnie skreślają jako starczy uwiąd mózgu.
Miałem wrażenie, że trochę przesadza. Czasami. A czasami miałem takie samo wrażenie jak ona – że na dzień dobry jestem skreślany. Nie w pracy – we własnej firmie, jako szef, miałem nieco inną sytuację – ale w relacjach towarzyskich, w potencjalnych relacjach męsko-męskich. Cynę kwestie wiekowe mocniej uderzały w życiu zawodowym, mnie – w prywatnym, ale efekt był podobny: czuliśmy się osamotnieni i niezbyt zadowoleni.
W czasie kolejnych i kolejnych rozmów okazało się, że oboje coraz częściej myślimy o tym samym: o tym, by mieć blisko siebie kogoś ważnego, bliskiego, ale bez ładowania się, zwłaszcza na siłę, w jakieś związki z facetami. Ja się zbyt wiele razy przejechałem, Cyna, jak sama mówiła, była kiepska w związkowych klockach, miała zbyt dużą potrzebę własnej przestrzeni jak na stałą i uregulowaną relację. W końcu, któregoś dnia, rzuciłem niezobowiązująco: „A może zamieszkalibyśmy razem, jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi, tylko bez rodziców, którzy o dziesiątej wieczorem kazaliby nam gasić światło?”. Mimo żartobliwego tonu mówiłem poważnie. A Cyna z miejsca powiedziała: „Kurde, Remek, to jest niezły pomysł. To ty do Poznania czy ja do Szczecina?”.
W końcu stanęło na Szczecinie. Bo poza wspólnym zamieszkaniem postanowiliśmy założyć wspólnie firmę. Mnie od pewnego czasu chodziło po głowie przebranżowienie się (miałem już powyżej uszu tych używanych samochodów, w których od paru lat siedziałem), ona chciała się wyrwać z wielkokorporacyjnych struktur, w których nie czuła się już dobrze. Robiliśmy sobie przez parę tygodni ostre telefoniczne burze mózgów i w końcu wyklarował nam się pomysł: handel meblami antycznymi (i, jak to Cyna określała, „antykizującymi). Sprowadzanie ich, skupowanie, odnawianie, sprzedawanie. I wykonywanie reprodukcji. Kolejne miesiące spędziliśmy na robieniu biznesplanu, orientowaniu się w kredytach dla przedsiębiorców, szukaniu dofinansowań, lokalizacji, ludzi. Poczułem się tak, jakbym odmłodniał o jakieś dziesięć lat – znów byłem w środku biznesowego żywiołu kreacyjnego, znowu ganiałem całymi dniami po mieście, obdzwaniałem kilkadziesiąt punktów na dobę, zliczałem jak oszalały wszystko, co się dawało i nie dawało zliczać, budziłem się w środku nocy i spisywałem pomysły w notesie, który przezornie trzymałem wraz z długopisem pod poduszką. Cyna uruchamiała swoje nowe i stare kontakty, polskie i zagraniczne, przesiadywała na Skype’ie po nocach, dogadała się wstępnie z jakąś młodą, ale już nieźle obeznaną w tematyce dziewczyną od PR-u i znalazła fajną, pomysłową informatyczkę-graficzkę, która błyskawicznie opracowała nam projekt strony internetowej (piękny projekt, jak nie lubię wielu stron internetowych, bo wyglądają, jakby nawalono tam wszystkiego, co się znalazło w firmowym składzie rupieci, tak nasz projekt urzekł mnie prostotą, jasnością i funkcjonalnością). Ja odkopywałem wszystkie namiary na niemieckich handlowców, z którymi miałem do czynienia i przy samochodach, i przy drzwiach, przez jednego skontaktowałem się z fajną polsko-niemiecką parą, która hobbystycznie odnawiała starocie, przez nich z jeszcze innymi, z przez tych innych z kolejnymi... Z samochodów przeciągnąłem do nowej firmy jedną z dziewczyn – nie mogę jej nazwać sekretarką, to była asystentka szefa pełną gębą, miała zawsze wszystko tak zorganizowane, ogarnięte i przygotowane, że momentami czułem się zbędny. Na razie dalej jest asystentką, ale jeśli wszystko się rozkręci, jak powinno, to za jakiś czas namówię Cynę, abyśmy zrobili z małej młodszego partnera czy coś w tym stylu. Mówię na nią „mała” (zwykle na własny użytek, choć czasem wyrywa mi się i przy niej), bo to takie drobne chucherko, pięć minut, które ledwo widać, ale ma dziewucha taki napęd i tak poukładane w głowie, że sam jej zazdroszczę. Gdziekolwiek idę z nią coś załatwiać, nie muszę nawet pytać, czy ma wszystkie dokumenty, informacje i tak dalej. Ona zawsze ma wszystko, co trzeba, i jeszcze coś na dokładkę.
Gdyby faceci, z którymi się spotykałem, mieli w jednej dziesiątej tak poukładane w głowie jak ona, to naprawdę nie miałbym powodów do narzekania na życie osobiste...
A meble nam się z Cyną wzięły tak w sumie z niczego, głównie z rzewnego wspominania tego wielkiego dziadkowego biurka, które parę lat temu w końcu szlag trafił, gdy sąsiad z góry zalał Cynie pół mieszkania (współczułem siostrze, ale sąsiadowi współczułem trochę bardziej. Cyna w rozwścieczonej wersji „naruszyłeś moją przestrzeń osobistą” przedstawia sobą przerażający widok). W każdym razie z gadania o biurku przeszliśmy na gadanie o starych i zabytkowych meblach, a z tego, słowo po słowie, wyszedł nam pomysł na firmę. I cała reszta, wraz z wyborem lokalizacji (choć tu jeszcze swoje zrobił fakt, że Cyna w Poznaniu czuje się raczej średnio, a ja z upływem lat przywiązałem się do Szczecina jeszcze mocniej).
Firma ruszyła zaledwie parę tygodni temu, więc jeszcze boję się powiedzieć głośno, że dobrze idzie, żeby nie zapeszyć – ale... no, na pewno nie idzie źle. Zdecydowanie nie idzie źle. Roboty mam wprawdzie pięć razy tyle, co wcześniej, ale tak wyglądają początki rozkręcania interesu; potem, gdy już się dobrze wskoczy w rynek i zaskoczy, pewne rzeczy zaczynają działać siłą rozpędu. Zresztą, nie mam co narzekać. Świetnie się bawię, nadal czuję się o dekadę młodszy, a do tego nie mogę doczekać zamieszkania z Cyną i przygarnięcia psa. Brakuje mi tej psiej obecności w domu, psich powitań rano i po powrocie do domu, psich łapek na widok smakołyków, psiego patrzenia w oczy i pomrukiwania podczas głaskania futra. Znów weźmiemy psa starszego, dużego, z niewielkimi szansami na adopcję. Takiego, który – podobnie jak my – chce spokojnie i dobrze spędzić wiek średni i starość.
Chcemy dużego psa, więc zamierzamy kupić jakiś domek z ogródkiem – może w tych domkach-szeregowcach, może pół bliźniaka, może kompletnie samodzielny (moje marzenie). Najlepiej parter i piętro. I ogród, koniecznie chociaż kawałek własnego ogrodu, ogródka, trawy, drzew i kwiatów. Pies będzie chodził po ogrodzie, obszczekiwał przez płot obcych, wylegiwał się na trawie i sikał na kwiatki. Nie mamy zamiaru zabraniać mu załatwiania się w ogrodzie, niech sobie zaznacza swój teren i czuje się u siebie.
Po prostu już mnie nosi, żeby pojechać po psa, pojechać oglądać domy i się przeprowadzić. Budzić się rano, dostawać psim nosem albo ogonem w twarz, jeść z Cyną śniadanie w kuchni, iść do pracy, robić w drodze do domu zakupy, odpoczywać w ogrodzie, przed telewizorem albo we własnym łóżku, wychodzić z psem, planować wspólne i osobne rozrywki, czasem zaprosić znajomych, czasem gdzieś się wybrać na krótszą czy dłuższą wycieczkę. Lubię życie rodzinne, naprawdę lubię. I od pewnego czasu coraz mocniej mi go brakuje – od śmierci Wikinga chyba szczególnie mocno.
Wprawdzie trochę mi żal obecnego mieszkania – niemal osiem lat temu przeprowadziłem się z Lewobrzeża na Prawobrzeże, do Podjuch, do ładnych dwóch pokoi na parterze w czteropiętrowych szeregowcach, i mimo że dojazd gdziekolwiek (to znaczy do centrum) zajmuje mi teraz dwa razy więcej czasu, to jednak polubiłem Szczecin po tej drugiej stronie Odry. Na Prawobrzeżu jest jakoś spokojniej – w każdym razie to moje wrażenie, może dlatego, że wszystko, co związane z moją firmą, dzieje się jednak w centrum, to tam mam siedzibę, to tam załatwiam większość spraw, to tam spotykam się zazwyczaj biznesowo. Powrót do domu to zostawienie za sobą lewej części Szczecina, pracy, spraw i kontaktów zawodowych; gdy przejeżdżam przez Basen Górniczy, dojeżdżam do Zdrojów i skręcam na rondzie w stronę Podjuch, a potem jadę Granitową, mijam zakręt na Krygiera, którym można dojechać do prowadzącego znów na drugi brzeg mostu Gryfitów – albo gdy właśnie przez most Gryfitów docieram z Lewobrzeża na Prawobrzeże (bo jeżdżę różnie, w zależności od tego, jak jest mi akurat wygodnie albo jak mam nastrój) – i gdy już jadę dalej Granitową, zostawiając za sobą małe boczne uliczki, czuję, że uchodzi ze mnie sporo napięcia, stresów, obaw. To nieważne, że w domu nadal coś robię, sprawdzam i wysyłam maile, dzwonię, planuję; ważne, że wyrywam się z tej „pracującej” części miasta i chowam się w tej „domowej”. Mam wrażenie, że na Prawobrzeżu jest więcej spokoju, więcej zieleni, więcej przestrzeni. Ale może to wrażenie wynika właśnie z tego mojego podzielenia Szczecina na część do pracy i część do odpoczynku...
W każdym razie będzie mi żal. Ale z drugiej strony – po lewej stronie jest wygodniej, bo szybciej, bliżej do potrzebnych mnie i Cynie zawodowo miejsc. I bliżej do różnych punktów kulturalnych, które w ostatnich latach zaniedbałem. Poszedłbym czasem do teatru, do kina, na jakąś imprezę plenerową – a to jest raczej po tamtej stronie Odry. Chociaż możliwe też, że słabo szukałem po tej stronie, bo nie czułem potrzeby. W każdym razie już teraz wiemy, że szukamy czegoś na Lewobrzeżu, najlepiej na jego peryferiach – może w okolicach Bezrzecza, tam jest dużo jednorodzinnych domów na sprzedaż. I jest sporo zieleni. Musi być sporo zieleni, bo tych zielonych terenów w Podjuchach naprawdę będę żałował.
Będzie mi też żal z powodu tych wszystkich naszych, moich i Wikinga, miejsc, których już nie będę oglądał. Ale kto wie, czy dla nowego psa tak nie będzie lepiej? Zabezpieczy to nas obu przed niebezpieczeństwem ciągłych porównań. Nie chcę i nie zamierzam oczekiwać od tego nowego psa, że będzie wierną kopią Wikinga, w ogóle że będzie jego kopią. Nikt nie mógłby być kopią Wikinga, Wiking był wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju, był po prostu sobą. I niech ten nowy pies też będzie po prostu sobą, wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju innym psem. Dostanie zabawki Wikinga, ale miski oraz poduchę kupimy nowe. Miski i legowisko Wikinga oddam do schroniska. Niech służą potrzebującym, bezdomnym psom, może zapach szczęśliwego psa doda im trochę nadziei (Cyna chyba słusznie twierdzi, że na stare lata się rozklejam, szczególnie gdy mowa o zwierzętach). Chciałbym, żeby ten nowy pies nie musiał się na dzień dobry zmagać jeszcze z zapachami innego psa na teoretycznie swoim miejscu do spania i do jedzenia. A ja nie chcę za każdym razem myśleć: na posłaniu Wikinga leży ktoś inny, albo: a Wiking na tej poduszce to się kładł tak i tak, a nie tak a tak. Nie chcę. Chciałbym pokochać tego nowego futrzaka tak samo mocno, jak Wikinga. I myślę, że będę umiał. To nie znaczy, że nowy pies wyprze z mojej pamięci poprzedniego – o Wikingu nie zapomnę, nie mógłbym zapomnieć. Jakiś czas temu wyciągnąłem parę jego zdjęć z szuflady i powiesiłem na ścianie – tam, gdzie wisiały jeszcze za jego życia. Znów potrafię na nie patrzeć, bez bólu, z przyjemnością. Pomyślałem sobie, że gdy tylko nowy pies się pojawi, zrobimy mu z Cyną parę zdjęć i powiesimy obok tych Wikingowych. Będą wisieć na ścianie razem, obok siebie – żeby było sprawiedliwie, żeby było fair wobec obu. Wikingowi dałem parę dobrych lat wspólnego życia. Temu nowemu też postaramy się z Cyną dać możliwie jak najdłuższe, jak najlepsze „razem”.
W gruncie rzeczy nie martwię się za bardzo o to moje i Cyny „razem”, choć, oczywiście, pewne obawy czy niepokoje są. Zawsze się dobrze dogadywaliśmy, te bardzo bliskie kontakty i wspólne pomieszkiwanie w ostatnich latach trochę nas na nowo do siebie przyzwyczaiły, oswoiliśmy się nawzajem z przyzwyczajeniami i dziwactwami drugiej strony. Jeżeli nad czymś się zastanawiam, to głównie nad tym, jak rozwiążemy w tym wspólnym mieszkaniu kwestię naszych związków z facetami. Chociaż, na dobrą sprawę, może nawet nie ma o czym mówić? Cyna, jak sama powtarza, nie ma ochoty na stały, poważny i „na zawsze” związek ani na zbyt intensywną obecność innych ludzi w jej życiu. A ja... No cóż, ja się chyba zrobiłem naprawdę drażliwym na każdym punkcie starym kawalerem. Albo po prostu coraz gorzej znoszę ludzką głupotę, a tej ludzkiej głupoty napotykam w życiu coraz więcej.
Może rzeczywiście, jak mi po ostatnim wypadku wytknęła mi Cyna, uganiam się za zbyt młodymi facetami? Nie, już nie za dwudziestolatkami – obecnie dwudziestoletni chłopacy wydają mi się po prostu dziećmi; owszem, można popatrzeć i się pozachwycać, że to takie ładne, zgrabne, szczupłe, młode, świeże, jędrne – ale jednak nie do łóżka, jedynie do podziwiania z daleka. Na coś bliższego są dla mnie po prostu za młodzi. Raz czy dwa, parę lat temu, urzeczony tym klimatem młodości, spróbowałem się z takim dwudziestoparolatkiem przespać; efekt był bardzo kiepski, bo ciągle nie mogłem się uwolnić od myśli, że dobieram się do dziecka. Poza tym rozmawiać, szczerze mówiąc, też jakoś nie mieliśmy o czym. To oczywiście nie jest reguła, na co dzień z dwudziestoparoletnimi ludźmi rozmawia mi się całkiem dobrze – więc może chodziło raczej o to, że ja sam robiłem sobie jakąś autocenzurę, na zasadzie „ o tym nie będę z nim gadał, bo wydam się z zamierzchłej epoki, o tym też nie, bo wyjdę na starego pryka, co się czepia, o tamtym nie, bo on na pewno tego nie zna, to nie jego czasy, a jak mu zacznę tłumaczyć, co się działo w latach dziewięćdziesiątych, to mi powie, że jego wtedy rodzice jeszcze nawet w planach nie mieli” – jednym słowem, to chyba po prostu ja się nie czuję komfortowo w takim wiekowym rozkładzie sił. Poza tym teraz o wiele bardziej pociągają mnie faceci między trzydziestką a czterdziestką – więcej doświadczenia życiowego, więcej poukładania sobie w głowie pewnych spraw i więcej ustabilizowania emocjonalnego naprawdę przyciąga. Ale co z tego, skoro i tak co chwila wychodzą jakieś kwiatki?
No dobrze, może nie co chwila. To ta ostatnia znajomość nastawia mnie na razie tak zgryźliwie, negatywnie i złośliwie do wszystkich facetów wokół. Ale to była paranoja, czysta paranoja, taki pokaz bezmyślności, naprawdę. A ze mnie wylazła wtedy potworna, agresywna wręcz nietolerancja dla ludzkiej głupoty.
Łukasza poznałem przez Kumpella, jeden z gejowskich portali randkowych. Fajnie się gadało przez maile, spotkania twarzą w twarz okazały się jeszcze lepsze. Był dość wysoki, ładnie zbudowany, przystojny, taki jasny szatyn z niebieskimi oczami i szerokim uśmiechem, miał trzydzieści sześć lat, pracował w biurze nieruchomości i właśnie zamierzał rzucić palenie, więc ucieszył się, że ja też (papierosy odstawiłem niemal na dobre w czasach Wikinga, nie chciałem truć psa tym świństwem, niekiedy tylko popalałem na balkonie albo u znajomych; potem, gdy zostałem znów sam, wróciłem do palenia, uspokajało mnie to. Teraz ponownie rzucam – Cyna dalej nie pali i dalej nie znosi zapachu dymu, a nowego psa też nie zamierzam podtruwać tytoniem, więc motywację mam sporą. I wielki zapas plastrów antynikotynowych. I dużą kartkę nad biurkiem – zaznaczam na niej każdy kolejny niepalący dzień, to działa mobilizująco). Łukasz, jak sam mówił, już się wyszalał i nawygłupiał, teraz szukał czegoś poważniejszego, na dłużej, najlepiej na stałe. Gdy w pewnym momencie zapytałem, czy nie przeszkadza mu różnica wieku, stwierdził, że odwrotnie, wydaje mu się, że to oznacza większe szanse na stworzenie rzeczywiście sensowniejszej relacji; poza tym podbił mnie oświadczeniem, że nie wyglądam, jakbym przekroczył pięćdziesiątkę, a ta lekka siwizna, którą i tak trudno dostrzec, tylko mi dodaje uroku (nadal nie łysieję. Trzymam kciuki za rodzinne geny, tata miał kompletną czuprynę naprawdę długo). I że, ogólnie, z jego doświadczenia wynika, że z trochę starszymi od niego facetami jest mu fajniej w łóżku. A w łóżku było nam naprawdę dobrze, Łukasz nie miał problemów z zamienianiem się miejscami, w kuchni też się dogadywaliśmy, nie próbował przestawić mi wszystkich naczyń po swojemu, nawrócić na siłę na wegetarianizm czy weganizm ani obliczać kalorii na moim talerzu (trafił mi się kiedyś jeden taki, ogarnięty manią zdrowego odżywiania i co chwila komentujący, ile właśnie kalorii w siebie ładuję. Ponieważ w ostatnich latach trochę przytyłem i na razie nie wychodzi mi schudnięcie, choć lekarka straszy mnie, ile może, jeszcze większymi problemami z nadciśnieniem, jestem nieco drażliwy na punkcie własnej wagi. I naprawdę uwagi w stylu „ale wiesz, to ma osiemset kalorii, a poza tym wolno się spala, a poza tym to tłuszcze / węglowodany / białka, a poza tym powinieneś jeść otręby / czerstwy chleb / trawę, żeby utrzymać optymalną wagę” doprowadzały mnie do szału). Do tego Łukasz lubił fantastykę, jak ja, stare polskie kino, jak ja, i Queen, jak ja, więc zapowiadała się bardzo obiecująca znajomość. Lubiliśmy się ze sobą kochać, lubiliśmy ze sobą rozmawiać, lubiliśmy gdzieś ze sobą wychodzić. I już myślałem, że spotkałem odpowiedniego dla siebie faceta, z którym kroi się coś więcej niż tylko fajny seks – gdy nagle z Łukasza wyskoczył skończony idiota, co z miejsca skreśliło nie tylko wszelkie dalsze plany, ale i obecny etap znajomości.
Swoją głupotę, taką koszmarną, bezmyślną, ślepą życiową głupotę Łukasz zaprezentował na początku września, gdy gdzieś w telewizji czy radiu doleciał nas jakiś komentarz na temat prezydenta. Skwitowałem to krótkim, mało życzliwym pomrukiem: „Już się zaczyna cyrk na kółkach”, na co Łukasz spojrzał na mnie ze zdziwieniem i zapytał, dlaczego.
 – Kolejny prezydent z tej partii, to chyba mówi samo za siebie – odmruknąłem; jeszcze mnie nic nie uderzyło, ale czerwone światło zapaliło się przy kolejnej wypowiedzi mojego faceta.
– No co ty, jest fajny – powiedział Łukasz beztrosko, sięgnął po chleb i zastrzelił mnie oświadczeniem: – Głosowałem na niego.
Słodziłem właśnie kawę i z wrażenia rozsypałem cukier na obrus.
– Przepraszam, co zrobiłeś? – zapytałem z niedowierzaniem. – Zagłosowałeś na niego?
– No tak – odpowiedział, najwyraźniej zdziwiony moim zdziwieniem. – A co?
– Jak to „a co”? – zirytowałem się. – Na człowieka, który na swoim Twitterze wypisywał bzdury o homoseksualizmie? Rany boskie, Łukasz, dlaczego?
– A dlaczego nie? – odparł obronnie, trochę zdenerwowany. – A na kogo miałem głosować, na poprzedniego? Ten jest młodszy, więc uznałem, że będzie lepszy.
– Bo jest młodszy? – powtórzyłem, oszołomiony. – Ale jakie to ma do cholery znaczenie, czy jest młodszy, czy starszy, człowieku! Nic ci nie mówi to, z jakiej jest partii? To nie jest partia, w której się szanuje ludzi nienormatywnych, ta partia od lat wysyła sygnały „jesteśmy bandą wszystkofobów i nienawidzimy każdego, kto choć minimalnie odbiega od naszej normy”. Nie widzisz tego? Na jakim świecie ty żyjesz?
– Weź się odwal – odburknął Łukasz. – Inni ludzie z branży też na niego głosowali, czytałeś wypowiedź jednego z warszawskich działaczy LGBT? On jest przecież też politykiem, więc się zna. A on też tak głosował, bo ten facet jest młody.
– To, że ktoś robi coś durnego, nie oznacza, że ty też masz robić – zezłościłem się. – Jak jakiś działacz LGBT wyskoczy przez okno, to co, ty też wyskoczysz?
– Ale o co ci w sumie chodzi? – zapytał nagle Łukasz takim tonem, że dotarło do mnie: on naprawdę nie rozumiał, o co mi chodzi. – Mam prawo głosować, na kogo chcę.
– I co, może jeszcze zagłosujesz na nich w październiku?
– Może – przyznał. – W sumie fajny mają program...
– Ten fajny program nazywa się kiełbasą wyborczą – uświadomiłem mu. – Populistyczną kiełbasą wyborczą. Zdajesz sobie sprawę, że jak będą u władzy, to na przykład na związki partnerskie nie będziemy mieć szans? Albo i gorzej, nawet na zwykłą równość wobec prawa nie będziemy mieć szans. Myślisz, że jak ktoś cię pobije na ulicy za orientację, to z nimi u władzy będziesz miał po co iść do sądu? Prędzej to ciebie zawloką do sądu, że się, pedale, śmiesz pokazywać na ulicy.
– Przesadzasz – wymruczał, spoglądając na mnie niepewnie. – Przecież nie mogą wypinać się na prawo albo interpretować go tak, żeby było po ichniemu, nie?
– Nie? – powtórzyłem kpiąco. – Nie? To przypomnij sobie, jak wygląda sprawiedliwość i prawo w ich wydaniu, przypomnij sobie, jak to jest, kiedy ich posłanka po chamsku wyzywa innego człowieka i nie ponosi za to żadnych konsekwencji, przypomnij sobie, jak to jest, gdy robią bohaterkę ideową z jakiegoś dzieciaka, który obraża premiera, bo nie ma pojęcia o historii i o słowach, których używa. Ty myślisz, że gdyby ta dziewczynka nazwała zdrajcą kogoś od nich, to daliby ją tak fetować? Od razu pewnie nasłaliby na całą rodzinę policję, prawników, pozew do sądu za obrazę godności osobistej i zafundowaliby jej niezły walec psychiczny, z którego by się wygrzebywała przez kolejne lata. Przypomnij sobie, jak to jest, kiedy sami mówią, że nikt im nie wmówi, że białe jest białe, przecież to jest zwykła freudowska pomyłka, gdy głośno mówi się to, co się myśli i co się chce ukryć, ale co samo się niechcący zdradza. I ty myślisz, że człowiek, na którego głosowałeś, rzeczywiście będzie prezydentem każdego Polaka, że będzie wszystkich uważał za swoich rodaków? On ci lada moment pokaże, gdzie ma tych Polaków, którzy nie są tacy jak jego partia. Myślisz, że na przykład podpisze tę ustawę o uzgodnieniu płci? Ja ci głowę daję, że nie podpisze, że ją zawetuje, bo ci Polacy, którzy są transseksualni i którzy chcą zmienić płeć, to dla niego nie są żadni Polacy, bo są inni niż on. On będzie miał gdzieś problemy osób transseksualnych, to dla niego nie będą w ogóle ludzie. I ty jako gej też nie będziesz dla niego człowiekiem, dla całej tej partii nie będziesz człowiekiem. Będą mieli, mają w dupie twoje problemy, a jak tylko będą mogli, to jeszcze zrobią tak, żebyś w ogóle nie miał żadnych praw do tych podstawowych rzeczy, do których prawa zostaną tylko dla „prawdziwych” Polaków.  I ty mi tu w twarz mówisz, że głosowałeś i może znów będziesz na nich głosował?!
Łukasz wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami, chyba nieźle przestraszony.
– Remi, uspokój się – powiedział po chwili cicho, prosząco. – Jesteś cały czerwony, przecież ty masz problemy z ciśnieniem, chcesz dostać jakiegoś ataku czy coś? Uspokój się, dobra, nie rozmawiamy już o polityce, OK?
Wziąłem głęboki oddech, wstałem, napiłem się zimnej wody z kranu. Czułem na sobie jego zaniepokojone spojrzenie. Ale to, że się o mnie martwił, że po chwili zapytał z troską „Dobrze się czujesz?”, że chciał, żebym się położył i się odprężył – to wszystko mnie nie ruszyło. Miałem w mieszkaniu skończonego idiotę i nic nie mogło tego zmienić, nawet troskliwość, czułość i ciepło tego idioty. Miałem w domu idiotę, z którym za nic w świecie nie chciałem mieć więcej do czynienia. Dopiłem resztkę wody, odstawiłem szklankę do zlewu i spojrzałem na patentowanego durnia, który siedział przy moim stole kuchennym.
– Już mi lepiej – powiedziałem spokojnie. – A teraz bądź tak uprzejmy, spakuj te rzeczy, które ze sobą wczoraj przywiozłeś, wyjdź z mojego mieszkania i nie pokazuj mi się więcej na oczy.
Wbił we mnie tak niebotycznie zdumione spojrzenie, że przez moment aż miałem ochotę się roześmiać. Wyglądał naprawdę głupkowato.
– Zrywasz ze mną? – zapytał z niedowierzaniem. – Za co, za to, jak głosowałem?
– Tak – odpowiedziałem stanowczo. – Zrywam z tobą za to, jak głosowałeś. Zrywam z tobą za to, jak chcesz głosować. Widzisz, ja naprawdę chciałbym mieć kogoś na stałe i na poważnie, ale mam pewne minimalne wymagania, na przykład oczekuję, że mój potencjalny stały facet będzie używał mózgu. A u ciebie spełnienia tego minimum nie widzę.
Oczywiście powiedzieliśmy sobie jeszcze trochę mniej i bardziej niemiłych słów, zanim wyszedł. Trzasnął drzwiami z taką siłą, że do dziś się dziwię, jakim cudem nie wypadły z zawiasów. Przez parę chwil zastanawiałem się, czy rzeczywiście nie przesadziłem, ale jakoś nie wydawało mi się, żeby to była przesada. Zadzwoniłem do Cyny, opowiedziałem jej całą historię i poprosiłem, by oceniła szczerze, czy jej zdaniem przegiąłem. Cyna tylko zapytała z niedowierzaniem: „Na kogo on głosował?”, a gdy powtórzyłem, ucięła krótko: „Trzeba go było wywalić przez okno”. No więc, jak stwierdziłem, nie przesadziłem. Za to zacząłem się poważnie bać nadchodzących wyborów. Jeśli będzie więcej takich niemyślących, nieanalizujących, niewidzących niebezpieczeństwa egzemplarzy, to pod koniec października obudzimy się w czymś pomiędzy „Rokiem 1984” Orwella a europejską parodią demokratycznego kraju. Cała Europa będzie miała niezły ubaw, a my będziemy się cofać w postępie cywilizacyjnym, mentalnym i prawnym. Wyrzuciłem to w telefon niemal jednym tchem, szczerze przerażony tą myślą. Cyna wysłuchała mojego czarnowidztwa, pocieszyła, że na pewno nie będzie tak źle (ale nie brzmiała zbyt przekonująco, przynajmniej dla mnie), zapewniła, że po prostu akurat trafiłem na jeden taki wybitnie głupi (choć nieźle się z początku maskujący) egzemplarz, a potem, może żeby zmienić nieprzyjemny temat, uraczyła mnie słowami: „A weź ty się zacznij umawiać wreszcie z facetami w twoim wieku!”. Zacząłem jej więc tłumaczyć, że faceci w moim wieku mnie nie interesują, że – poza okresem licealnym – nigdy mnie nie pociągali faceci w moim wieku, zawsze wolałem młodszych, od któregoś momentu takich rzeczywiście sporo młodszych. Obecnie faceci w moim wieku nie pociągają mnie do sześcianu – zresztą, kogo pociągają faceci w moim wieku, próbowałem się użalić, ale mnie pogoniła uwagą, że jakoś sobie mimo wszystko radzę w wynajdywaniu takich, których facet w moim wieku pociąga, no i mam efekty. I jakbym zaczął się spotykać z kimś czterdziesto- czy pięćdziesięcioparoletnim, to może bym uniknął takich niespodzianek z serii „nie używam mózgu i głosuję na wszystkofobów, którzy chętnie by mnie powiesili na drzewie!”. Ale co ja poradzę na to, że choć z mężczyznami mniej więcej w moim wieku fajnie mi się gada, to żadna chemia, żadne seksualne napięcie się nie pojawia? Nie i już. Nie przeskoczę tego, na siłę też nie będę się w nic ładował.
Na dobrą sprawę obecnie jestem już tymi historiami męsko-męskimi zmęczony. Skasowałem konta na gejowskich portalach randkowych. Na Queerze zostawiłem konto tylko po to, by czytać artykuły, choć też tam rzadko zaglądam. Wycofałem się z paru stron na Facebooku. Nie szukam, nie umawiam się, nie spotykam. Wolę się skupić na tym, co pewne, konkretne i sensowne – na nowej firmie, na zamieszkaniu z siostrą, na adopcji psa, na ułożeniu naszej trójce wspólnego życia. Jeżeli gdzieś po drodze trafi się jakiś facet, z którym zacznie coś wychodzić, to OK – jeśli nie, to trudno. Ale jeśli się zacznie kroić coś poważniejszego, to on będzie się musiał dopasować do mojej sytuacji rodzinnej, ja na pewno nie rzucę nagle w diabły siostry i psa, bo się fajna para spodni pojawiła.
No i tak, koniec końców, poszedłem teraz na te Wektory Ruchu, na które mieliśmy iść razem, sam. Trochę, żeby się odprężyć po cyrku z Łukaszem, trochę, by się przewietrzyć, trochę, by jednak nie wpadać w schemat „nie mam faceta – nie wychodzę z domu”. Poza tym naprawdę byłem ciekaw, jak to będzie wyglądało, bo zapowiedź w „Kurierze”, chociaż krótka i mało treściwa, zainteresowała mnie.
Pokazy odbywały się za budynkiem Muzeum Narodowego i Teatru Współczesnego, na placu Mickiewicza. Niestety, ten weekend okazał się średnio przyjazny dla imprez plenerowych; wprawdzie przez część soboty pogoda była ładna, ale po południu jak lunęło, tak wymiotło dużą część publiczności. Kręciłem się tam od południa, wędrując między placem Mickiewicza a Wałami Chrobrego, na których z kolei zorganizowano Kiermasz Ogrodniczy (który mnie nie interesował) i coś w stylu jarmarku o śmiesznej nazwie „Wałówka z przysmakami” (który mnie bardzo zainteresował). Zrobiła się z tego ostra konkurencja dla Wektorów, bo większość ludzi kierowała się jednak na Wały, by obejrzeć stoiska, coś kupić, coś zjeść i wypić. Ja wędrowałem: trochę pokazu, trochę jarmarku, coś do przegryzienia, coś do obejrzenia, jakieś fajne mięso, piwo czy drobiazgi do kupienia, jakaś ulotka do wzięcia. Tuż przed siedemnastą miał być występ szkoły tańca brzucha, więc przebiłem się znów z jarmarku na plac, pod parasolem, bo właśnie lało parszywie; nigdy nie widziałem tańca brzucha i zwyczajnie chciałem zobaczyć, jak to wygląda na żywo.
Śmieszna sprawa, gdy tylko dziewczyny zaczęły tańczyć, przejaśniło się. Ludzi było niewielu, w tym chyba koleżanki występujących, bo parę pań podtańcowywało, całkiem sprawnie, na trawie. Występ oglądało się bardzo dobrze – pod pewnym względem wręcz mnie urzekł, bo większość tańczących to były kobiety nieźle po czterdziestce i pięćdziesiątce. Od razu poczułem do nich sympatię, o wiele większą niż do gromady wdzięczących się wcześniej dwudziestolatek i dwudziestolatków z innych szkół. To było takie... po prostu odświeżające, kolejny sygnał „mam -dziesiąt lat i dalej cieszę się życiem, i mam w nosie, że według kogoś mogę być na to za stara”. I ogromnie mi się spodobała prowadząca – wprawdzie jedna z najmłodszych w grupie, chyba tak koło trzydziestki, średniego wzrostu, nieco przy kości, śniada, z długimi, czarnymi włosami, o trochę cygańskim czy tureckim typie urody, w każdym razie tak mi się skojarzyła. Ciągle coś krzyczała do reszty, chyba podpowiadała im kolejne kroki, zapowiadała następne tańce, zachęcała do braw, była cały czas uśmiechnięta, wyraźnie w swoim żywiole, wyraźnie charyzmatyczna. Więc stałem w tej niewielkiej gromadzie widzów, klaskałem z całych sił i z przyjemnością patrzyłem na to, jak one się dobrze bawią – jedne chudsze, drugie grubsze, jedne młodsze, drugie starsze, wszystkie poprzebierane w kolorowe, egzotyczne stroje, z ciałami odbiegającymi od obowiązujących „cosmowzorców”, jak to zgryźliwie nazywała Cyna (też trochę odbiegająca), z uśmiechami na twarzach, ze zwykłą radością, że robią coś fajnego, co lubią. Pstryknąłem im nawet kilka zdjęć, chciałem potem pokazać Cynie. Po występie dziewczyny (były tak ujmujące w swojej radości, że nie mogłem myśleć o nich inaczej niż „dziewczyny”, takie dziewczyny pięćdziesiąt plus, wesołe i odważne) roznosiły ulotki szkoły, więc wziąłem jedną, bo przyszło mi do głowy, że może moja siostra też się będzie chciała zapisać. Sama mówiła, że joga już jej się znudziła, biegać nie znosi, zwykła gimnastyka też jej się przejadła i zamierza się rozejrzeć za jakąś bardziej rozrywkową formą ruchu. No to miałem dla niej propozycję.
Potem jeszcze posłuchałem gry na bębnach (dziewczyny od tańca brzucha potańczyły na trawie do kilku melodii, ku wyraźnemu zadowoleniu bębniarzy), a potem poszedłem znów na jarmark. Ludzi było już mniej, więc mogłem się spokojniej porozglądać po stoiskach, miałem ochotę dokupić trochę więcej serów i suszonych owoców, poza tym w ogóle lubiłem Wały, a że się wypogodziło, miałem ochotę jeszcze się tam pokręcić. Właśnie odebrałem od sprzedawcy wielką torbę z węgierskimi kołaczami (były tak dobre, że te kupione wcześniej pożarłem co do ostatniego okruszka), przeszedłem kilka kroków w stronę Teatru Współczesnego, by znaleźć kolejny ciekawy stragan – i wtedy go zobaczyłem.
Stał w kolejce przy stoisku z słodyczami; nie zwracał uwagi na ludzi wokół siebie, spoglądał tylko chwilami w kierunku Odry, a chwilami na zegarek. Kolejka była spora, głównie rodzice z dzieciakami, i on, tkwiący pomiędzy kilku- i kilkunastolatkami, wydawał się zabawnie z zupełnie innej bajki.
W pierwszej chwili nie uwierzyłem, że go widzę, że to naprawdę on. Podszedłem bliżej, trochę z boku, żeby mnie nie zauważył. Przyjrzałem się uważnie. No nie, nie było żadnych wątpliwości, to był on.
Andrzej. Andrzej Weredecki. Po piętnastu latach spotkany na szczecińskim jarmarku, przyłapany na staniu w kolejce po słodycze. Przypomniały mi się naraz te wszystkie czekolady, które w czasie naszego związku pożerał, i nie mogłem opanować uśmiechu. Podszedłem jeszcze trochę, ustawiłem się tak, by nie mógł mnie zobaczyć, i przyglądałem mu się dłuższą chwilę.
Zmienił się. A jednocześnie w zasadzie się nie zmienił.
Zmienił się, no jasne. Minęło piętnaście lat; te wszystkie elementy „jeszcze chłopak”, to pogranicze „dziewiętnaście-zaraz-dwadzieścia”, ten urok świeżej, ledwo rozpoczętej młodej dorosłości – to wszystko zniknęło. Miał ostrzejsze rysy, w ogóle dość ostre, i lekką bruzdę pomiędzy brwiami, widoczną, gdy je marszczył, jak teraz, szarpnięty za rękę przez jakieś dziecko (na które popatrzył niczym na ufoludka i spokojnym, stanowczym gestem od siebie odsunął, tak jak odsuwa się przeszkadzające w wędrówce gałęzie drzew, bez agresji, ale i bezosobowo). Wyraz jego twarzy trudno nawet było nazwać niesympatycznym, to było po prostu coś głęboko obojętnego na to, co wokół, i jakby nieco wzgardliwego, a może po prostu ta obojętność wydawała się wzgardliwa? Był szczupły, miał na sobie czarne (i oczywiście zaprasowane, z kantem) dżinsy, jasną koszulę i ciemną, sportową marynarkę. I aktówkę w ręku. Spojrzałem w dół. Eleganckie buty. Żadnych glanów. Trochę szkoda, w glanach wydawał mi się zawsze taki młody, nastoletnio zbuntowany i swojski. Ale to było piętnaście lat temu, upomniałem się, teraz nie było w nim nic młodego, nastoletnio zbuntowanego, swojskiego. Choć nie, to ostatnie nie – było coś swojskiego w tym jego uniesieniu głowy, mocno wyprostowanych plecach, jasnej cerze, wyrazistych czarnych brwiach, wąskich ustach, dłoni strzepującej z rękawa jakieś pyłki. I właśnie dlatego, po pierwszym wrażeniu, że się zmienił, odniosłem nagle wrażenie, że w zasadzie się nie zmienił.
Było widać po nim te piętnaście lat? Owszem, było. Mniej niż po mnie – bo on dojrzał, a nie się postarzał, teraz był dorosłym mężczyzną, nie facetem w średnim wieku. I bardziej niż po mnie – bo ja z wieku dojrzałego przeszedłem w ten okres „przejrzewający”, a on wyszedł z młodości, z tej ledwie rozpoczętej dwudziestki, w połowę trzydziestki, w sam środek dorosłości. Wyglądał poważniej, ostrzej – to słowo cały czas chodziło mi po głowie – wydawał się bardziej pewny siebie, bardziej „zakotwiczony w sobie”, taki jakby... mocno w siebie wrośnięty. Jakby znalazł doskonały grunt i stał teraz na obu nogach mocno, pewnie, stanowczo, z poczuciem bezpieczeństwa, pełni i własnego miejsca. I jakby... jakby się zdecydowanie, choć nawet nie jakoś ostentacyjnie, dystansował od ludzi wokół; nie od ludzi na jarmarku, tylko po prostu od ludzi jako ludzi. Takie wrażenie dopadło mnie w pewnym momencie, sam nie wiem dobrze, w którym i dlaczego, ale jakby dopełniło mi jego obraz „piętnaście lat później”.
Był przystojny, wciąż tak diabelnie, dość ostro (to określenie naprawdę nie dawało mi spokoju) przystojny – w taki sposób, że człowiek patrzył na niego z przyjemnością, a nawet zachwytem, bo wrażenia estetyczne były świetne, jednocześnie zaś – z obawą, a nawet pewną niechęcią czy wahaniem, bo pojawiał się niepokój, że można się skaleczyć. Kiedyś, te piętnaście lat temu, zastanawiałem się nieraz, czy z wiekiem złagodnieje. Teraz widziałem, że nie było śladu po jakiejkolwiek łagodności, po starciu kantów, po otwarciu na ludzi. No dobrze, zgoda, nie za wiele mogłem powiedzieć po kilkuminutowej obserwacji na środku ulicy, ale coś w jego twarzy pozostało dokładnie takie samo jak kiedyś, a może nawet się pogłębiło. Chyba nawet zdecydowanie się pogłębiło. Ten dystans, ta wyniosłość, ta obojętność – odnalazłem wszystko w co najmniej równie dobrym, jeśli nie lepszym, stanie.
Ale jednocześnie miałem wrażenie, że widzę pewną zmianę, że pewnej rzeczy brakuje. Napięcia. Tego młodzieńczego napięcia, które było w nim niegdyś obecne, dostrzegalne, wyczuwalne, napięcia wynikającego z obawy, że jeszcze nie jest dość dobry, napięcia wynikającego ze starań, by być jak najlepszym i jak najdokładniej to wszystkim pokazać, napięcia wynikającego z wciąż jeszcze niespełnionego i czekającego z wielką niecierpliwością na spełnienie pragnienia, by realizować te uczelniane, zawodowe, życiowe marzenia. Napięcia, które z jednej strony kazało mu ciężko harować nad recenzją książki, a z drugiej zbywać udawanym lekceważeniem własne osiągnięcie, by nie zdradzić się z tym, jak bardzo mu na tym zależało – i może jeszcze z tym, jak bardzo się obawiał, że jednak nie podoła, nie okaże się dość dobry, nie udźwignie ciężaru podjętego zobowiązania. Przypomniałem sobie jego zakłopotany wyraz twarzy, gdy mu wtedy wytknąłem: „Przecież widziałem, jak wyłaziłeś ze skóry, by napisać ten tekst jak najlepiej, by ci go opublikowali” – przypomniałem sobie minę, jaką wtedy zrobił, jakby się przyłapało go na czymś wstydliwym. Na słabości, o. Bo to widocznie była dla niego słabość, to, że tak mu zależało – a może raczej to, że tym, jak mu zależało, zdradzał to, jak bardzo się obawiał, że poniesie porażkę.
Teraz, gdy patrzyłem na niego, jak stoi w tej kolejce, zupełnie nieporuszony stadem dzieciaków i rodziców, tłumem na ulicy i hałasem wokół, dochodziłem do wniosku, że już tego napięcia nie znajduję. Zamiast tego znajdowałem coś w rodzaju spokoju, pewności, takiego „jestem na swoim miejscu – wreszcie”. Nie umiałbym tego uzasadnić, gdyby ktoś mnie zapytał, skąd mi się wzięły te wrażenia, skąd mi się wzięły te skojarzenia – po prostu dopadło mnie to wszystko, przeszło mi przez głowę, gdy patrzyłem na jego twarz, na jego sylwetkę, na jego ruchy, gesty, spojrzenia. Wydał mi się człowiekiem, który w ciągu minionych piętnastu lat uchwycił za pysk takie życie, o jakim marzył, i trzymał je teraz w żelaznym uścisku, gotów prędzej skręcić mu kark, niż wypuścić z rąk.
Przez to ostatnie stwierdzenie znów pomyślałem: nie ma w nim łagodności. Nie ma w nim łagodności dla innych ludzi. I chyba nie ma w nim łagodności dla siebie. Nigdy nie było. Brak łagodności dla ludzi był dużym problemem, ale brak łagodności dla siebie mógł być większym. Bo owszem, to, że wymagał od siebie dużo, bardzo dużo, wymagał od siebie maksimum, jeśli chodzi o wiedzę, fachowość, merytoryczność – to świetnie. Ale to, że nie miał dla siebie taryfy ulgowej, oznaczało też, że nie dopuszczał do siebie myśli „schrzaniłem, źle zrobiłem, pomyliłem się – jestem tylko człowiekiem i nie zawsze mogę mieć rację, trudno, trzeba naprawić, trzeba zacząć robić inaczej, trzeba się pokajać”. Już wtedy, już te piętnaście lat temu, ta mieszanka wydawała mi się trochę niepokojąca i niebezpieczna – może nawet bardziej dla niego niż dla innych. Jak mogła wyglądać po piętnastu latach dalszego życia? Podejrzewałem, że prawdopodobnie gorzej. I tylko miałem taką cichą, bezinteresowną nadzieję, że on ma gdzieś jakieś wentyle, jakieś momenty, gdy sobie pozwala na słabość, jakieś obszary, w których potrafi stwierdzić „nie wyrabiam, trudno, odpuszczam, też mam prawo do niedoskonałości”. Miałem taką nadzieję, tak jak miałem nadzieję, że jednak ma jakichś ludzi wokół siebie. Takich codziennych i takich wyjątkowych, przy których chce i umie być bardziej... zwyczajny, ludzki, słaby. Miałem taką nadzieję, ale nie do końca wierzyłem, że ta nadzieja ma jakieś mocniejsze podstawy.
I nagle mi się przypomniało, jak niekiedy w czasie seksu, gdy już był bardzo blisko orgazmu, pochylał głowę, opierał się czołem o moje ramię, oddychał głęboko, wypuszczał z ust powietrze z cichym jękiem, jakby trochę wbrew samemu sobie zdradzając, jak było mu dobrze, i jak potem opadał na mnie ciężko i chwilę leżał bez ruchu, z ustami przy mojej szyi albo palcami wolnej dłoni przesuwającymi się po moich obojczykach, włosach, plecach. To było w tym okresie, gdy już się nauczył czułości, gdy padły z mojej strony konkretne słowa, gdy ta relacja nabrała głębi; to było coś, czego nawet w śladowych ilościach nie dawało się znaleźć na samym początku naszej znajomości, gdy przychodził, przelatywał i wychodził, skupiony głównie na sobie, ograniczający każdy potencjalnie cieplejszy gest do niezbędnego minimum, zachowujący swoją satysfakcję tylko i wyłącznie dla siebie; to było takie przyznanie się do słabości, do tego, że jest jak inni ludzie, seks go wybija z postawy „być ponad wszystkich i wszystko”, orgazm wywołuje w nim wielkie odprężenie i banalne zadowolenie, a fizyczna i emocjonalna bliskość drugiego człowieka sprawia mu najzwyklejszą w świecie przyjemność. Przecież na samym początku, gdy zaczynaliśmy ze sobą sypiać, nie było dla niego miejsca na długą grę wstępną, na czułość w trakcie, na humor, rozmowę i „niepragmatyczne”, bo nieprowadzące bezpośrednio do (kolejnego) orgazmu, pieszczoty po wszystkim. Na początku tego nie było, na początku tego nie potrzebował, wydawał się nie potrzebować. Potem zaczął to przyjmować, jakby trochę ze zdziwieniem, niedowierzaniem i zakłopotaniem, że jednak może tego potrzebować, może mieć na to ochotę, może mu to sprawiać przyjemność. A później sam nauczył się to dawać, choć zwykle w dość powściągliwy sposób, jakby nie chciał się do końca przyznać, że się całkiem dobrze czuje z tym, co traktował jako słabość.
Ale jednak na tę słabość sobie pozwalał. Już wtedy. Więc była nadzieja, były podstawy do tego, bym mógł mieć nadzieję, bym mógł przypuszczać, że i teraz jakoś sobie jednak na te chwile słabości pozwala. Życzyłem mu, żeby ktoś go wręcz zmuszał do przyznawania się do tej słabości i pozwalania sobie na nią, żeby ktoś mu wręcz na siłę kazał czasem skorzystać z zaworów bezpieczeństwa czy psychicznych wentylów, bez których człowiek przecież by zwariował.
Andrzej kupił jakieś słodycze – nie wiedziałem, co dokładnie, bo patrzyłem tylko na niego, dopiero w ostatniej chwili dostrzegłem dużą torbę, którą odebrał z rąk sprzedawcy. Obrócił się i ruszył przed siebie; w jednej ręce trzymał tę torbę i aktówkę, drugą wsadził do kieszeni spodni – tylko jeszcze najpierw spojrzał na zegarek. Ja też spojrzałem, bo przez moment naszło mnie pytanie, czy to nie ten zegarek, który mu podarowałem. Ale nie, to nie był ten, to był jakiś inny – już jakiś inny, przecież minęło piętnaście lat, nawet bardzo dobry zegarek po piętnastu latach może się zużyć, zepsuć, zniszczyć, a nawet zwyczajnie zgubić czy znudzić. To nie był ten zegarek, to był jakiś inny – wiedziałem, widziałem to, bo Andrzej przeszedł blisko mnie, zaledwie parę metrów nas dzieliło, gdy mnie mijał, i przez chwilę czekałem w jakimś dziwnym, nieco nierealnym napięciu, spodziewając się, że spojrzy w moją stronę, że mnie pozna, że się zatrzyma, że... – no właśnie, i co „że” dalej?
Nie spojrzał, nie poznał, nie zatrzymał się. Przeszedł kawałek, minął Teatr Współczesny, skręcił w prawo, w ulicę Zygmunta Starego, i po chwili zniknął mi z oczu. Podejrzewałem, że – jeśli przyjechał samochodem – zaparkował gdzieś za teatrem, przy Akademii Morskiej albo w pobliżu placu Mickiewicza. No właśnie, ciekawe, czy ma samochód, przeszło mi nagle na myśl. I czy był na Wektorach. I czy mieszka gdzieś tu w okolicy.
Pokręciłem się jeszcze przez parę minut po jarmarku i po Wałach, by zebrać myśli, uporządkować wrażenia i trochę się uspokoić. To spotkanie dość mocno mnie ruszyło – po części po prostu dlatego, że nagle stanąłem twarzą w twarz z jakimś ważnym elementem mojej przeszłości, a po części dlatego, że spotkania ze znanymi i bliskimi kiedyś ludźmi wybijają mnie obecnie z pewnego rytmu i trochę burzą spokój, prowokują do robienia przeglądu minionych wspomnień, podjętych niegdyś decyzji, dawnych doświadczeń. Mam chwilami wrażenie, że to taka potrzeba robienia sobie „rachunku sumienia”, choć nie lubię wszelkich kościelnych, a zwłaszcza katolickich skojarzeń, więc wolę raczej mówić o „przeglądzie życiowym”, to też trochę inaczej ustawia sprawę, sugeruje nie tyle jakieś kajanie się czy podobne, ile uważne, szczere i krytyczne przyjrzenie się temu, co, jak i po co się kiedyś zrobiło. Więc spacerowałem po Wałach i robiłem wstępny przegląd życiowy związany z Andrzejem.
Bo po części to spotkanie ruszyło mnie jeszcze przez to, że spotkałem właśnie Andrzeja. Andrzeja, którego nadal nie w pełni rozumiałem. O którym nadal myślałem z mieszaniną sentymentu, irytacji i niepokoju. Z którym wprawdzie zamknąłem wszystkie swoje sprawy, ale w niezbyt satysfakcjonujący sposób. I którego po prostu zwyczajnie miło, ciekawie, dobrze było zobaczyć po latach – w świetnej, jak się wydawało, kondycji, i fizycznej, i psychicznej.
No dobrze, żeby być szczerym: i Andrzeja, który bardzo mi się w swojej trzydziestopięcioletniej wersji podobał. Obecnie to jest ten wiek, który mi u potencjalnych partnerów odpowiadał. Nie znaczy to, że zacząłem myśleć o jakiejś powtórce z przeszłości – nie jestem zwolennikiem odgrzewania starych dań, zresztą to w ogóle byłaby śmieszna i wręcz patetyczno-romansidłowo-kiczowata koncepcja, „spotkali się przypadkiem po piętnastu latach i wybuchła między nimi wielka miłość, i znów się zeszli, i żyli długo i szczęśliwie”. Ale tak zwyczajnie Andrzej mi się spodobał jako trzydziestopięciolatek. Pomyślałem nawet z rozbawieniem, że obecnie z Andrzejem dwudziestoletnim nie wytrzymałbym w jednym pokoju pięciu minut, albo wykopałbym go za drzwi, albo przełożył przez kolano, prał i tylko patrzył, czy mu to zarozumiałe dupsko równo puchnie. Tylko że zaraz po tej myśli przypomniałem sobie dwudziestoletniego Andrzeja, moje dziesięć miesięcy z nim i dałem spokój z ironiczno-dystansującymi komentarzami. Wytrzymałbym czy nie wytrzymał obecnie – wtedy go kochałem. I to było ważne, dla mnie, ten element mojej przeszłości. A teraz? Przecież ze sobą czterdziestoletnim też bym pewnie teraz nie wytrzymał. Pewnie też bym przełożył się przez kolano i spuścił sobie niezłe lanie, tak na poprawę myślenia. Nie mówiąc już o tym, że w gruncie rzeczy byłem przeciwnikiem i bicia jako metody wychowawczej, i przemocy fizycznej jako sposobu rozwiązywania problemów, więc całe moje dywagowanie o spuszczaniu lania było zwykłym marudzeniem starego dziada, który chciał się jakoś zdystansować do własnych wzruszeń.
Bo trochę mnie to i wzruszyło. Głównie przez uświadomienie sobie (nie pierwszy zresztą raz), że jakieś elementy własnej przeszłości nadal potrafię tak mocno odczuwać, nadal potrafię przypomnieć sobie różne dawne uczucia, nadal jestem w stanie zrozumieć, co i dlaczego było dla mnie kiedyś tak ważne. W takich chwilach dochodziłem do wniosku, że nie jestem jeszcze wcale taki stary i że jest we mnie jeszcze sporo młodego, emocjonalnego, nawet momentami nieco egzaltowanego faceta, jakim kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu byłem. I to działało pocieszająco – uspokajająco – i odmładzająco.
Umiałem się wzruszyć i przejąć na widok dawnego kochanka, naprawdę jeszcze się tak mocno nie postarzałem psychicznie. To była wspaniała świadomość.
Znów trochę zaczęło padać, więc wróciłem w końcu do domu. Zjadłem część zakupionych rzeczy, posiedziałem z książką na kanapie, wrzuciłem ciuchy do prania, zadzwoniłem do Cyny i zapytałem, jak ci nowi potencjalni nabywcy, którzy mieli oglądać dziś mieszkanie, czy są jakieś szanse, że kupią. Była całkiem dobrej myśli, podobała im się lokalizacja, budynek, samo mieszkanie, tylko cenę chcieliby negocjować, jeśli się zdecydują. Ale jeszcze mają kilka adresów do obejrzenia, więc dopiero za parę dni będzie wiadomo coś konkretniejszego. Miałem nadzieję, że się zdecydują, ta defilada oglądających i jednak niekupujących klientów biur nieruchomości ciągnęła się już jakiś czas, a ja coraz bardziej chciałem wreszcie zamieszkać z Cyną. I tęskniło mi się do psa, który pochrapywałby mi w nocy przy łóżku, a rano tańczył radośnie wokół nóg.
Nie powiedziałem Cynie o spotkaniu na Wałach. Wspomniałem o Wektorach, o szkole tańca brzucha – zainteresowało ją to, kazała mi dobrze schować ulotkę, by po przyjeździe wiedziała, gdzie się zgłosić – o jarmarku, o pogodzie, o tym, co kupiłem. Ale o Andrzeju nie. To było moje, tak bardzo, głęboko i intymnie moje, nie potrafiłbym o tym powiedzieć. Andrzej należał do mojej przeszłości, do moich uczuć, do moich spełnionych i niespełnionych marzeń. Cyna by nie zrozumiała. Kocha mnie, umie popatrzeć z mojego punktu widzenia, moje sprawy są dla niej ważne – ale jednak istnieją pewne granice rozumienia jednego człowieka przez drugiego, pewne granice empatii, pewne granice... wejścia w cudzą skórę, psychikę, emocje. Ja nie potrafiłbym zrozumieć, zobaczyć, poczuć tak w pełni i prawdziwie niektórych jej spraw; ona nie potrafiłaby tak zrozumieć, zobaczyć, poczuć niektórych moich spraw. Andrzej właśnie był taką sprawą, której nie mogłaby w pełni pojąć. Andrzej był sprawą ogromnie mocno we mnie osadzoną, ważną, intymną – i zwyczajnie nie chciałem się tym dzielić. Nie chciałem też spłycać – bo powiedziane na głos innej osobie, zdarzenie to wyglądałoby tak: zobaczyłem na mieście mojego dawnego faceta. Zobaczyłem na Wałach, jak kupuje słodycze. Zobaczyłem na jarmarku, jak idzie ulicą z papierową reklamówką i czarną aktówką w dłoni. Zobaczyłem faceta, z którym kiedyś byłem, no i co? No i nic. No właśnie.
A to nie było nic. Tylko że nie umiałbym tego nikomu wytłumaczyć. Są takie sprawy, zdarzenia, uczucia, które samemu rozumie się doskonale, po trosze właśnie dlatego, że nie trzeba ich werbalizować, w ogóle albo w części, i zna się świetnie cały kontekst, w którym te sprawy, zdarzenia, uczucia są osadzone. I dlatego gdy się je komuś opowiada, gdy się je werbalizuje, gdy się je tłumaczy – robi się krzywdę. Robi się krzywdę tym sprawom, zdarzeniom, uczuciom, bo się je spłyca, wpycha w ramy próbujących jakoś ujednoznacznić opowieść słów, wyrywa choćby po trochu z kontekstu. Robi się krzywdę sobie, bo odrywa się od siebie, wyrywa się z siebie coś intymnego i daje się to oglądać, osądzać, omawiać innym ludziom. I robi się krzywdę też tym innym ludziom, bo oczekuje się od nich takiego kompletnego, podobnego do własnego zrozumienia – i czuje się żal, złość lub urazę, gdy ci inni ludzie okazują się niezdolni do zrozumienia tak, jak my rozumiemy.
I dlatego nie powiedziałem Cynie o spotkaniu Andrzeja na Wałach. I nie powiem. Nie teraz. Może kiedyś, później, za jakiś czas, gdy to wszystko zblaknie, stanie się jednym z wielu momentów zetknięcia się z własną przeszłością, samo wejdzie w tę przeszłość. Może wtedy jej powiem, trochę na zasadzie opowiadania baśni albo wspominania odległych wydarzeń: „A wiesz, dawno, dawno temu, pewnego deszczowego dnia, gdy mimo niesprzyjającej pogody na miejskim jarmarku kręciły się masy ludzi, a ja z wielkim kołaczem przeciskałem się powoli przez tłum, spotkałem pewnego człowieka, który kiedyś był dla mnie bardzo ważny...”. Może wtedy jej to opowiem, tymi, podobnymi lub innymi słowami. A może nie. Nie wiem. Wiem jedynie, że teraz nie powiem nic, że teraz zostawię to tylko i wyłącznie dla siebie. Bo to jest moje i na razie chcę, by pozostało wyłącznie moje.
Zamierzałem iść na Wektory tylko w sobotę, ale po tym spotkaniu poszedłem i dziś. Też koło południa. Nie, nie chodzi o to, że chciałbym znów spotkać Andrzeja – nie liczę na to i chyba nawet nie mam na to ochoty, trochę się boję, że sobą trzydziestopięcioletnim mógłby mi popsuć któreś dobre wspomnienia o sobie dwudziestoletnim. No i w gruncie rzeczy – co mielibyśmy sobie powiedzieć? Cześć, jak leci, co u ciebie, masz kogoś, mam / nie mam, pracuję, mieszkam, żyję, płacę rachunki, chodzę do kina? Same banały, które nie są mi potrzebne. Jemu pewnie też nie. Nie, tak naprawdę nie chciałbym go znów spotkać, a już na pewno nie chciałbym z nim rozmawiać. Chyba...
Bo od wczoraj dopadała mnie chwilami taka wizja: jednak znów się spotykamy, on mnie też dostrzega. Witamy się. Możliwie mało banałów do wymiany. Stajemy gdzieś z boku, wspólnie zapalamy papierosy (czy on nadal pali? Czy może, jak ja, próbuje rzucić? A może rzucił kompletnie? Wszystko mógł zrobić przez te piętnaście lat). I rozmawiamy. O tym, co było. O tym, czego nie było. O tym, co jest i czego nie ma. Rozmawiamy, długo, spokojnie, bez złośliwości (czy on nadal jest taki złośliwy?). Rozmawiamy, tak po koleżeńsku, nawet po przyjacielsku (czy on nadal jest takim mizantropem i „niepotrzebujoludziem”?). Może nawet szczerzej, o te piętnaście lat szczerzej niż kiedyś (czy on nadal nie rozumie, czego wtedy od niego chciałem?). Rozmawiamy. A potem się żegnamy. Może nawet wymieniamy telefonami, może decydujemy znów spotkać, może po porostu podajemy sobie ręce na do widzenia i wcale nie zamierzamy się więcej widzieć. I odchodzimy, każdy w swoją stronę.  I tyle.
I naprawdę tyle. Niczego od niego nie chcę, niczego nie potrzebuję, po prostu chwilami dopadała mnie myśl, że nawet fajnie byłoby chwilę pogadać. Bo z nim się dobrze gadało, gdy już wychodził ze swojego „jestem naj na świecie” i miał ochotę na rozmowę.
Mój obecny spacer po Wałach nie jest więc poszukiwaniem Andrzeja – nie tak naprawdę (nie jestem nawet pewien, czy teraz na jego widok nie przeszedłbym na drugą stronę ulicy, żeby jednak uniknąć spotkania. Konfrontacja z własną przeszłością częściej bywa rozczarowująca niż urzekająca). Nie szukam go. Szukam śladów po nim. I nie na Wałach, tylko we własnej głowie. Po prostu tutaj, między Teatrem Współczesnym i Muzeum Narodowym, restauracjami i pubami, fontanną, cumującymi przy bulwarze Chrobrego statkach, w tym Ładodze, na którą planuję zabrać znów Cynę zaraz po jej przyjeździe – pomiędzy tym wszystkim łatwiej mi zebrać myśli, te dotyczące Andrzeja, niż w domu. Obecne mieszkanie w ogóle go nie pamięta, on mi się nie chce myśleć w tym domu, w którym go nigdy nie było. Kawalerkę na Mazurskiej sprzedałem lata temu jakiejś młodej parze z obrażalskim kotem, na pewno już dawno wyprzątnęli wszelkie ślady po mnie i po mnie z Andrzejem. Miejsca, w których kiedyś byliśmy razem, też już mają zatarte kontury wspomnień. A tu, na Wałach, jest świeży ślad, młode wspomnienie, zupełnie aktualny widok. Andrzej z wczoraj. Realny – i też naznaczony tymi piętnastoma latami. Co z kolei pozwala mi zebrać wspomnienia na zasadzie zwykłego przypomnienia przeszłości, a nie sentymentalno-żałobnej elegii o niespełnionej dawnej miłości.
(Mam nadzieję).
Zrobiłem już kilka rund w tę i z powrotem wzdłuż Wałów, obszedłem parę razy fontannę, zszedłem na bulwar, wróciłem z niego, usiadłem na ławce, teraz znów wędruję od jednego krańca ulicy, na którym jest restauracja Columbus i ten ichni paskudny, wypchany albo sztuczny, rekin wiszący na czymś jak szubienica przed wejściem, aż do drugiego krańca ulicy, z restauracją Colorado, fajną, dwupoziomową, do którejś kiedyś zabrałem Andrzeja i w której się trochę pokłóciliśmy, bo on chciał zapłacić za siebie, a ja za nas obu. „Nie jestem twoją panienką na utrzymaniu, żebyś za mnie płacił”, wywarczał wtedy wściekle, a ja się mimo woli roześmiałem, bo wizja Andrzeja w wersji „panienka na utrzymaniu” była komiczna. Zaproponowałem mu wtedy kompromis: ja płacę za kolację, on mnie zabiera na pokolacyjne piwo. W końcu się zgodził. I w ten sposób spędziliśmy pół nocy na mieście, wędrując po pubach, klubach, czasem tylko gdzieś zaglądając, czasem zatrzymując się na to piwo albo coś słodkiego (i wtedy się zorientowałem, że Andrzej nawet w środku nocy potrafi wciągnąć w siebie kilka porcji czekoladowego ciasta z bitą śmietaną. Mnie się już robiło niedobrze od samego widoku tego, co miał na talerzu, a on wsuwał bez mrugnięcia okiem). Wróciliśmy do domu po dwóch czy trzech piwach, po paru kawałkach ciasta, po zrobieniu chyba kilkunastu kilometrów na piechotę, wykończeni i najwyraźniej, zdaniem Andrzeja, wreszcie finansowo wyrównani (w żadnym pubie nie pozwolił mi wyciągnąć portfela), więc obaj w dobrym humorze. Rzuciłem się wtedy na fotel, zapaliłem papierosa i powiedziałem Andrzejowi: w sumie szkoda, że nie jesteś moją panienką na utrzymaniu, bo teraz mógłbym sobie zażyczyć czegoś fajnego w zamian za dobrą kolację. Uśmiechnął się lekko, oparł plecami o framugę drzwi, wsadził ręce do kieszeni i zapytał z rozbawieniem, czego na przykład. Na przykład tego, żebyś mi zrobił striptiz, wystrzeliłem pierwsze, co mi przyszło do głowy. Uśmiechnął się kpiąco. A potem, bez słowa, powoli rozpiął koszulę. Zdjął ją. Rozpiął spodnie i też je zdjął. Nie odrywaliśmy od siebie wzroku, nic nie mówiliśmy; on się rozbierał, wolno, dalej z tym uśmieszkiem na ustach, jakby zupełnie cała sytuacją nieporuszony. Nie robił niczego ponadto – żadnych prowokujących czy kokieteryjnych ruchów, zresztą nawet nie umiałbym sobie wyobrazić Andrzeja w kokieteryjnej wersji, gdybym go w takiej zobaczył, pewnie spadłbym z fotela z wrażenia (albo ze śmiechu); nie robił więc niczego, co by sugerowało „striptiz”, po prostu zdejmował ciuchy, ale w jego spojrzeniu, w jego spokojnie odpinających guziki palcach, w całej atmosferze tamtej nocy było coś, co sprawiało, że napięcie wzrastało z każdą chwilą. I gdy został w samych slipach, i gdy zażądałem: „Zdejmij”, i gdy powoli do mnie podszedł, ze słowami „Sam sobie zdejmij”, i gdy wyciągałem ręce, żeby go wreszcie dotknąć, rozebrać do końca, poczuć jeszcze bliżej i bliżej – wtedy naprawdę czułem się tak, jakbym został uraczony wyrafinowanym erotycznym pokazem. Chociaż on właściwie niczego szczególnego nie zrobił, po prostu zdjął koszulę i spodnie. Skarpetek nie. Ale to zauważyłem dopiero wtedy, gdy już skończyliśmy się kochać. Uśmiałem się wtedy szczerze. Ja też zapomniałem o swoich skarpetkach.
Właśnie znów zawróciłem od Colorado do Columbusa. W Columbusie z nim nie byłem. Rekin już na dzień dobry zniechęcał mnie do tamtejszego menu.
Nie wiem, ile tak jeszcze pochodzę – może pół godziny, może pół dnia, może aż do późnego wieczora. Mam nastrój na to kręcenie się bez celu po Wałach i wspominanie. Dobrze się tu myśli, tak w ogóle, a dziś akurat – na temat Andrzeja. Przypominają mi się różne elementy, różne sprawy, drobiazgi, rzeczy istotne, bardzo ważne momenty. I znów drobiazgi, i znów rzeczy istotne, i znów bardzo ważne momenty. Mam wrażenie, że po prostu muszę to przetrawić. I wcale nie mam ochoty się powstrzymywać – to czasami jest potrzebne, tak zwyczajnie, banalnie potrzebne. Może też robię jakąś formę autoprzeglądu przeszłości – przed wejściem w nową sytuację życiową? Bo mieszkanie z Cyną (i psem!) będzie poważną zmianą. Więc może przed tą zmianą potrzebuję jakiegoś wspomnieniowego remanentu?
Albo, tak po prostu – mam akurat dzisiaj ochotę powspominać tamten okres? Moje prawo. Nie zamierzam go sobie domawiać ani cenzurować własnych wspomnień. I to jest nawet przyjemne, nawet ciekawe, nawet zabawne – przypominać sobie te różne momenty związku z Andrzejem.
Przypomniało mi się na przykład, jak któregoś dnia przyglądałem mu się z rozczuleniem, gdy siedział na podłodze i mruczał pod nosem: „Gdzie jest to durne ksero?”, przekładając jednocześnie z irytacją kartki kolejnych kserówek, z których uczył się do oświecenia. Był tak pochłonięty swoim egzaminem, swoją nauką, swoimi książkami – nie mogłem wtedy powstrzymać uśmiechu. Mój studenciak, pomyślałem sobie, mój kochany studenciak. Na głos zapytałem, czy chce coś do jedzenia albo picia. Nie chciał. Chciał znaleźć ksero artykułu o prasie oświeceniowej. I strzelił lekkiego focha, gdy podszedłem, rozejrzałem się i od razu mu to ksero wygrzebałem spomiędzy sterty sprawdzonych już podobno kartek.
I przypomniało mi się, co dostałem od niego na imieniny. Naleśniki. Imieniny miałem w niedzielę, powiedziałem mu to rano, gdy wyszedł z łazienki. Popatrzył na mnie ze zdziwieniem, wzruszył ramionami i wymruczał na odczepnego: „Najlepszego”. Oświadczyłem, że nie wykręci się tak łatwo, bo ja w ramach prezentu oczekuję dobrego seksu i dobrego śniadania. Najpierw śniadania. Bo jestem głodny. Prychnął i zapytał, co niby na to śniadanie chcę, może kawior? Nie, odpowiedziałem wesoło, naleśniki. Ale naleśników pewnie nie umie robić, więc wystarczy zwykła kanapka, najlepiej, żeby mi ją podał nago. Uśmiechnął się lekko, wzruszył ramionami i poszedł do kuchni. Ja włączyłem sobie telewizor, powtarzali wtedy „Kobry”, więc miałem ochotę spokojnie obejrzeć film, przynajmniej kawałek, póki Andrzej nie przyjdzie do pokoju i nie zacznie ostentacyjnie cierpieć przez grający telewizor. Ale nie przychodził. Za to w pewnej chwili poczułem dziwny, znajomy zapach. I kiedy zajrzałem do kuchni, zobaczyłem – choć jeszcze przez dłuższą chwilę nie mogłem w to uwierzyć – Andrzeja z patelnią w dłoni. I z małą chochlą do zupy w drugiej ręce. Właśnie rozlewał ciasto na patelni. A po chwili podważył je lekko nożem, sprawnie przerzucił i podsmażył z drugiej strony. Po czym przełożył na talerz, na którym leżało już kilka gotowych naleśników. Na moją pełną zdumienia uwagę: „Ty naprawdę robisz te naleśniki? Ja w sumie tylko żartowałem...” odpowiedział z wyraźną irytacją: „To się zdecyduj, czego właściwie chcesz, zamiast mi zawracać od rana głowę bzdurami”. Więc go ułagodziłem, zapewniłem, że niczego bardziej nie pragnę niż naleśników w jego wykonaniu, a poza tym całkiem mu do twarzy przy garach i czy nie chciałby fartuszka, miałem gdzieś taki, kupiłem go kiedyś przez pomyłkę, bo myślałem, że to obrus, i leży nieodpakowany w szufladzie, może się rozebrać i założyć tylko ten fartuszek. Uraczył mnie zdecydowanie mało życzliwym i pochlebnym spojrzeniem i stwierdził, że mam wyjątkowo prostackie poczucie humoru, aż szkoda komentować. Więc więcej nie komentowałem, usiadłem i podziwiałem, jak mi przygotowuje śniadanie. Gdy postawił przede mną talerz, rzuciłem się na jedzenie i z pewnym – bardzo miłym – zaskoczeniem stwierdziłem, że Andrzej robi naprawdę dobre naleśniki. Powinienem go częściej zaganiać do garów, pomyślałem wtedy, potrafi nieźle gotować. Nie powiedziałem tego głośno – Andrzej pichcił coś rzadko, gdy akurat miał odpowiedni humor i nie uważał, że chwila spędzona w kuchni okradnie go z czasu na naukę. Za to pochwaliłem śniadanie i namawiałem go, żeby się poczęstował. Nie chciał. „Nie smakują mi – powiedział, krzywiąc się lekko. – Nie lubię na oleju. Moja mama smaży na słoninie, wtedy nie są takie obrzydliwie tłuste. Ale w lodówce był tylko olej”. Zapewniłem go, że nie są ani obrzydliwe, ani tłuste, są pyszne, ale jego niechęć jest mi jak najbardziej na rękę, chętnie zjem wszystkie sam. I zjadłem. Andrzej sobie zrobił kanapki. A po śniadaniu powiedział, że teraz czas na tę sensowniejszą część prezentu – i się wkurzył, gdy oświadczyłem, że jestem tak obżarty, że na razie to się muszę położyć i poczekać, aż mi się te naleśniki ułożą w żołądku. „Bo najpierw się pieprzy, a potem się żre, a nie na odwrót!”, warknął i wyszedł z kuchni. Roześmiałem się, a potem dostałem kolki przez to połączenie śmiechu i obżarstwa.
 O, i przypomniało mi się, że gdy tamtego wieczoru przed piętnastu laty podchodziłem do niego przed klubem, zastanawiałem się nerwowo, jak się przedstawić. Zabawne i głupie, ale właśnie ta kwestia najbardziej mnie wtedy pochłaniała...
Może spodoba Ci się także:

10 komentarzy

  1. Ja już to sobie przemyślałem i poukładałem, i to ładny /kawal/ czasu temu.
    Twarz go zdradzała, /glos/ go zdradzał,
    Więc nie oglądam idiotów w telewizji i nie słucham /ichw/ radiu.
    W czasie kolejnych i kolejnych rozmów okazało się, że oboje coraz częściej myślimy o tym samym: o tym, by mieć blisko siebie kogoś /ważne/, bliskiego, ale bez ładowania się, zwłaszcza na siłę, w jakieś związki z facetami...

    Wybacz, ale jak już mi w oko wpadły literówki, to je daje. Nie, żebym jakoś specjalnie ich szukała :)
    Naprawdę uwielbiam czytać twoje teksty, i przyznam, że dzisiaj było mi to potrzebne. Tak zupełnie oderwać się od rzeczywistości i zająć myśli zupełnie czymś innym. Andrzej jak zwykle był tylko Andrzejem, aż szkoda mi było w pewnym momencie Remigiusza. Choć z drugiej strony sam na własną prośbę żył złudzeniami. A wiem z własnego doświadczenia, jak ciężko się złudzeń pozbyć i jak wygodnie jest nimi żyć.
    Przegląd tematów też był niezły, od miłości (tej nie do końca odwzajemnionej), przez politykę, zwierzęce tragedie (aż mnie łezka poleciała, moja jedna koteczka też miała problemy z nerkami i też trzeba było ją uśpić), po ogólne (że tak powiem) dojrzewanie. Zwierzęta, zwłaszcza takie ze schronisk, porzucone wcześniej, są bardzo wdzięcznymi stworzeniami, jeśli znów się je przygarnie. Przynamniej moje koty takie są, choć zeszło im chwilę by się przestawić.
    Ogromny plus dla Remka, nie każdy potrafi dojrzeć, choć jemu też nieco z tym zeszło. Poza tym problem samotności na starość jest straszny. Widzę to czasami w pracy, w szpitalu, gdy tak naprawdę nie ma się kto zająć tymi ludźmi. Większość z nich niestety sobie zasłużyła własnymi czynami (gdy rodzina zerwała całkiem więzi), a inni po prostu zostali sami, z różnych przyczyn. Naprawdę nie jest fajnie być samemu, zwłaszcza w chorobie, gdy człowiek przestaje być samowystarczalny.
    No i zresztą po raz kolejny miałam poczucie mozaiki. Kolejny fragment układanki, z innej strony znów, bo w sumie o Andrzeju, ale opowiedziane przez Remigiusza. I co też jest chyba charakterystyczne, kolejne części mozaiki nie są chronologicznie poukładane, co akurat zajmuje mi nieco, bym sobie wstawiła w odpowiednie miejsce i czas. Podobają mi się te właśnie fragmenty mozaiki, które nie mówią wylącznie o tu i teraz, ale opowiadają poprzez uplywające dni, miesiące, lata.
    Zastanawiam się, czy Andrzej kiedykolwiek dojrzeje do bycia z kimś i nie tylko brania, a może po prostu zdarzy mu się cud i znajdzie kogoś, kto będzie odpowiadał mu na tyle, by z nim być.

    Ogólnie, jak już wspominałam, kiepska jestem w komentowaniu. Ale, co najważniejsze, podobało mi się, super się czytało i chcę jeszcze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za wskazanie literówek zawsze jestem wdzięczna, dziękuję :) Poprawię jutro, w zakończeniu też widziałam parę drobiazgów, więc to hurtem załatwię.
      Mnie się Twój komentarz bardzo przydał jako poprawiacz humoru podczas czekania na wyniki badań :) Mogłam na chwilę zająć myśli czymś przyjemnym.

      Tak, Andrzej pozostał sobą, i niestety Remigiusz się o tę "andrzejosobność" rozbił. Jest coś smutnego w tym momencie, gdy złudzenia rozwiewają się lub rozbijają na kawałki - smutnego, a jednocześnie, mam wrażenie, wyzwalającego. To smutna wolność, i "od", i "do" - smutna, a jednak chyba lepsza i pod pewnym kątem radośniejsza niż złudzenia.
      Z drugiej strony, te złudzenia bywają tak piękne i tak chronią przed goryczą...
      Adoptowane zwierzęta (z mojego doświadczenia - psy) potrafią być niesamowicie wdzięczne. To jest taka miłość, w której nie ma żadnych złudzeń, same potwierdzenia. Więc wzruszenie w temacie zwierzęcym bardzo mnie cieszy :)
      Temat starości (szczególnie homostarości i w ogóle starości nienormatywnej) od pewnego czasu za mną chodzi, na różne sposoby powraca (może to po trosze z powodu nadchodzących urodzin?). Przez Remigiusza w wersji 50+ myślę o Andrzeju w wersji 50+ i o innych postaciach w mniej albo bardziej tym wieku. Staram się trzymać te myśli w miarę na wodzy, żeby nie mieć w głowie chaosu, ale co poradzić...
      Podoba mi się Twój odbiór mozaiki :) I bardzo się z niego cieszę.
      Andrzej na pewno nie będzie stał w miejscu (również emocjonalnie) - a co dokładnie będzie dalej, postaram się pokazać w kolejnych tekstach (chociaż obecnie napadła mnie ochota na zwrócenie się znów w tył, do przeszłości).

      Nie wierzę w Twoje stwierdzenie o kiepskim komentowaniu :D Mnie Twoje komentarze bardzo się podobają i dobrze robią na motywację - więc dziękuję za nie :)

      Usuń
  2. Jest mi cholernie smutno. Tak smutno, że chyba nic porządnego z siebie nie wykrzeszę. Skomentuję jutro, bo nie mogę zebrać myśli. Nie myślałam, że aż tak przywiążę się do Remka i Andrzeja... ale z drugiej strony jakiego zakończenia miałam się spodziewać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten smutek to bardzo duży komplement, więc ogromnie się z niego cieszę :) Na pociechę dodam tylko cicho, że mam jeszcze w planach krótki ekskurs do tego tekstu, więc Remek z Andrzejem na moment powrócą. A potem będzie czas dla Andrzeja starszego o kilka lat...
      No tak, na dobrą sprawę - czego można się było spodziewać? Ale bawiłam się chwilami myślą, jakby to wyglądało, gdyby zostali razem. I chwilami szkoda mi się robiło, że to nie wyszło.

      Usuń
  3. Zafundowałaś nam perfekcyjne studium rozpadu związku. Tyle że nie związku, nie do końca. Ale też nie: nie związku. Panowie gdzieś się rozminęli w swoich oczekiwaniach i zrozumieniu sytuacji, i zrozumieniu drugiej strony, i gotowości do kompromisów. I może jestem stronnicza, ale to w postawie Remigiusza doszukuję się większej winy. Ja po prostu nie jestem w stanie mieć Andrzejowi za złe niczego - niczego - co zrobił bądź też czego nie zrobił w tym okresie od wakacji do świąt.

    Remek na własne nieszczęście się zakochał. Miał prawo, nie ma w tym absolutnie nic złego poza tym, że na tym etapie już wiedział, kogo zaprasza do swojego łóżka, mieszkania i życia: ambitnego pierwszorocznego studenta z wyjątkowo trudnym charakterem. Remek bezwarunkowo zaoferował to, czym dysponował: swoją przestrzeń, swój czas, drobne, ale ważne codzienne gesty i udogodnienia. Jasne, nawet oferując coś zupełnie bezinteresownie mimo wszystko gdzieś tam w środku liczy się na wzajemność, zwłaszcza jeżeli chodzi o związek - bo tak to działa w bliskiej relacji. Nie można tylko dawać, tak jak nie można tylko brać, by móc mówić o partnerstwie. I tu pojawił się pierwszy problem. Bo Remek, nawet jeżeli nie próbował tak tego nazwać, pozostawał w ciągłym niedosycie gestów, zachowań i deklaracji ze strony Andrzeja jeśli tylko sprawy między nimi wykraczały poza łóżko. W tym też nie ma nic złego, bo emocjonalne potrzeby to normalna, ludzka sprawa. Tylko że zaprosił do swojego życia dziewiętnastolatka, o którego kompetencjach interpersonalnych bardzo szybko się przekonał, a chciał z nim stworzyć dojrzały, stabilny i daleko wybiegający w przyszłość związek. W ciągu kilku miesięcy. Andrzej, nawet gdyby jego interpersonalne kompetencje (trafiłaś tym do mnie!) były bliższe przeciętnemu ich wykazywaniu przez statystycznie przeciętnych ludzi, to już z racji swojego wieku nie miał prawa być na etapie, gdzie młody człowiek zastanawia się, jak za dziesięć lat pomieści swoje miliony książek w nowo kupionym ze swoim chłopakiem-którego-zna-od-lutego mieszkaniu. Nie, jeżeli ma tak wyraźny plan i cele najpierw naukowe, później zawodowe. W tej sytuacji odnalazł się na tyle, na ile był w stanie. Czy stałaby mu się krzywda, gdyby w wyrazie tej oczekiwanej przez Remka wzajemności uległ jego prośbom odnośnie spotkań z rodziną i przyjaciółmi? Tak. Skoro czuł tak silne odrzucenie od samego takiego pomysłu, to nie sądzę, żeby był to tylko kaprys złośliwego gówniarza. Nawet nie nieskomplikowane stawianie na swoim.

    Remek miał prawo chcieć "czegoś więcej". Miał prawo oczekiwać odpowiedzi na to ostrożnie chronione "kocham cię". Ale jak dla mnie chciał za dużo, zbyt szybko i - pomimo że to on był tą stroną, która dawała (wydawała się dawać) więcej - z myślą o sobie. Z egoizmem innym od tego zarzucanego Andrzejowi, może zdrowszym, ale jednak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrząc na całą sytuację z boku, łatwo mieć do niego pretensje o to, jak interpretował, co widział. Nawet po tylu latach roztrząsa, ile znaków "na nie" przegapił, bo nie chciał ich widzieć. I jak doszukiwał się znaków "na tak", mając nadzieję, że nie żyje próżną nadzieją. Każde zachowanie Andrzeja mogło być "znakiem", a powinno być tym, czym miało być: rzeczywistością, bez interpretacji i bez nadmiernych rozważań. To mi nasuwa myśl, że Remek te ostatnie miesiące spędzał nie "tu i teraz", a w przyszłości, niepewnej, chwiejnej, może złudnej, może nie. Ale może tak to wygląda z perspektywy wspomnień, snutych przez Remka. Nie przeżyjesz, nie wiesz, stoisz z boku, "wiesz lepiej" (tyle że nie).

      Napisawszy to wszystko, muszę podkreślić, że ja nadal lubię Remka. Może nie we wszystkim się zgadzamy (nie wyrzuciłam z życia żadnej bliskiej mi osoby za przekonania polityczne nawet tak radykalnie odmienne od moich), ale go lubię. I jakoś tak się cieszę, że Andrzej spotkał go na swojej drodze, bo te wspólne miesiące mimo zakończenia z pewnością miały raczej pozytywny wpływ na jego dalsze życie.

      A to napisawszy, przyznaję się: z niemałą dozą fascynacji przyglądałam się rozterkom Andrzeja, chociaż długo bił się z trudnymi kwestiami. I muszę jeszcze dodać, że od początku do końca konsekwentnie był sobą. Nawet jego niedopowiedzenia i półprawdy nie osłabiły mojej wiary w jego wewnętrzną szczerość i uczciwość.

      Sama scena rozstania napawa melancholią. Była taka spokojna i naturalna, i naprawdę bolesna, ale bez niepotrzebnego, rozhukanego dramatu. Ujęła mnie. I żal mi ich obu. Andrzej nie miał innego wyjścia. A Remek, chociaż chyba nie do końca zdaje sobie z tego sprawę, wymusił na nim taką, a nie inną decyzję.

      I żebyś wiedziała, rozkleiłam się. Bardzo, bardzo. Przy schronisku. I przy Wikingu. I znów się rozklejam.

      I może od tego powinnam zacząć, ale chciałam, żeby to jednak właściwy komentarz był w centrum uwagi, więc dopiero teraz: bardzo dziękuję za rozreklamowanie "Sojuszu"! :*

      Usuń
    2. Taki związek-niezwiązek... No tak, Andrzej nie udawał, że szuka wielkiej miłości i stałej relacji, wręcz przeciwnie (ale zgoda, jesteś stronnicza ;) Według Remka, według Andrzeja wykazujesz się po prostu logiką).
      Podoba mi się to, jak widzisz całą tę historię, zwłaszcza ze strony Andrzeja. Niektóre z wydarzeń z ich bycia razem to dla mnie takie momenty, gdy teoretycznie „co ci szkodzi” zrobić coś wbrew sobie, za to dla przyjemności drugiej strony, przecież „to nic wielkiego” i „nie ubędzie ci / korona ci z głowy nie spadnie”. A jednak coś (albo wszystko) się w człowieku burzy przeciwko nagięciu się wbrew sobie.
      Mamy z Andrzejem bardzo rozmijający się w wielu punktach sposób patrzenia na relacje międzyludzkie, ale akurat w tych punktach ja też go rozumiem. Bo czasem to „egoistyczne” zachowanie, choć niemiłe, jest szczere, zgodne z własnymi odczuciami – i mimo że nie przyjemne, jest bardziej w porządku wobec drugiej strony (i siebie!) niż miłe, przyjemne, „nieegoistyczne” oszukiwanie siebie i kogoś. Czasem nawet, mam wrażenie, ów „egoizm” wymaga więcej odwagi.
      I myślę, że takie ustępstwo – jedno, drugie, dziesiąte – potrafi zrobić krzywdę. I to obu stronom, wcześniej czy później. Szczególnie jednak – tej stronie, która ustępuje.
      A jednocześnie tak sobie myślę, że Andrzej też się trochę pogubił w pewnych odczuciach, szczególnie tych dla niego nowych. To jego pogubienie też mogło prowokować niektóre interpretacje.
      Fakt, umiejętności komunikacyjne ma bardzo... powiedzmy, ograniczone. A może raczej: z inaczej rozłożonymi akcentami? Te ograniczenia i te inaczej rozłożone akcenty też przyczyniły się jakoś do konkretnego rozwoju całej historii.

      Cieszę się, że mimo „poszukiwania złudzeń” i wzrastającego z wiekiem radykalizmu Remek dalej ma Twoją sympatię :) Ja też się cieszę, że Andrzej go spotkał – chociaż sam pewnie nie do końca zdaje sobie z tego sprawę, rzeczywiście nauczył się przy Remigiuszu paru rzeczy, i to nie tylko prowadzenia samochodu oraz obsługiwania komputera. W jakiś sposób to mu się w przyszłości powinno przydać.
      (Oczywiście Andrzej nie podziękuje za okazywaną mu stałą i wyraźną sympatię oraz zaufanie, więc ja dziękuję za niego).

      Co do sceny rozstania – bardzo mi zależało na tym, aby wypadła naturalnie i tak... bez nadmiaru dramatyzmu. Nie lubię nadmiaru dramatyzmu, patosu i podobnych, bardziej przemawia do mnie zwyczajność, nawet banalność. Bo to w sumie była zwyczajna, banalna sytuacja, sprawa – spotkało się dwóch ludzi, pobyli ze sobą, nawiązało się coś głębszego, komuś zależało bardziej, komuś mniej , rozstali się. A później od początku i ponownie to samo. I znowu. Takie to banalne i zwykłe.

      Przy całym wątku z Wikingiem ja też się rozklejałam (początek pisałam w herbaciarni i starałam się trzymać się w ryzach, ale psie, czy w ogóle zwierzęce, tematy z reguły mnie rozklejają). Cieszę się, że nie tylko ja się rozkleiłam.

      Nie masz za co dziękować, ja się tak ogromnie cieszę z powrotu „Sojuszu”! :) W najbliższych dniach chcę w końcu spokojnie usiąść i przeczytać od nowa wszystkie rozdziały. Wspaniale, że wróciłaś do tej historii, zawsze mi było przykro, gdy myślałam o „Sojuszu”, a w tle tego myślenia przewijała się etykietka „zawieszone”.
      A na zakończenie, skoro już jesteśmy przy dziękowaniu – ja Ci dziękuję za komentarze! I ogromnie się cieszę z tego, że mogłam zobaczyć, jak odbierasz drugi rozdział i cały ten tekst. I Andrzeja, rzecz jasna.

      Usuń
  4. O jejku, właśnie Andrzej wskoczył na pierwsze miejsce mojej listy ulubionych postaci. Co. Czemu. Nie rozumiem. Ale naprawdę, o teraz Andrzej jest wyżej w tym rankingu nawet, niż Sebastian i Michał, nawet niż Olek i Olga!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poważnie? Dobrze wiedzieć, ciekawa jestem, jak mu się to udało! :)

      Usuń
  5. O jejku, właśnie Andrzej wskoczył na pierwsze miejsce mojej listy ulubionych postaci. Co. Czemu. Nie rozumiem. Ale naprawdę, o teraz Andrzej jest wyżej w tym rankingu nawet, niż Sebastian i Michał, nawet niż Olek i Olga!

    OdpowiedzUsuń

Ostrzeżenia / zachęcenia

Teksty zawierają treści przeznaczone dla dorosłych, związane z seksualnością, rozgrzebywaniem psychiki postaci oraz obsesyjną bibliopatią.
Tematyka: psychologia; humanistyka od strony naukowej, uczelnianej i codziennej; płeć i seksualność; LGBT; relacje homoseksualne, biseksualne i heteroseksualne; gender, queer i feminizm; Szczecin; eksperymenty z formą; historia i teoria literatury; bibliopatia i księgozbiory; pisanie; książki istniejące i nieistniejące.

Inspiracje

Z postmodernistycznego punktu widzenia celem nie jest już integracja, synteza i całość. Uwaga skoncentrowana jest na drobinach.
Franklin R. Ankersmit, Historiografia i postmodernizm

Przyjemność to dostęp do wszystkich historii, wyznaczenie sobie – narratorce – takich warunków, które nie czekają na zatwierdzenie. Przyjemność pisania nie ma strażników i nie jest stanem raz na zawsze zdefiniowanym.
Inga Iwasiów, Gender dla średnio zaawansowanych

Pisanie o płci i seksualności to także bogaty projekt poznawczy.
Mieczysław Dąbrowski, Komparatystyka dyskursu. Dyskurs komparatystyki

Myślę, że fragment to forma najlepiej oddająca ową rzeczywistość w ruchu, jaką przeżywamy i jaką sami stanowimy. Bardziej niż zarodek fragment to zabłąkana cząstka określająca się tylko wobec innych części: jest niczym, jeśli nie pozostaje z nimi w pewnej relacji.
Octavio Paz (Ryszard Kapuściński, Lapidaria IV–VI

Relacje z życia nie są uporządkowaną opowieścią od narodzin do śmierci. To raczej przypadkowo zebrane fragmenty.
William S. Burroughs (Ryszard Kapuściński, Lapidaria IV–VI)

Porządek, w jakim wiersz został wydrukowany, nie zawsze odpowiada temu, w jakim był pisany; nie ma to jednak znaczenia, bo każda formuła jest jedną z wielu ewentualnych kombinacji tych układów [...] każda jednostka musi być zdolna do odpowiedniego przyjęcia poprzedniej (którą może być, oczywiście, którakolwiek z pozostałych) oraz do przekazania pałeczki następnej (patrz wyżej).
Julio Cortázar, Poezja kombinatoryczna

Moment istotny polega przecież na formie.
Immanuel Kant, Krytyka władzy sądzenia

Prawa autorskie

Wszystkie zamieszczone na „Musivum” teksty są oryginalną twórczością autorki i jako takie objęte są prawami autorskimi.
Nagłówek Zdjęcia.biz. Obsługiwane przez usługę Blogger.
Blogger template made by manvspixel with Paix Graphic logo