środa, 13 stycznia 2016, 21:57

13 stycznia 2016, środa
Wstępne próby zrobienia planów z serii „Musivum 2016”
To już prawie połowa stycznia, a „Musivum” co? A „Musivum” wreszcie się otrząsa ze świąteczno-poświątecznego lenistwa albo, ściślej rzecz ujmując, ja się wybudzam – i z pewnego zimowo-świątecznego lenia, i z jakiegoś takiego wewnętrznego nieogarnięcia. No, powiedzmy, że wybudzamy się (i ogarniamy) wspólnie. Przez dwa tygodnie urlopu wystukałam ledwie stronę nowego tekstu; przez ostatnie dwa dni (już zwykłe, robocze) napisałam siedem stron, zakończyłam tekst, porobiłam uzupełnienia i przygotowałam wydruk do korekty. Czyli, jak zwykle, nie ma zasady (ewentualnie zasada brzmi tak: długie okresy lenistwa działają demobilizująco i rozprężająco. Ale za to jakie są przyjemne i wygodne!).
Musivowy plan na 2016 jest, jak najbardziej jest (choć chwilowo wciąż bardziej w głowie niż spisany w notatniku). Chcę publikować przynajmniej dwa teksty miesięcznie, czyli napisać przynajmniej dwadzieścia cztery nowe (teksty lub rozdziały) w ciągu roku. Chcę nacieszyć się szóstymi urodzinami „Musivum”. Chcę rozreklamować (rozpropagować!) projekt tak, by nie tylko zyskać nowych czytelników, ale i by jakoś wyraźniej zaistnieć w świadomości środowiska LGBT, bibliotpatów i szczecinofilów. Chcę jeszcze parę różnych innych rzeczy, jednak trzy wymienione to najważniejsze postanowienia.
Co do samych tekstów – na pewno chciałabym w końcu napisać ostatni rozdział „Stron”, teksty o Agnieszce, Hance, Agacie, parę patchworków pisarskich, coś (znów!) o Andrzeju, o Poldku („Zapalniczka” chodzi za mną na palcach), o Lali, o Julku, o Michale, o Sebastianie, o Dominice. O książkach, o czytaniu, o pisaniu. O Szczecinie. Chcę, żeby to był rok, w którym żaden miesiąc nie minie bez tekstu, choćby najdrobniejszego.
Kciuki, kciuki bardzo się przydadzą. I parę komentarzy, żebym mogła sobie dopieścić autorskie ego, również. A przede wszystkim – gotowość przeczytania tego, co w tym roku tu opublikuję.



11 listopada, środa
W całkiem niezłym rytmie pisania

Lekarze kazali mi ograniczyć stres (to taki dowcip medyczny: lekarz mówi „Proszę się przestać na co dzień stresować”, a adresat tej wypowiedzi zwija się ze śmiechu. Zawsze uważałam, że lekarze mają bardzo specyficzne poczucie humoru). Pisanie o Andrzeju teoretycznie trudno nazwać niestresującym, ale, paradoksalnie, działa odprężająco. Myślę, że nawet nie chodzi o Andrzeja – chodzi o pisanie. Przy wszystkich emocjach, napięciach, nerwach etc., które pisanie uruchamia, wymusza, wykorzystuje – jest w nim coś głęboko odprężającego. Mózg mi w pewien sposób odpoczywa (choć jednocześnie haruje jak wół).
Odkąd wróciłam do pisania, do „Musivum”, mam wrażenie, jakby coś się we mnie dopełniło, jakby wrócił na swoje miejsce jakiś ogromnie ważny fragment mnie. I to zdecydowanie dobrze działa na psychikę.
Poza tym nawet w tych gorszych momentach mam teraz mocny punkt zaczepienia: przecież w którymś momencie usiądę do napisania dalej nowego tekstu, prawda? Usiądę jeszcze dziś, prawda? Usiądę znów i znów, prawda? Naharuję się, nadenerwuję, namęczę, a potem w nagrodę usiądę i napiszę coś dalej, prawda?
To taki margines psychicznego bezpieczeństwa – te rzeczy, które są ważne, choć nie są pilne. Te rzeczy, które się robi przede wszystkim dla siebie. Te rzeczy, które dają mi radość po prostu dlatego, że są, że mogę je robić. I które są tak bardzo, tak niepodzielnie moje (chociaż się nimi chętnie dzielę).
I tak właśnie jest z „Musivum”. Samo myślenie o nim mnie uspokaja, odpręża, cieszy, poprawia mi humor.

Piszę teraz ekskurs do „Czwartego uderzenia”. Właśnie skończyłam siódmą scenę, zostały jeszcze trzy. Nie wiem, czy zdołam je napisać do końca tego tygodnia, za to mam sporą nadzieję, że w przyszłym tygodniu ten tekst wrzucę. Tak, wiem, jak to często z moimi nadziejami i zamierzeniami publikacyjnymi bywa. Ale obiecałam sobie, że w listopadzie już naprawdę zamieszczę przynajmniej dwa teksty, a jeśli tylko zdołam, to i trzy. Zwyczajnie chciałabym, żeby częściej się tu coś pojawiało. Poza tym ekskursy są krótsze i ogólnie łatwiejsze do ogarnięcia, więc powinno pójść dobrze.
Kciuki za tekst i realizację terminowych zamierzeń zawsze, rzecz jasna, mile widziane. Żałuję tylko, że nie wyrobię się na piątek trzynastego (tak rzadko w roku zdarza się piątek trzynastego, a to taka piękna data!).




11 października, niedziela
O dobru, jakim jest dzielenie tekstów na mniejsze części

W planach niedzielnych mam napisanie jak największej części artykułu, nad którym od pewnego czasu pracuję (w zasadzie chciałabym go dziś skończyć); poza tym po cichu liczę, że uda mi się też pchnąć dalej „Tylko na chwilę”. Jestem już w końcowej sekwencji i myślę dużo o Remigiuszu po pięćdziesiątce.
Jak ja się cieszę, że rozdzieliłam ten tekst na dwa rozdziały... Inaczej nadal bym tkwiła w nieukończonym utworze, klnąc pod nosem i dołując się, że na blogu znów posucha. A poza tym czułabym się już naprawdę zmęczona tą opowieścią i pewnie ciągle kusiłoby mnie, żeby napisać coś na boku. Efekt byłby taki, jak przy „Rzeczach trzecich” – zawieszenie tekstu na parę tygodni / miesięcy.
Decyzja o rozbijaniu większych tekstów na mniejsze jednostki jest bardzo, bardzo, bardzo dobra. Nadal uśmiecham się z wdzięcznością na myśl o tamtej komentarzowej dyskusji z Dream.
W zeszłym tygodniu opracowałam sobie podział „Rzeczy trzecich” na rozdziały. Da się? Da się. I nawet będzie lepiej, bo pogrzebię w Agnieszce dłużej, na spokojniej, wygodniej i z różnych dodatkowych stron. A to mnie cieszy.
Co więcej, gdy przejrzałam napisaną już część  „Rzeczy trzecich”, okazało się, że mam właściwie gotowy pierwszy rozdział. Trochę poprawić, trochę przerobić, trochę uzupełnić  – i już. Poza tym parę dni temu pojawił mi się pomysł na nowy ekskurs, nawet wystukałam na boku pierwszą stronę, dwa wcześniejsze ekskursy też się upominają o czas dla siebie. Może dzięki temu  dzieleniu i reszcie uda mi się przynajmniej od czasu do czasu spełniać małe marzenie: zamieszczać na „Musivum” więcej niż jeden tekst w miesiącu.
Dwa teksty w październiku – byłoby wspaniale! Trzymajcie kciuki.





18 września, piątek
Objawy: nieczęsta publikacja. Diagnoza: piszę (za) długie teksty

Niedawno uświadomiłam sobie, że za moje niezbyt częste publikowanie odpowiada nie tylko brak czasu, brak sił, brak chęci / humoru na pisanie, lecz również fakt, że piszę długie teksty. No bo piszę.
Niewiele mam krótkich; część jest średnia z naciskiem na dłuższa, część – po prostu długa albo bardzo długa („Priamel” – siedemdziesiąt stron, „Strony” – kolejno pięćdziesiąt i sześćdziesiąt). Pisanie długich tekstów wymaga czasu, wymaga uważnej korekty (merytorycznej i językowej), wymaga stałego bycia w „nastroju dotekstowym”. Jeśli nastrój akurat szlag trafia, to cały tekst stoi niczym uszkodzony pociąg na środku torów.

Wczoraj, gdy wymieniłyśmy z Dream kilka komentarzy pod jej i Verry „Świadomością” na Opowiadaniach LGBT, przyznałam, że zazdroszczę im częstego publikowania. Potem sobie pomyślałam: no tak, ale ich rozdziały mają inne rozmiary niż moje teksty, pomyślane zresztą nieraz jako pełne jednostki. Długie czy krótkie rozdziały to ani wada, ani zaleta sama w sobie, wszystko zależy od tekstu, więc w żaden sposób nie zamierzam wprowadzać tu jakiegokolwiek wartościowania; po prostu dało mi to trochę do myślenia. Jest jeszcze kwestia tego, co komu odpowiada – niektórzy wolą pisać krótsze teksty, niektórzy dłuższe, ja raczej należę do tej drugiej grupy. Ale mam wrażenie, że praca nad takim jednoczęściowym, wielkim klocem nieraz bardziej męczy, głównie gdy przychodzi do wyścigu z czasem pod tytułem „czy zdążę do wyznaczonego sobie dnia publikacji?”. A poza tym po prostu fajnie widzieć, że na blogu jest „ruch publikacyjny”, że w miarę regularnie i w miarę często coś się pojawia.
Potem sobie pomyślałam: obecny tekst (czyli „[Remigiusz]” – ma już nowy, właściwy tytuł, ale do roboczego oznaczenia tak się przyzwyczaiłam, że nadal po nie sięgam na własny użytek) rozrasta się i rozrasta. W pierwotnym założeniu miał mieć dwadzieścia-trzydzieści stron, góra. Obecnie ma sześćdziesiąt sześć i wiem, że jeszcze koło dwudziestu stron przede mną (to wersja optymistyczna; pesymistyczna grozi, że dobiję setki). Nie spodziewałam się tego, nie spodziewałam się, że z zakładanej prostej i krótkiej historii wyjdzie coś takiego, na poziomie rozmiarów. Andrzej też się tego nie spodziewał, na poziomie fabuły. Dobrze mu tak. Mnie mniej.
Do końca września może i skończę, ale zrobienie spokojnej korekty całości jest trochę mniej prawdopodobne. Poza tym mam chwilami ochotę na mały skok w bok z Lalą, ale rozgrzebywanie kolejnego tekstu wydaje mi się trochę nie w porządku wobec tego już rozgrzebanego. I naprawdę przynajmniej ten jeden raz w miesiącu chciałabym coś wrzucać na blog.

Pomyślałam też niedawno: kolejne teksty będę starała się planować jako kilkuczęściowe. Tylko szkoda, że „[Remigiusza]” się nie da. A wczoraj, po napisaniu dziewięciu nowych stron i uświadomieniu sobie, że setka coraz bardziej mi grozi, stwierdziłam: cholera jasna, a co tam, dzielę!
Odpowiedniego miejsca do podziału szukałam dość długo, zaznaczyłam sobie kilka fragmentów, ale wreszcie znalazłam punkt, w którym historia aż się uśmiecha z propozycją: podziel. No to ciachamy!
Wyszło mi to na dobre, bo wtedy właśnie zmierzyłam się z czymś, do czego wcześniej nie za bardzo chciałam się przyznać: szlag mi trafił pierwotny pomysł na zabieg narracyjny. Szlag mi go trafił tak dobre trzydzieści stron temu. Zabieg namierzyłam w jednym z opowiadań Nabokova i mnie urzekł; ale to zbieg nadający się do tekstu krótkiego, kilkunasto-, góra dwudziesto-trzydziestostronicowego. Po siedemdziesięciu czy osiemdziesięciu stronach to się rozmyje. Więc z zabiegiem trzeba się pożegnać, dla dobra samego tekstu.
Zabieg przerobiłam. Myślę, że w takiej formie, jaką teraz mam w głowie, całość będzie wyglądać lepiej.
Zrobiły mi dwa rozdziały. Pierwszy mam w zasadzie gotowy, z dziesięcioma miejscami do poprawienia i / lub uzupełnienia, może jeszcze z jakimiś elementami do dopisania (w tej chwili to czterdzieści sześć stron, pewnie dobiję do okolic pięćdziesiątki). Rozdział drugi zmierza ku końcowi, ale już spokojniej i przyjemnością.
Udało mi się nawet – i to błyskawicznie, dziś rano – znaleźć odpowiednie tytuły do obu rozdziałów. Tytuły są... no, zabawne. Mnie w każdym razie bawią.
Na razie więc odkładam pisanie dalej drugiego rozdziału, zajmę się uzupełnianiem pierwszego. Chciałabym wrzucić ten tekst 29 albo 30 września (wolałabym 29, lubię liczby pierwsze).

To nie tak, że będę na siłę cięła teksty na kawałki ani na siłę szukała możliwości rozdzielenia. Po prostu postaram się częściej brać pod uwagę możliwość zaprojektowania większego tekstu jako formy o paru rozdziałach niż jako formy kompletnie scalonej. O ile nie zaszkodzi to tekstowi – czemu nie?




29 sierpnia, sobota
Prokrastynacje, notatniki i szablon, oczywiście szablon!

Są takie dni lub chwile, gdy chcę pisać, ale mi się nie chce – wtedy uprawiam prokrastynację autorską; najczęściej wygląda to tak, że czytam otrzymane dotąd komentarze i / lub oceny „Musivum”. Jedna część mnie mruczy: „Miałam pisać...”, druga pociesza (i podjudza do dalszej prokrastynacji): „Ależ właśnie się nakręcam na to pisanie, zbieram wrażenia, uwagi, blablabla, odwal się i daj czytać komentarz / ocenę”. No i czytam dalej.
Albo czytam stare teksty (pół biedy jeszcze, gdy przy okazji robię im korektę, ale gdy czytam je tak pobieżnie i na wyrywki, teoretycznie żeby „wskoczyć w klimat”, to zamieniam się pewnie w bliski grafomaństwu twór, który zaciesza się własną produkcją).
Albo czytam oceny innych blogów – najchętniej te negatywne. Wspominałam kiedyś, że mam pod tym względem parszywy charakter. Obawiam się, że tu się ujawnia pewna wspólna cecha z takimi uroczymi inaczej, jak Julek, Dominik... i Andrzej.
Albo gapię się w kółko na spis treści – to na teksty główne, to na ekskursy, to na oba (prawie) naraz. W założeniu ma to mnie nakręcać do napisania kolejnych tekstów, które zapełnią spis treści.
Albo spisuję w notesie / zeszycie teksty, które piszę i / lub chcę napisać w najbliższym czasie.
Albo czytam analizy. Zgodnie z piękną teorią, jest to jeden z czynników wspomagająco-ochronnych, dzięki którym nigdy nie trafi się na łamy analiz. (W praktyce to zwykła prokrastynacja, zwłaszcza gdy tę samą analizę, znaną już w całości na pamięć, czyta się po raz sto trzydziesty siódmy).
Albo grzebię w blogu. W tej chwili grzebanie w blogu przybiera formę skakania po wszystkich podstronach i postach i adorowaniu szablonu. No oczywiście, że to mnie nakręca do pisania. Przez cały wieczór nakręca.

Kupiłam przedwczoraj piękny notatnik dla „Musivum”. Na punkcie notatników i zeszytów mam prawdziwą obsesję, co i rusz jakaś okładka sprowadza mnie (i mój portfel) na manowce. Teraz jest najgorszy (najlepszy) okres – początek roku szkolnego za pasem, cała masa zeszytów i zeszytowych przecen wszędzie dookoła. Straszne. Cudowne. Ja się nie potrafię powstrzymać.
W ostatnich dniach kupiłam w sumie cztery zeszyty i jeden notatnik – zdobycze na zdjęciach:





Notatnik podbił mnie z miejsca swoim okładkowym okrzykiem „Do me a favor and smile :)”. Zobaczyłam ten napis – i od razu wiedziałam. Tak, zrobię ci przysługę i się uśmiechnę, gdy zapiszę tu coś o „Musivum”. Uśmiechniemy się do ciebie, notatniku, razem, ja i mój tekst. Cieszysz się? No to wskakuj do koszyka!
Pierwszą stronę otwiera spis tekstów, nad którymi w tym roku pracowałam, pracuję i chcę pracować. Wrzucę zdjęcie, a co, ładnie to wygląda i nastraja mnie pozytywnie.




Liczba jest optymistycznie zawyżona, trochę (bardzo) wątpię, czy dobiję do dziesiątki, ale siedem chciałabym zaliczyć (czyli napisać jeszcze cztery do końca 2015). Mam zamiar się zawziąć. W końcu dwa teksty w połowie już są. Ale czy ja między wrześniem a grudniem zdołam usiąść do ostatniego rozdziału „Stron”? Chociaż chciałabym, bardzo bym chciała – i po to, by zamknąć kolejny kilkuczęściowy tekst, i po to, by móc ruszyć dalej, a choćby i po to, by pokazać, jak Wiktor wyjaśnia sobie przyczyny, dla których Olga lubi Andrzeja (urzekło mnie to, Wiktor umie być złośliwy). W ogóle chciałabym napisać teraz sporo tekstów o wcześniejszych niż w „Priamelu” dziejach różnych postaci, by zapełnić te – jak w swojej ocenie zwróciła uwagę Isamar – czarne dziury całościowej historii. Dlatego w tym tygodniu się przemogłam i usiadłam znów do tekstu o dwudziestoletnim Andrzeju – przeskoczyliśmy fragment, na którym utknęłam ostatnio, i brniemy dalej. Dlatego lada moment wrócę do Agnieszkowych „Rzeczy trzecich”. Dlatego w końcu jakoś się z Wiktorem będziemy musieli dotrzeć przy trójce. Dlatego, dlatego, dlatego – dlatego wszystko we mnie krzyczy, żeby pisać.
I dlatego wkurza mnie własna prokrastynacja.
I dlatego kupuję rajcujące mnie zeszyty. Wiele wcześniejszych zakupów zostało zużytych do nauki języków lub do notatek prywatnych – jednak te ze zdjęć są zarezerwowane dla „Musivum”. One wszystkie mają się zapchać notatkami do tekstów, i to jak najszybciej! (Pobożne i naiwne życzenia są naiwne i pobożne).

Szablon wciąż wytrwale i zawzięcie adoruję. Jaki on jest cudny! A ten rozwijany spis treści, rozwijane posty i ramka z polecanymi nie dają mi spokoju, ciągle każą na siebie patrzeć. Aż chce się pisać.
I dlatego dziś nie będę już prokrastynować, dziś będę pisać!
O Andrzeju.
To może jeszcze chwilę pogapię się na szablon i notatniki, one są takie ładne i miłe. I nie pyskują.





7 sierpnia, piątek
Zawieszka, odwieszka i plany

Zrobiłam sobie w ostatnich tygodniach zawieszkę w pisaniu i w ogóle w kontakcie z komputerem; właściwie zawieszka zrobiła się sama, była miła i sprawiła, że teraz ze szczerą przyjemnością i chęcią wracam do sieci. Urlop bez Internetu to dobra rzecz – końcówka urlopu z Internetem to też dobra rzecz.
Dwa dni temu wzięłam się dalej za patchwork pisarski Agnieszki, poza tym po głowie chodzi mi Andrzej z samego początku okresu studenckiego (chyba trochę mnie rozczula jego pierwszoroczne nadęcie), mam też wrażenie, że powinnam nieco przerobić fragment rozwodowy z „Rzeczy trzecich”, bo jakoś za dużo tam „wielkiego dramatu, który jest strasznie dramatyczny”. Muszę to jeszcze przetrawić, ale czuję, że chyba jednak będzie przeróbka, a przynajmniej obróbka. W ogóle cała musivowa gromada znów mi się rozpycha w myślach i dopomina się o swój tekst, a najlepiej całą masę tekstów. Myślę o dobiegającym czterdziestki Poldku, na przykład, i o jego nieprzerwanym obserwowaniu ludzi. O Krystianie, który musi jeszcze trochę poczekać na swoją kolej. O Hance i jej malarskich poszukiwaniach. O Marysi, która buduje i opisuje swoją matriarchalno-fantastyczną krainę. O Agacie, która jest dla mnie ucieleśnieniem życiowej wolności i spełnienia. O Michale i historii miłosnej, którą zdarzy mu się spisać. O Wiktorze budzącym się rano w towarzystwie Olka.
(I o Julku, który z petem w ustach i przekleństwem na ustach przypomina, że to on w tej gromadzie jest największym pisarzem ever, i to jemu należy się najwięcej uwagi).
I myślę o tym, że jednak muszę się starać pisać przynajmniej po dwie strony dziennie, bo inaczej nigdy się z tych planowanych tekstów nie wygrzebię.
Na razie więc produkujemy z Agnieszką jej teksty – sądzę, że do połowy sierpnia powinnyśmy ten patchwork skończyć. Patchworków w ogóle planuję dwanaście dla bohaterów plus trzynasty dla mnie. Zapowiada się naprawdę dobra zabawa, takie siedzenie w cudzych tekstach, i literackich, i blogowych, i krytycznych (taaak, Andrzej też dostanie własny patchwork i już się tego boję), w ogóle w różnych zapiskach projektowych czy osobistych. To też jest jakiś sposób na poznanie bohaterów – i możliwość wrzucenia do „Musivum” rzeczy, na które gdzie indziej nie byłoby miejsca.
Tym, co ogromnie mi się podobało w książkach Vonneguta, było umieszczanie przez autora zwięzłych opisów opowiadań czy powieści napisanych przez Kilgore’a Trouta – taka forma ramowa, historie w historii, możliwość zapisania czegoś, czego się z jakiegoś powodu nie zamierza rozpisać lub napisać. Przyznaję, że w „Musivum” też to czasem robię. I właśnie dlatego tak się cieszę z patchworków moich bohaterów.
Jeśli dobrze pójdzie, to chciałabym 17 sierpnia wrzucić nowy tekst. A potem, po patchworku Agi – nie wiem, czy nie wezmę się dalej za ten rozpoczęty ponad dwa lata temu tekst o Andrzeju. Wszystko jest możliwe, zobaczymy.




5 lipca, niedziela (w zasadzie burzowa noc z soboty na niedzielę)
Wolny weekend i niechcemiś

Jestem po egzaminach, po występach i po wrzuceniu na „Musivum” nowego tekstu. I w połowie mojego pierwszego wakacyjnego wolnego weekendu. Marzyłam o tym wolnym weekendzie od wielu tygodni.
W ramach sobotniego odpoczynku zamiast pisać, na zmianę leniłam się, czytałam i robiłam porządki – bo bajzel po ostatnim napiętym okresie mam straszny. Jeszcze sporo roboty przede mną, ale zaczynam ogarniać własną przestrzeń. Z samym pisaniem też jest całkiem dobrze – wprawdzie „Rzeczy trzecich” dalej nie ruszyłam (utknęłam w pewnym punkcie na osiemnastej stronie i zwyczajnie nie chciało mi się dotąd zebrać, by to utknięcie przełamać), za to napisałam w tym tygodniu dwanaście stron patchworku pisarskiego Agnieszki. Ale obiecuję sobie, że najpóźniej od poniedziałku wrócę do „Rzeczy trzecich”, bo to już zaczyna zakrawać na taktykę unikową: pisać zawzięcie kolejne i kolejne teksty, żeby tylko nie ruszać tego, który akurat sprawia problemy. Wprawdzie taka taktyka ma swoje plusy – napędza pisanie „zastępcze” – ale w gruncie rzeczy jest denerwująca, bo zwyczajnie blokuje rozprawienie się z tym rozgrzebanym tekstem, z którym człowiek chciałby się wreszcie uporać. Poza tym „zastępczość” też się daje jakoś odczuć w samym podejściu do tematu i to również drażni.
Może po prostu narzekam. Powinno się pisać to, co się ma ochotę pisać. Tyle że „Rzeczy trzecie” też chce mi się pisać, po prostu nie chce mi się zmierzyć z tym miejscem, w którym utknęłam i które przecież wcale nie jest jakieś straszne, tylko mam niechcemisia. Usprawiedliwiam tego niechcemisia zmęczeniem i zapewniam samą siebie, że teraz, gdy przez ten weekend odpocznę i się odprężę, i posprzątam, i ogólnie się poogarniam – niechcemiś na pewno pójdzie w diabły. A dzieje Agnieszki ruszą dalej. Tylko muszę posprzątać. Odpocząć. Poczytać. Wyczesać psa (zrobione!). Sprzątnąć świnkom klatkę. I w ogóle.
A patchwork pisarski Agnieszki ma się dobrze...




20 czerwca, sobota
Olśnienia, terminy i wymysły (bohaterów, nie moje)

Wczoraj w nocy doszłam do trzech ważnych wniosków (w łazience. Ważne rzeczy bardzo często przychodzą mi do głowy w łazience, a Wam? Nierzadko wymyślanie ćwiczeń na zajęcia zostawiam sobie „na pod prysznic”, bo wtedy to się jakoś szybciej klaruje. Ciekawe, czy gdybym się podłączyła w kabinie prysznicowej do notebooka, pisałabym dwa albo trzy razy szybciej...).
W każdym razie te trzy ważne wnioski bardzo mi ułatwiły życie, a że akurat były to wnioski musivowe, wrzucam je tutaj.

Wniosek pierwszy: nie skończę „Rzeczy trzecich” przed końcem czerwca. Ten tekst ma pewne dość wymagające dla mnie miejsca, bywa chwilami męczący (plus ja jestem zmęczona) i muszę sobie robić przerwy, a poza tym mam niekiedy wrażenie, że czegoś brakuje – tak jakby tła, otoczenia, w którym wszystko się dzieje. Podejrzewam, że po skończeniu całości będę musiała pouzupełniać ją jeszcze dodatkowymi opisami. A to oznacza czas. Plus – korektę chciałabym zrobić na spokojnie, tym bardziej że w grę wchodzi nie tylko korekta językowa, lecz również merytoryczna, z zakresu konstrukcji świata (choćby dopilnowanie lat – żeby nagle nie zrobiły mi się równoległe rzeczywistości). Jednym słowem – nie, najpewniej nie skończę, a już zdecydowanie nie opublikuję „Rzeczy trzecich” w czerwcu.
Zrobiło mi się jakoś lżej, gdy to sobie wyraźnie powiedziałam. Chyba – chyba zniknęło pewne poczucie presji, bo to jeszcze tylko tydzień, a jeszcze korekta, a jeszcze z połowa tekstu w ogóle do napisania... Nie, spokojnie. Po prostu Agnieszka będzie w lipcu. I już.

Wniosek drugi, ściśle związany z pierwszym: w reakcji na ponurą myśl „w czerwcu nic nie wrzucę na blog, buuu” pojawiła się prostująca refleksja: przecież mam już gotowy tekst! No tak, mam „Postscriptum”, czyli ekskurs do „Rzeczy”. Chciałam go wrzucić po tekście głównym, żeby tak ładnie uzupełniał wyjaśnione już wtedy tytułowe pojęcie. Ale samodzielnie też może funkcjonować, i może być wcześniej. Przecież – tu się przyłapałam na koszmarnym braku logiki – przecież sama się upieram, że „Musivum” można czytać na wszystkie strony, od lewej, od prawej, od przodu, od tyłu i na ukos, więc skąd nagle to sztywne trzymanie się kolejności „najpierw tekst główny, potem ekskurs”? A z Wiktorem jak było? Najpierw ekskurs „Ku stronom”, a dopiero potem pierwszy rozdział „Stron”. I co, coś się stało, nie dało się zrozumieć? No właśnie.
Co do pojęcia „rzeczy trzecie” – po prostu w cytacie z artykułu Agnieszki dodałam jeszcze kawałek, który krótko wprowadza w temat. Powinno wystarczyć. Zresztą samodzielne dogrzebywanie się znaczenia też powinno być przyjemnym przeżyciem.

Wniosek trzeci: wobec tego w czerwcu wrzucam „Postscriptum”! Na diabła gotowy tekst ma się kisić i czekać Cthulhu wie ile, skoro jest i można go pokazać? Musivowa czytelność na tym nie ucierpi. To „Musivum”, tu wszystko jest w kawałkach, wymieszane i z możliwością dowolnego przekładania elementów.
Od razu mi się humor poprawił. Podejrzewam, że odrobina wczorajszego doła mogła wiązać się z – niezbyt dopuszczanym do świadomości – uczuciem, że Agnieszka potrzebuje więcej czasu, niż myślałam. Teraz obie czujemy się lepiej, zwłaszcza że Aga doszła już do etapu wielkiego odkrywania dla siebie feminizmu i szturcha mnie na wszystkie strony swoim przejęciem.
Do ekskursu muszę w zasadzie poprawić tylko parę drobniejszych miejsc i dopisać dwa kawałki, do których z kolei muszę poczytać parę stron i obejrzeć jakieś nagranie na YT. Bo któremuś z bohaterów zachciało się nietypowego hobby. Jednemu chciało się wcześniej limeryków, sonetów i nawet tercyny, więc jak wół roboczy szukałam rymów i kontrolowałam liczbę sylab oraz średniówki (i czułam się jak na zajęciach z poetyki, gdy przy omawianiu strofiki każdy musiał napisać wiersz a to sekstyną, a to oktawą, a to sonetem...), a teraz drugiemu zachciało się statków w butelce. Słodko. Jeśli się okaże, że te statki wymagają Cthulhu wie ile roboty, pieniędzy i sprzętu, to będziesz sobie składał nie statki, a origami, mój drogi. I tylko łódkę, bo to jedyna papierowa konstrukcja, jaką potrafię wykonać.

W każdym razie postanowione: 29 czerwca zamieszczam „Postscriptum”. Nad Agnieszką siedzę sobie dalej, na spokojnie. W międzyczasie pewnie zrobię jeszcze jakiś skok w bok z innym tekstem (może którymś patchworkiem pisarskim?), ale podstawa, czyli „Rzeczy trzecie”, będzie się spokojnie rozwijać.
To już teraz tylko jakieś strony i cholerne nagranie instruktażowe na YouTubie muszę namierzyć.




19 czerwca, piątek
Prokrastynacja, czyli nicmisięniechcizm, nie tylko autorski


Są dni, gdy nicmisięniechcizm dopada człowieka jak grypa; strasznie wtedy ciężko wyrwać się z wewnętrznego marazmu. Doprowadza mnie to do szału. Teraz akurat mam taki moment. Zmuszam się do zrobienia czegoś na zasadzie „jest na dzisiejszej liście rzeczy do zrobienia, trzeba w końcu odhaczyć”, ale mimo to idzie średnio. Dopada mnie prokrastynacja i wykonuję różne zajęcia zastępcze, które same w sobie nawet zastępcze nie są, jednak w danej chwili wchodzą w taką rolę.
We wtorek skończyłam (wstępnie, bo muszę jeszcze uzupełnić parę miejsc, w tym do jednego muszę obejrzeć jakieś nagranie na YouTubie) ekskurs do „Rzeczy trzecich”. Miło, tylko że tekst główny mi się spowolnił, a potem zawiesił. Właściwie wiem, w czym rzecz, i w zasadzie już zaczynam to ogarniać, więc właśnie teraz jednocześnie produkuję kolejny fragment notatnika i po kawałku – jedno zdanie, część zdania – prowadzę Agnieszkę dalej, tylko ogólnie czuję się jak zatopiona w jakimś parszywym zwolnionym tempie.
Może to wina pogody. Dwa deszczowe dni, wraz z psiskiem mamy deszczowego doła. Dużo roboty, w weekend mam zajęcia, w poniedziałek i środę egzamin, w kolejną sobotę występ. Marzę o pełnoprawnym, całkowicie zwolnionym od wszelkich „trzeba, muszę, pilne” dniu lenistwa. Jeszcze tydzień.
Wróciłam do czytania i komentowania literatury internetowej, zaczęłam nawet przeglądać różne katalogi w poszukiwaniu ciekawych tekstów. Cieszę się, że się wreszcie zmobilizowałam – teraz, gdy pierwsze kroki zostały zrobione, powinnam odnaleźć ten czytelniczo-komentujący rytm, który kiedyś znałam. Szkoda tylko, że poszukiwania okazały się dość mało owocne – na razie namierzyłam jeden dobrze się zapowiadający blog z historią obyczajową, natomiast przegląd kryminałów i horrorów przyniósł wielkie rozczarowanie. Chyba szczególnie horrory. Jeżeli zaczynam czytać opowieść grozy i moją reakcją jest głupkowaty uśmiech, to zdecydowanie nie wróży dobrze. Ale będę szperać dalej. I czytać dalej to, co już rozpoczęłam.
I zastanawiać się, czy zgłoszenie się do wielu katalogów blogowych miało sens, bo na razie nie widzę intensywnego napływu czytelników. Fakt, niewiele czasu minęło od tych zgłoszeń i umieszczenia w różnych spisach. I fakt, nie piszę dla komentarzy (na jednym z blogów widziałam uroczą propozycję autorki: „nowy rozdział to dwadzieścia lub więcej komentarzy”, słit). Ale zwyczajnie miło i wspierająco byłoby wiedzieć, że / kto czyta.
Nie będę rozwijać tego wątku, bo a) nie za wiele tu w sumie do rozwijania; b) mój marazm zaraz to chętnie podchwyci i podsyci nicmisięniechcizm; c) ruszyłam Agnieszkę o parę akapitów i mam cichą nadzieję, że uda mi się jeszcze trochę posunąć tekst do przodu. Naprawdę chciałabym go skończyć i wrzucić jeszcze w czerwcu. Kciuki, kciuki za „Rzeczy trzecie” bardzo się przydadzą!




11 czerwca 2015, czwartek
Przerób stron, czyli czynnik X

W niedzielę napisałam jedenaście stron – cztery i pół „Rzeczy trzecich” oraz sześć i pół ekskursu do nich. Przy okazji w tym ostatnim tekście spotkałam jedną z dziewczyn, które pojawiły się przelotem w innych tekstach. Miłe zaskoczenie. Ciekawe, czy ktoś się zorientuje, o którą chodzi.
A poza tym wiem, że ekskurs wkurzy Wiktora, i mam z tego taki ubaw, że aż byłoby mi wstyd, gdyby chodziło o kogoś innego. Bardziej bym się bawiła tylko wkurzeniem Andrzeja. Ale do tego jeszcze nie doszłam. Dopytuję go, uprzejmie, przebiegle i rozpaczliwie: Andrzej, co ty robisz, kiedy nie masz nic do roboty i chcesz się tylko odprężyć, odmóżdżyć i porobić coś kompletnie ci do niczego niepotrzebnego? Ale na razie, zamiast odpowiedzi, dostaję tylko pogardliwe spojrzenia, pogardliwe uśmiechy i pogardliwe prychnięcia.
Poczekaj, ja ci wlezę w twoje rzeczy trzecie, możesz być pewien. Jakoś wlezę. Wiktorowi wlazłam do komórki i prywatnych SMS-ów, to i tobie wlezę, gdzie trzeba.
(A może Andrzej w wolnych chwilach ćwiczy pogardliwe miny przed lustrem? Hm, jest to jakiś pomysł...)
W każdym razie jedenaście stron jednego dnia to zachwycający dla mnie wynik, zwłaszcza po dwóch latach autorskiej posuchy. A przecież poza pisaniem jeszcze w niedzielę czytałam, uczyłam się niemieckiego, grzebałam w muzyce na YT, obżerałam się, zajmowałam psem i świnkami, czyli to nie był taki czysto piszący dzień. Mimo wszystko szło jak błyskawica.
Kolejne dni to skromniejsze wyniki, bo praca, bo załatwianie różnych rzeczy po pracy etc. – ale codziennie coś powstaje, choćby część strony. W tej chwili mam około połowy nowego tekstu głównego i około połowy ekskursu do niego (tak się piszą zamiennie). Po cichu liczę, że „Rzeczy trzecie” skończę w ciągu najbliższych dwóch tygodni i wrzucę na blog w ostatnich dniach czerwca, a „Postscriptum” – na początku lipca. To taka bardzo optymistyczna wizja, zamierzam się jej trzymać.

W każdym razie chciałam powiedzieć, że nie wiem, na czym polega ten pisarski czynnik X – jednego dnia nawet jedno zdanie nie chce się ułożyć, drugiego klawiatura nie może nadążyć za palcami; w jednym okresie jest kompletna blokada, w drugim chodzę i pluję projektami, a gdy siądę do klawiatury, pluję zdaniami.
To nie kwestia „weny” – w wenę już dawno nie wierzę, chyba że na etapie wymyślania, ale nie na etapie pisania, wtedy to jest po prostu praca nad tekstem. To kwestia czegoś, co po prostu musi zaskoczyć – po pierwsze. Po drugie, z pewnością też kwestia wyrobienia sobie nawyku regularnego pisania i / lub założenia, że w danym okresie chce się mieć mniej więcej tyle i tyle stron. Zupełnie inaczej mi się pracuje, gdy oficjalnie, sama przed sobą, postanawiam: będę pisać codziennie, choćby jedno zdanie. Albo, ostatecznie, przeczytam dotąd napisany materiał i wprowadzę poprawki. Zawsze to jakaś forma siedzenia w tekście na bieżąco.
Po trzecie, to również (przede wszystkim?) kwestia odpowiednich warunków, które wszystko warunkują (czyli masło maślane). I wracamy do punktu wyjścia.
Nie jestem w stanie rozpracować czynnika X. Wiem tylko, że muszę przy nim brać pod uwagę swój stan fizyczny i psychiczny, natłok obowiązków i ataki komputerowstrętu – a z drugiej strony, nie mogę do niego dopuścić wymówek w stylu „brak weny / nastroju” (chociaż brak nastroju jest logiczniejszy i bardziej da się go zrozumieć), rozleniwienia („wczoraj nie pisałam, przedwczoraj nie pisałam, trzy dni temu, tydzień i miesiąc temu nie pisałam, nieee chceee miii sięęę”) ani ataków doła (wtedy mam wrażenie, że wszystko, co robię, jest do czterech liter, z „Musivum” włącznie lub nawet na czele. Dlatego czasem muszę napisać tekst czysto rozrywkowy, żeby sobie wypionować humor).
To nie jest szczególnie merytoryczna i bogata wiedza, ale nieraz pomaga.

Postanowiłam, że niebawem, czyli pod koniec czerwca, sprezentuję sobie jeden dzień samego pisania. Gdy już skończę zajęcia na uczelni, będę miała z głowy egzamin i występ na Wieczorku Orientalnym – pozwolę sobie na taki dzień (albo dwa, albo i trzy) wypełniony tylko (lub niemal wyłącznie) pisaniem. Muszę być dzielna i wytrwać. A przed tym wymarzonym urlopem muszę ukończyć „Rzeczy trzecie”.
I nawet nie chcę myśleć o jakiejś utracie rozpędu czy przeklętej blokadzie pisarskiej, ani teraz, ani później (ani nigdy więcej, to byłoby najlepsze). Nie, i koniec! Jeżeli się pojawi blokada, to zwyczajnie naślę na nią Andrzeja. Z Wiktorem. I z Julkiem. Na widok takiej parszywej trójki nawet najsilniejsza blokada powinna z przerażonym popiskiwaniem rzucić się do panicznej ucieczki.




5 VI 2015, piątek
Dziewczyny w natarciu

Podobno dobrą (dobrze wykreowaną) postać można poznać między innymi po tym, że nie da jej się za bardzo narzucić, co ma robić w tekście. Być może coś w tym jest. Mam nadzieję, że moi musivowcy są dobrze wykreowani, choć sama tego osądzić nie mogę (od tego są czytelnicy); wiem natomiast, że z pewnością nie da się im narzucić pewnych rzeczy, choćby się chciało. Co gorsza, nieraz przychodzą z własnymi „ma być tak i tak”, i nawet nie ma miejsca na dyskusję...
Tak niedawno przyszła Agnieszka. Brałam rozbieg do ruszenia dalej z tekstem o studenckich latach Andrzeja (tak, tytułu nadal brak), w co bezpardonowo (czyli bardzo po swojemu) władowała mi się Agnieszka z okrzykami: Rzeczy trzecie! „Zadra”! Tekst o mnie!
I, pokazując Andrzejowi język (tego nie mogła sobie odmówić), zaciągnęła mnie w inny musivowy kąt. Notatki do tekstu zapisały się od ręki, fragmenty tekstu samej Agnieszki też, teraz siedzimy nad „właściwym tekstem narracyjnym”. Nie dyskutuję, cieszę się, że nadszedł czas na jakiś kolejny kobiecy tekst.
Pomyślałam sobie jednak w pewnej chwili (tak zupełnie niewinnie): jeszcze tylko brakuje, by kolejna osoba władowała się ze swoim tekstem (to, że do tekstu Agnieszki dorzucił się ekskurs, pominę milczeniem). O, brakuje tylko na przykład, żeby taka Lala nagle podleciała z krzykiem: ja też chcę, ja też chcę. No tylko tego mi do szczęścia brakuje.
Wykrakałam. Lala rzeczywiście przyszła. Nie z krzykiem, to jednak nie w jej stylu. Za to z tytułem (miłe z jej strony). I przyciągnęła za sobą koleżanki. I bachora... Nie znoszę dzieci. Lalu, kochana, co ja ci złego zrobiłam, że ty mi bachorem po oczach ciskasz?
W ten sposób Agnieszka ma swój tekst, Lala będzie miała swój ekskurs, a Agata dopomina się o swój (kiedyś napoczęty) patchwork pisarski. Moje bardzo szowinistyczne przekonanie, że kobiety są logiczniejsze, bardziej uparte i lepiej potrafią chwytać za pysk rzeczywistość (albo autorkę), właśnie się sprawdza w najlepsze. Poza tym nie sposób dziewczynom odmówić umiejętności postępowania ze swoją autorką: przynoszą tytuły. Interesujące tytuły.
A Andrzej tytułu nie przyniósł i jeszcze utrudnia znalezienie, więc sobie poczeka.
Trzy baby w kolejce. Moje musivowe dziewczyny robią się dla mnie coraz ciekawsze. I coraz bardziej niecierpliwe...





28 V 2015, czwartek

W poszukiwaniu jakiegoś cholernego tytułu

Czasami napada mnie taka niesamowicie silna, trudna do opanowania chęć podzielenia się jakimiś autorskimi uwagami, przemyśleniami (a niekiedy nawet żalami). Wprawdzie mogłabym zamieścić te uwagi na prywatnym blogu (i czasem tak robiłam), ale naprawdę czytelne (i interesujące) są one w gruncie rzeczy tylko dla osób, które czytają „Musivum”. Nie zawsze też mam ochotę mieszać blog prywatny z pisarskim. Pomyślałam, że najlepiej byłoby takie zapiski wrzucać tu, bezpośrednio – ale, z drugiej strony, nie chcę robić bałaganu na stronie głównej i łączyć tych notatek z tekstami właściwymi. No i przyszło olśnienie – od czego mam podstrony?
Zafundowałam więc sobie dodatkową podstronę, taką prywatno-autorską, na której będę mogła wylewać autorską radość, autorską żółć, autorskie fochy i autorskie wszystko. Na tę podstronę nikt nie musi wchodzić, jeśli nie ma ochoty, więc nie będzie zmuszany do taplania się w autorskiej wywewnętrzniance; a kto będzie chciał – dostanie całą rzekę, ba, całe morze, może i cały ocean autorskiego „ja, ja, ja, ja piszę, ja”. Tak sobie myślę, że niektóre rzeczy mogą się okazać dość  ciekawe; jeśli nie dla innych, to przynajmniej dla mnie – bo będę miała swoisty pamiętniko-notatnik autorski, do którego pewnie co jakiś czas chętnie wrócę. Może nawet przyda się to przy którymś patchworku albo innym tekście części bohaterów?

Tym, co mnie w chwili obecnej męczy, gryzie i drażni, jest tytuł, konkretnie – brakujący tytuł. Tytuł jest elementem, którego potrzebuję w zasadzie już od samego początku, bo ukierunkowuje mi pewne rzeczy, pozwala myśleć o tekście dokładniej (zatytułowany, więc nazwany, więc ucieleśniony), po prostu – tytuł jest mi potrzebny do pracy nad tekstem. I już.
Z reguły ten tytuł zjawia się na samym początku, wraz z pomysłem na tekst (sporadycznie nawet o ćwierć kroku go wyprzedza), czasem chwilę później. Ale niekiedy – niekiedy zjawić się nie chce. Długo. Na tyle długo, by tekst już powstawał, a wakat tytułowy dalej trwał. Taka sytuacja doprowadza mnie do szału, bo:
a) źle mi się myśli o tekście i pracuje nad tekstem bez tytułu;
b) tytuł zwykle wyznacza, podpowiada czy dopowiada treść, po prostu współpracuje z tekstem;
c) gdy nie ma tytułu, z reguły jest też problem z cytatem, bo cytat się wiąże i z treścią, i z tytułem;
d) nienawidzę, gdy coś jest nie po mojej myśli, a brak tytułu jest nie po mojej myśli;
e) zwyczajnie i po prostu chcę mieć tytuł od samego początku, i już!
Gdy nie mam tytułu – tego właściwego – posiłkuję się roboczym. Ale roboczy z reguły niewiele pomaga, tyle tylko, że jest jak nazwać plik, oznaczyć notatki i zorientować się, o czym się myśli. Do tego im dłużej tytuł roboczy się utrzymuje, tym trudniej się od niego uwolnić i znaleźć ten właściwy...
Teraz właśnie mam taką sytuację – wróciłam do pracy nad tekstem o Andrzeju na początku studiów, no i jest tytułowy wakat. Tytuł roboczy, „[Remigiusz]”, jest tak cholernie roboczy, że aż boli. Prostacko wskazuje narrację i drugiego bohatera, i tyle. A właściwy tytuł ma mnie gdzieś i się chowa.
Jak to jest, że są teksty, które od razu przychodzą z tytułem, są tytuły, które przyprowadzają ze sobą teksty? Jak to jest, że tekst, który pojawił mi się w głowie z soboty na niedzielę, nie tylko błyskawicznie zarysował swoje kontury, ale jeszcze miał doczepiony tytuł? A nawet więcej, to był jeden z tych momentów, gdy tytuł o ćwierć kroku wyprzedzał tekst. I ciągnął za sobą pierwsze zdanie tego tekstu.
Jak to jest, że tekst mający zaledwie parę dni urodził się z tytułem, a tekst, który od jakichś dwóch lat istnieje jako pomysł, trochę notatek i dwadzieścia parę zapisanych stron Worda, z którym jestem już mocno zżyta i „zmyślana” – ten tekst nadal nie ma tytułu? I smętnie egzystuje z roboczym oznakowaniem? (Wredniejsza i bardziej szowinistyczna część mnie podpowiada: bo ten drugi, zatytułowany tekst jest o kobiecie, a kobiety są logiczniejsze, bardziej ogarnięte i lepiej się z nimi pracuje. Jednak to za proste, za wygodne i za bardzo niezgodne z doświadczeniem poprzednich tekstów wyjaśnienie, więc nie traktuję go poważnie, tak sobie tylko marudzę).
Mam pewną straszną wizję: skończę „[Remigiusza]”, znajdę nawet cytat, zrobię korektę, przygotuję tekst do publikacji – a tytułu dalej nie będzie. Wtedy chyba w akcie desperacji puszczę całość z tym nieszczęsnym substytutem – albo napiszę: tekst, który przez wstrętnego Andrzeja nadal nie ma tytułu. Bo coś mi się zaczyna wydawać, że to Andrzej W. może być winny zaistniałej sytuacji...

20 komentarzy